Archiwum CyfroweZiemia Wadowicka
Archiwum Cyfrowe › Publikacje › dokument

Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany.

547 stron · PDF 84.2 MB · tekst wyszukiwalny

Treść dokumentu — tekst odczytany z pliku, do czytania i wyszukiwania

Strona 1

Zbigniew BIENIASZ - wadowiczanin (rocznik 1947), pedagog
         i trener psychologiczny zamieszkały w Pszczynie.
    Regionalista, autor publikacji o Karolu Wojtyle i Adzie Sari.
   Gitarzysta, autor piosenek związanych z Ziemią Wadowicką
     (m.in. współpraca z Grupą Pudelsi i Swing Covers Band).
              Przewodnik beskidzki i przodownik GOT.



 Autor na Kozim Wierchu w Tatrach
 podczas pokonywania Orlej Perci.
                 Foto: Ryszard Potempa.




    Książka jest obszerną biografią młodzieńczego okresu życia
  papieża Jana Pawła II na tle dziejów Wadowic. Autor jest synem
kolegi szkolnego Karola Wojtyły i dzięki temu znajdziemy tu relacje
rówieśników z lat szkolnych i gimnazjalnych, sąsiadów i nauczycieli
   Lolka, które w formie nagrania są dołączone do książki. Bogato
ilustrowana unikalnymi zdjęciami (ponad 600) publikacja opowiada
   szczegółowo dzieje rodu Wojtyłów: od XVII wieku po przybycie
  rodziny do Wadowic w 1913 roku, dzieciństwo i lata gimnazjalne,
               aż po maturę i wyjazd Lolka do Krakowa.

Strona 3

Mojemu Ojcu, Jego przyjaciołom
             i całemu pokoleniu Karola Wojtyły,
dla uszanowania Ich młodości - treść poświęcam.
                                         Autor.

Strona 4

Towarzystwo Miłośników Ziemi Wadowickiej




             PRZYCZYNEK
            DO BIOGRAFII
            JANA PAWŁA II




          Wydawnictwo dofinansowane
            przez Gminę Wadowice

Strona 6

Opracowanie redakcyjne i edytorskie: Grzegorz GRABOWSKI
Przygotowanie tekstu i skład: Jacek KOBYLIŃSKI
Cyfryzacja nagrań: Tomasz MARZEC
Konsultacja merytoryczna i projekt okładki: Zbigniew JURCZAK


                      Copyright © Zbigniew Bieniasz 2020

             Prawa Autorskie zastrzeżone. Wadowice - Pszczyna 2020.




            Za życzliwą pomoc w uzyskaniu materiałów dziękujemy:
                   Archiwum Kurii Metropolitalnej w Krakowie,
                Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Krakowie,
             Muzeum Dom Rodzinny Jana Pawła II w Wadowicach,
                      Muzeum Miejskiemu w Wadowicach,
                    Muzeum Historycznemu w Bielsku Białej,
                     Fundacji Wojciecha Weissa w Krakowie,
            Klasztorowi oo. Bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej,
                 Klasztorowi oo. Karmelitów Bosych w Czernej,
                        Bibliotece Śląskiej w Katowicach,
                 Urzędom Gminnym w Czernichowie i Porąbce.




                    Czterdziesta druga pozycja wydawnicza
                  Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej




                         ISBN: 978-83-956144-1-5


                                 PRONTED IN POLAND

                 Wydawca: Towarzystwo Miłośników Ziemi Wadowickiej.
                                    Wydanie I.
                      Druk: JJ INVESTMENT & MEDIA sp. z o.o.

Strona 7

5
                                       Od autora

       Pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku losy życiowe rzuciły mnie kilkadziesiąt ki-
lometrów od Wadowic, od mojej rodzinnej miejscowości. Nie mogąc o nich zapomnieć szu-
kałem sposobu by były stale obecne w mojej codzienności. Zacząłem od zbierania książek,
fotografii, dokumentów związanych z moją Małą Ojczyzną. Gdy to przestało mi wystarczać
zagłębiłem się w szczegóły, starałem się wypełnić „białe plamy” w historii miasta. Próbowa-
łem znaleźć odpowiedzi kierując się do bibliotek i ich zbiorów specjalnych, do archiwów, do
instytucji i osób, które mogły coś wnieść do mojej wiedzy o regionie.
        Nadszedł rok 1978, gdy Nasz Rodak, z Wadowic został papieżem. To jeszcze wzmogło
moją dociekliwość. Chciałem poznać jak najlepiej realia życia w międzywojniu. Mało tego,
okazało się, że mój ojciec Marian był szkolnym kolegą przyszłego papieża. Był w gronie kil-
ku, którzy chodzili z nim zarówno do szkoły powszechnej jak i do gimnazjum, spośród tych,
którzy dotarli do matury, a potem doczekali wyboru na Stolicę Piotrową. Było ich niespełna
dziesięciu. Grupa tych, którzy krócej chodzili z Lolkiem (np. tylko do gimnazjum) była dużo
liczniejsza. To zdopingowało mnie do gromadzenia wspomnień. Zacząłem od ojca by potem
odwiedzać innych kolegów szkolnych, sąsiadów z ulicy Kościelnej, nauczycieli i profesorów
z wadowickich szkół, znajomych.
      Już wtedy postanowiłem sobie, że zebrane materiały kiedyś opracuję i opublikuję.
Chociażby dla własnej satysfakcji, a także dla rozmiłowanych w ziemi wadowickiej lokal-
nych patriotów, dla regionalistów, biografów, sympatyków tej Wielkiej Postaci i wreszcie dla
młodszych pokoleń by lepiej mogły poznać wadowickie korzenie.
        Przed przystąpieniem do pisania książki postawiłem sobie kilka celów:
- zgromadzić w jednej publikacji podstawowe źródła i wspomnienia i przyjrzeć się im bliżej.
Autorzy często piszą o nich, rzadziej je cytują, nigdy ich nie pokazują ani nie załączają,
- wyeksponować momenty przełomowe, inaczej rozłożyć akcenty by uwidocznić łańcuch
przyczynowo-skutkowy,
- nie tyle opisywać ówczesną rzeczywistość co poznawać ją poprzez cytowane źródła by
czytelnik sam doświadczył ówczesnej codzienności, tej powszedniej i świątecznej,
- podjąć próbę zrozumienia motywów postępowania bohaterów poprzez uwarunkowania
psychologiczne, społeczne i ekonomiczne,
- pokusić się o zinterpretowanie faktów, które mogły wywrzeć istotny wpływ na indywidual-
ne procesy rozwojowe,
- śledzić bieg wydarzeń przez pryzmat lokalny z uwzględnieniem warunków ówczesnej ko-
munikacji (nikły zasięg prasy, opóźniony obieg informacji) niepełnej, rodzącej plotkę i nie-
pewność,
- ukazywać losy rodziny Wojtyłów na tle najbliższych im środowisk: wojska, wspólnot są-
siedzkich, kręgów szkolnych i rówieśniczych, społeczności katolickiej, grup artystycznych,
rodzimych twórców i autorytetów, dominujących w danym okresie ich życia.
       Uporządkowałem zbiory w porządku chronologicznym by stanowiły ilustrację wąt-
ków biograficznych Karola Wojtyły. Wspomnienia, informacje prasowe, fragmenty opraco-
wań i kronik, protokołów szkolnych i organizacyjnych, urzędowych dokumentów, listów itp.,
są szeroko cytowane, a w razie potrzeby opatrzone komentarzem. Wszystko po to by dać
Czytelnikowi materiał do własnych przemyśleń i refleksji. Niech każdy sam poszukuje źródeł
fenomenu niepowtarzalnej Osobowości Jana Pawła II.
        Nie wszystkie cytaty są zajmujące dla ogółu odbiorców. Niektóre mogą wydać się
marginalne, jedne zbyt szczegółowe, inne ogólne. W moich osobistych dociekaniach oka-
zały się ważne bo pozwoliły mi lepiej zrozumieć ówczesną rzeczywistość. Wybrałem taką

Strona 8

6          Od autora

    ścieżkę poznania rodziny Wojtyłów by zajrzeć do niej od środka, by dowiedzieć się jak żyli,
    czego mogli doświadczać, jacy ludzie ich otaczali, jakie sprawy ich zaprzątały. Przy tej okazji
    trafiają się opisy zagadnień społecznych, zjawisk zachodzących w mieście, żywotnych dla
    mieszkańców.
            Biografowie opisujący życie wybitych jednostek zbierają informacje po wielu latach,
    znając bieg historii, syntetyczne opracowania badaczy, kierując się osobistym wyczuciem i
    zgoła inną mentalnością społeczną, która zmienia się z upływem czasu. Dlatego trudno jest
    poznać prawdziwy obraz i warunki wzrastania, a taki opis jest zewnętrzny i mało emocjonal-
    ny.
            Ja w tej książce staram się dać Czytelnikom materiał biograficzny i prowadzić ich tak
    by sami wyciągali wnioski, by ogląd wadowickiej, międzywojennej rzeczywistości był ich
    własny. Wtedy mogą wyrobić sobie pogląd jak kształtowała się osobowość, które uwarun-
    kowania mogły być decydujące. Trzeba szukać tego co dochodziło do jednostki, co jej doty-
    czyło, co wpływało na jej postępowanie i rozwój. Trzeba indywidualnie wybrać te elementy,
    które istotnie oddziaływały. Może wtedy uda się zbliżyć w rejony małego świata jednostki,
    którą chcemy poznać.
           Każdy Czytelnik po zapoznaniu się ze zbiorem źródeł zawartych w książce może stwo-
    rzyć sobie własną koncepcję powstawania fenomenu i drogi wybitnej postaci do wielkości.
    Lata wadowickie Karola Wojtyły dały mu podstawy na których oparła się Jego Wyjątkowość
    prowadząca do świętości.
           W trakcie zbierania informacji do tej książki, pomagali mi często bezinteresownie,
    pracownicy bibliotek, archiwów i muzeów. Tym wszystkim osobom wyrażam wdzięczność.
           Szczególnie przysłużył mi się prezes Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej,
    mój długoletni przyjaciel Zbigniew Jurczak. Dziękuję też Tomaszowi Marcowi, który rekon-
    struował magnetofonowe nagrania wspomnień.
           Teksty są bogato ilustrowane, zwłaszcza archiwalnymi fotografiami, których jakość
    nie zawsze była zadowalająca. Zostały mimo to świadomie wykorzystane, gdyż pokazują
    miejsca, których już nie ma, a które zostały naznaczone dorastaniem Karola Wojtyły. Niniej-
    sze opracowanie stało się pretekstem do powrotu w tamte miejsca i tamte lata, być może
    ostatnią okazją by je odszukać i utrwalić.
           Na wszystkich etapach przygotowania tekstu do druku pomagał mi Jacek Kobyliński.
           Zbierając materiały i pisząc książkę spotkałem wielu ludzi, którzy wspierali mnie i po-
    przez drobne gesty i przychylność, dodawali energii i wiary w celowość przedsięwzięcia.
           Fragmenty dotyczące galicyjskiej przeszłości, konsultowałem z dr Konradem Meu-
    sem, który potwierdził moje hipotezy i ukierunkował dalszą kwerendę.

Strona 9

Rozdział I


                                              Miejsce akcji


        Celem tego rozdziału jest ukazanie i lepsze zrozumienie, wydarzeń i historycznych rozstrzy-
gnięć, które w istotny sposób wpisały się w dzieje ziemi wadowickiej.
        Takich jak przecinające ją granice polsko-śląskie, jak budowane na nich warownie
i zamki, wytyczane szlaki handlowe, znaczone też przemarszami wojowników, miejscami potyczek
raubritterów z wojskami koronnymi i książęcymi.
        Przeszłość Małej Ojczyzny papieża to zarazem przeszłość rodzinnej ziemi wielu Wadowiczan.
By czerpać z tradycji, by ją emocjonalnie odczuwać – trzeba ją znać i umieć z niej korzystać.
        Poszukując źródeł powstania wybitnej osobowości – musimy zagłębić się w czas daw-
no miniony by poznać momenty przełomowe, które decydowały o losach naszych praprzod-
ków. Oni w genach przekazali nam dziedzictwo, które przekształcamy i rozwijamy, wpisując je we
własny życiorys.
        Dlatego zastanawiamy się kiedy, skąd i dlaczego przybyli na późniejszą ziemię wadowic-
ką pierwsi Słowianie. Kiedy osiedli tu piastowscy osadnicy. Jak skrawek naszej rodzinnej ziemi był
zagospodarowywany, wykorzystywany politycznie, jak powstały na nim osady, wsie i miasta. Jak
                                             się organizowały, rządziły, z czego żyli mieszkańcy i czy
                                             pozostawili po sobie jakieś ślady.
                                                 Po stuleciach średniowiecza i oderwania od Korony
                                             nastały rządy królewskie, a dwa wieki później zabo-
                                             ry, które miały dla miasta i dobre strony, podnosząc je
                                             do rangi ośrodka obwodowego. Na powstałych wtedy
                                             podstawach odbudowała się niepodległość państwa
                                             polskiego.
                                                 Przekonanie do takiego spojrzenia na przeszłość
                                             jest dodatkowo motywowane tym, że historia była
                                             dla Karola Wojtyły jednym z ulubionych przedmiotów.
                                             Potwierdzenie tego znajdujemy w dokumentacji i we
                                             wspomnieniach. To referaty historyczne przygotowy-
                                             wane przez Lolka, to żywe zainteresowanie zabytkami,
                                             sanktuariami, ich dziejami i architekturą, to wiedza, któ-
                                             rą pociągał nas, gdy nawiązywał do rodzimej historii.
Herb Wadowic 1564 r.
                                     1. Śladami pierwszych Słowian
       Około 200 tys. lat p.n.e. pojawiły się na późniejszych ziemiach polskich gromady pierwot-
nych ludzi zajmujących się łowiectwem i zbieractwem. Było to w okresie paleolitu – czyli w najstar-
szym okresie epoki kamiennej. Ślady tego praczłowieka znaleziono w okolicach Raciborza i Krakowa.
Stamtąd też pochodzą znaleziska prymitywnych narzędzi wykonywanych z krzemienia. Dowody
pobytu człowieka w epoce kamienia na dzisiejszej ziemi wadowickiej stwierdzono w Sosno-
wicach, w pobliżu doliny Wisły.1
       Ślady kultury łużyckiej (1300 – 300 lat p.n.e.) związanej z gospodarką rolniczo-pasterską
odkryto m.in. w Gorzeniu i Zembrzycach. Świadczy to, że obok nizinnych, północnych połaci zie-
mi wadowickiej wzdłuż Wisły, ekspansja ludów szła doliną Skawy. Siedziby Prasłowian w zależności
od warunków zmieniały się, a przy tym były to ośrodki odosobnione. Większość terenów, o których

 1 - Jerzy Wyrozumski: Historia Polski do roku 1505. PWN, Warszawa 1980, s. 81-82

Strona 10

8            Rozdział I - Miejsce akcji




    Grodzisko (wzniesienie nad Skawą w Gorzeniu)
    mowa pokrywała puszcza, dodatkowym utrudnieniem komunikacyjnym były obszary podgórskie
    i górskie. Mimo to pierwotne osadnictwo dało początek rozwojowi handlu, ściślej mówiąc poszuki-
    waniu nowych dróg dla przewozu towarów z południa na północ i z zachodu na wschód. Przekonu-
    ją nas o tym szlaki kupców rzymskich przecinające się w okolicach założonych znacznie później Wa-
    dowic. Znaleziska monet rzymskich w Graboszycach, Wieprzu, Gorzeniu i Mucharzu, a także w Kleczy
    Dolnej dowodzą, że ruch handlowy występował w obu kierunkach. U Słowian można się było zaopa-
    trywać w skóry, wosk, miód, a może i w niewolników. Można tu było sprzedać towary dla plemiennej
    starszyzny i możnych. Okres rzymski datuje się na I-IV wiek po Chrystusie. Wynika stąd, że najstar-
    sze trakty przechodzące przez ziemię wadowicką miały charakter handlowy, bądź gospodar-
    czy i kierowały się wzdłuż dwóch największych rzek – Wisły i Skawy.2
            Po upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego w wymianie handlowej nastąpił kryzys. Kto na-
    dal tęsknił do złotych pierścieni i łańcuchów ten musiał się po nie sam zbrojnie wyprawiać. W V i VI
    stuleciu wielka fala słowiańska przewala się przez Karpaty zajmując Kotlinę Czeską, Morawy, sięgając
    aż do Dalmacji nad Adriatykiem. Inne plemiona opanowują Połabszczyznę potężnie napierając na
    Germanów i wraz z nimi uderzając na prowincje Cesarstwa Rzymskiego. Jeszcze inne gromady tych
    ludów rzucają się na Bałkany. Sądzić można, że ekspansja ta kierowała się na południu przez Bramę
    Morawską. Stąd zapewne tereny ziemi wadowickiej nie odczuły zbyt aktywnie tego ruchu. Ludy sło-
    wiańskie, rozczłonkowane, niezdolne były w czasach ówczesnych do stworzenia silnego, rozległego
    państwa. Możemy jedynie wnioskować, że wśród przepastnych puszcz ziemi wadowickiej ożywiały
    się jedynie wspomniane, przyrzeczne szlaki handlowe, którymi przeciągali jak zwykle kupcy, szuka-
    jący bezpiecznych i jak najmniej uciążliwych przejść. Nie bez znaczenia była też długość traktu, stąd
    stałe wyszukiwanie nowych dróg.3
            W okresie wczesnego średniowiecza, poprzedzającym utworzenie państwa polskiego, ple-
    miona słowiańskie tworzyły państewka uzyskujące dość duże znaczenie lokalne. Znaczny rozgłos
    posiadało w ówczesnym świecie państwo Wiślan, którego szczyt potęgi przypada na początek IXw.
    Właściwą ojczyzną plemienia Wiślan były ziemie położone pomiędzy Bytomiem, Oświę-
    cimiem, Nidą i Dunajcem. W skład tego organizmu politycznego wchodziły ludy zamieszkujące
    Sandomierszczyznę, Lubelszczyznę, część obszarów mazowieckich, a także Opolanie na zachodzie
    i Golęszyce siedzący wokół Cieszyna. Musiał to być twór silny skoro np.: Opolanie, jak pisał Geograf
    Bawarski, mieli w IX wieku dwadzieścia grodów, a przynależeli do centrum w Małopolsce. Granica

     2 - Ziemia Wadowicka, Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne, Kraków 1968, s. 14-15
     3 - Krzysztof Koźbiał, Powiat wadowicki w świetle badań archeologicznych. Wadoviana nr 8 z 2004 r., s. 28-35

Strona 11

Rozdział I - Miejsce akcji             9
wschodnia państwa Wiślan szła Styrem i Bugiem, niemal aż po dzisiejszy Brześć, skąd skręcała na za-
chód. Od północnego zachodu rubież stanowiła Pilica. Od południa naturalną granicą były Karpaty
i Tatry, a od zachodu Sudety. Stolicą kraju Wiślan był prawdopodobnie Kraków, a ściślej mówiąc
Wawel. Nazwę wzięli od rzeki Wisły.4
          Tu trzeba dodać, że dzielnica południowa była tą, która najwcześniej weszła w styczność
z kulturą zachodniej i południowej połaci kontynentu, skąd chrześcijaństwo dotarło do Krakowa
wcześniej niż nad Wartę.

                                   2. Początki polskiej państwowości
       Jakie były koleje skrawka ziemi, późniejszej Małej Ojczyzny Jana Pawła II, u zara-
nia polskiej państwowości? Czy kraina ta zaznaczyła się czymś szczególnym przed tysiącem
lat? W czyim była władaniu? W X wieku wchodziła w skład plemiennego państwa Wi-
ślan. Pokryta lasami, górzysta, niedostępna, poza szlakami handlowymi w dolinach rzek, nie
była ośrodkiem wczesnego osadnictwa. Być może, że przemierzali ją wojownicy małopolscy,
w drodze na Śląsk, w stronę Cieszyna, Raciborza, Opola. Jeśli tak to pewnie północnymi krańcami,
wzdłuż rzeki Wisły, którędy wiódł w miarę dogodny, prastary szlak. Wszak ich krakowski władca spra-
wował kontrolę nad zachodnimi rubieżami państwa Wiślan. Wyprawy na zachód musiały przecinać
naszą Małą Ojczyznę.
        Wiślanie mimo znacznych lokalnych wpływów nie byli w stanie scalić rozrzuconych plemion
w jeden organizm polityczny. Polanie, Ślężanie, Mazowszanie, Pomorzanie żyli swoimi sprawami.
Walczyli z najeźdźcami, zakładali miasta i grody, tworzyli własną odrębną kulturę, chronili swoją wol-
ność. Trochę później silną pozycję osiągnął Mieszko, z jego zdecydowaną osobowością, indy-
widualnością i dalekowzrocznością. Według kronikarza Galla Anonima, współczesnego dla Bo-




                                                                         Plemiona Słowiańskie w IX w.

 4 - Kronika Polski, Reader’s Digest, Warszawa 2007, s. 33-34

Strona 12

10           Rozdział I - Miejsce akcji




       Państwo polskie za pierwszych Piastów.
     lesława Krzywoustego, Mieszko wywodził się z rodu Piasta, który był oraczem (ratajem) książęcym.
     Kolejnymi Piastowiczami byli: Siemowit, Lestek, Siemomysł – ojciec Mieszka I. Przywołany kronikarz
     nie rozpisuje się zbytnio o początkach państwa. Z innych źródeł wiemy, że genialnym posunięciem
     było przyjęcie chrześcijaństwa, co stało się poprzez ślub Mieszka z czeską księżniczką Dobrawą. Krok
     ten wzmocnił powstające państwo, nadał mu uniwersalnego znaczenia politycznego. Postawił Pol-
     skę w rzędzie narodów cywilizowanych, samodzielnych, posiadających status kościelny i prawnie
     chroniących swoją suwerenność. Taka była dziejowa wymowa chrztu, odchodzenia od pogaństwa,
     poddania się wierze przychodzącej do nas z zachodu i południa.
             Ziemia krakowska odczuwała wpływy chrześcijaństwa już wcześniej poprzez bli-
     skie sąsiedztwo z Czechami. Możemy przypuszczać, że zetkniecie się z tą nową wiarą było
     w naszych stronach bardziej łagodne niż gdzie indziej. Z pewnością już przed rokiem 966
     na tereny Małopolski przenikały wraz z kupcami wszelkie nowinki, w tym również ducho-
     we, czego nie można powiedzieć o znacznie oddalonych pozostałych dzielnicach państwa.
     U schyłku życia Mieszko związał na trwałe z Państwem Piastów Śląsk oraz dawny kraj Wiślan:
     Wrocław, Opole i sam Kraków. Wszystko to odbyło się latem 990 roku. Wtedy po raz pierwszy pań-
     stwo polskie osiągnęło naturalne granice – od morza po Karpaty.5
             Syn Mieszka Bolesław Chrobry utrwalił granice i przydał potęgi nowemu państwu.
     W roku 990 doprowadził do utworzenia w Gnieźnie arcybiskupstwa. Jak głosi bulla papieża
     Sylwestra II arcybiskupem gnieźnieńskim został brat św. Wojciecha, Gaudenty. Powstały bi-
     skupstwa w Krakowie, Wrocławiu i Kołobrzegu. Osobne arcybiskupstwo, powołanie prowincji
     kościelnej zależnej bezpośrednio od Rzymu było potężną zdobyczą polityczną. Był to najlepszy spo-
     sób zabezpieczenia się od wpływów obcych państw, uniezależnienia się od niekorzystnej polityki za-
     chodnich sąsiadów. Konsekwencją tego kroku była koronacja Bolesława Chrobrego w Gnieźnie w roku

      5 - Historia Polski do roku 1505. Jerzy Wyrozumski, PWN Warszawa, 1980

Strona 13

Rozdział I - Miejsce akcji         11
1025. Być może, że już za tego potężnego władcy Kraków pełnił funkcję miasta stołecznego.6 Temu
królowi przypisuje się też wybudowanie zamku w Oświęcimiu, a być może i obronnej twierdzy
w Grodzisku, koło Zatora, na prawym brzegu Skawy.7
         Po krótkim osłabieniu państwa za panowania Mieszka II, na tronie zasiadł Kazimierz Odno-
wiciel. Odbudował on niezawisłą organizację kościelną w Polsce, doprowadził do powołania arcy-
biskupstwa w Krakowie. W jego czasach Kraków stał się na dobre stolicą. Przypuszczalnie w tym
okresie doszło do założenia klasztoru benedyktynów w Tyńcu.
         Kolejny silny i zdolny lecz porywczy król Bolesław Śmiały, po sławnym konflikcie
z arcybiskupem Stanisławem, musiał uchodzić na Węgry w roku 1079. Cały naród żył wówczas tymi
krakowskimi wypadkami. We wszystkich przytoczonych tu dziejowych wydarzeniach z naszej
historii przewija się Kraków i ziemia krakowska. Z pewnością na dwór księcia, a potem króla
ciągnęły poselstwa z obcych krajów – w tym również z zachodu i południa. Zjeżdżali się podlegli
władcy, wielmoża i rycerze dzierżący miasta i grody w królestwie. Odwiedzali stolicę wysłannicy pa-
pieża, przybywali duchowni z prowincji do biskupa. Chcieli tu swoje towary wystawiać kupcy, a rze-
mieślnicy radzi byli tu się osiedlać. Ośrodek wielkomiejski, a zwłaszcza stołeczny napędzał postęp
w całej małopolskiej dzielnicy. Miasta i ważne punkty na szlakach handlowych korzystały z tego
ożywienia. Od przejeżdżających pobierano opłaty, kupowano towary i oferowano własne. Podróżni
korzystali z karczem i zajazdów, potrzebowali noclegów, jadła, paszy dla koni, a także obsługi. Korzy-
stano z wszelkich dostępnych dróg i traktów, przeważnie złej jakości. Jedne wygodniejsze, płaskie,
inne trudniejsze pagórkowate. Można było wędrować utartym szlakiem ponosząc odpowiednie
koszty, albo bardziej skrycie bocznymi drogami. Do Krakowa z zachodu wiodła starodawna trasa do-
liną Wisły, przez Pszczynę i Oświęcim. Ale już z położonego na południu Cieszyna lepiej było i bliżej
dostać się do Krakowa drogami u podnóży Beskidów. Tereny były tu jednak, lesiste, pofałdowane,
poprzecinane rzekami. Z północy na południe i odwrotnie przemieszczano się doliną Skawy,
przecinając tereny dzisiejszych Wadowic.8 W miejscu krzyżowania się dróg, u ujścia Choczen-
ki do Skawy, na wzniesieniu założono osadę, która mogła wziąć początek od nadgranicznej
strażnicy w II połowie XIII wieku. Warto w tym miejscu rozważyć uwarunkowania topograficzne
i komunikacyjne, które mogły się przyczynić do założenia osady właśnie w tym miejscu. Wzdłuż
Skawy przechodził prastary szlak na południe, w stronę Orawy, pokonując wzniesienia Beskidów
przez Przełęcz Spytkowicką (tą samą drogą zaatakowali Niemcy w 1939 roku). Szlak ten łączył się
na północy z drogą wiodącą z Krakowa na Śląsk, w okolicach Zatora i Spytkowic. Innym traktem,
o mniejszym znaczeniu, była z pewnością w II połowie XII wieku droga idąca od strony Kęt, z za-
chodu na wschód, przecinająca Skawę (być może w okolicach Rokowa) zmierzająca przez Barwałd,
Zebrzydowice, Przytkowice, Gołuchowice – w stronę Skawiny, a dalej do Krakowa. Przebieg takiego
traktu uzasadnia budowa w XIV wieku zamków w Barwałdzie i Lanckoronie, które oprócz granicy
na Skawince, strzegły też tej drogi. Rycerze rabusie z Barwałdu musieli mieć w pobliżu kogo łupić.
Te dwa szlaki krzyżowały się w okolicy późniejszych Wadowic, uzasadniały powstanie osady
celem ochrony i obsługi podróżnych, pilnowania bezpiecznego brodu, czy przeprawy przez
Skawę i Choczenkę. Osada została zlokalizowana na brzegu tworzącym w tym miejscu wzniesienie,
naturalnie ograniczona od wschodu przez Skawę, a od północy przez wpływającą do niej Choczen-
kę. Na południe od miasta teren podnosił się, więc rozwój osady musiał iść w stronę pradoliny Skawy.
Była ona w tym miejscu dość rozległa, po wypłynięciu rzeki z wąskiego przesmyku górskiego, od
strony Gorzenia woda rozlewała się tworząc dogodne miejsca do jej przekraczania w kierunkach
wschód-zachód. Możemy sądzić, że nasze miasto miało swoje początki pod koniec XIII wieku,
podobnie jak pobliskie Kęty (1277). Przy tym, w dolinie Skawy była możliwość zagospodarowania
gruntów rolnych, co dawało utrzymanie wielu mieszkańcom osady Wadowice 9.

 6 - Roman Grodecki: Polska Piastowska, PWN, Warszawa 1969
 7 - Józef Putek: O zbójnickich zamkach, heretyckich zborach i oświęcimskiej Jerozolimie. Kraków 1938
 8 - Aleksy Siemionow: Ziemia Wadowicka. PTTK Wadowice, 1984
 9 - Aleksy Siemionow: Ziemia Wadowicka, PTTK Wadowice, 1984, s. 40

Strona 14

12          Rozdział I - Miejsce akcji

             W roku 1079, po wygnaniu Bolesława Śmiałego, straciliśmy na dwa wieki koronę królewską,
     najistotniejszy czynnik spajający polskie ziemie w jedno państwo.
             Następcą Bolesława Śmiałego był Władysław Herman, który umierając w roku 1102 podzielił
     Polskę pomiędzy dwóch synów Zbigniewa i Bolesława. Współczesny Bolesławowi Krzywouste-
     mu kronikarz Gall Anonim tak pisze we wstępie do swego dzieła: „(…) kraj Polaków oddalony
     jest od szlaków pielgrzymich i mało komu znany poza tymi którzy za handlem przejeżdżają na Ruś
     (…)”. Dalej opisuje granice państwa: „(…) ma zaś za sąsiadów od wschodu Ruś, od południa Węgry,
     od południowego zachodu Morawy i Czechy, od zachodu Danię i Saksonię. Od strony zaś Morza Pół-
     nocnego czyli Amfitrionalnego ma trzy sąsiadujące z sobą bardzo dzikie ludy barbarzyńskich pogan
     mianowicie Selencję, Pomorze i Prusy, przeciw którym to krajom książę polski usilnie walczy, by je na
     wiarę chrześcijańską nawrócić”.10
             Długotrwałe zmagania braci o prymat w państwie zakończyły się ostatecznie tryumfem Bo-
     lesława. Pisząc o podziale terytorialnym kraju Gall wyraża się niejasno: „Bolesław atoli jako prawy syn
     otrzymał dwie główne stolice królestwa i część kraju ludniejszą”. Możemy się jedynie domyślać, że Zbi-
     gniewowi przypadła Wielkopolska z Kujawami i Mazowsze, a Bolesławowi Śląsk, Krakowskie i Sando-
     mierskie.
              Analizując słowa dziejopisa można domyślać się, że państwo polskie było słabo zaludnione,
     mało znane, przemierzane głownie przez kupców. Ziemia krakowska graniczyła z Węgrami i Mora-
     wianami i zapewne z tymi ludami trwała wymiana handlowa – nie omijając późniejszej ziemi wado-
     wickiej. Z tekstu kronikarza wynika, że główne dzielnice miały swoje stolice i że część południowa
     państwa była gęściej zaludniona.
              Bolesław zwany później Krzywoustym częściej przebywał na rubieżach zachod-
     nich i północnych swojego państwa. Walczył z Niemcami i Pomorzanami zawsze pra-
     wie zwycięsko. Jeśli już zapuszczał się na południe to przeważnie w zbrojnych wyprawach
     przeciwko Czechom i Morawianom. Gall Anonim poświęca wiele kart swojej kroniki tym try-
     umfalnym, zwycięskim pochodom. W roku 1103 Bolesław wkroczył na Morawy „więcej po-
     żogi tam sprawiwszy niż innych szkód, którym to czynem niemałą wszakże sobie pozyskał
     sławę, zważywszy trudność przedsięwzięcia. Albowiem od strony polski Morawy tak są odgro-
     dzone stromymi górami i gęstymi lasami, że nawet dla spokojnych podróżników, idących pieszo
     i bez pakunków drogi są tam niebezpieczne i nader uciążliwe”.11 Można wnosić, że książę Bolesław
     z wojami wkraczał na ziemie południowych sąsiadów przez Bramę Morawską. Innym pradawnym
     przejściem granicznym była Przełęcz Jabłonkowska na ziemi cieszyńskiej. Na południu utrzymywało
     się stałe napięcie. Kilka lat później (w r. 1106) Krzywousty pospiesznym marszem, z garstką zbroj-
     nych przybył do grodu granicznego Koźle aby zabezpieczyć go przed Czechami – po niedawnym
     pożarze. Kronikarz wzmiankuje pobyt księcia w grodzie Kamień w pobliżu Opola. Zaś jesienią 1108
     roku zjawili się Morawianie zamierzając „ubiec gród Koźle w tajemnicy przed Polakami”. „Wówczas
     to Bolesław wysłał pewnych zacnych rycerzy celem zajęcia jeśliby to było możliwe Raciborza”. Książę
     czekał na wieści nie przerywając łowów i wypoczynku. Wysłani rycerze stoczyli ciężką walkę z Mora-
     wianami zagrażającymi Koźlu, po czym zdobyli gród raciborski.12
              Wynika stąd, że Bolesław przenosił się wraz ze swoją świtą i popasał w różnych miejscach.
     Przeważnie blisko granic potencjalnie zagrożonych. Kronikarz Gall nie wspomina o żadnych odwie-
     dzinach Krakowa czy Małopolski. Wymienione wyżej grody na Śląsku to miejsca najbliższe ziemi
     krakowskiej, jakie wymieniono w dziejopisie. Zapewne granica z Węgrami była bezpieczna, a przy
     tym chroniona nieprzebytymi górami. Książę ze swoją drużyną pilnował strategicznych szlaków
     i częściej bywał tam, gdzie wróg był groźniejszy, zwłaszcza na Pomorzu i na krańcach zachodnich.

      10 - Anonim tzw. Gall – Kronika Polska, przełożył Roman Grodecki. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Kraków
          1982, s. 9
      11 - amże, s. 88
      12 - tamże, s. 141

Strona 15

Rozdział I - Miejsce akcji               13
Kronikarz Gall opisuje szczegółowo jedną z wypraw przeciwko Czechom, którą Bolesław Krzywousty
poprowadził całkiem dziewiczą, górską drogą. Prawdopodobnie była to przeprawa przez Karkono-
sze, wiodąca dalej w okolicach rzeki Cydliny, dopływu Łaby, skierowana na Pragę. Był to rok 1110
– oto jak kronikarz sławi czyny Bolesława: „Bolesław chcąc najechać Czechy zapuścił się w miejsca
grozę budzące, gdzie przedtem nie stanęła ludzka
stopa (…) Bolesław zaś poszedł niemal prostopa-
dle w górę, nie na jeden lecz więcej niebotycznych
szczytów (…) bez przerwy musiał toczyć pnie i gła-
zy, wspinać się na strome góry, otwierać przejścia
przez mroczne puszcze i budować mosty na głę-
bokich bagnach”.13
          3. Pogranicze polsko-śląskie
        w okresie rozbicia dzielnicowego
         W roku 1138 zmarł Bolesław Krzywo-
usty dzieląc Polskę między swoich czterech sy-
nów. Piąty Kazimierz nie został uwzględniony (być
może, że był pogrobowcem Bolesława, bądź został
pominięty jako małoletni). Władzę zwierzchnią czy-
li pryncypacką miał sprawować w kraju najstarszy
z piastowiczów, który równocześnie władał dzielni-
cą senioralną, ze stolicą w Krakowie. Najstarszy był
Władysław, zwany później Wygnańcem. W ten spo-
sób zostało zapoczątkowane rozbicie dzielnicowe
trwające około dwustu lat. Tereny naszej Małej Oj-
czyzny, zwane później ziemią wadowicką, należały                      Kronika Galla Anonima (odpis z XV w.)
wówczas do dzielnicy senioralnej, przy dokładniej-
szym zlokalizowaniu do kasztelanii oświęcimskiej. Władysław II Wygnaniec otrzymał, mocą testa-
mentu Krzywoustego, również Śląsk, ziemię łęczycką, sieradzką i Pomorze. Wielkopolską miał wła-
dać Mieszko III Stary. Mazowszem i Kujawami Bolesław Kędzierzawy, a ziemią Sandomierską Henryk,
gdy dorośnie. Niebawem jednak doszło do waśni między rodzeństwem, w wyniku których senior
został wygnany z kraju, chroniąc się w Niemczech. Walna bitwa, o pryncypat miedzy braćmi, odbyła
się pod Poznaniem w roku 1146, a kluczową rolę w sporze odegrał arcybiskup Jakub ze Żnina, który
rzucił klątwę na Władysława. Władzę zwierzchnią objął drugi w kolejności syn Bolesława Krzy-
woustego, też Bolesław, zwany Kędzierzawym.
        Władysław Wygnaniec zmarł na obczyźnie w roku 1159. W roku 1163 powrócili na Śląsk
synowie Wygnańca, pierwszego princepsa. Byli to Bolesław Wysoki i Mieszko Plątonogi. Śle-
dząc dzieje naszej Małej Ojczyzny musimy zapamiętać imiona tych pomniejszych śląskich książąt.14
       Przez cały okres rozdrobnienia dzielnicowego trwała walka o władzę zwierzchnią. Wszyscy
piastowicze i ich potomkowie zapatrzeni byli na Kraków. Tak postanowił bowiem testament Krzy-
woustego. Stąd między innymi taki upór w dążeniu do opanowania stolicy u Mieszka Starego, który
co najmniej trzykrotnie powracał do Krakowa, próbując na dłużej objąć godność seniora. Przy tym
o powodzeniu nie decydowała tylko siła zbrojna, gdyż dużo zależało od zgody panów, stołecznych
komesów i arcybiskupa. Taki właśnie okres przetargów i potyczek rozpoczął się na dobre po śmierci
Bolesława Kędzierzawego. Twarde rządy Mieszka Starego nie podobały się krakowianom i zaczęli
rozglądać się za nowym kandydatem na Wawel.


 13 - tamże, s. 110
 14 - Zygmunt Boras: Książęta piastowscy Śląska, Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1974

Strona 16

14          Rozdział I - Miejsce akcji

             Tymczasem niespokojnie było wciąż na Śląsku. Władysławowicze (synowie Władysława II
     Wygnańca) tj. Bolesław Wysoki i Mieszko Plątonogi nie mogli się ze sobą pogodzić. Utarczki trwały
     na tle podziału Śląska, który był dzielnicą dziedziczną. W Krakowie do głosu doszedł najmłodszy
     syn Krzywoustego Kazimierz, zwany Sprawiedliwym. Wcześniej bo w roku 1166 otrzymał on
                                      Ziemię Sandomierską, po poległym bracie Henryku. Krakowscy
                                      możnowładcy powołali go do stolicy, gdyż był im bardziej wygodny
                                      od Mieszka Starego. Chcąc dłużej utrzymać się w Krakowie musiał iść
                                      na ustępstwa zarówno wobec panów i duchowieństwa, jak i wobec
                                      książąt dzielnicowych.15
                                             Po pierwszym oporze Władysławowiczów Śląsk uległ podzia-
                                    łowi. Bolesław Wysoki zatrzymał dla siebie Wrocław i Legnicę, mu-
                                    siał jednak wydzielić ziemię raciborską Mieszkowi Plątonogiemu, zaś
                                    Opole swemu synowi, Jarosławowi. W roku 1177 sytuacja się powtó-
                                    rzyła, Bolesław Wysoki znów został wygnany i schronił się w Krakowie
                                    u Kazimierza Sprawiedliwego. We wzajemnych walkach konkurowały
                                    ze sobą stronnictwa, jedno skupione wokół Mieszka Starego (Mieszko
                                    Plątonogi i Jarosław syn Bolesława Wysokiego) drugie sprzymierzone
     Kazimierz II Sprawiedliwy
                                    z Kazimierzem Sprawiedliwym (Bolesław Wysoki i Odon syn Mieszka
                                    Starego). W tym miejscu możemy oddać głos kronikarzowi Wincen-
     temu Kabłubkowi, który jako współczesny Kazimierzowi Sprawiedliwemu mógł bezpośrednio śledzić
     rozgrywające się wówczas wypadki. Trzeba pamiętać, ze Kabłubek bezkrytycznie opiewał czyny naj-
     młodszego Bolesławowicza, chwaląc jego posunięcia. „Gdy zaś wszystkich dzielnic stolice i grody, bez
     walki radośnie się przed nim otwierały, (przed Kazimierzem Sprawiedliwym – przyp. Z.B.) dzielnica
     śląska zamierzała podnieść bunt. Władzę nad nią przywłaszczył sobie w swoim czasie syn Władysła-
     wa (Wygnańca – przyp. Z.B.) Mieszko, wygnawszy brata księcia Bolesława (Wysokiego – przyp. Z.B.).
     Odzyskawszy ją z niemałym trudem Kazimierz oddał ją Bolesławowi. Lecz i wojowniczość jego bra-
     ta mianowicie tegoż Mieszka (zwanego Plątonogim – przyp. Z.B.) poskromił przez nadanie mu kilku
     grodów; a również brata ich Konrada (najmłodszy syn Władysława Wygnańca – przyp. Z.B.) mianował
     księciem marchii głogowskiej, Odona (syna Mieszka Starego) zaś odznaczył księstwem poznańskim”16
              Uściślając zapis kronikarza należy dodać: Bolesław Wysoki pozostał przy dzielnicy wro-
     cławskiej, jego syn Jarosław przy opolskiej. Mieszko Plątonogi, książę raciborski, otrzymał od Ka-
     zimierza kasztelanię oświęcimską i bytomską. W ten sposób granica śląsko-polska przesunięta zo-
     stała, na wschodzie, aż po Skawę. Do tej pory Mieszko władał ziemią raciborską i cieszyńską, które
     jako śląskie, podlegały diecezji wrocławskiej. Natomiast ziemia oświęcimska, pszczyńska i bytomska
     związane były z diecezją krakowską.
              O tym nadaniu pisze Ludwik Musioł: „Kiedy ówczesny książę krakowski Kazimierz trzymał do
     chrztu syna swego wuja (konkurent w walce o pryncypat – przyp. Z.B.) księcia Mieszka raciborskiego,
     darował ze swych ziem krakowskich w roku 1178/79 dwa obszary, mianowicie obwody kasztelanii
     oświęcimskiej do której wówczas ziemia pszczyńska należała oraz kasztelanię siewiersko-bytomską”.17
              Lewy brzeg Skawy był śląski, a prawy we władaniu księcia krakowskiego. W ten sposób Ska-
     wa stała się rzeką graniczną, a nasze późniejsze siedziby (mam na myśli Wadowiczan) pograniczem.
     Trudno powiedzieć jakie były dalekosiężne zamiary Kazimierza, skoro uszczuplił dzielnicę senioralną
     o wielki szmat kraju. Zapewne chciał udobruchać wojowniczego i ekspansywnego Mieszka. Kazi-
     mierz Sprawiedliwy zajmując Kraków łamał testamentową zasadę pryncypatu, ustanowioną przez
     Krzywoustego. Juniorzy sprzymierzeni z Mieszkiem Starym walczyli przecież w obronie tej zasady.
     Jednakże taka zdobycz dla Mieszka Plątonogiego mogła go powstrzymać ale z drugiej strony zbliżył
     się wydatnie do stolicy, licząc być może na to, że w przyszłości to on właśnie może zastąpić Kazimie-

      15 - Roman Grodecki: Polska Piastowska, PWN Warszawa, 1969
      16 - Mistrz Wincenty tzw. Kadłubek – Kronika Polska. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Kraków 1991, s. 200
      17 - Ludwik Musioł – Pszczyna – monografia historyczna, Katowice 1936, s. 34

Strona 17

Rozdział I - Miejsce akcji              15
rza. Senior Mieszko Stary był już raz przepę-
dzony z Krakowa, a nawet wygnany ze swej
dzielnicy przez syna Odona. Najstarszy z ju-
niorów Bolesław Wysoki stale przegrywał,
może te okoliczności napędzały Mieszka Plą-
tonogiego.
          W roku 1181 Mieszko Stary, prawo-
wity senior, odzyskał Gniezno i większość
Wielkopolski. Sytuacja ustabilizowała się,
a pokój między książętami napędzał rozwój
gospodarczy. Graniczna Skawa uważana była
może za linię tymczasową. Ziemie darowane
Mieszkowi przez Kazimierza nadal były ad-
ministrowane przez metropolię krakowską.                                       Kronika Wincentego Kadłubka
Ziemie dzisiejszego pogórza śląskiego i wielickiego były wówczas odludne. Szlaki kupieckie prze-
chodziły dolinami rzek, zwłaszcza Wisły, którymi też podążali podróżni do polskiej stolicy. Mieszko
Plątonogi zajęty był swoją śląską dzielnicą. Musiał pilnie strzec swoich zachodnich i południowych
granic. Pogranicze śląsko-czeskie stanowiło ciągłe zagrożenie. Na Opolszczyźnie miał za sąsiada
sprzymierzonego Jarosława, ale obaj skłóceni byli z jego ojcem Bolesławem Wysokim, osadzonym
we Wrocławiu. W miarę poprawne były wówczas stosunki z Niemcami, z którymi Władysławowicze
współżyli od najwcześniejszych lat będąc z ojcem na wygnaniu. Wracając z obczyzny Mieszko mógł
mieć około 12 lat. Księciu temu należy się nieco więcej uwagi, gdyż zaznaczył się poniekąd w historii
ziem naszych praojców, nie był postacią zaściankową, ambitnie starał się nawet o władzę zwierzchnią
nad Polską.18 Pierwsza taka sposobność pojawiła się w roku 1194. Ten moment tak opisuje latopis
Mistrz Wincenty Kadłubek: „kiedy wszyscy wszędy się weselili – [książę] ta jedyna osobliwa gwiaz-
da ojczyzny, gdy zadawał właśnie pewne pytania biskupom o zbawienie duszy, wychyliwszy maleńki
kubek – na ziemię się osunął i ducha wyzionął. Nie wiadomo czy zgasł tknięty chorobą czy truci-
zną”.19 Istnieje duże prawdopodobieństwo, że książę, który wraz z panami krakowskimi, a później
i za zgodą innych podważył praktycznie zasadę pryncypatu, który starał się uczynić dzielnicę se-
nioralną, dzielnicą dziedziczną – został otruty. Po jego śmierci rozpoczęły się targi komu powierzyć
władzę, a następnie rozgorzała walka.
         Kazimierz zwany Sprawiedliwym zmarł podczas uczty. Wtedy Mieszko Stary ruszył w stro-
nę Krakowa, licząc, że jako senior obejmie władzę, lecz panowie krakowscy postanowili inaczej. Do
czasu osiągnięcia wieku sprawnego przez Leszka Białego (nieletni syn Kazimierza Sprawiedliwego)
rządy regencyjne miała sprawować wdowa po Kazimierzu – Helena, wojewoda krakowski Mikołaj
Gryfita oraz biskup krakowski Pełka. Doszło do walki zbrojnej między rywalizującymi stronami,
która rozegrała się nad rzeczką Mozgawą koło Jędrzejowa. Krakowianie uratowali rządy regen-
cyjne, a ranny Mieszko Stary z poległym synem wycofał się do Wielkopolski. W bitwie tej zaznaczył
też swoją obecność Mieszko Plątonogi – książę, który ówcześnie panował w księstwie raciborskim
obejmującym ziemię cieszyńską i oświęcimską, a w tym i późniejszą ziemię wadowicką, w części za-
chodniej do rzeki Skawy. Wschodnia część należała nadal do dzielnicy krakowskiej. Jednak wdowa,
Helena pomogła nieco później w roku 1198 opanować Kraków Mieszkowi Staremu za cenę uznania,
jej syna jego następcą. Było to już trzecie panowanie Mieszka na tronie krakowskim, zakończone wy-
gnaniem najpóźniej w roku 1201. Zdołał on tu jeszcze powrócić po raz czwarty. Wytrwały szermierz
zasady senioratu zmarł w marcu 1202 r. w Krakowie.
       Delegacja panów krakowskich udała się do Leszka Białego na dwór sandomierski oferując
mu objęcie przezeń Krakowa, pod warunkiem, że oddali swojego palatyna, wychowawcę i opiekuna

 18 - Kazimierz Popiołek: Śląskie dzieje, PWN Warszawa-Kraków, 1976
 19 - Mistrz Wincenty tzw. Kadłubek – Kronika Polska, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Kraków 1991, s. 236

Strona 18

16          Rozdział I - Miejsce akcji




               Władztwo Mieszka Plątonogiego (XII w.)

     Goworka. Leszek warunku tego nie przyjął i w tej sytuacji powierzono tron krakowski synowi Miesz-
     ka Starego Władysławowi Laskonogiemu. Ten autokratyczny książę nie utrzymał się jednak długo
     i został przez zbuntowanych możnowładców wygnany, a na jego miejsce poproszono ponownie
     Leszka Białego. Było to zresztą zgodne z ustaloną w Łęczycy zasadą dziedziczności tronu krakow-
     skiego przez potomków Kazimierza (w roku 1180 w Łęczycy podważona została zasada senioratu:
     Kazimierz w zamian za udzielone duchowieństwu przywileje uzyskał uznanie prawa jego i jego na-
     stępców do dziedziczonych rządów w Krakowie.20
             Starania o tron krakowski podejmowali też książęta śląscy, synowie Władysława Wygnańca:
     Bolesław Wysoki i Mieszko Plątonogi. Zabiegi Mieszka przyniosły nawet pewien sukces. Przy po-
     parciu ze strony Henryka Brodatego (syna Bolesława Wysokiego) którego był stryjem i za oddanie
     mu części Opolszczyzny – uzyskał pomoc w ubieganiu się o dzielnicę krakowską. Uzyskawszy rów-
     nocześnie zgodę od najstarszego wówczas przedstawiciela rodu Piastów księcia wielkopolskiego
     Władysława Laskonogiego, opanował w roku 1210 Kraków. Niedługo w nim jednak panował, zmarł
     już bowiem w roku następnym. Warto tu zauważyć, że jeszcze w roku 1207 papież Innocenty III,
     aprobował rządy Leszka Białego, a w 1210 restytuował na rzecz Mieszka Plątonogiego zasadę se-
     nioratu. Faktycznie zaś dzielnica krakowska przybierała charakter dziedzicznej w linii Leszka Białego.
     Leszek zginął podstępnie zamordowany w roku 1227 mając zaledwie rocznego syna Bolesława, zwa-
     nego później Wstydliwym. Leszek Biały, zawarł z Władysławem Laskonogim i Henrykiem Brodatym,
     w roku 1217 układ o przeżycie. Teraz więc otwierała się przed Brodatym szansa na przejęcie dzielnicy
     krakowskiej, bowiem Laskonogi uwikłany w wewnętrzne walki w Wielkopolsce, nie liczył się, a nawet
     przed śmiercią zapisał Wielkopolskę Henrykowi Brodatemu.21

      20 - Kronika Polski, Reader’s Digest, Warszawa 2007
      21 - Zygmunt Boras: Książęta piastowscy Śląska, Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1974

Strona 19

Rozdział I - Miejsce akcji                       17




                                                                     Racibórz. Plan sytuacyjny osadnictwa (X-XII w.)
       Gdy około 1229 roku zmarł Kazimierz I opolski (syn Mieszka Plątonogiego) wdo-
wa po nim księżna Wiola oddała swych małoletnich synów: Mieszka i Władysława pod
opiekę Henryka Brodatego – który w ten sposób stał się panem całego Śląska, obok Wiel-
kopolski i ziemi krakowskiej, którymi władał już wcześniej, Ziemi Lubuskiej i części Łużyc. Spra-
wował opiekę nad Ziemią Sandomierską (która pozostawała w rękach wdowy po Leszku, Grzy-
misławy i jej syna Bolesława). Henryk Brodaty zmarł w roku 1238. Po nim krótko rządził Henryk
Pobożny, który zginął w bitwie pod Legnicą, z rąk Tatarów w 1241 roku. Wówczas rozpadło się
państwo Henryków śląskich. Kraków zajął Konrad Mazowiecki (brat Leszka Białego), który utrzy-
mał się tam do roku 1243, kiedy to został wypędzony i pokonany w bitwie pod Suchodołem.
Na opuszczony tron krakowski wprowadzono Bolesława Wstydliwego.
         Brodaty jeszcze pod koniec swego życia zmienił rządy opiekuńcze w księstwie opolsko-ra-
ciborskim na władztwo bezpośrednie, przenosząc wdowę po Kazimierzu I opolskim i jego dzieci do
Kalisza. Starszy syn Mieszko, jeszcze za życia Henryka Pobożnego powrócił do Opola (jako Mieszko II
Otyły zmarł w 1246 r.). Po nim, do roku 1281 rządził księstwem opolsko-raciborskim, drugi syn
Kazimierza I opolskiego – Władysław.22
        Od 1246 r. toczył się spór czesko-węgierski o spadek po austriackich Babenbergach.
Bolesław Wstydliwy popierał Węgrów, a Władysław, książę opolski, stał po stronie cze-
skiej. Wzajemnie podejmowali na swoje ziemie dywersyjne wyprawy. W 1273 r. Władysław
wyprawił się na Kraków. Mimo, że został pobity pod Bogucinem, otrzymał od Bolesława
część zachodnią ziemi krakowskiej (od Skawy, po Skawinkę). W ten sposób granica śląska
przesunęła się na wschód, aż pod Tyniec. Bolesław Wstydliwy desygnował na swego następ-
cę księcia sieradzko-łęczyckiego Leszka Czarnego, co potwierdziła nadto elekcja możnych.23
        Tymczasem dzielnica opolsko-raciborska, po śmierci Władysława w 1281 roku, rozpa-
dła się na cztery księstwa: opolskie, raciborskie, cieszyńskie i bytomskie. Odtąd ziemią cie-
szyńsko-oświęcimską władał Mieszko I cieszyński. W 1288 r. zmarł bezpotomnie Leszek Czarny,

 22 - Kazimierz Popiołek: Śląskie dzieje. PWN Warszawa-Kraków 1976
 23 - Józef Putek: O zbójnickich zamkach, heretyckich zborach i oświęcimskiej Jerozolimie. Kraków 1938

Strona 20

18            Rozdział I - Miejsce akcji

                                       po dziewięcioletnich rządach w Krakowie. Już od roku 1289 sposobił
                                       się do zajęcia Krakowa Wacław II z dynastii Przemyślidów. Shołdo-
                                       wał najpierw księcia bytomskiego, a następnie książąt cieszyńskiego
                                       i opolskiego (1291 r.) oraz raciborskiego (1292 r.). Gdy już nic nie stało
                                       na przeszkodzie zajął Kraków.24
                                               Ziemia wadowicka w XIII wieku była jeszcze puszczą, która
                                       przynależała do Śląska, a ściślej do księstwa opolsko-raciborskiego.
                                       Od 1281 r. do księstwa cieszyńskiego. Poza okolicami Zatora i Oświę-
                                       cimia, gdzie powstały najstarsze osady książęce, reszta ziemi oświę-
                                       cimskiej dopiero z końcem XIII i w połowie XIV stulecia w drodze ko-
                                       lonizacji poczęła się zaludniać.
                                                      Podział księstwa opolskiego między rozrastający się
     Bolesław V Wstydliwy                    ród książęcy i kurczenie się dochodów książęcych mobilizowa-
                                             ły władców do zajęcia się problemem osadniczym. Z braku pie-
     niądza uposażano dworzan, urzędników i rycerstwo ziemią, a ci nowi ziemianie sprowa-
     dzali na tereny podarowane czy oddane w lenno, kolonistów, z których pracy sami żyli
     i dwór książęcy utrzymywali.
              Istnienie w szeregu miejscowości wójtostw i sołtystw dowodzi, że osadnictwo przeprowadza-
     ne było na tym terenie także systemem tzw. kolonizacji na prawie niemieckim. Nie brak było jed-
     nakże również w zatorszczyźnie wsi zakładanych na prawie polskim. Wszystkie drobne wsie nad
     Skawą, często zwane w dokumentach „villa militaria”, w których istniał nieduży folwark dworski, czasem
     ufortyfikowany jako warownia „fortalitium”, z nielicznymi gospodarstwami chłopskimi są owocem
     osadnictwa przeprowadzonego przez rycerstwo, urzędników oraz dworzan książęcych przy zastoso-
     waniu śląsko-polskich zwyczajów prawnych. Szczególnie aktywny w akcji kolonizacyjnej na tere-
     nach późniejszej ziemi wadowickiej był polski ród Radwanitów. Obok nich do współzawodnictwa
     osadniczego stanęli także Niemcy. Pochodzili oni głównie spośród rycerzy, dworzan i sług książęcych
     i ich familiantów. Świadczą o tym nieliczne dokumenty lokacyjne, nazwiska założycieli wsi i osad,
                                                                    a także ich nazwy: np. Barwałd, Inwałd itp.
                                                                    Jednakże we wsiach osadzonych przez
                                                                    Niemców osiedlała się przeważnie polska
                                                                    ludność.
                                                                         Ziemia oświęcimska stała się w XIV
                                                                    i XV wieku terenem współzawodnictwa,
                                                                    a nawet walki dwóch ras: germańskiej
                                                                    i słowiańskiej.25 Górę wzięło rycerstwo
                                                                    polskiego i ruskiego pochodzenia. Rycerstwo
                                                                    ruskie opanowawszy część osad dzierżonych
                                                                    przez Niemców, też z biegiem czasu uległo
                                                                    polonizacji. Wojny husyckie doprowadziły do
                                                                    usunięcia z oświęcimskiego duchowieństwa
                                                                    niemieckiego – parafialnego i zakonnego.
                                                                    Poza tymi walkami narodowościowymi
                                                                    pozostawał żywioł chłopski, tak polski, jak
                                                                    i niemiecki. Zmieniali się panowie wsi, nie
                                                                    zmieniał się tylko lud, który na nich praco-
                                                                    wał. Kolonizację na prawie niemieckim prze-
                                                                    prowadzali niemieccy osadźcy, także przy
     Dokument wydany przez Mieszka I cieszyńskiego w 1287 r.        pomocy chłopów polskich ale i niemieckich

      24 - Jerzy Wyrozumski: Historia Polski do 1505 r. PWN Warszawa 1980
      25 - Józef Putek: O zbójnickich zamkach, heretyckich zborach i oświęcimskiej Jerozolimie. Kraków 1938, s. 47

Strona 21

Rozdział I - Miejsce akcji                   19




                                                                     Zamek w Oświęcimiu (stan z okresu galicyjskiego)
sprowadzanych prawdopodobnie z okolic Opola i Kluczborka. Szlacheckie rody wielkopolskie, głów-
nie Szaszory, sprowadzały w te strony osadników z Wielkopolski. Radwanici osadzali wsie ludnością
z Małopolski. Żywioł polski miał tu olbrzymią przewagę. Niektóre osady niemieckie polonizowały się,
czego przykładem były np. Wilkowice (Wolfsdorf). Można zatem stwierdzić, że współzawodnictwo
słowiańsko-niemieckie, w cywilizowaniu tej części Śląska skończyło się całkowitą kapitulacją
niemiecką przed żywiołem polskim. Czechizowanie sądownictwa przez wprowadzenie czeskie-
go języka urzędowego w sądach ziemskich nie pozostawiło poza aktami i księgami żadnych śladów,
a słowacka ludność pasterska zwana „Walasami” asymilowała się z miejscową polską ludnością, bez
wywierania w tym kierunku nacisków ze strony ludności polskiej, czy też miejscowych władz i urzę-
dów.
         Nieznaczna była akcja kolonizacyjna ze strony zakonów. Jedynie Cystersi z Rudy i Mogiły
założyli Wilkowice i Ryczów. Pozostałe klasztory tj. Benedyktynki ze Staniątek i Tyńca, Norbertanki ze
Zwierzyńca i Dominikanie z Oświęcimia i Krakowa, przyszły do gotowych dochodów ufundowanych
przez świeckich dobrodziejów.
                                          4. Osada Wadowice
        Niewątpliwie polskim miasteczkiem były od założenia Wadowice. Zauważa to Józef Putek26,
który pisze: „osada ta nie wykazywała nigdy żadnych śladów niemczyzny, ani w nazwiskach miesz-
kańców, ani w dokumentach”. Dodać należy, że z gruntu polska jest również nazwa Wadowice. Jej
najstarsze brzmienie Wadowicz występuje w dokumencie lennym księcia oświęcimskiego Jana I
Scholastyka z 1327 roku. Profesor Witold Taszycki wyróżnia osiem klas nazw miejscowych27: to-
pograficzne, kulturowe, dzierżawcze, deminutywne (zdrobniałe), patronimiczne, etniczne, służebne
i rodowe. Według tego podziału Wadowice należy zaliczyć do nazw patronimicznych. Były
one początkowo nazwami zbiorowymi ludzi wywodzących się od wspólnego przodka rodu i
dopiero z czasem zostały przeniesione na osady tych ludzi. Jan Miodek28pisze o Gliwicach. Na-
zwa tego miasta znana już od XIII wieku w brzmieniu Gliwicz, Glewicz, Glibicz – jest tworem patroni-

 26 - Józef Putek: O zbójnickich zamkach, heretyckich zborach i oświęcimskiej Jerozolimie. Kraków 1938, s. 33
 27 - Witold Taszycki: Słowiańskie nazwy miejscowe. Ustalenie podziału. Kraków 1946
 28 - Jan Miodek: Przez lata ze słowem polskim. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1991

Strona 22

20          Rozdział I - Miejsce akcji

     micznym od nazwiska Gliwa znanego na Śląsku. Gliwicz to człowiek bądź potomek Gliwy, jak stwier-
     dza Miodek nazwa patronimiczna – odojcowska. Analogia do Wadowicz – człowiek lub potomek
     Wada, Wady, Wadeca, Władysława.29 Teofil Klima pisze w przywołanym opracowaniu tak: „Nazwa
     miasta jest polska, a formę jej patronimiczną należy wywodzić od pierwszego osadnika „Wada”, któ-
     rego potomkowie zwali się patronimicznie Wadowice”. Cytuję odnośnik zamieszczony przez autora.
     „Wad” jest imieniem ludności włościańskiej w dobie piastowskiej. Stwierdza to Prof. Dr. Fr. Piekosiński
     w pracy pt. Ludność wieśniacza w dobie piastowskiej. Indeks p. 143. Podobnie wyjaśnia nazwę
     Wadowice Stanisław Rospond:30 „Jest to oczywiście nazwa patronimiczna, oznaczająca potom-
     ków pierwszego osadźcy o nazwisku Wada (w dok. Vada, wicekanclerz Królestwa Polskiego Piotr
     Wada)”. Porównaj wyrazy wada, zwada, wadzić. Wada – błąd, wadliwy, zawada, zawadzać (…) wadzi
     mi, przeszkadza, wadzić się – kłócić się.31 Nazwy patronimiczne sięgają okresu plemiennego, rodo-
     wego Polski, odpowiadały na pytanie: kto mieszka? A zatem Głębowicy – potomkowie (…) praro-
     dzica Głąba itp.32 Jeszcze w XIII wieku żywe było na Śląsku nazewnictwo odojcowskie: Głębowicy,
     Piroszowicy, Brukalicy – potomkowie, dziedzice Głąba, Pirosza, Brukała. Było to po prostu określe-
     nie ludzi, mieszkańców nie zaś miejsca. Dlatego była forma mianownikowa, liczba mnoga na icy.
     Z chwilą znieruchomienia tych nazw w funkcji miejscowej zastąpiono od XIV w. icy przez bierniko-
     we –ice: Głębowice, Piroszowice, Brukalice; Głubczyce zamiast Głąbczyce od Głąbek (wpływ czeski:
     u zamiast ą). A zatem pierwotne Racławice – potomkowie Racława (ród, kolektyw) – wieś Racławice,
     wieś potomków Racława.
            Nazwę Wadowicz można wywieść również od imienia księcia oświęcimskiego Władysława,
     pierwszego w pełni suwerennego władcy oświęcimskiego. Słownik imion33 podaje formę Vadislav
     od Władysław. Jeśli do tego dodamy, że akt lenny (1327r.) spisywali Czesi to książę dla nich mógł
     być Wadec34, a jego człowiek Wadowicz. W ówczesnych czasach nazwy nagminnie przekręcano, do-
     pasowywano do już zasłyszanych, gubiono litery itp. Przykładem choćby Spytkowice, wymienione
     w tym samym dokumencie jako Spikowicz.
            Podobna w brzmieniu nazwa patronimiczna wymieniona została w tzw. Księ-
     dze Henrykowskiej z 1270 roku. Cytuję: „stąd też i gród, który teraz leży między (osadą no-
     szącą miano) Wadochowicy i klasztorem (inter Wadichowicz et claustrum) zwie się Jagiel-
     no (Gagelno)”. Po tych słowach odnośnik autora cytuję: „Formę Wadichowicz czytamy
     Wadochowicy na podstawie innych poprawniejszych zapisów tej nazwy, spotykanych również
     w Księdze Henrykowskiej; Wadochowicy zrazu synowie Wadocha, potem nazwa osady; dziś brzmia-
     łaby Wadochowice. Porównaj Wadów, Wadowice”35.
             Pod koniec XIII wieku lub z początkiem XIV wieku nasi przodkowie, z pewnością za zgodą
     księcia oświęcimskiego założyli osadę Wadowice. Wybrali pagórek nad brzegiem Skawy, chroniony
     z trzech stron przed wrogiem. Od wschodu Skawą, od północy Choczenką, a od południa terenami
     podgórskimi. Dostępność, w tym przypadku tereny płaskie rozciągały się na zachód, ale przecież
     było to naturalne połączenie ze Śląskiem do którego wówczas należało całe księstwo oświęcimskie.


      29 - Teofil Klima: Wadowice. I. Z Przeszłości miasta. II. Organizacja miejska i sądownictwo od 1550 – 1784 r.
           Sprawozdanie gimnazjum w Wadowicach za rok 1905 – 1907, s. 4
      30 - Stanisław Rospond: Słownik etymologiczny miast i gmin PRL. Zakład Narodowy im. Ossolińskich. Wrocław
           1984, s. 598
      31 - Aleksander Brückner: Słownik etymologiczny języka polskiego. Wiedza Powszechna. Warszawa 1974,
           s. 598
      32 - Stanisław Rospond: Mówią nazwy. Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne. Warszawa 1976
      33 - Słownik imion: Zakład Narodowy im. Ossolińskich. Wrocław 1991, s. 282 – pod numerem 20 wymienione
           imię Vadislav od Władysława.
      34 - Andrzej Nowakowski: Z dziejów miasta i parafii Wadowice. Polskie Towarzystwo Teologiczne. Kraków 1985
      35 - Witold Taszycki: Najdawniejsze zabytki języka polskiego. Zakład Narodowy im. Ossolińskich. Wrocław
           1975, s. 31

Strona 23

Rozdział I - Miejsce akcji                21




                                       Dokument lenny z 1327 r. w którym pierwszy raz wymieniono osadę Wadowice.
         Ciekawą hipotezę na temat genezy powstania Wadowic przedstawił Zbigniew Jur-
czak36. Skoro osadnictwo ówczesne postępowało wzdłuż brzegów Skawy, zwłaszcza po lewej
stronie rzeki, to naturalną przeszkodą była rzeczka Choczenka. Wpadała ona do Skawy w miejscu
obecnego placu Westerplatte. Tak więc konieczne było przeprawianie się do Wadowic przez tereny
podmokłe, bagniste, dość rozległe, jeśli podróżni zbliżali się doliną Skawy od Zatora. Układ urbani-
styczny miasta wskazuje główną oś komunikacyjną właśnie z północy na południe. Zbigniew Jur-
czak przypuszcza, że okres założenia osady należy przesunąć w czasie do połowy XIII wieku. Wtedy
to istniały strategiczne powody utrzymywania przeprawy przez Choczenkę, gdyż istniało stałe za-
grożenie nadgraniczne pomiędzy dzielnicą krakowską, a książętami śląskimi. Wtedy zapewne na
wysokim brzegu Skawy osadzono pierwszych strażników pilnujących sprawnej przeprawy przez
Choczenkę.


 36 - Zbigniew Jurczak: Początki osady Wadowice. „Nadskawie”, zeszyt 7-8, s. 18, TMZW Wadowice 1989.

Strona 24

22          Rozdział I - Miejsce akcji

              Jeśli za okres lokowania pierwotnej osady nad Skawą przyjmiemy lata późniejsze, pod ko-
     niec XIII wieku przyczyna mogła być nieco inna, nie tyle obronna, co raczej gospodarcza. W roku
     1274 granica księstw śląskich zostaje przesunięta na wschód, ze Skawy na Skawinkę. W ten sposób
     brzegi Skawy znalazły się wewnątrz księstwa, najpierw opolskiego, potem cieszyńskiego, a wresz-
     cie oświęcimskiego. Nasi przodkowie Słowianie byli doliniarzami, nie góralami. Poszukiwali głównie
     terenów, przydatnych do uprawy roli, nadwodnych, wilgotnych, łąkowych, zasobnych w pasze po-
     trzebne do hodowli bydła. Dlatego osady powstawały nad rzekami i jeziorami, co poprawiało ich
                                                     obronność, która zresztą mogła być nawet potrze-
                                                     bą pierwszoplanową. Zapewne także udzielny ksią-
                                                     żę władający małym księstewkiem, pozbawionym
                                                     większej ilości grodów i miast opasanych murami,
                                                     zainteresowany był osadnictwem, a zwłaszcza do-
                                                     chodami płynącymi z osad i wsi. Tak m.in. lokowa-
                                                     ne były w 1277 roku położone nad Sołą Kęty. Być
     Powiększona nazwa miejscowości Wadowice         może w tym czasie jakiś wyznaczony przez księcia
     na dokumencie z 1327 r.
                                                     zasadźca upodobał sobie wzgórek u zbiegu Skawy
     i Choczenki. Poza naturalnymi walorami obronnymi, był też dobrym punktem obserwacyjnym,
     a jak się później okazało bliskość Skawy pozwalała na połów ryb w rzece, zakładanie młynów,
     a także spławianie drewna, pobieranie opłat przy przeprawie itp.
               Skawa, ta górska rzeka, płynęła przed wiekami bliżej średniowiecznego rynku. Jej pradolina
     sięgała ulic położonych na terenie płaskim. Widać to było wyraźnie podczas współczesnych powo-
     dzi i wylewów rzeki, kiedy rozlewisko sięgało dzisiejszych plant, nie mówiąc już o osiedlach miesz-
     kaniowych w pobliżu stacji kolejowej. Bliskości rzeki w średniowieczu dowodzi zabudowa miasta
     i przebieg dróg. Z mapy Stanisława Porębskiego z roku 1563 wynika, że domy wadowiczan tworzyły
     zwarty okrąg poniżej kościoła od strony północnej, a więc w pobliżu Choczenki. Skawa na tej ma-
     pie płynie tuż obok tej kolistej zabudowy, tyle że od wschodu. Można wnioskować, że rzeka
     w późniejszych wiekach zmieniła koryto, przesuwając się około kilometra w kierunku wschodnim.
     Przywilej królewski Zygmunta Augusta z roku 1569 mówi „o tartaku wodnym na rzece Ska-
     wie”. August III w 1754 udziela pozwolenia stawiania młynów (…) na rzece Skawie w obrębie
     gruntów miejskich (…).37 Pisze też, potwierdzając usytuowanie Skawy względem rynku, Józef Pu-
     tek:38 „łożyskiem Skawy po odsypiskach rzecznych prowadził szlak drogowy z Wadowic do Jordano-
     wa. Dziś z rynku prowadzi on ulicą Zegadłowicza (taką nazwę nosiła ulica Tatrzańska od roku 1933 do
     1936) przez Groble na Gorzeń. W połowie XVII wieku tędy drogi nie było. Wychodziła ona z Wadowic
     dzisiejszą ulicą Karmelicką i skręcała na Niwy, a stamtąd biegła na Gorzeń Średni, gdzie dziś stoi dom
     Zegadłowiczów i kierowała się ku Skawie skalnym podłożem, często zalewanym przez tę rzekę. Mi-
     nąwszy Gorzeńskie Grodzisko szlak drogowy prowadził łożyskiem Skawy aż po „Czartak” mucharski,
     a stąd dalej ku Skawcom i Suchej przez mucharską „Zieloną” (…)”
               Tak czy owak rzeka była powodem osiedlania się tu ludzi. Czy chodziło o bród i przeprawę
     przez Choczenkę, czy o bliskość wody, ryb, szlaku komunikacyjnego, czy siły napędzającej młyny,
     folusze bądź inne urządzenia. Najpierw była Skawa, potem droga, od źródeł przy Przełęczy Spytko-
     wickiej, po ujście do Wisły, a potem dopiero osada Wadowice. Może przeprawy strzegła strażnica,
     obok której wyrastały domy, a później miasteczko. Wzdłuż Skawy, z północy na południe i na odwrót
     ciągnęli kupcy, a droga wymagała nadzoru. Tak powstał Zator, a obok niego Grodzisko, warownia
     kamienna z czasów pierwszych Piastów. Gorzeńskie Grodzisko było kolejnym nadskawskim straż-
     nikiem. Z czasem warownie zastąpiono ośrodkami gospodarczymi w celu zwiększenia dochodów
     książęcych.


      37 - Walerian Heck: Archiwum miejskie w Wadowicach. Sprawozdanie Dyrekcji Gimnazjum w Wadowicach za
           rok 1889, s. 5-9
      38 - Józef Putek: Miłościwi panowie i krnąbrni poddani. Wydawnictwo Literackie. Kraków 1959, s. 103

Strona 25

Rozdział I - Miejsce akcji         23
        Osady, a później miasta nie miały zamków, ani murów obronnych. Przykładem Kęty (1277).
Możliwe, że Wadowice powstały w tym samym czasie, w latach kiedy nie było już granicy śląsko-
-krakowskiej na Skawie, lecz nieco dalej na Skawince. Książęta piastowscy, tak śląscy jak krakowscy,
rywalizowali ze sobą o pryncypat i stolicę. Tak było dotąd aż nie uzależnili się od Czech. Rok 1327
zmienił sytuację gdyż granica między dzielnicami śląskimi, a małopolskimi stała się granicą między
Czechami, a Polską. Teraz obrona terytoriów stała się sprawą nadrzędną. Musiały powstać zamki,
w których zbrojna załoga strzegła granicy państwowej. Z jednej strony wyniosła Lanckorona, z dru-
giej górujący nad doliną Skawinki zamek barwałdzki.
                               5. Księstwo oświęcimskie i zatorskie
         Przez blisko sto lat (1179 – 1274) Skawa była granicą pomiędzy dzielnicami Piastów
śląskich, a ziemią krakowską. Potem zaś w latach 1291 – 1496, czyli dwieście lat ziemie uza-
leżnione od Czech dochodziły na wschodzie aż do rzeki Skawinki. Stan ten był konsekwencją
słabości ziem polskich składających się z niewielkich księstewek. Ostatecznie Wacław II, król cze-
ski koronował się w 1300 r. na króla Polski. Dzieło zjednoczenia zostało w znacznym stopniu do-
konane, bo Wacław skupił w swoich rękach większość ziem polskich, a nadto próbował rozciągnąć
swą władzę zwierzchnią na terytoria pozostałe. Rządy Wacława II nie cieszyły się jednak długo po-
parciem, gdyż sprawowane twardo, często za pomocą ludzi obcych – Czechów i Niemców, w kon-
fliktach z lokalnymi możnowładcami, a nawet książętami dzielnicowymi, traciły oparcie społeczne.
Nadto Wacław II, związał się z Brandenburgią, której przyrzekł Pomorze Gdańskie, co zraziło wielu
jego polskich zwolenników. W tej sytuacji stanął na ziemiach polskich, wracając z wygnania
Łokietek, około roku 1305. Wybuchło antyczeskie powstanie na Kujawach i w części Wielkopol-
ski. W połowie 1306 roku Wacław II zmarł, a jego syn Wacław III został zamordowany w Ołomuńcu.
Nastąpiły więc sprzyjające okoliczności zjednoczenia ziem polskich pod władzą Władysława Ło-
kietka. Wytrwały i zręczny w polityce i w walce, mimo rozlicznych problemów z Krzyżakami
i z Czechami, koronował się na króla Polski w 1320 roku. Sprzymierzył się przeciwko swoim
zewnętrznym wrogom z Węgrami i Litwą.
         Tymczasem roszczenia do tronu polskiego wysuwał następca Wacława II i III na czeskiej
stolicy – Jan Luksemburczyk. Synowie Mieszka I cieszyńskiego dzielą się po jego śmierci
w roku 1316 księstwem i w ten sposób powstaje samodzielne księstwo oświęcimskie z jego
pierwszym władcą Władysławem, któremu udało się swoje ziemie utrzymać w niezależno-
ści od Czech, ale i od Władysława Łokietka. Niemniej książęta śląscy, pod koniec wieku XIII
i w pierwszej połowie wieku XIV, prowadzili przeważnie krótkowzroczną politykę wobec prób zjed-
noczenia państwa polskiego. Myśleli o swoich małych interesach, o korzyściach płynących z soju-
szy, nie bacząc na całość. Zostali przymuszeni, bądź dobrowolnie poddali się wpływom czeskim.
W owym czasie nasz południowy sąsiad dysponował pozycją i siłą militarną. Łokietek nie wykazał
zdecydowanego zainteresowania Śląskiem, uwikłany w walkach z Krzyżakami i stale czuwający
nad bezpieczeństwem krakowskiej stolicy. Zmarł w 1338 roku, pozostawiając swemu następcy,
synowi Kazimierzowi królestwo skonsolidowane wewnętrznie i śmiertelnie zagrożone od ze-
wnątrz.39Składało się ono właściwie z dwu nie połączonych nawet ze sobą dzielnic, tj. Wielkopol-
ski i Małopolski. Kazimierz, którego potomni nazwali Wielkim, zmuszony okolicznościami, zrzekł
się praw do Śląska, traktując to posunięcie jako taktyczne, nigdy nie porzucając myśli o odzy-
skaniu tej dzielnicy dla Polski. Panowanie Kazimierza Wielkiego zapisało się złotymi zgłoskami
w dziejach Korony. Wzrosło znaczenie polityczne i gospodarcze Polski. Ówcześni władcy liczyli
się z polskim królestwem, a nawet zjeżdżali do Krakowa jak to miało miejsce w 1364 r. Celem kon-
gresu było utwierdzenie pokojowych stosunków i politycznej równowagi w Europie środkowej,
a także zbliżenie monarchów, co mogło nastąpić podczas słynnej biesiady u krakowskiego Wie-
rzynka. Niestety książęta śląscy, lennicy Czech, zajęci byli drobnymi sprawami, wiążąc się zależnie
od sytuacji czy to z Polską, czy z jej wrogami.40

 39 - Jerzy Wyrozumski: Historia Polski do roku 1505. PWN Warszawa 1982
 40 - Kazimierz Popiołek: Śląskie dzieje. PWN Warszawa-Kraków 1976

Strona 26

24          Rozdział I - Miejsce akcji

               Panowanie Kazimierza Wielkiego pozostawiło trwałe ślady również na terenach ziemi wa-
     dowickiej. Mimo, że król formalnie musiał zrzec się praw do Śląska (w tym też do samych Wadowic
     i okolic, aż po Skawinkę) to jednak nigdy się z tym faktem nie pogodził. Starał się przy każdej okazji
     demonstrować, że kiedyś ziemie te były polskie i, że Polsce się należą. Wiedział też Kazimierz, ze cze-
     scy Luksemburgowie roszczą sobie prawa do korony polskiej. Aby ubezpieczyć zachodnie granice
     wybudował zamek na wyniosłym lanckorońskim wzniesieniu. Załoga tej warowni mogła strzec
     granic z księstwem oświęcimskim i kontrolować szlak do stolicy. Książęta śląscy, w tym oświęcimski
     byli lennikami Luksemburczyków, tak, że król czeski mógł swobodnie przez ich ziemie przemiesz-
     czać się z wojskami w pobliże Krakowa. Widać król Kazimierz nie liczył na rychłe odzyskanie Ślą-
     ska skoro wydatnie zajął się nadgraniczną Lanckoroną. W 1336 roku funduje w Lanckoronie kościół
     pod wezwaniem Jana Chrzciciela, a w 1359 zezwala Janowi ze Skrona przekształcić istniejącą osadę
     w wieś, osadzoną na prawie magdeburskim, wyposażając ją w 25 łanów frankońskich.41 W 1361 roku
     wójtowi wsi Lanckorona zezwala król założyć miasto wyposażając je w dwa łany frankońskie i poło-
     wę dochodów z jatek piekarniczych, rzeźniczych, szewskich i sukienniczych oraz dochody z młyna
     i łaźni. W dniu 31 III 1336 roku król nadaje Lanckoronie prawa miejskie oparte o prawo magdeburskie
     i ustanawia czwartki dniem targowym; zezwala mieszczanom prowadzić handel suknem i wresz-
     cie dopuszcza Lanckoronę do korzystania z wszelkich praw przysługujących Krakowowi.42 Kazimierz
     Wielki zmarł w 1370 roku.
              W okresie, gdy Władysław Łokietek toczył uciążliwe walki z wrogami królestwa,
     a Kazimierz Wielki umacniał Polskę, w granicznym księstwie oświęcimskim schedę po ojcu Wła-
     dysławie przejmuje Jan zwany Scholastykiem. Przywołany już wcześniej Józef Putek odnotowu-
     je, że Jan I został przez księcia Władysława przeznaczony do stanu duchownego. Małoletni jeszcze
     Jan otrzymuje urząd kościelny przy katedrze w Krakowie. Papież nadał w 1321 roku scholasterię Ja-
     nowi polecając zatrzymać ją aż do przyjęcia święceń. Widocznie tak się stało bo przyszły książę jako
     scholastyk podpisywał szereg dokumentów aż do roku 1327. Obciążenie dziesięciną księstwa oświę-
     cimskiego wskazuje, że zapobiegliwemu ojcu Scholastyka zależało nie tylko na pozyskaniu urzędu
     dla syna, ale także na zapewnieniu mu dochodów. Książę i ksiądz Scholastyk po śmierci ojca porzucił
     urząd kościelny, objął księstwo, a nawet ożenił się. Zatrzymał mimo to dochody kościelne, o które
     upominała się w licznych procesach krakowska kapituła. Strona kościelna formalnie sprawę wygrała
     i domagała się od księcia zwrotu olbrzymiej kwoty, narosłej przez lata, ale mimo wyroków i nacisków
     papieskich, nie była w stanie wyegzekwować od czeskiego lennika przywłaszczonych sum.
              Józef Putek przypisuje też Janowi Scholastykowi zbudowanie zamku barwałdzkiego
     na stożkowatym wzgórzu Żar panującym nad rozległą doliną Skawy, Skawinki i Wisły. Czy
     zamek ten powstał jako warownia nadgraniczna w odpowiedzi na przeciwległą twierdzę lancko-
     rońską, czy było odwrotnie – trudno powiedzieć. Faktem jest, że książę Scholastyk obłożony klątwą,
     ścigany przez sądy, miał powody by chronić granice swych posiadłości, przed bliskim krakowskim
     sąsiedztwem. Podobnie Lanckorona po polskiej stronie strzegła Korony przed sojusznikiem czeskich
     Luksemburgów, którzy nie tylko shołdowali Śląsk, ale też zgłaszali pretensje do tronu polskiego.
              Księciu Janowi Scholastykowi, jakby nie mówić postaci barwnej, zawdzięczamy pierw-
     szy zapis nazwy miasta – Wadowicz z aktu lennego z 1327 roku. Po śmierci Scholastyka pano-
     wał w księstwie jego syn, jako Jan II. Z czasów tych zachował się zabytek rękopiśmienny, który stał
     się powodem wielu nieporozumień. Dokument sporządzony w 1400 roku dotyczył posagu księcia
     oświęcimskiego, a zapisany został w języku niemieckim, którym posługiwała się kancelaria królewska
     w Pradze. Wymienia się w nim Wadowice jako Frawenstadt (Wolne Miasto). Również inne miejscowo-
     ści, na których dokonano owego zabezpieczenia figurują pod niemieckimi nazwami: np. Newenstadt
     – Zator. Józef Putek tłumaczy tę sytuację próbą przetłumaczenia na niemiecki treści oryginalnego
     dokumentu sporządzonego w języku czeskim lub łacińskim. Na tej podstawie wnioskowano później

      41 - Aleksy Siemionow: Ziemia Wadowicka. PTTK Wadowice 1984
      42 - tamże, s. 170.

Strona 27

Rozdział I - Miejsce akcji                  25




                                     Dokument z roku 1400, gdzie Wadowice figurują jako Frawenstadt (Wolne Miasto)
mylnie, że to Niemcy zakładali powyższe miasta, że były to osady z gruntu niemieckie. Tymczasem
Wadowice były od zawsze polskie czego dowodzą nazwiska mieszkańców, jak i najstarsza księga
sądowa z lat 1463 – 1548 pisana w języku czeskim. Z drugiej strony oświęcimscy książęta posługi-
wali się językiem niemieckim przy wystawianiu dokumentów, również później, m.in. przy podziale
księstwa oświęcimskiego i utworzeniu księstwa zatorskiego w roku 1445. Nowym księstwem władał
Wacław, który miał również upodobanie do niemczyzny, gdyż fundując chrzcielnicę do zatorskiego
kościoła zlecił ozdobić ją sentencją w języku niemieckim. W okresie późniejszym wskutek nacisków
z Pragi zobowiązano się prowadzić księgi sądowe i dokumenty wychodzące z kancelarii książęcej
w języku czeskim.
        Wystawiając Wadowicom akt nadania praw miejskich w roku 1430 książę oświęcimski Kazi-
mierz posługiwał się nadal nazwami Frauenstadt lub Fraustadt.43 Chcąc podnieść miasteczko po wiel-
kim pożarze, który strawił jego znaczną część, zwolnił mieszkańców od wszelkich ciężarów prawa ksią-
żęcego (ius ducale). Oryginał dokumentu został zniszczony przez wodę, lecz wadowiczanie zadbali by
w roku 1496 książę oświęcimski i zatorski Janusz potwierdził przywilej Kazimierza z roku 1430. Tekst
przywileju księcia Janusza z 28 listopada 1496 r. przytacza profesor gimnazjum wadowickiego Wale-
rian Heck, w oryginalnym łacińskim brzmieniu.44 Dokument ten był pieczołowicie przechowywany
w wadowickim magistracie, aż do momentu wyzwolenia miasta przez sowietów w roku 1945, kiedy
definitywnie zaginął, wraz z całym archiwum. Kiedy Heck pisał swoje opracowanie uważał akt nadania
praw miejskich Wadowicom za najważniejszy z całego zbioru. W uzupełnieniu treści przywileju należy
dodać, że książę Kazimierz, a za nim Janusz uwalnia mieszkańców Wadowic od podatków na lat sześć;
po upływie zaś tych sześciu lat, płacić miał każdy mieszkaniec od łanu pół grzywny groszy praskich i po
2 miary pszenicy, żyta i owsa. Chcąc dalej przyczyniać się do wzrostu miasta, nadaje mu książę prawo
niemieckie (chełmińskie), zakazuje zarazem obcym w promieniu jednej mili otwierania sklepów lub
warsztatów i dozwala mieszkańcom brania drzewa z lasów książęcych jako materiału budowlanego.
Akt ten przechowywany był w archiwum miejskim w Wadowicach z numerem 1.

 43 - Andrzej Nowakowski: Z dziejów miasta i parafii Wadowice. Polskie Towarzystwo Teologiczne – Kraków
      1985
 44 - Walerian Heck: Archiwum miejskie w Wadowicach. Sprawozdanie gimnazjalne – Wadowice 1889, s. 25

Strona 28

26            Rozdział I - Miejsce akcji

             W wieku XV rozgrywały się w księstwach oświęcimskim i zatorskim wypadki, które
     śmiało mogłyby stać się kanwą scenariusza sensacyjnego filmu, oczywiście toczącego się
     w średniowiecznych realiach. W połowie XV wieku Barwałdczyzna i Żywiecczyzna znajdowały się
     w posiadaniu Skrzyńskich herbu Łabędź pochodzących ze Skrzynna. Józef Putek przypuszcza, że
     otrzymali te ziemie jako dziedziczne lenno od księcia Przemysława, pana ziemi oświęcimskiej i tosz-
     czeńskiej, najwcześniej w roku 1434. Ród ten posiadał zarówno te dobra jak i posiadłości w Polsce
     i na Węgrzech. Byli to możnowładcy niewiele robiący sobie z książąt, a nawet królów, rządzący nie-
     podzielnie w swoich dobrach. Wykonując swoją władzę nakładali na przejeżdżających z Polski i do
     Polski obywateli różne opłaty, cła, przetrząsając towary, stosując przemoc i konfiskatę. Metody, któ-
     rym hołdowali, przypominały podobne praktyki rycerzy-rabusiów, awanturników politycznych zwa-
     nych z niemiecka „raubritterami”. Ówczesna mentalność w zależności od własnego interesu stawiała
     te typy w gronie „zbójów” lub sprzymierzeńców wykonujących patriotyczną robotę.
             Mszczugij Skrzyński przeniósł między rokiem 1444 a 1447 wszystkie swoje prawa do dóbr
     barwałdzkich i zamku oraz wierzytelności na zamku tym zapisanych, na swego krewnego Włodka
     Skrzyńskiego, odebrawszy od niego sumę 3000 czerwonych złotych (tę kwotę Mszczugij wypłacił
     Serafinowi, jako zastaw za przekazaną mu barwałdczyznę w lenno na prawie polskim). Kronikarz
     przypuszcza, że Skrzyński dzierżył cały czas zamek, a jedynie zmieniała się jego sytuacja prawna.
     Włodek Skrzyński osiadł na zamku barwałdzkim w 1447 roku zapisując kwotę 3000 złotych na do-
     brach barwałdzkich swojej żonie Katarzynie, zwanej Włodkową.
             Niewiasta ta, zapewne już po śmierci męża, parała się rzemiosłem rycerskim, nie gorzej od
     kompanów, którym przewodziła. Być może, że brała udział w wymuszaniu haraczy od przejeżdża-
     jących przez jej dobra kupców, a ponadto pod pozorem „pomszczenia szkód” grasowała po ziemi
     oświęcimskiej. W latach pięćdziesiątych XV wieku graniczne księstwa śląskie były widownią najaz-
     dów, rabunków, wszelkiej przemocy w celu wymuszenia okupów. Rabusie wszelkiej maści, tak ze




     Ruiny zamku Włodkowej na kalwaryjskim Żarze (fotografia współczesna)

Strona 29

Rozdział I - Miejsce akcji           27
szlachty śląskiej jak i polskiej wzajemnie
najeżdżali się, łupili i grabili. Włodkowej,
nieprzeciętnej kobiecie, równającej się
z mężczyznami, przypisywano wyczy-
ny, których prawdziwości nie da się już
dziś potwierdzić. Fama głosi, że ze swoją
czatą pomściła napad i okup dany „ryce-
rzom brackim” na zamku w Oświęcimiu.
Pieniądze odebrała, 8 drabów zabiła
i w chwale wróciła do zamku. W uznaniu
jej zasług król zwolnił ją od stacji woj-
skowych i wyprawy wojennej. Czyny
Włodkowej obrosły w legendy, opisywa-
ne barwnie przez kronikarzy i opiewane
przez „dziadów kalwaryjskich”. Ocieka-
jące krwią historie znakomicie kontra-
stowały z bogobojnym sąsiedztwem
mnichów kalwaryjskich osadzonych na
zboczach pobliskiego Żarku, a także
z zespołem kaplic ufundowanych przez
Mikołaja Zebrzydowskiego. Tyle tylko, że
„dróżki” powstały niemal dwa wieki póź-
niej. Wiek XV był stuleciem kontrastów,
rabunków, potyczek, najazdów i prze-
mocy. Brylowali w tym nie tylko rycerze –
raubritterzy, ale i pospolita szlachta oraz
zaufani królewscy wysłannicy. Zasada, że                            Zamek Lanckoroński na rycinie z 1618 r.
cel uświęca środki miała przemożny wpływ na poczynania polityków, dworów i możnowładców.
Nie brzydzono się oszustwem, intrygą, przekupstwem, przymusem, byle tylko górą był interes nad-
rzędny. Jeśli na szali było dobro Korony, to wszystko znajdowało usprawiedliwienie, dobro króle-
stwa było również dobrem panujących rodów i całej świty u monarszego stołu.
        W połowie XV wieku zwolna następowały sprzyjające okoliczności dla Polski aby upomnieć
się o powrót Śląska do Macierzy. Pozycja Królestwa polskiego wzrastała w regionie już za czasów
Władysława Jagiełły. Po jego długim (zmarł w 1434 r.) panowaniu, przejściowo władzę sprawowała
rada królewska, której faktycznym kierownikiem stał się Zbigniew Oleśnicki (biskup krakowski). Ry-
chło koronowano Władysława, pierworodnego Jagiełły, zwanego później Warneńczykiem, który po
dojściu do lat sprawnych objął władzę.
          Czechy wstrząsane ruchami husyckimi, które występowały przeciwko dynastii luksembur-
skiej i reprezentowanej przez nią niemczyźnie, a później również walkami o tron, po śmierci Zyg-
munta Luksemburczyka (1437 r.), zwróciły nawet oczy na drugiego syna Jagiełły Kazimierza, jako
ewentualnego elekta. Tymczasem Władysław Warneńczyk sięgnął po koronę węgierską tyle, że
stało się to w momencie zagrożenia wojną z Turcją. Młody król zginął w bitwie pod Warną w roku
1444. W rok później koronę polską zaproponowano Kazimierzowi Jagiellończykowi, który przeby-
wał wówczas na Litwie, jako wielki książę litewski. Po przeciągających się pertraktacjach, z możno-
władcami i szlachtą, ostatecznie koronował się w czerwcu 1447 roku na króla Polski.
         O ile zmieniła się w Europie środkowej sytuacja polityczna, gdy przeszło sto lat wcześniej Jan
Luksemburski shołdował księstwa śląskie, świadczy porównanie. W połowie XIV wieku król czeski
Karol I z dynastii Luksemburgów został cesarzem „Świętego Cesarstwa Rzymskiego” jako Karol IV.
W roku 1348 doszło do założenia Uniwersytetu Praskiego, pierwszego w Europie środkowej, dokąd
ściągali studenci z odległych zakątków po naukę. Po śmierci Karola I Czechy wraz ze Śląskiem i górny-

Strona 30

28            Rozdział I - Miejsce akcji




     Ruiny zamku Wołek nad Kobiernicami (fotografia współczesna)
     mi Łużycami otrzymał syn jego Wacław IV, który do 1400 r. był jednocześnie królem rzymskim. Drugi
     syn Karola I Zygmunt, który otrzymał Brandenburgię, w 1386 r. został królem węgierskim, a w 1411 –
     królem rzymskim. Czechy były też silnym ośrodkiem gospodarczym, dynamicznie rozwijającym się,
     a grosz praski stał się podstawową jednostką monetarną i rozpowszechnił się także w Niemczech,
     Polsce i Wielkim Księstwie Litewskim.45
             Książęta śląscy, a zwłaszcza interesujący nas oświęcimscy, poddali się, zapewne
     w wyniku nacisku, dominacji czeskiej z początkiem XIV wieku. Ulegli germanizacji, mimo bliskości
     stołecznego Krakowa, który wówczas nie był w stanie utrzymać, a później odzyskać Śląska. Więzy
     gospodarcze, doraźne korzyści, partykularne interesy pociągały w stronę Pragi, z którą też ziemia
     oświęcimska czuła się bezpieczniej, niż w jednoczącym się dopiero polskim królestwie. Stan taki
     utrzymywał się za ostatniego Piasta Kazimierza Wielkiego, jak i później w okresie rządów andega-
     weńskich. W epoce Jagiellonów, której początek przypadł na schyłek XIV wieku, uwagę królewską
     przyciągał zdecydowanie konflikt z zakonem krzyżackim. Ale nadeszły czasy, gdy w stronę Jagiel-
     lonów zwracały się chwiejące monarchie w Czechach i na Węgrzech, zagrożone husytyzmem, po-
     wstaniami chłopskimi, czy nawałą turecką, upatrując w potomkach Jagiełły i Kazimierza Jagielloń-
     czyka ratunku w obliczu klęski.
             Jeszcze za rządów młodocianego króla Władysława w księstwie oświęcim-
     skim rozgrywały się wypadki, których wstępem były pospolite rabunki i najazdy,
     a końcem częściowy rozbiór księstwa na korzyść polskiego króla.
             O opisywanych tu wydarzeniach sporo pisze w swoich „rocznikach”, średniowieczny kroni-
     karz Jan Długosz.
             Duchowny działający w otoczeniu królewskim, korzystający z informacji niejako
     z pierwszej ręki (żył w latach 1415-1480). Ciekawe lokalne wydarzenia w okolicach Zatora, Kęt, Wa-
     dowic – rozgrywały się w pobliżu krakowskiej stolicy i niejednokrotnie dotyczyły spraw ważnych dla
     bytu państwowego.
             W rocznikach Długosza spotykamy się z wieloma pomniejszymi miejscowościami księstw
     oświęcimskiego i zatorskiego, które później stały się częścią składową ziemi wadowickiej. Pojawiają
     się: Chocznia, Stanisław, Zebrzydowice, Stronie, Jaroszowice, czy Zakrzów. Najczęściej odnosi się do


      45 - Historia powszechna, tom III. Książka i Wiedza. Warszawa 1966

Strona 31

Rozdział I - Miejsce akcji                       29
wypadków mających miejsce w Barwałdzie. „Dopominano się aby Włodka z Skrzynna i żonę jego,
dopuszczających się wydzierstwa i rozboju, a niechcących ulegać ani prawu, ani rozkazom królew-
skim, w zamku Berwałtu kazać otoczyć.”
        Jan Długosz wspomina w swych dziełach o zamku w osadzie zwanej Grodzisko w pobliżu
Zatora. Kronikarz nazywa zamek „arx fortis” i nadmienia, że był to zamek z muru i „białego kamie-
nia”. Bolesław Wstydliwy kazał ten zamek zburzyć, gdyż mógł on stanowić zagrożenie dla niego
kiedy granica polsko-śląska przesunęła się na wschód, na Skawinkę. Kamień po jego rozebraniu
posłużył do budowy murów i miasta Zatora.
         We wtorek zapustny 1438 roku Dzierżko Rytwiański z bandą „raubritterów” napadł na Zator,
złupił mieszkańców, a potem stamtąd organizował dalsze zbójeckie wypady. Wykorzystał tą sytuację
król, który wypłacił Dzierżkowi 1000 grzywien tytułem kosztów, po czym przejął miasto pod swoje
zwierzchnictwo. Po niejakim czasie król zwrócił księciu Wacławowi Zator, a wziął w zamian zamek
Barwałd, przyjmując równocześnie hołd i przejmując w lenno polskie ziemię zatorską. Transakcję
przeprowadził w imieniu króla żupnik wielicki, Włoch Serafin. Innymi słowy król Władysław nabył
zamek Barwałd wraz z przynależnymi do niego wsiami. Józef Putek46 uważa, że książęta oświęcimscy
tym samym dokonali aktu rewolucyjnego, bez zgody bowiem swego zwierzchnika króla czeskiego
odstąpili obcemu poddanemu zamek książęcy i część ziemi śląskiej. Stało się tak, gdyż Polska była
w stanie przymusić księcia do poddania się woli królewskiej. Zastosowano praktykę faktów dokona-
nych, powiększając nabytki terytorialne o kilka wsi, które przyłączył do barwałdczyzny drogą zakupu
przywołany wcześniej Serafin. Ostatecznie na zamku barwałdzkim nadal przebywali Skrzyńscy, tyle
tylko, że ich zwierzchnim panem stał się król Władysław od roku 1441.
         W uzupełnieniu ówczesnej sytuacji politycznej należy dodać, że w roku 1445 księstwo
oświęcimskie uległo podziałowi. Jako jednolity organizm istniało od roku 1316. Po blisko 130
latach trzej synowie księcia oświęcimskiego Kazimierza podzielili się schedą po ojcu. Ziemię zator-
ską z Wadowicami otrzymał książę Wacław. Dla tego skrawka ziemi wyznaczono tylko dwie gra-
nice, a to zachodnią i południową, zaś północną i wschodnią stanowiła nadal granica śląsko – polska.
Linia podziału pomiędzy nowymi księstwami sięgała od Wisły w okolicy Dworów, a stąd Monowi-
cami, Głębowicami, Nidkiem, Bulowicami i Roczynami na Kocierz, załączając wszystkie wymienione
wsie do księstwa oświęcimskiego, wraz z zachodnią połową lasów kocierskich. Granica południowa




                                                       Wzniesienie Wołek widziane z doliny Soły (fotografia współczesna)
46 - Józef Putek: O zbójnickich zamkach, heretyckich zborach i oświęcimskiej Jerozolimie. Kraków 1938, s. 93

Strona 32

30          Rozdział I - Miejsce akcji

     zaczynała się w połowie Kocierza i biegła grzbietem Łamanej Skały na Leskowiec, a dalej przez Ma-
     gurkę, Jedlicznik do wsi Skawce. W roku 1518 dokonano przesunięć granicznych na wniosek Ko-
     morowskich, zaliczając dobra żywieckie i barwałdczyznę do ziemi oświęcimskiej, które do tej pory
     zaliczane były do ziemi krakowskiej. Po inkorporacji w 1564 r. z obu księstw oświęcimskiego i za-
     torskiego utworzono powiat śląski. W okresie II Rzeczypospolitej do powiatu wadowickiego weszła
     większa część księstwa zatorskiego. Współczesne pojęcie ziemi wadowickiej odnosi się przeważnie
     do terenów powiatu wadowickiego, tak więc bliskie jest niegdysiejszemu księstwu zatorskiemu,
     z pominięciem rzecz jasna samego Zatora, który ciąży do ziemi oświęcimskiej. W roku 1452 pod-
     komorzy krakowski Piotr Szafraniec wplątał króla Kazimierza Jagiellończyka w wojnę z Włodkiem
     Skrzyńskim, księciem Januszem Oświęcimskim i księciem Przemkiem Toszczańskim. Szafraniec do-
     puszczał do rabunków na terenach księstw siewierskiego, zatorskiego, jak i na ziemi krakowskiej.
     Napady te usprawiedliwiano „pomszczeniem szkód”, a napastnicy mieli głównie za cel wymusić jak
     największy okup pieniężny.
              W roku 1452 „raubritter” Szafraniec napadł na Włodka Skrzyńskiego w Barwałdzie, a przy
     okazji wpadł do księstwa oświęcimskiego i wymusił na książętach 2000 czerwonych złotych. Ci
     uniesieni gniewem zerwali zawarty niedawno pokój i najeżdżali okolice Krakowa łupiąc je i obdzie-
     rając. Inny królewski poddany, znany z napadów nawet na klasztor jasnogórski w Częstochowie nie-
     jaki Kuropatwa, gnębił Oświęcim i księcia Janusza najazdami pod hasłem „pomszczenia szkód” do
     tego stopnia, że ten zgodził się wydać Polsce Oświęcim, sprzedać zamek i złożyć hołd królowi pol-
     skiemu. O tym, że został przymuszony świadczy dalszy bieg wypadków. Nie chcąc uznać zawartej
     umowy książę próbuje odzyskać zamek oświęcimski, obsadzony już królewską załogą, a gdy to mu
     się nie udaje, obwarowuje się na zamku Wołek pod Kętami i skutecznie broni się przed ekspedycją
     polską. Po kilku miesiącach oblegania Wołka zaproponowano księciu Januszowi interes, na który
     przystał. Umowę tym razem wynegocjowaną, a nie wymuszoną, podpisano w roku 1456, na
     mocy której król odkupił księstwo oświęcimskie za 50000 grzywien groszy praskich.
             O ile Barwałdczyzna i ziemia oświęcimska zostały opanowane przez Polskę w drodze nie-
     co podejrzanych transakcji i siłą wymuszonych układów, o tyle Żywiecczyzna podporządkowana
     została poprzez najazd. Siły polskie pod wodzą podkomorzego krakowskiego Mikołaja Pieniążka
     wsparte przez Piotra Komorowskiego zdobyły najpierw zamek na Turzej Górze pod Dobczycami,
     a następnie warownię Grójec pod Żywcem. Pokonany Skrzyński zorganizował najemne wojsko,
     wspierany przez syna barwałdzkiej Włodkowej, Włodka Waltburtha, po czym obwarował się na Bu-
     kowskim Groniu nad dzisiejszą Porąbką, niemal naprzeciw zamku Wołek. Ostatecznie załogę Gro-
     nia wzięto głodem, a fortyfikacje zniszczono w roku 1462.
              W drugiej połowie XV wieku ziemia oświęcimska została jak pisze Długosz poddana okupa-
     cji i sekwestracji. Księstwo oświęcimskie zostało wykupione przez króla, a książęta zatorscy zostali
     hołdownikami Kazimierza Jagiellończyka. Panowie Barwałdu i Żywca zostali siłą usunięci ze swych
     dóbr. Aby stan taki umocować prawnie należało jeszcze znieść zależność lenną od Czech, która
     trwała od roku 1327, a potwierdzona przez Kazimierza Wielkiego po traktacie trenczyńskim, uznała
     zwierzchnictwo czeskie nad ziemią oświęcimską. Na zjeździe w 1462 r. w Głogowie sprawę tę za-
     łatwili osobiście Kazimierz Jagiellończyk i król czeski Jerzy z Podiebradu, który zrzekł się pretensji
     do tej części Śląska. Układ zatwierdził w roku 1474 jego następca król Władysław (prywatnie syn
     Kazimierza Jagiellończyka będący ówcześnie na czeskim tronie).
              Chociaż król polski korzystał przy przywracaniu ziemi oświęcimskiej Koronie z polityki fak-
     tów dokonanych, jednakże postanowił sprawę ostatecznie uregulować ze Skrzyńskimi, wykupując
     od nich dobra barwałdzkie i żywieckie spod zastawu użytkowego. Spadkobiercy Bożywoja Skrzyń-
     skiego Jan i Włodek Waltburthowie otrzymali równowartość sumy 3000 czerwonych złotych wę-
     gierskich przysługującej im z racji zapisania tej kwoty ich przodkom. Ponieważ król polski zawie-
     rał transakcje przy pomocy zaufanych mu finansistów, dobra barwałdzkie należały przejściowo do

Strona 33

Rozdział I - Miejsce akcji                  31




Wieża zamku w Zatorze (fotografia współczesna)

Strona 34

32           Rozdział I - Miejsce akcji




        Dokument z 1445 r. o podziale księstwa na Oświęcimskie i Zatorskie.
     Jana Smolika, a później do Przecława z Dmoszyc, pogromcy Skrzyńskich, od którego wykupił je za
     sumę 3000 czerwonych złotych Piotr Komorowski. Król przekazał mu w tej sumie dobra barwałdzkie
     w zastaw użytkowy. W krótkim czasie ród Komorowskich zgromadził na ziemi oświęcimskiej rozległe
     dobra, Barwałdczyznę i Żywiecczyznę. Za życia Piotra Komorowskiego stosunki z królem układały
     się bardzo dobrze. Sytuacja zmieniła się, gdy jego następcą został Mikołaj, stryjeczny brat Piotra,
     starosta podoliniecki.
             Wierzytelności królewskie i państwowe wobec magnata nie regulowane w porę wywoływały
     zadrażnienia. Zbiegły się one z konfliktem Polski z Krzyżakami, sprzymierzonymi w tym czasie z Wę-
     grami. Skłócony z Polską Komorowski, łudzony przez bratanków obietnicą zwrotu zamków, które kie-
     dyś posiadał za południową granicą, stał się niebezpieczny. Gdyby Węgrom udało się przeciągnąć ma-
     gnata na swoją stronę mogliby łatwo opanować zamek Barwałd i zbliżyć się do polskiej stolicy, a także
     do żup wielickich. Kazimierz Jagiellończyk zdecydował się w tej sytuacji siłą usunąć Komorowskiego
     z Barwałdu, Żywca i Szaflar, a zamki zburzyć aby nie dostały się w ręce przeciwnika. Dzieła zniszcze-
     nia dokonała ekspedycja pod wodzą wojewody Dębińskiego w roku 1477, która zrównała z ziemią
     barwałdzką budowlę, zamek na Grójcu Żywieckim, konstrukcji drewnianej spalono, a Szaflary nada-
     no Markowi Ratoldowi. Barwałdczyznę odzyskał syn Piotra Komorowskiego Jan w 1488 r.
              Z interesującym nas pojęciem ziemi wadowickiej, który to termin jest dużo później-
     szy, kojarzy się historia Zatorszczyzny. Pierwszym księciem tego skrawka Polski był Wacław
     z rodu Piastów. W roku 1469 księstwo przypadło w spadku czterem jego synom: Kazimierzowi, Wa-
     cławowi, Janowi i Włodkowi. Bracia podzielili się posiadłościami w roku 1474, w ten sposób, że dwóm
     z braci Kazimierzowi i Wacławowi przypadła część wschodnia, a Januszowi i Włodkowi część zachod-
     nia. Przy tym bracia zawarli układ dziedziczenia, co oznaczało, że w razie śmierci jednego z nich,
     pozostała spuścizna miała przejść na brata drugiego. W części zachodniej znalazły się wsi między
     lewym brzegiem Skawy, a dawną północną, zachodnią i południową granicą księstwa zatorskiego
     z dodatkiem Zembrzyc, Łękawicy, oraz miasta Wadowice. Część wschodnią tworzyły wsie położo-

Strona 35

Rozdział I - Miejsce akcji                      33
ne pomiędzy prawym brzegiem Skawy, a dawną północną, wschodnią i południową granicą Śląska
z wyjątkiem Łękawicy i Zembrzyc za to z dodatkiem Mucharza i wsi zakonnych.
        W roku 1492 umarł książę Włodek, (…) w następnym zaś książę Kazimierz.47 Pozostali książęta
(cytuję Putka) Janusz i Wacław umową z 29 lipca 1494 r. sprzedali księstwo zatorskie królowi Janowi
Olbrachtowi za 80.000 czerwonych złotych, zastrzegając sobie dożywotnie pobory 200 grzywien
rocznie. Wadowiczanie zadbali aby ostatni z książąt zatorskich potwierdził dokument z roku 1430,
mocą, którego Kazimierz nadał miastu prawa miejskie. Stało się to w roku 1496, a sam dokument był
przez mieszczan pieczołowicie przechowywany w ratuszu, uznawany za numer 1 (m.in. przez Wale-
riana Hecka, który poświęcił archiwum miejskiemu szczegółowe opracowanie). Niestety przywileje
z roku 1430 i 1496 nie dochowały się do naszych czasów w oryginale, gdyż zostały zniszczone przez
wodę (być może w czasie gaszenia pożaru, lub powodzi). Istnieje jednak odpis przechowywany
w krakowskim archiwum. W 1504 roku umarł książę Wacław i odtąd księstwem rządził książę Janusz,
jako jedyny żyjący z braci. Zginął on tragicznie pchnięty mieczem przez Wawrzyńca Myszkowskiego
w sąsiedzkiej sprzeczce w roku 1513, kończąc panowanie śląskich Piastów w księstwie zatorskim.
Mocą kontraktu kupna władzę książęcą przejęli Jagiellonowie aż do inkorporacji księstw zatorskiego
i oświęcimskiego do korony polskiej w roku 1564, po blisko 250 latach oderwania od Polski.
                               6. Królewskie Wolne Miasto Wadowice
        W roku 1430 książę oświęcimski Kazimierz nadał miastu prawo chełmiń-
skie. Miasto Chełmno położone w województwie kujawsko-pomorskim, nad Wisłą, otrzy-
mało prawa miejskie w roku 1233. Stały się one wzorem dla utworzenia ponad 200 miast
polskich. W XIV wieku Wadowice posługiwały się spisanym wzorem norm i praw oprawio-
nym i wydanym przez Bartłomieja Groickiego, podwójciego krakowskiego. Podobnie było
w wieku XVII i XVIII, jak przypuszcza Teofil Klima, gdyż „zbiór sądowy” to jedna z książek pozostałych
po miejskim pisarzu, który zmarł w 1788 r. – Wincentym Paszkowskim.




                                     Dokument potwierdzający inkorporację księstw oświęcimskiego i zatorskiego do Korony.
 47 - Józef Putek: O zbójnickich zamkach, heretyckich zborach i oświęcimskiej Jerozolimie. Kraków 1938

Strona 36

34           Rozdział I - Miejsce akcji

             Samorząd ustalony przywilejem księcia obejmował własny rząd administracyjny, policyjny
     i skarbowy, własne sądownictwo cywilne i karne z zastrzeżeniem dla stron swobody odwoływania
     się do sądu wyższego, ustanowionego w Zatorze, wreszcie prawo wydawania ustaw i przepisów,
     zwanych „uchwałami gromadzkimi” lub „uchwałami pospolitego człowieka” (communitats). Zakres
     tej władzy wykonywało miasto w obrębie terytorium miasta, nad członkami gminy czyli mieszczań-
     stwem.48
             Prowadzono księgi miejskie, w których notowano najważniejsze postanowienia rady. Księgi
     te dają dość dokładny obraz stosunków wewnętrznych, zwłaszcza prawno-prywatnych i zarządu.
     Ubocznie tylko dowiadujemy się o pożarach, wojnach, zarazach itp. W archiwum miejskim znaj-
     dowała się pierwsza z ksiąg, pisana w języku czeskim, zaczynająca się od roku 1463, która niestety
     zaginęła. W tej sytuacji życie miasteczka śledzić możemy dopiero od roku 1550, ponieważ z tego
     roku pochodzi pierwsza księga zachowana do dnia dzisiejszego.
              Wadowiczanie dbali o zasoby archiwalne, przechowując księgi i przywileje w specjalnej
     skrzyni, która powierzona była pieczy burmistrza. Otrzymywał on też pieczęcie miejskie, a cały ten
     dobytek przechowywano w ratuszu. Mimo to, zdarzały się zniszczenia, o czym dowiadujemy się
     śledząc inwentarze z ubiegłych wieków. Do zniszczeń mogło dość podczas pożarów drewnianej
     zabudowy miasta, a także w wyniku zalania w toku akcji gaśniczej.
              Zapisów w księgach miejskich dokonywał pisarz, który pełnił przeważnie w mieście funkcję
     nauczyciela. Posługiwał się zazwyczaj językiem polskim, rzadziej łacińskim. Opis zasobów archiwum
     miejskiego, organizację samorządu i sądów, a także wnikliwą analizę zapisów w księgach i treści
     dokumentów zawdzięczamy profesorom gimnazjalnym: Walerianowi Heckowi i Teofilowi Klimie.
     Opracowania te z końcem XIX wieku i z początkiem XX w. zostały zamieszczone w sprawozdaniach
     gimnazjalnych. Są one tym cenniejsze, że wiele dokumentów, którymi dysponowali badacze zaginę-
     ło po II wojnie światowej. O starych, zaginionych dokumentach z archiwum miejskiego pisałem
     w regionalnym pisemku „Nad Skawą” w roku 1994, w numerach 5 – 8. Zgroma-
     dzony przez wieki zbiór przywilejów liczył 21 sztuk, aż do zakończenia II wojny świato-
     wej. Jak wynika z relacji nauczycielki p. H. Szczepańskiej, jeszcze w czasie okupacji chodziła
     z uczniami oglądać dokumenty z książęcymi i królewskimi nadaniami. Dziś losy archiwum są niezna-
     ne. Znamy wprawdzie treść archiwaliów dzięki opracowaniom wadowickich profesorów gimnazjal-
     nych, natomiast tylko jeden rękopis przetrwał na kliszy fotograficznej. Oznaczony był nr 20, a wydany
     przez króla polskiego Augusta III w roku 1754. Przywilej ten potwierdza korzyści nadane przez króla
     Michała w 1669 r., a ponadto udziela pozwolenia na stawianie młynów o trzech kamieniach na rzece
     Skawie w obrębie gruntów miejskich i na sprzedawanie soli przez mieszczan, a zarazem wzbrania
                                                             osiedlania się i kupczenia, Żydom w mieście.
                                                             Skąd wzięła się w Archiwum Państwowym
                                                             w Oświęcimiu klisza? Zapewne fotograf
                                                             współpracujący z Józefem Putkiem, Alojzy
                                                             Stuglik z Andrychowa przekazał ją po wojnie
                                                             do tej placówki, gdyż ta właśnie kopia za-
                                                             mieszczona została w książce „O zbójnickich
                                                             zamkach, heretyckich zborach i oświęcim-
                                                             skiej Jerozolimie” na stronie 228.
                                                                           Na przełomie wieku XIX i XX wadowickie
                                                                          archiwum miejskie liczyło 21 przywilejów
                                                                          i 43 księgi czyli kodeksy i było jednym
                                                                          z najbogatszych na terenie Podbeskidzia.
                                                                          Wadowiczanie dbali przez wieki, aby kolej-
     Fragment dzieła Andrzeja Komonieckiego, „Chronografia albo Dziejopis ni władcy potwierdzali poprzednie nadania,
     Żywiecki” z XVII w., w którym wymienione są Wadowice.                a przy okazji wyposażali miasto w nowe ko-

      48 - Teofil Klima: I. Wadowice. Z przeszłości miasta, II. Organizacja miejska i sądownictwo od 1550-1784 r.,
           Sprawozdanie gimnazjalne, 1905, s. 16

Strona 37

Rozdział I - Miejsce akcji                         35




                                                                   Przywilej Króla Augusta III dla Wadowic z 1754 r.
rzyści. Te bowiem uprawnienia należne mieszkańcom stanowiły o tożsamości i odrębności miastecz-
ka. Niedaleko były przecież inne miejscowości: Kęty, Oświęcim, Żywiec, bardzo zbliżone, o podobnej
strukturze i potencjale. Wadowiczanie musieli zabiegać o swoje prawa, o udogodnienia dla siebie,
a zakazy dla obcych. Pilnowali swoich interesów, a z racji bliskości stolicy szukali często przychylności
królów. Dokumentów z królewskimi podpisami pilnowali jak oka w głowie.
         Księgi prowadzone były w języku polskim, przywileje głównie po łacinie. Jeden tylko opa-
trzony nr 16, wydany w Krakowie 17 lutego 1649 roku przez Jana Kazimierza sporządzony został w ję-
zyku polskim. Mocą tego dokumentu król zezwalał mieszkańcom Wadowic wolnicę tj. wolną wszyst-
kim sprzedaż mięsa w każdą niedzielę. Warto go z powodu oryginalności w tym miejscu zacytować.
„Jan Kazimierz z Bozey łaski krol polsky, wielkie xiąze litewskie, pruskie, mazowieckie, zmudzkie,
inflantskie, smoleńskie, czerniechowskie a szwedzki, gotski, wandalski dziedziczny krol. Wiadomo
czyniemy tym listem naszym, wszem wobecz y kazdemu z osobna. Przełozono Nam jest imieniem
sławetnych mieszczan, burmistrza raycow y wszystkiego pospolstwa miasteczka naszego nazwa-
nego Wadowice, w starostwie zatorskiem będącego iż pomienieni mieszczanie wielkie krzywdy
y praeindicia (praeindicium – wyrok uprzedni) przez drogosc przedawania miąs od rzeznikow tegoz
miasteczka ponoszą, y a nie pomału ucisnieni bywają. I proszono Nas, abysmy onym wolnicę rąbaną
dorocznią albo wolne przedawanie miąs przywozonych we dni Niedzielne przykładem inszych mia-
steczek pozwolili.
         My tedy do prosby wysz mianowanych poddanych naszych miłosciwie skłaniając się, onym
pomienioną wolnicę dorocznią rąbaną w miasteczku tymze Wadowicach, we dni Niedzielne od
wszystkich zachowana była, y aby kazdy wszelakie mięso wolno mogł przedawać. Co do wiado-
mosci wszystkich a mianowicie urodzonego dzierzawcy wadowickiego terazniejszego y na potym
będącego, tudziez y rzeźnikow wadowickich cechowych donosząc rozkazujemy, chcąc koniecznie,
aby tey woli naszey niczym przeciwni nie byli dla łaski naszey. Na co dla lepszey wiary ręką naszą ten

Strona 38

36          Rozdział I - Miejsce akcji

     list podpisawszy pieczęcią koronną zapieczentowac rozkazaliśmy. Dan w Krakowie na seymie szczę-
     śliwey koronacyi naszey, dnia XVII miesiąca lutego roku pańskiego MDCXLIX, panowania naszego
     polskiego i szwedzkiego pierwszego roku – Joannes Casimirus rex-Remigianus de Piaseczno, regens
     cancellarii regni”.49
              Znaczny wkład w dzieło poznania historii Wadowic i ziemi zwanej później wadowicką wniósł
     dr Józef Putek, ludowiec, prawnik, wydawca i historyk, związany z Chocznią k/Wadowic. W swoich
     publikacjach zawarł wiele cennych informacji, opisów źródeł historycznych, analiz i hipotez, które
     dzisiaj są niepowtarzalne, gdyż wielu zasobów archiwalnych, z których korzystał uległo zniszcze-
     niu, rozproszeniu, albo zaginięciu. Tak jest m.in. z dokumentami „wójtostwa wadowickiego”, które
     jeszcze w międzywojniu były dostępne badaczom. Józef Putek dzięki swojej dociekliwości, dzięki
     wiedzy prawnej, pozycji społecznej i uporowi dotarł do wielu oryginalnych dokumentów, wyciągnął
     wiele cennych wniosków, opisał obszernie historię naszej Małej Ojczyzny.
              W roku 1550, z którego pochodzą pierwsze zachowane księgi miejskie, organizacja
     zarządzania Wadowicami była już okrzepła lecz niedoskonała. Istniała już co najmniej od 120
     lat. Być może, że ulegała zmianom, ale chyba nie były one wielkie skoro po kolejnych 222 latach (do
     I rozbioru Polski) funkcjonowała podobnie.
             Zarząd miasta spoczywał w ręku rady miejskiej złożonej z 4 rajców (consules), któ-
     rzy kolejno sprawowali urząd burmistrza (prconsul) i pospólstwa (communitas). Wyboru
     wszystkich rajców aż do roku 1654 dokonywał starosta zatorski, zazwyczaj przez swego zastępcę,
     nie trzymając się terminu. (T. Klima – spr. gimn. 1906, str. 19). Pospólstwo, „pospolity człowiek” ina-
     czej gromada, był to rodzaj wydziału, czy delegacji wszystkiego mieszczaństwa. Sesja pospólstwa
     była zatem sejmikiem mieszczańskim, któremu przewodniczył burmistrz. Obowiązkiem burmistrza
     było zwoływać radę na posiedzenia, zbierać podatki i składki na potrzeby miejskie i zarządzać kasą,
     z czego musiał się po upływie kadencji rozliczyć.
             Obywatelem miasta był każdy kto przyjął prawo miejskie i złożył przysięgę, czyli przy-
     rzekł posłuszeństwo burmistrzowi i rajcom, landwójtowi i ławnikom. Ponadto zobowiązywał
     się nie wydawać tajemnic miejskich i przestrzegać ustaw, które większa część obywateli uchwaliła.
     Prócz obywateli społeczność miasteczka stanowili komornicy i czynszownicy. Pierwsi płacili niewiel-
                                                        kie podatki i pozostawali pod miejską opieką,
                                                        drudzy dzierżawili grunty miejskie.
                                                                 Wadowice, rządząc się prawem magdebur-
                                                             skim (prawo chełmińskie było odmianą prawa
                                                             magdeburskiego) posiadały własny sąd ławni-
                                                             czy, który składał się z landwójta (podwójciego)
                                                             i ławników, których było siedmiu. Najczęściej
                                                             miasto (pospólstwo) wysuwało kandydata na
                                                             landwójta, po czym wójt zatwierdzał tą kandy-
                                                             daturę. Nieraz proponowano listę kilku osób,
                                                             z których wójt wybierał jedno nazwisko. Na
                                                             tym tle dochodziło do sporów, bo tak wójt jak
     Fragment mapy Stanisława Porębskiego z okolicą Wadowic.
                                                             i mieszczanie chcieli mieć w kwestii wybo-
     ru głos decydujący. Do zatargów dochodziło też przy powoływaniu ławników (scabini). Z tym, że
     w spór wchodziło w tym przypadku miasto z zastępcą starosty zatorskiego, który wyznaczał przy-
     siężników (ławników). Zdarzało się, że funkcję tę powierzali sami rajcy lub rada w obecności całej
     gromady, zwykle raz do roku.


      49 - Waleryan Heck. Archiwa miejskie księstw Oświęcimskiego i Zatorskiego. Kraków 1891, s. 33. Nakładem
           autora.

Strona 39

Rozdział I - Miejsce akcji            37
         Część sądownictwa należała do samej rady miejskiej. Były to zadania opiekuńcze wobec
sierot i wdów, sprawy dotyczące sprzedaży, kupna i zamiany, testamentów obywateli, sporów mię-
dzy cechami. Ze spraw karnych wykroczenia przeciw porządkowi publicznemu i gwałt publiczny,
rozpatrywanie skarg o obrazę czci rajców, nieposłuszeństwo wobec zarządzeń rady lub landwójta,
pociąganie do odpowiedzialności nieuczciwych przekupniów oszukujących na wadze i miarach.
         Karami, które nakłada rada miejska lub sąd ławniczy są: grzywny lub więzienie,
a w najcięższych przypadkach banicja z miasta lub plagi.
         Sądem wyższej instancji był sąd w Zatorze. Na jego czele stał podstarości zatorski. Przez krót-
ki czas w latach 1760 – 1779 funkcjonował jeszcze w Wadowicach jeden sąd apelacyjny od wyroków
landwójtowskich tzw. zwierzchni sąd wójtowski. Przeciwko niemu burzyli się mieszczanie, gdyż był
arbitralnie wprowadzony przez właściciela wójtostwa Damiana Biberstein Starowiejskiego.
        Pisarz miejski pełnił równocześnie funkcję nauczyciela. Początki wadowickiej szkoły
sięgają XVI wieku. Pisałem o tym w pisemku „Nad Skawą” nr 4(7/27) z września 1995 roku, str. 8-9,
w artykule „Najstarsza szkoła w Wadowicach”.
        Ksiądz Andrzej Zapart pisze w swojej pracy doktorskiej: istnieje możliwość odtwarzania sieci
szkół dzięki księgom kontrybucji i retaksacji duchowieństwa diecezji krakowskiej. Mapka, która jest




                                                          Strona tytułowa Księgi Miejskiej z 1777 r.

Strona 40

38          Rozdział I - Miejsce akcji

     załącznikiem do powyższej książki uwidacznia istnienie w roku 1539 szkoły parafialnej w Wadowi-
     cach. Powołując się na te księgi z lat 1513, 1527, Andrzej Zapart stwierdza fakt istnienia w Wadowi-
     cach szkoły w roku 1539, pisząc, że nic więcej z tego wyczytać się nie da.50
               Księgi miejskie dają niepełny obraz funkcjonowania szkoły w Wadowicach. Temat ten prze-
     wija się ubocznie, gdy idzie o wynagrodzenie nauczyciela i źródło, z którego ma ono być finanso-
     wane. Pierwsza wzmianka zamieszczona w księdze nr 6 pochodzi z roku 1625. Kolejna z roku 1632,
     dotyczy sporu w obsadzie stanowiska nauczyciela pomiędzy dwoma przeciwstawnymi grupami
     mieszczan. Istnienie szkoły potwierdzają zapisy w kodeksach z lat 1638 i 1653. Kodeksy nr 17 i 18
     dowodzą pośrednio działalności szkoły wymieniając przy innych okazjach nazwiska dyrektorów
     w latach 1704 – Jacobi Rakowski, a w 1735 – Stanisław Koronowicz. Podobne informacje daje ko-
     deks nr 23 wymieniający w roku 1754 jako pisarza i dyrektora szkoły Walentego Bieleckiego. W tym
     samym roku, pewnie wskutek niezadowalającej pracy poprzednika, powierza się tę funkcję Seba-
     stianowi Piwońskiemu. Księga nr 32 z roku 1789 przynosi uchwałę gminy względem uposażenia
     szkoły, inaczej opłat jakie ponosić mają mieszczanie na utrzymanie nauczyciela i potrzeby szkoły.
               Przywołane wyżej źródła świadczą o przywiązywaniu stosunkowo dużej wagi do naucza-
     nia dzieci. Mimo, że wielu znaczących wadowiczan nie umiało pisać, społeczność miejska zabiegała
     o sprawy nauczycieli i szkoły. Borykano się z zatrudnieniem bakałarza i jego odpowiednim wyna-
     grodzeniem. Szczupłość środków ograniczała w pozyskiwaniu sprawdzonych, dobrze radzących
     sobie z dziećmi nauczycieli, stąd częste zmiany na tej posadzie. Zapewne baza szkolna, a więc szko-
     ła i jej wyposażenie były pochodną ubóstwa mieszczan, a dodatkowym obciążeniem były powta-
     rzające się pożary, zniszczenia wywołane wojnami, niska nieraz świadomość i motywacja ze strony
     części niepiśmiennych rodziców.
             Celem zbierania podatków wybierano dwóch lunarów. Interes publiczny reprezentował in-
     stygator, który przemawiał w imieniu pospólstwa, pilnował by obywatele składali przysięgę miej-
     ską, płacili podatki, przestrzegali tajemnicy i nie podejmowali zadań szkodliwych dla miasta.
            Funkcja „sługi miejskiego” obejmowała szeroki zakres obowiązków: od zwoływania
     posiedzeń rady, roznoszenia pozwów, po bycie woźnym, policjantem, a nawet stróżem nocnym.
             Pierwszym szczeblem kariery była godność ławnika, gdyż z grupy tej wybierano rajców
     i instygatora. Do władz dostawali się obywatele zamożniejsi, posiadacze domów i gruntów lub
     cechmistrze mogący liczyć na szersze poparcie ze strony rzemieślników wadowickich.
              Wadowice wymienione są po raz pierwszy jako miasto w roku 1327. Brak danych jak to
     miasteczko czy osada funkcjonowało. Wiemy tylko, że miało polską nazwę odojcowską Wadowicz
     że weszło wraz z księstwem oświęcimskim w zależność czeską. Później skąpe zapiski dotyczą już
     wieku XV i dają jedynie podstawę do wnioskowania, że miasteczko jest nad wyraz ubogie, niczym
     nie różni się od wsi, a nawet zajmuje jeszcze niższą pozycję. Fakt ten wynika po części z tego, że
     Wadowice usytuowane zostały poza głównymi szlakami handlowymi, nie posiadały strategicznego
     położenia obronnego dla księstwa. Brak było bodźców rozwojowych, a cały napęd stanowiła ak-
     tywność ówczesnych mieszkańców miasteczka. Książę oświęcimski Kazimierz I, w trosce o swoje
     dochody, udzielił mieszkańcom swojej pomocy poprzez przywilej wydany 10 listopada 1430
     roku. Skoro osada spłonęła aby ją podnieść trzeba przede wszystkim odbudować domy (dozwa-
     la na branie drzewa z lasów książęcych), zwolnić od podatków, a potem ponownie zorganizować
     (nadanie prawa chełmińskiego) i stworzyć warunki rozwoju (zakazuje obcym otwierania sklepów
     lub warsztatów). Niewiele to jednak zmieniło w obrazie miasteczka. Mieszczanie znowu zwracają
     się do księcia w roku 1496 o potwierdzenie poprzednich zapisów (książę Janusz, zatorski, potwier-
     dził te korzyści w całości).


      50 - Andrzej Zapart: Szkolnictwo parafialne w archidiakonacie krakowskim od XVI do XVIII wieku. RW KUL,
           Lublin 1983

Strona 41

Rozdział I - Miejsce akcji                39
         Słabość i ubogość miasteczka potwierdza jego pozycja w strukturze kościoła. W roku
1335 filialny kościółek wadowicki został przypisany do parafii w Woźnikach. Pisze o tym Józef Putek:
„o ten kościółek powstał spór pomiędzy plebanami; Adamem z Woźnik, a Janem z Mucharza, który
rozstrzygnął w roku 1335 biskup Jan Grot, na korzyść plebana z Woźnik”51. Dopiero w roku 1470
kościół w Wadowicach został usamodzielniony. Był filialnym przez 135 lat. Potwierdzeniem niskiej
pozycji jest opisanie Wadowic przez Jana Długosza:52 „wieś ma kościół parafialny pod wezwaniem
Wszystkich Świętych (…) Są tam łany kmiece z których płacona jest dziesięcina pieniężna biskupowi
krakowskiemu oraz meszne proboszczowi po dwa grosze od łanu. Nie ma tam folwarku, zaś kościół
i pleban mają do swej dyspozycji jeden łan i łąkę. Począwszy od 1541 roku ustanowiono w Wadowi-
cach prebendę (część dochodów kościelnych przypadająca określonym osobom duchownym) przy
kaplicy Podwyższenia Krzyża św. przemianowanej w r. 1734 na kościół filialny w obrębie parafii wa-
dowickiej, rozebrany w 1825 r. po zniszczeniach w wyniku ciągłego zalewania przez Choczenkę.
        Od roku 1440 w wyniku słabości Czech po wojnach husyckich zaczyna się wyraźny
proces zbliżenia księstwa oświęcimskiego do Polski. Przy tym Korona wzrastała w siłę za czasów
Kazimierza Jagiellończyka. Po podziale księstwa w 1445 roku, na oświęcimskie i zatorskie, Wadowi-
ce znalazły się w granicach tego ostatniego. W 1457 roku król wykupił Księstwo Oświęcimskie,
a w 1494 Księstwo Zatorskie. Ostatni książę zatorski Janusz zachował uposażenie i jurysdykcję
w księstwie. Po jego śmierci w roku 1513 wygasło prawo dożywocia. Zygmunt I włączył je do Polski.
         Teofil Klima wylicza, że w roku 1550 ludność Wadowic dochodzi do liczby 1550 osób (około
185 domów). Mieszkańcy w przeważającej części utrzymywali się z rolnictwa. Wskazują na to zapisy
w księgach miejskich, gdzie raz po raz mówi się o gruntach, albo tłumaczy nieobecność mieszczan
na sesjach pilnymi pracami polowymi. W innym miejscu, w notatce na temat działania szkoły mówi
się, że dzieci pobierały naukę w niedziele lub w czasie, gdy nie były potrzebne w polu (autor miał
zapewne na myśli okres zimowy). Począwszy od wieku XVI miasto rozrastało się terytorialnie. W ob-
ręb gruntów miejskich weszły: Łazy (Łazówka), Miejskie (Zaskawie), Gotowizna oraz Niwy, która to
dzielnica otrzymała taką nazwę ze względu na znaczne rozdrobnienie i podział występujących tam
gruntów.53 Wymieniając miejscowości Księstwa Zatorskiego Józef Putek pisze o Wadowicach z dziel-
nicami: Gotowizna, Miejskie, Łazy, Miedzna i Niwy.54
         Wadowiczanie różnymi sposobami starali się pozyskać nowe grunty rolne. Takim przy-
kładem jest skawne „przymulisko” będące częścią wsi Roków. Z końcem XVI wieku, wieś ta była
w posiadaniu Norbertanek ze Zwierzyńca, które posiadały grunty po obu brzegach Skawy. Prawdo-
podobnie po wojnach szwedzkich pozwolono mieszczanom przywłaszczyć sobie i przyłączyć do
Wadowic część tej wsi.55
         Teofil Klima pisze: w miastach wójt (…) przy zakładaniu osady był pośrednikiem (zasadźca –
lokator) właściciela, za co otrzymywał pewną ilość gruntu i szóstą część parcel pod budowę dworzysz-
cza.(…) Władzę swoją sprawował dożywotnio i dziedzicznie, (…) Wójtostwo było zatem przedmiotem
kupna lub sprzedaży, (…) W II połowie XVIII wieku jego posiadaczem był Damian de Bibersztyn Staro-
wiejski. Wójtostwo wadowickie nazwane Mikołajem od Mikołaja Komorowskiego leży w południowej
części miasta, wciska się w grunta miejskie długim pasem i tworzy z gminą Gorzeń jedną całość.56
         Ze Starowiejskim miasto toczyło wiele sporów o ziemię i świadczenia należne wójtostwu.
Między innymi w 1794 roku zaostrzyły się zatargi o pastwiska (chodzi o późniejsze błonia mikołaj-
skie, plac ćwiczeń wojskowych na Gotowiźnie, a obecnie w tym miejscu jest boisko sportowe). Pa-

 51 - Józef Putek: O zbójnickich zamkach, heretyckich zborach i oświęcimskiej Jerozolimie, Kraków 1938, s. 86
 52 - Jan Długosz: Liber beneficiorum dioecesis Cracoviensis T. II. Ecelesiae parochiales, Kraków 1864, s. 264
 53 - Andrzej Nowakowski: Z dziejów miasta i parafii Wadowice. Polskie Towarzystwo Teologiczne, Kraków
      1985, s. 48
 54 - Józef Putek: O zbójnickich zamkach…, s. 18
 55 - tamże, s. 56
 56 - Teofil Klima: Wadowice. II. Organizacja miejska i sądownictwo od 1550-1784 r. Sprawozdanie gimnazjum
      wadowickiego za rok 1907

Strona 42

40          Rozdział I - Miejsce akcji

     stwiska te złączone były z kompleksem łąk dworskich położonych na terenie Gorzenia, a korzystali
     z nich tak mieszczanie jak i folwark mikołajski. Pasano wówczas na nich 836 sztuk bydła mieszczań-
     skiego i 24 folwarcznego. Gdy Starowiejski zaorał pastwiska gorzeńskie, a z miejskich się nie wycofał
     mieszczanie przedstawili dokumenty z roku 1633, udowadniając, że pastwiska te należały do miasta.
     Starowiejski trzykrotnie wzywany na dochodzenie komisyjne – nie stanął. Sprawę wygrało miasto,
     zatrzymując pastwisko, zwane „błonie”.57
             Rolniczy charakter gospodarki miejskiej Wadowic uzupełniają i potwierdzają infor-
     macje o hodowli zwierząt i ryb. Wielokrotnie w ówczesnych dokumentach wspomina się np. o ce-
     nach: mięsa wołowego, cielęciny, baraniny, drobiu. Parokrotnie notatki w księgach miejskich mówią
     o stawach, a nawet o sporach za szlacheckimi właścicielami wsi Barwałd o prawo własności stawów
     rybnych w pobliżu dzisiejszej wsi Kleczy.58 Stawy były często zastawiane, gdy miasto borykało się
     z trudnościami finansowymi. Podobnie zresztą jak grunty, które oddawano wierzycielom w użyt-
     kowanie za zaciągnięte długi. Prawdopodobnie część Wadowic o nazwie Groble (za cmentarzem,
     w stronę Gorzenia) to tereny, gdzie kiedyś były stawy. W miejscu grobli w późniejszym czasie po-
     wstała obecna droga z Wadowic do Gorzenia. Grobla oznacza wał ziemny usypany w celu spiętrze-
     nia wody, rozdzielenia wód stojących (stawów) lub ochrony przed wylewem. Reasumując można
     powiedzieć, że rolnictwo, hodowla, płody rolne – te dziedziny stanowiły istotę dnia codziennego
     wadowiczan. Stąd zapewne w księgach miejskich znalazły się ceny pszenicy, żyta, jęczmienia
     i owsa, a w innym miejscu ceny: chleba, ryb. miodu, piwa i wódki.59
              Znaczne dochody w XVI wieku przynosiło mieszczaństwu wadowickiemu rze-
     miosło. Trudniący się nim zapłacili w 1581 roku 83zł 15groszy podatku, podczas gdy mia-
     sto z 6 łanów miejskich płaciło szos w wysokości 44zł 24gr. W grupie tych pierwszych było:
     10 szewców, 8 płócienników, 2 bednarzy, 4 krawców, 2 kowali, 2 ślusarzy, 4 garncarzy,
     1 mincerz, 1 kołodziej, 2 kramarzy, 2 przekupniów, 6 piekarzy, 6 komorników, 4 rzeźników i jeden
     hultaj – cytat za Andrzejem Nowakowskim.60
             W roku 1532 król Zygmunt I, aby chronić interesy wadowickich rzemieślników zabrania wy-
     konywania wszelkich robót rzemieślniczych w obrębie jednej mili od miasta. W wieku XVI Wado-
     wice zaczynają funkcjonować jako miasteczko handlowe i targowe. Zygmunt I ustanawia w 1521
     roku jeden dzień targowy w tygodniu i dwa jarmarki w roku. Ten sam król w celu ochrony rynku
     przed obcymi zabrania w roku 1532 warzenia i sprzedawania piwa w obrębie 1 mili od miasta. Zaś
     w roku 1592 Zygmunt III ustanawia 4 nowe jarmarki, zezwala na wolną sprzedaż wiktuałów ze stro-
     ny mieszkańców okolicznych i na pobieranie po 1 groszu od przybywających do miasta kupców.
     Nadto w 1628 roku zezwala na wolną sprzedaż bydła za złożeniem jednak opłaty od każdej sztuki.
     Jeszcze w połowie XVII wieku monarchowie udzielają mieszkańcom Wadowic zezwoleń: na wolną
     sprzedaż mięsa w każdą niedzielę (Jan Kazimierz, 1649 r.), na handel bydłem i innymi towarami (król
     Michał, 1669 r.), który równocześnie nadał dwa nowe jarmarki.
             Miasteczko, a w jego imieniu zarząd, czerpało dochody z rozwijającego się handlu. Pobiera-
     no bowiem opłaty tzw. targowe, jarmarczne, opłaty od rzeźników za najem jatek, od sukienników,
     piekarzy itp.61
             Monarchowie polscy wspierają własne miasteczko, jego rzemieślników, rolników
     i kupców, ale i pierwszych przedsiębiorców. I tak w roku 1569 Zygmunt August zatwierdza zgo-
     dę na tartak wodny na Skawie. W dwieście lat potem August III potwierdza prawo do prowadzenia

      57 - Józef Putek: Miłościwi panowie i krnąbrni poddani. Wydawnictwo Literackie. Kraków 1959, s. 196 i dalsze
      58 - Andrzej Nowakowski: Z dziejów miasta i parafii Wadowice. Polskie Wydawnictwo Teologiczne. Kraków
           1985, s. 48
      59 - Walerian Heck: Archiwum miejskie w Wadowicach. Sprawozdanie gimnazjalne. Wadowice 1889,
           s. 13,15,18,19
      60 - Andrzej Nowakowski: Z dziejów miasta i parafii Wadowice. Polskie Towarzystwo Teologiczne. Kraków
           1985, s. 39
      61 - Walerian Heck: Archiwum miejskie w Wadowicach. Sprawozdanie gimnazjalne za rok 1889, s. 22

Strona 43

Rozdział I - Miejsce akcji                    41
młyna na Choczence i mielenia za opłatą czynszu rocznego, a w dwa lata później na rzece Skawie,
w obrębie gruntów miejskich. Tym samym dokumentem przyzwala mieszczanom na sprzedawanie
soli, a zarazem wzbrania osiedlania się i kupczenia Żydom.
         Dużym zaufaniem społecznym cieszyły się cechy jako chyba jedyne grupy zawodowe,
z pewną strukturą organizacyjną, z kierownictwem i dużą odpowiedzialnością członków. Po-
wołano coś na kształt straży ogniowej powierzając zadania poszczególnym cechom. W razie pożaru
mają taki podział: cech szewski do osęków, kuśnierski do podawania wody, tkacki do sikawek, kra-
wiecki, sukiennicki, garncarski do noszenia wody, bednarski do siekier. Inni nie należący do cechów
mieszczanie mieli się zająć burzeniem i pilnowaniem wynoszonych rzeczy.62
        Uzupełnieniem informacji o położeniu miejscowości w księstwie i wyglądzie Mia-
steczka Jego Królewskiej Mości dostarczają mapy, z których najważniejszą jest wydana
w 1563 roku, autorstwa Stanisława Porębskiego. Drukowana w Wenecji, zatytułowana: Księstwo
Oświęcimskie i Zatorskie. Autor, szlachcic, właściciel wioski Grojec (dawniej Grodziec) pod Oświęci-
miem, podstarości oświęcimski, herbu Kornicz. Tereny księstwa są przedstawione wiernie, uwzględ-
niając góry, lasy, rzeki, wsie i miasteczka, w tym m.in. Wadowice. Dzięki tej mapie orientujemy się
w położeniu osad, dowiadujemy się, często po raz pierwszy jakie wówczas nosiły nazwy. Zważyw-
szy, że mapa ukazała się tuż przed inkorporacją księstw do Korony, jest zarazem odzwierciedleniem
nowych królewskich nabytków. Praca była pionierska, tereny księstw pierwszy raz tak dokładnie od-
wzorowane. Wzbudziła duże zainteresowanie w Europie, a kilku wydawców atlasów zamieściło ją
w swoich publikacjach i upowszechniło poprzez wielokrotne wznowienia w różnych językach.63




                                                                      Mapa Stanisława Porębskiego z roku 1563.
 62 - Walerian Heck: Archiwum miejskie w Wadowicach. 1889, s. 19
 63 - Aleksy Siemionow: Ziemia Wadowicka. PTTK Wadowice, 1984, s. 89-91

Strona 44

42          Rozdział I - Miejsce akcji

             Lustracja z 1564 r. przynosi informacje o zobowiązaniach mieszkańców Wadowic:
             „To miasteczko wedle zwyczaju składa rolny czynsz na 3 raty. Płacą z ogrodów, sep
     z pszenicy, żyta i owsa. Jajca, sery, szołdry – składają. W tem miasteczku jest cło ziemskie. Jest rola
     pusta, którą zowią Niemieczki Kąth (…) Tę urząd dawa mieszczaninowi, który wybiera czynsze,
     a podstarości też do niego na gospodę siada, gdy przyjedzie do miasteczka po sprawach.
             Mieszczanin zbudował przy brzegu od swej role piłę. Płaci od tramów (…) Garnców gorzoł-
     czanych 3 (…) targowego nie masz, bo targów nie bywa, a na jarmarki mają wolność.
             Wójtem p. Komorowski, za którem młyn, jatki rzeźnicze, piekarze, szewcy i inni rzemieślnicy,
     garncarze, kowale etc.
             Kto w lesiech królewskich kupi na spust drzewa albo na bicie gontów, czyni wścionków, tedy
     od 1 izby guae continet 100 robora, daje fl. 1, a od każdy jedle na gonty per gr 6; (…)
             Opowiadali się mieszczanie z Wadowicz, iż się im ubliżenie wielkie nad ich prawa, które mają
     od Kaźmierza księcia oświęcimskiego i zatorskiego, i co im J.K.M. potwierdził dzieje. Albowiem sąsie-
     dzi przylegli piwa warzą i w szynk dawają, rzemieślniki chowają pod samem miasteczkiem. I ukazali
     prawa swe przed rewizory.”64
             Powyższe zapisy dowodzą rolniczego charakteru miasteczka. Role i ogrody są obciążone
     opłatą. Dochody przynosi tartak, spławianie drewna i wyrób gontów… oraz pędzenie gorzałki,
     a także praca rzemieślników, młyny itp.
               Wiek XVI i XVII przynosi poprawę sytuacji gospodarczej miasta. Widać, że zbliżenie z Polską
     (po latach uzależnienia od Czech), która staje się potęgą za Jagiellonów, a także przeistoczenie się
     z peryferyjnego miasteczka książęcego w królewskie zaczyna przynosić owoce. Jest to jednak pro-
     ces rozciągnięty w czasie, liczony całymi pokoleniami mieszczan, który śledzić możemy pośrednio
     (z racji szczupłości źródeł) i fragmentarycznie. Codzienność wadowiczan tamtych lat to praca na
     roli, hodowla zwierząt i ryb, to warsztaty rzemieślników, handel na targach i jarmarkach i zapewne
     obsługa przybyszów i kupców.
             Niewiele wiemy o wyglądzie miasteczka królewskiego. Z okruchów informacji wynika, że
     na wzniesieniu okolonym pobliską Skawą znajdował się kościół, zaś drewniana zabudowa miesz-
     kalna usytuowana była na północ od niego, w stronę Choczenki. Tam też, nad potokiem, istniał
     drugi kościółek pod wezwaniem Św. Krzyża. Z roku 1738 pochodzi wzmianka w księdze miejskiej
     o szpitalu położonym tuż obok kościoła. Można domniemywać, że w tym okresie również ratusz
     znajdował się na rynku, obok kościoła, gdyż obie budowle spłonęły podczas wielkiego pożaru
     w roku 1726, a potem zostały odbudowane. Z większą troską zajęto się też rynkiem, który w roku
     1785 został uporządkowany. Księga nr 32 zawiera uchwałę gminną, o zasypaniu rowu i wyrównaniu
     rynku, siłami całego mieszczaństwa. Każdy mający morg gruntu miał dać wóz parokonny, mający
     mniej niż morg gruntu pieszych z łopatami. Czyżby to były już zarządzenia służb cesarskich aby
     podnieść jakość higieniczno-sanitarną przyszłej stolicy obwodu, czy też sami mieszkańcy chcieli
     w lepszych warunkach mieszkać, handlować, przyjmować kupców i podróżnych, licząc, że porzą-
     dek i estetyka przełożą się na lepszy byt.
                                          7. Żywot Marcina Wadowity
              Urodzony w Wadowicach w 1567 roku, jako syn mieszczanina Mateusza Kępki. Ma-
     jąc lat szesnaście wpisał się na studia w Akademii Krakowskiej. Można założyć, że wcze-
     śniej uczył się w miejskiej szkółce parafialnej i tam zachęcony przez plebana wybrał się do
     Krakowa. Zapewne musiał wyróżniać się zdolnościami na tle rówieśników, a nie uśmiecha-
     ło mu się być świniopasem. Sam o sobie mówił po latach: „gdyby nie ten wieprz nie był-
     by Wadowita kształcony”. Nieliczne źródła potwierdzają, że wywodził się z rodziny rolniczej
     i jako chłopak pasał świnie nad Choczenką. Ponoć jednego wieprza porwał wilk, a Marcin przestra-

      64 - Lustracja województwa krakowskiego, rok 1564. cz. I. PWN Warszawa, 1962, s. 220-222, wydał Jan Małecki

Strona 45

Rozdział I - Miejsce akcji             43

szony uciekł do Krakowa. Możemy jedynie przypuszczać, że taka wpadka wpłynęła na decyzję by
zająć się nauką i kształcić na księdza. W rodzinie uznano, że uzdolnionego umysłowo syna lepiej
kształcić niż zatrudniać przy trzodzie. Taką wersję podaje w swojej kronice wójt żywiecki Andrzej
Komoniecki.
        Aby łatwiej było się utrzymać Marcinowi w Krakowie wstąpił do zakonu franciszkanów. Mia-
sto Wadowice też pomogło studentowi poprzez finansowanie altarysty św. Anny i Mikołaja, którym
został właśnie Wadowita wskazany przez burmistrza i rajców. Tak zabezpieczony uzyskiwał kolejne
stopnie naukowe, magistra (1590 r.), bakałarza (1603 r.), profesora na Wydziale Teologicznym Akade-
mii Krakowskiej (1604 r.). Głośne były jego wykłady o trudnych kwestiach religijnych, ponieważ umiał
o nich mówić prosto i zrozumiale. Przy tym znany był z dowcipnych, a celnych powiedzonek, prze-
ważnie na własny temat w stylu: „dzięki ci aksamicie dla ciebie cześć, nie Wadowicie”. Pełniąc funkcję
dziekana wydziału teologicznego, odziany był w togę i stąd aluzja do czci oddawanej aksamitowi.




                                                                         Portret Marcina Wadowity

Strona 46

44            Rozdział I - Miejsce akcji

     Dzięki tym zaletom: prostocie, ciętemu językowi, był znany w Krakowie, a na jego wykłady przycho-
     dził cały wykształcony Kraków.
              W latach 1605-1606 studiuje na wydziałach teologicznych w Padwie i w Rzymie. Tam nadarza
     się sposobność wystąpienia przed papieżem Klemensem VIII. Posługując się ludowymi powiedze-
     niami i obrazowymi przypowieściami znajduje sobie słuchaczy, w tym i samego papieża. Ten dosad-
     nie ocenił kazania i postać Wadowity: „wiedza anielska, głos diabelski, a zwyczaje chłopskie”.
             Po powrocie do kraju, z tytułem doktora teologii dogmatycznej, wraca na Aka-
     demię, gdzie toczy się spór z jezuitami, którzy starają się przejąć szkolnictwo wyższe
     w Koronie. Wadowita staje się ich nieprzejednanym przeciwnikiem i stąd jego obecność na obra-
     dach sejmowych w 1633 roku. Tu przed królem Władysławem IV Wazą broni racji krakowskiej Alma
     Mater. Argumenty i wywody Wadowity i innych akademików okazały się skuteczne, gdyż jezuitów
     odsunięto od szkolnictwa wyższego.
            Marcin Wadowita zdecydowanie bronił swoich racji ale potrafił też zdobyć się na odwagę
     obrony arianina Fausta Socyna. Włoch, przywódca arian w Europie, przebywający w Krakowie został
     zaatakowany przez studentów, którzy wlekli go przerażonego w stronę Wisły, gdzie czekała już na
     niego beczka w której miał popłynąć z nurtem rzeki.
     „Fausta Socyna, gdy chory w Krakowie w kamienicy złotnika Chroberskiego (kalwina) leżał, w dzień
     Wniebowstąpienia 1598 r. napadła młodzież akademicka, wywlekła bosego bez czapki w samym
     płaszczu tylko, zdemolowawszy mieszkanie, spaliła przed ratuszem książki jego i rękopisy, a samego
                                                          powlokła dalej, aby go utopić; po drodze wy-
                                                          rwał go z ciżby profesor ks. Marcin Campius
                                                          (Kępa) Wadowita (z Wadowic) i kilku innych
                                                          profesorów (…), uwiedli go do Collegium
                                                          maius, a stamtąd do Collegium iuridicum, ale
                                                          studenci już się zbierali aby go odbić; deszcz
                                                          ulewny im przeszkodził, a Włoch katolik za-
                                                          brał go na noc do siebie; o świcie następne-
                                                          go dnia przeprowadzono go (…) do Igołomii;
                                                          do Krakowa już nie wracał, żył w Lucławicach
                                                          (…). Ocalenie zawdzięczał Socyn głównie
                                                          Wadowicie, który z okna kamienicy uniwer-
                                                          syteckiej tłum spostrzegł”65
                                                                 W swojej kilkudziesięcioletniej karierze pro-
                                                                fesorskiej kilkakrotnie pełnił funkcję dzieka-
                                                                na Wydziału Teologicznego, a w 1636 roku
                                                                zostaje nawet powołany na wicekanclerza
                                                                Akademii. W uzupełnieniu życiorysu kilka
                                                                faktów, dokonań i zasług. Ostatnie lata spę-
                                                                dził sędziwy profesor jako prepozyt przy
                                                                kolegiacie św. Floriana w Krakowie. Do jego
                                                                uposażenia należała również parafia w Opa-
                                                                towicach. Zgodnie z przywilejem Zygmunta
                                                                Starego z 1538 roku został wraz z najbliższą
                                                                rodziną zaliczony do stanu szlacheckiego.
                                                                Przez całe swoje życie nie zapominał o ro-
                                                                dzinnych Wadowicach. Wspierał studentów
     Kościół św. Floriana w Krakowie na Kleparzu.               stąd pochodzących, przeznaczył na pomoc
                                                                dla nich trzy tysiące złotych. Ufundował

      65 - Aleksander Brückner: Dzieje kultury polskiej. Wydawnictwo W.L. Anczyc i Spółka. Kraków 1931, s. 153

Strona 47

Rozdział I - Miejsce akcji              45
w mieście szpital dla ubogich i szkołę. Zmarł w 1641 roku i został pochowany w kościele św. Floria-
na w Krakowie. Z dorobku naukowego Wadowity dotrwało do naszych czasów 10 rozpraw o treści
teologicznej, ogłoszonych drukiem przez krakowskie oficyny. Szczegółowe i wnikliwe opracowa-
nie o Marcinie Wadowicie jest dziełem Aleksandra Strojnego i Marcina Płaszczycy, zamieszczonym
w broszurze, przewodniku do wystawy poświęconej wielkiemu wadowiczaninowi.66
         Po latach doczekał się Marcin Wadowita, że jego imieniem w rodzinnym mieście nazwana
została szkoła powszechna, a potem ulica, osiedle i liceum ogólnokształcące. Czym wytłumaczyć
wielowiekową popularność patrona, który zresztą już za życia był doceniany przez współczesnych.
Niewątpliwie jako syn rolnika z Wadowic zrobił karierę, dochodząc do najwyższych godności w aka-
demii krakowskiej. Aby tak się mogło stać musiał być zdolny i pracowity. Przez to stał się wspaniałym
przykładem dla młodzieży, w myśl powiedzenia, że każdy nosi buławę marszałkowską w plecaku.
Gdy już osiągnął zaszczyty dał się poznać jako wspaniały mówca: zrozumiały i sugestywny. Przy tym
zachował chłopski rozsądek, naturę i obyczaje. Był więc oryginalny i barwny. Słuchano go, drukowa-
no i zapamiętywano, co wówczas było niespotykane. Stał się zjawiskiem, więc tłumnie ciągnięto na
jego dysputy by go zobaczyć, posłuchać, by się czegoś od niego nauczyć. Miał do siebie i swoich
zaszczytów dystans, stąd częste żarty ze swojej pozycji czy urzędowego stroju. Przy tym nie prze-
kraczał granicy śmieszności, a raczej mówił z przekąsem by coś dać innym do zrozumienia. O popu-
larności jego powiedzonek świadczy fakt, że wiele z tych sformułowań weszło do powszechnego
obiegu i do dziś cytuje się je w jego życiorysie. Ten zaś rozpoczyna się przeważnie barwną opowie-
ścią o tym jak Marcin pasał świnie nad Choczenką, z których jedną porwał wilk i to stało się przy-
czyną ucieczki chłopca do Krakowa. W innych życiorysach mówi się, że na pastwisku, nad potokiem
spotkał młodzieńca z książką, a ten okazał się studentem i zachęcił Marcina do pójścia w jego ślady.
Taka opowieść przydaje osobie niezwykłości, wskazuje, że został wybrany z wielu, albo powołany.
Wychodzi z nizin społecznych, pnie się dzięki zaletom umysłu i ducha, po czym, gdy już jest kimś
nie odżegnuje się od swojego miasta, pochodzenia, od swojej rodziny, a nawet odwrotnie akcentu-
je swój status, żartuje z niego, zbliża się do chłopskich studentów i pomaga im. Mało stosunkowo
wiemy o ciernistych początkach edukacji, gdy był na garnuszku dobroczyńców, gdy doskwierała mu
bieda. Czy był samoukiem, czy podstawy dała mu szkółka parafialna. Tego nie wiemy. Może jego
możliwości dostrzegł miejscowy proboszcz i zachęcił go do nauki. Marcin wybrał drogę kapłańską,
która zapewniła mu byt i dalsze studia. Był praktyczny bo najpierw wstąpił do zakonu franciszkanów,
co dawało utrzymanie i dach nad głową. Później został altarystą św. Anny i Mikołaja w Wadowi-
cach, dzięki wsparciu rodzimej społeczności mógł ukończyć studia. Potrafił się wybić spośród tylu
podobnych do siebie i szybko stał się postacią głośną w Krakowie. Dostrzeżony przez biskupa Piotra
Tylickiego już jako młody profesor zostaje wysłany na dalsze studia do Rzymu. Tam też zasłynął jako
nieprzeciętny mówca i teolog, wygłaszając rekolekcje dla papieża. W ten sposób Watykan i Euro-
pa dowiedziały się pierwszy raz o Wadowicach. Po czterystu latach znowu głośno było na świecie
o naszym mieście, tym razem za sprawą Karola Wojtyły.
         Wadowita wyróżniał się też na tle swojej epoki tolerancyjnością. Dowodem na to
obrona arianina przed grupą fanatycznych studentów. Zdarzenie to dowodzi ponadto od-
wagi profesora, który zdecydowanie przeciwstawił się tłumowi. Podczas, gdy inni zachowa-
li bierność. Jego podejście nie znalazło uznania nawet w oczach niektórych profesorów, któ-
rzy pałali nienawiścią do innowierców. Innym razem Wadowita bronił złotników, kalwinów,
z których jeden został posądzony o nieuczciwość. Ta postawa dowodzi, że profesor, duchowny, prak-
tycznie wcielał w życie zasadę: miłuj bliźniego jak siebie samego. Taki katolicki wymiar ujmowania się
za innymi przebija w postawie Wadowity.
         Zgodność sumienia z uczynkami, czyli zgodność z samym sobą. Tam, gdzie miał inne zdanie,
prezentował je i wcielał w czyn, co też dowodzi prostej chłopskiej natury. Bez względu na możliwe
konsekwencje wszedł w spór z jezuitami i starał się słowem udowodnić swoje racje. Zrobił to wraz

 66 - Aleksander Strojny, Marek Drozd: Marcin Wadowita. In uniwesitate Collegia majoris proffessor. Muzeum
 Miejskie. Wadowice 2000

Strona 48

46          Rozdział I - Miejsce akcji

     z innymi przed sejmem, przed królem z determinacją i rzeczowością, co przyniosło skutek pozytyw-
     ny i odsunięcie jezuitów od szkolnictwa.
             Dzielił się swoim majątkiem, wspierał ubogich, chorych, nie zapominał o Wadowicach. Rów-
     nież ten rys dobroczynności został zapamiętany w Wadowicach i kolejne pokolenia wzorowały się
     na jego cnotach, utrwalając jego postać, życie i zasługi.
             Dla uzupełnienia należy dodać, że w literaturze przedmiotu nazwisko Marcina Wadowity
     występuje w różnych postaciach i pisowni: jako Kępka, Kępa, Kępek, Kempek, Campius, Wadowius –
     przy czym zawsze chodzi o tego samego wadowiczanina.
                                         8. Przełom w historii miasta
             Na przestrzeni dziejów Wadowice przeżywały wzloty i upadki. Niestety częściej zdarzały się
     upadki. Miasto dotykały pożary, zarazy i wojny, by wymienić tylko największe traumy. Drewniane
     miasteczko, domy, ratusz, kościół, płonęło wielokrotnie. Dotkliwy pożar miał miejsce m.in. w 1726
     roku. Pogorzelisko było tak dotkliwe, że nawet wierzycielom miękły serca i częstokroć darowali mia-
     stu długi.
             Wadowic nie omijały zarazy grasujące w Polsce. W latach 1652-1653 dotknęła nasze mia-
     steczko taka plaga, której żniwo mierzone może być wzrastającą ilością testamentów odnotowanych
     w księgach miejskich.
             Kataklizmem, który prowadził mieścinę na skraj upadku gospodarczego były przewalające
     się przez Polskę wojny, zwłaszcza w czasach Jana Kazimierza. Nie tyle dotkliwe były działania wojen-
     ne, co skutki ciężarów i świadczeń na rzecz wojska i Korony. Teofil Klima wylicza, że w latach 1649-
     1654 wadowickie wydatki na ten cel wyniosły 15500złp. Ta kwota znacznie przekraczała możliwości
     obywateli, toteż miasto zastawiało grunty i stawki, aby podołać poborom. W ten sposób zadłużenie
     ciągnęło się latami wskutek niemożności spłacenia zastawów, gdyż bieżące obciążenia nie pozwalały
     na to. W wyniku złej sytuacji mieszkańców następował drastyczny spadek liczby mieszczan. Lustracja
     miasta z 1660 roku podaje, że ilość domów wynosi 75, a mieszkańców 600 osób. Wskutek wyludnie-
     nia wiele domów stało pustych, a roli także nie miał kto uprawiać. Nie ma chętnych, a dodatkowo
     brak jest bydła roboczego.
              Mijały lata, przemijały zarazy, wojny, pożary i Wadowice znów podnosiły się, odbudowywa-
     ły, stawały ludniejsze i zasobniejsze. I tak w roku 1789 odnotowano w księgach miejskich uchwałę
     gminną dotyczącą uposażenia szkoły. Wynika z niej, że ówcześnie było w Wadowicach 212 zamiesz-
     kałych domów, których mieszkańcy opodatkowali się dobrowolnie na rzecz utrzymania nauczyciela.
     Uchwała wyraźnie wskazuje, że zgromadzenie dostrzega ważną potrzebę nauczania dzieci systema-
     tycznie i zgodnie z obowiązującą metodą.
              Widać, że poziom edukacji uzależniony był od nakładów, odpowiedniego, kompetentne-
     go nauczyciela i stanu wyposażenia szkoły. Pisarz miejski, pełniący funkcję dyrektora i nauczycie-
     la był bardzo ważną postacią w mieście. Przeważnie pozyskiwany z Krakowa, wykształcony, umie-
     jący czytać i pisać, wywierał wpływ na wiele dziedzin funkcjonowania magistratu. Bo to i decyzje
     rady i interpretowanie odgórnych zarządzeń, praca z młodzieżą, udział w sądownictwie, zapisywa-
     nie umów, kontraktów, testamentów itp. Rzecz w tym, że wszystkie ustalenia istotne w przyszłości
     musiały być zredagowane i zapisane. Pisarz więc znał ich treść i jak nikt inny był zorientowany we
     wszystkich miejskich sprawach. Zapisy często dotyczyły osobistych kwestii, były poufne, a przestrze-
     ganie tajemnicy stanowiło nawet przedmiot miejskiej przysięgi. Gdy dzisiaj, po latach wracamy do
     tamtych zapisów uderzają nas konkretne sformułowania, a brak uwag natury ogólnej. I tak pisze się
     o kosztach przyjęcia starosty albo o wydatkach na utrzymanie wojska, nie wspominając nic o woj-
     nach, o grasujących pomorach, o rozmiarach kataklizmów. W tej sytuacji o ważnych wydarzeniach
     dowiadujemy się jedynie pośrednio i pobieżnie. Szczegółowo rozpisują się natomiast pisarze o kon-
     fliktach w łonie rady, o kłótniach mieszczan, o zawyżonych wydatkach, braku rozliczeń, przepychan-
     kach wyborczych itp.

Strona 49

Rozdział I - Miejsce akcji              47
         Niewątpliwie lektura kodeksów przekonuje nas, że cały okres zawarty w latach 1550-1772 to
ciągłe zmaganie się mieszczan z nadmiernymi wydatkami. Permanentne pożyczanie i oddawanie,
a nieraz umożenia długów przez dobroczynnych wierzycieli. Czasy te to troska, a nawet uporczywa
walka o grunty, należności, o przetrwanie w trudnych czasach. Pilnowanie należnych korzyści
i praw, zabranianie obcym wykonywania rzemiosła i propinacji w pobliżu miasta. Przebija uległość
w stosunku do władz ale i szukanie okazji by zbliżyć się do króla, potwierdzić poprzednie nadania
i ubiegać się o nowe, choćby niewielkie, które poprawią byt wadowiczan.
       Królewskie Wolne Miasto Wadowice nie doświadczało bezpośrednio działań wojennych,
które były udziałem Korony. Wojny odbijały się na naszych przodkach głównie poprzez dodatko-
we pobory pieniężne, świadczenia w naturze, wystawianie i utrzymanie określonej grupy żołnierzy,
kwatery dla wojska itp.
         Wysiłek finansowy miasta, które nie mogło sprostać nakładanym nań ciężarom można
prześledzić na przykładzie konfederacji barskiej. Była to szczególna kampania narodowa, która pro-
wadzona była pod hasłami obrony niepodległości, wiary i wolności szlacheckiej. Jej szczególnego
wymiaru dopełniał fakt lokalizacji działań wojennych na południu Polski: m.in. w okolicach Krako-
wa, Sącza, Lanckorony i Białej. Dla naszych ziomków szczególnie bliskie były zmagania w okolicach
twierdzy lanckorońskiej. Mieszkańcy wprawdzie narzekali bardzo, zaciskali pasa, jednak ostatecznie
starali się wywiązać z nadmiernych podatków. Miasto ubożało i niszczało wskutek przemarszów
i postojów wojsk; zarówno konfederackich jak i rosyjskich i królewskich. Ponieważ tereny Księstwa
Oświęcimskiego i Zatorskiego zgłosiły akces do konfederacji możemy domyślać się, że mieszkańcy
miasta uznali ten gest za obowiązek patriotyczny co z pewnością nie poszło łatwo. Wszak miastecz-
ko było królewskie, a w tym przypadku łączyło się z przeciwnikami monarchy. Nie można wyklu-
czyć, że mieszczanie wadowiccy nie mieli wyboru i musieli przystać do konfederacji, a zwłaszcza
znosić obciążenia łożąc na jej działalność wojskową. Faktem jest jednak, że po latach upamiętniano
konfederatów poprzez np. nazwę ulicy Barskiej w Wadowicach, a w Lanckoronie postawiono krzy-
że i kaplice honorując patriotów sprzed lat.
         Nim jednak do tego doszło marszałek konfederacji Michał Czanocki wydał „uniwersał o kon-
federacji województwa krakowskiego tudzież księstw zatorskiego i oświęcimskiego”, który to doku-
ment został w całości wpisany do wadowickich ksiąg miejskich.67 W uniwersale czytamy: „A zatem
obligujemy i zapraszamy was (…) kochający prawowierną katolicką wiarę, wolność i ojczyznę, abyście
się z nami łączyli i konfederowali i siły swoje z naszemi wiązali.” W ślad za tym marszałek konfederacji
księstwa zatorskiego i oświęcimskiego Maciej z Bobrówki Bobrowski zaleca: „nieodwłocznie stawie-
nia pachołka wyprawnego z należytym moderunkiem i pod rygorem nieuchronnym obowiązuję.”68
Obwieszczenie rozesłane zostało po miastach, wójtostwach, sołtystwach i dobrach duchownych.
         W lipcu 1768 roku w Wadowicach kwaterował oddział konfederacki, któremu miasto mu-
siało dostarczyć furażu (paszy dla koni). Wojsko to wzięło udział w walkach w Krakowie, niestety nie
udało się go utrzymać. Dowództwo i ośrodek kierowniczy przeniosło się do Muszynki w pobliżu
Tylicza, na Sądecczyźnie. Wówczas nowym marszałkiem księstw zatorskiego i oświęcimskiego zo-
stał Tomasz Wilkoński. Świadczenia na rzecz konfederacji stale zwiększały się, tak że mieszczanie
z trudem, zapożyczając się, realizowali je. Zapewne bliskość Lanckorony, jednego z głównych punk-
tów oporu, powodowała, że podatki i świadczenia w naturze, łatwiej było ściągać z miast najbliżej
położonych. Przygotowując się do obrony twierdzy zażądano od miasta: m.in. 1600 korcy owsa,
400 wozów siana, 40 wieprzów itd. W 1770 roku zobowiązano Wadowice do dostawienia 5 ludzi
z końmi do Kęt, a w 1771 do obrony fortecy lanckorońskiej zażądano 100 ludzi.69
         Ludzie ci, wadowiczanie, wzięli udział w bitwie z Rosjanami pod Lanckoroną 22 czerwca
1771 roku. Bitwa ta zakończyła się klęską konfederatów i śmiercią wielu z nich. Miejsce to uświęcone
krwią patriotów nosi dziś nazwę Groby.


 67 - Teofil Klima cytuje tekst tej odezwy w opracowaniu zamieszczonym w sprawozdaniu gimnazjalnym
      z roku 1903
 68 - j.w.
 69 - Andrzej Wasiak, Konfederacja barska w Wadowicach. Wadoviana, nr 3, 1999, s. 75

Strona 50

48          Rozdział I - Miejsce akcji

             W rok później wojska austriackie zajęły Wadowice, realizując ustalenia rozbiorowe. W grud-
     niu tego roku mieszczanie złożyli przysięgę cesarzowej Marii Teresie. Powoli w życie wchodzą nowe
     porządki wprowadzane licznymi patentami i cyrkularzami. Te modyfikują i usuwają dawne prawa
     i przywileje królów polskich. Ostatecznie zmiany w ustroju miasta zaprowadzono w 1784 roku. Bur-
     mistrz Gustkiewicz zapoznał mieszczaństwo z aktualnymi przepisami i zalecił stosowanie się do
     nich, co z niechęcią przez pospólstwo zostało przyjęte.
             Paradoks okupacji austriackiej zrozumiały prawdopodobnie dopiero przyszłe poko-
     lenia wadowiczan. Rzecz jasna poddanie się narzuconej, obcej władzy i zburzenie dotychczasowe-
     go porządku prawnego, społecznego i gospodarczego musiało budzić sprzeciwy. Po latach jednak
     okazało się, że wiek XVIII był punktem zwrotnym w dziejach prowincjonalnych Wadowic. Ubogie,
     parterowe, drewniane miasteczko zaczęło zmieniać swe oblicze. Stało się tak w wyniku podniesie-
     nia do rangi miasta obwodowego. W ten sposób nasi pradziadowie znaleźli się w centrum okręgu
     administracyjno-gospodarczego, co zaczęło wymuszać konieczne zmiany w infrastrukturze miasta,
     w komunikacji, w gospodarce. Budowano gmachy dla rozmaitych agend cesarsko-królewskiej ma-
     chiny zarządzania. Powstawały nowe trakty komunikacyjne łączące rozległe posiadłości z cesar-
     stwem. Przybywali urzędnicy wyższej i niższej rangi, wojskowi, pracownicy obsługi. Jednym słowem
     rozpoczął się postęp i ruch w interesie. Nastąpiło niespotykane przyśpieszenie rozwoju we wszyst-
     kich dziedzinach. Wadowiczanie zyskali wówczas i do dziś odczuwają pozytywy tamtej zmiany.
                                           9. W czasach galicyjskich
             Ziemia wadowicka, znalazła się w granicach Galicji w monarchii habsburskiej.70
     Protoplastą rodu był Rudolf z Habsburga obrany na tron niemiecki w 1243 roku. Potem przez
     stulecia jego potomkowie stworzyli jeden z najstarszych i najpotężniejszych rodów panujących
     w całej ówczesnej Europie. Potęgę swoją budowali poprzez umiejętne zabiegi dyplomatyczne,
     nabyte przez wieki doświadczenie w rządzeniu, eksport księżniczek, poprzez rozliczne związki
     z innymi domami panującymi, w tym również z polskimi Piastami. Dzieje domu habsburskiego, a od
     połowy XVIII wieku habsbursko-lotaryńskiego, są przeglądem rozwoju techniki sprawowania władzy
     i metod dyplomatycznych, od średniowiecza, aż po czasy najnowsze. Umacniając swoją władzę
     w Austrii, powiększali terytorium, przeżywając przy tym okresy słabości, a nawet konflikty wojenne.
     Ród Habsburgów wydał całą plejadę wybitnych władców, którzy perfekcyjnie operowali związkami
     rodzinnymi tworząc dalekowzroczne powiązania dynastyczne. To skutkowało nowymi zdobyczami
     terytorialnymi, tak, że powstało imperium, o którym mawiano, że w krajach podległych berłu
     habsburskiemu słońce nigdy nie zachodzi. Nie dało się jednak na dłuższą metę utrzymać jedności
     tak wielkiego i różnorodnego tworu. Doszło wówczas do podziału dynastii na linię hiszpańską oraz
     austriacką. Po dwóch wiekach ta pierwsza wygasła, a druga zwróciła się w stronę Czech i Węgier.
     W wyniku elekcji Ferdynanda I na tron tych państw powstała monarchia naddunajska, najpierw
     cesarstwo austriackie, a później austro-węgierskie, które przetrwało do końca I wojny światowej.
     Po wojnie trzydziestoletniej, nastąpił w XVII wieku spadek znaczenia dynastii habsburskiej,
     a od upadku ochronił Austrię Jan III Sobieski, pokonując Turków zagrażających Wiedniowi
     w roku 1683.
             Inny kryzys, tym razem biologiczny dotknął rodzinę za panowania cesarza Karola VI (1712
     – 1740), który doczekał się tylko jednej córki Marii Teresy. W tej sytuacji cesarz ogłosił tzw. Sank-
     cję pragmatyczną, która stanowiła, że ziemie cesarstwa są własnością niepodzielną i nienaruszalną,
     dziedziczoną w razie braku męskiego potomka przez kobiety. Mimo tego aktu nie było łatwo utrzy-
     mać się cesarzowej Marii Teresie, która jednak dzięki swoim zdolnościom politycznym i poparciu
     Węgier, utrzymała sukcesję bez większych strat. Jej mężem został książę Lotaryngii Franciszek Stefan,
     z którym szesnastokrotnie zachodziła w ciążę. Obawy o wygaśnięcie rodu znikły, tak jak i niepokój
     polityczny. Panowanie cesarzowej było jednym z najważniejszych okresów w dziejach monar-
     chii. Otoczyła się gronem światłych doradców i rozpoczęła reformy, które uczyniły państwo

      70 - Józef Andrzej Gierowski: Historia Polski 1764-1861. PWN Warszawa, 1980

Strona 51

Rozdział I - Miejsce akcji             49




                                                                                                Mapa Galicji
bardziej scentralizowanym, unowocześniły metody zarządzania, podniosły skarb, wojsko, oświatę,
poprawiły dolę chłopstwa. Oparciem dla tronu miały być: wierność dla dynastii i religii katolickiej,
sprawna administracja i silna armia.71 Jej syn Józef II (1741-1790) poszedł jeszcze dalej, rozbudo-
wał scentralizowaną administrację, nie licząc się z odrębnościami krajów swej korony, podporząd-
kował władzy świeckiej całą organizację kościelną, rozbudował aparat policyjny. Na przestrzeni lat
jego reformatorska działalność przyniosła cesarstwu wiele korzyści, które wyraziły się w uno-
wocześnieniu i usprawnieniu administracji i systemu skarbowego, a także poprawie sytuacji mas
chłopskich, dobrych podatników i dostarczycieli zdrowego rekruta dla armii. On też, jeszcze jako
współregent swojej matki, był bezwzględnym zwolennikiem udziału Austrii w rozbiorze Polski. Ma-
ria Teresa nie była inicjatorką rabunku polskich ziem, niemniej jednak dała się nakłonić do tej decyzji
swojemu synowi i pierwszemu dowódcy, którym był Wenzel Antoni von Kaunitz.
         Po śmierci Józefa II następcą został jego młodszy brat Leopold II (1747-1792). Uporządko-
wał on dosyć napiętą sytuację wewnętrzną i złagodził najgroźniejsze konflikty międzynarodowe.
Nawiązywał do bardziej spokojnego stylu rządzenia, na kształt Marii Teresy, nie rezygnując z pod-
stawowych zasad ustrojowych oświeconego absolutyzmu. Kolejnym cesarzem został starszy syn Le-
opolda – Franciszek. Był zdecydowanym przeciwnikiem rewolucji francuskiej, ażeby przeciwdziałać
jej skutkom na terenie monarchii rozbudował siły policyjne w powiązaniu ze ścisłą cenzurą. Zapisał
się niechlubnie biorąc udział w trzecim rozbiorze Polski, kiedy to pretensje terytorialne Austrii były
wprost nienasycone. Miał nieprzeciętnego kanclerza Metternicha, a mimo to nie uniknął porażek
i upokorzeń. Tak stało się, gdy podpisywał dyktat napoleoński w roku 1809 tracąc wiele terytoriów,
w tym ziemie III rozbioru i część z I rozbioru. Klęskom militarnym towarzyszył regres ekonomiczny, co
zaowocowało dwukrotnym bankructwem skarbu państwa. Mimo tych upadków Austria ostatecz-
nie podniosła się na tyle, że stała się gospodarzem kongresu wiedeńskiego w 1815 r., który
ustalił nowe porządki w Europie. Jednym z głównych organizatorów związku monarchów
i autorem ustaleń kongresu był kanclerz austriacki Klemens Lothar von Metternich. Porozu-
mienie pomiędzy wielkimi mocarstwami, posłuszeństwo ze strony słabszych państw i państewek,
stabilność ustrojowa – oto jego idea trwałego pokoju w Europie.72

 71 - Stanisław Grodziski: Franciszek Józef I. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1983
 72 - Stanisław Grodziski: Franciszek Józef I. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1983

Strona 52

50          Rozdział I - Miejsce akcji

              Wojny napoleońskie, w które uwikłani byli wszyscy zaborcy, rodziły nadzieję na odbudowa-
     nie państwa polskiego. Jego namiastką stało się utworzone przez Napoleona Księstwo Warszaw-
     skie, a po kongresie wiedeńskim Królestwo Polskie i Rzeczpospolita Krakowska. Te kadłubowe twory
     przywróciły nazwę i pamięć o Polsce w całej Europie. Uwidoczniły zdolność Polaków do zorganizo-
     wania się, utworzenia wartościowych oddziałów wojskowych, bitnych i wiernych. Tak było z legiona-
     mi Dąbrowskiego, tak było z wojskami dowodzonymi przez księcia Józefa Poniatowskiego.
              Tak wyglądała sytuacja geopolityczna, a nas interesuje zachodnia Galicja, która po rozbio-
     rach stała się częścią monarchii.
              Zagarnięte przez Austro-Węgry ziemie polskie w I rozbiorze powoli przejmowane były przez
     zaborców. Zacofana Galicja, pozbawiona przyzwoitych dróg, niechętna obcym, nie była gotowa do
     nowych porządków. Jak pisze Konrad Meus, we wnikliwym naukowym opracowaniu „Wadowice
     1772 – 1914” w roku 1773 mieszkańcy Wadowic złożyli przysięgę wierności cesarzowej Marii
     Teresie. Jak już wielokrotnie w historii miasteczka, poddali się silniejszemu. Nie mogli wiedzieć czym
     się to dla nich skończy. Do tej pory zawsze szukali potwierdzeń kolejnego władcy swoich miejskich
     przywilejów, nie tyle oczekiwali nowych korzyści, co raczej chcieli nienaruszalności, utrzymania sta-
     tus quo. Żeby tylko nie było gorzej. Wojny, pożary, zarazy, nieurodzaj, powodzie, przemarsze wojsk,
     rekwizycje – to plagi, których pragnęli uniknąć. Na swój prowincjonalny sposób rozumieli spokojny
     byt, unikając wielkiej polityki, oddawali się w opiekę. Nie zawsze to było możliwe by nie być uwikła-
     nym i tylko biernie płynąć z prądem. Stąd żale, odwołania i próby unikania nadmiernych ciężarów,
     które prowadziły biedotę miejską do nędzy i głodu. Tak było m.in. w czasach konfederacji barskiej,
     gdy świadczenia na rzecz wojsk przekraczały możliwości miasta.
             W latach 1773 – 1775 Wadowice znalazły się w cyrkule wielickim i zostały przyłączone
     do dystryktu Myślenice. Niebawem zmieniono dystrykt na Zator. W roku 1782 miasto przypo-
     rządkowano do cyrkułu myślenickiego. Przypuszczalnie chodziło o zbliżenie terytorialne siedziby
     cyrkułu do przyporządkowanych mu terenów. Niestety mieszkańcy Białej, Żywca, Zatora mieli wciąż
     daleko do Kreisamtu. Sytuacja taka utrzymywała się ponad trzydzieści lat. Konrad Meus wymienia
     kilka możliwych przyczyn tego stanu rzeczy.73 Reformy cesarza Józefa II, przesłaniały wszystko inne,
     po wtóre zaangażowanie monarchii w wojny, głównie napoleońskie, poszukiwanie rozwiązań tym-
     czasowych byle problem odfajkować, odsunąć na przyszłość. Jednak czasy były niespokojne, a de-
     cyzje niepraktyczne, stąd ciągłe zmiany.
               Dla mieszkańców Wadowic i okolic najważniejszą decyzją cesarską była budowa
     Pierwszej Galicyjskiej Szosy Pocztowo-Handlowej w latach 1776 – 1790. „Gościniec cesarski”
     zaczynał się w Lipniku obok Białej i przez Kęty, Andrychów, Wadowice, Myślenice, Dobczyce, Gdów,
     Wojnicz, Tarnów, Pilzno, Ropczyce, Rzeszów, Łańcut, Jarosław, Radymno, Przemyśl, Mościska, Sądo-
     wą Wisznię, Gródek – docierał do Lwowa. Na odcinku od Białej do Lwowa liczył ok. 400 kilome-
     trów. Być może decyzja o budowie drogi zrodziła się podczas podróży w 1773 r. cesarza Józefa II,
     który na własnej skórze zaznał niewygód z powodu fatalnego stanu galicyjskich traktów. Drugim
     istotnym powodem budowy była zapoczątkowana reforma transportu pocztowego. Chodzi tu
     o obieg listowy, uzależniony od kursowania dyliżansów z przesyłkami. Z perspektywy czasu mo-
     żemy stwierdzić, że szosa ta była niezbędna aby móc drenować Galicję i przewozić towary i surow-
     ce. Z drugiej strony decydowały potrzeby wojskowe, przerzucanie oddziałów, czy to w warunkach
     bojowych, czy też w celach dyscyplinowania ludów zamieszkałych na terenach anektowanych do
     monarchii. Pociągnięcie to było dalekowzroczne , gdyż Austria była w stanie permanentnej rywa-
     lizacji z Prusami, Rosją, a w niedalekiej przyszłości również z Francją, z której rozprzestrzeniały się
     idee rewolucyjne, a później imperializm napoleoński. Prace budowlane musiały ożywić koniunktu-
     rę w tej części zachodniej Galicji. W pracach przy szosie zaangażowano miejscowe chłopstwo, na
     zasadach obowiązkowego odrabiania kilku dni w roku. Niezależnie od tego przy tak dużej inwe-
     stycji potrzebne było zatrudnienie innych osób, do prac pomocniczych, do obsługi kamieniarzy,

      73 - Konrad Meus: Wadowice 1772-1914, Studium przypadku miasta galicyjskiego. Księgarnia Akademicka,
           Kraków, 2013

Strona 53

Rozdział I - Miejsce akcji               51
chociażby ich wyżywienia, transportu, zakwaterowania, produkcji i naprawy narzędzi, utrzyma-
nia taboru konnego. Przy tym zaistniała sytuacja w jakiej wadowiczanie znaleźli się po raz
pierwszy. Oto cesarz-zaborca buduje przez ich miasto, trakt z zachodu na wschód, łącząc
nową stolicę Wiedeń z odległymi kresami wschodnimi, a dalej z Rosją przez odnogę północną
i z Bukowiną przez tzw. „trakt podolski” aż w okolice Czerniowiec. Budowa szosy zdeterminowała
na dziesiątki lat o ile nie na stulecia rozwój administracyjny i gospodarczy ziemi wadowickiej.
         „(…) Zaraz od zajęcia Galicyi r. 1772 zaczęli Niemcy bić w niej wyborne gościńce cesarskie.
Od wąskiej zaledwie 10 – milowej granicy Szląska austyackiego Galicya rozszerza się na prawo i na
lewo; bo Wisła wygina się tu ku północy, Karpaty wyginają się ku południowi. Stosownie więc do
tego położenia strzela zaraz pierwsze pograniczne miasteczko Biała dwoma głównemi gościńca-
mi do Lwowa. Jeden pagórkami bliższy Wisły, wiedzie na Andrychów, Izdebnik, Myślenice, Gdów,
Bochnię, Tarnów, Rzeszów i Przemyśl; drugi leci podnóżem Karpat, między dwoma, szeregami ich
forpocztów, na Żywiec, Jordanów, Nowy Sącz, Jasło, Krosno, Sanok, Chyrów i Sambor. Obadwa te
tzw. cesarskie gościńce łączą się w Gródku, 3 mile przede Lwowem. Jak zaś trudna była ich budowa,
dość powiedzieć, że obadwa przerżniete są na poprzek wszystkiemi rzeczkami i rzekami, z Karpat do
Wisły lecącemi. Tu obok granicznej Biały biegnie z drzewem Soła popod Żywiec i Kęty do Oświęci-
mia. Jordanów i Wadowice widzą tratwy góralskie na Skawie, która się topi pod Zatorem (…)”.74
         W tym momencie wadowiczanie doświadczyli, że coś się im daje, a nie jak dotąd z nich
ściąga. Dzięki dogodnemu połączeniu z okolicą ożywił się handel, w tym przypadku uskuteczniany
poprzez czwartkowe targi. Tym bardziej, że w latach następnych, schyłkowych XVIII wieku poprawił
się także stan innych dróg przecinających ziemię wadowicką. Przykładem nowa, alternatywna i krót-
sza droga do Żywca przez Przełęcz Kocierską (1788 r.). Istniała też, chociaż w kiepskim stanie droga
z Suchej przez Wadowice do Zatora (zmodernizowana w latach czterdziestych XIX wieku). Jedną
z przyczyn powstania długich, bitych traktów galicyjskich były potrzeby wojskowe. Te zaś z końcem
XVIII stulecia, po Wielkiej Rewolucji Francuskiej, po podbojach Napoleona, powiększyły się gwał-
townie. Jeszcze za czasów Józefa II, cesarza, który był współregentem matki Marii Teresy,
a w roku 1780 objął władzę, powstała mapa nazywana mapą Miega, która powstała na zlece-
nie Sztabu Generalnego armii austriackiej. Jej celem było gruntowne i szczegółowe odzwier-
ciedlenie, z punktu widzenia potrzeb wojskowych, terenów anektowanych w I rozbiorze,
w tym też ziemi wadowickiej. Zapewne wnioski z tego rozpoznania posłużyły do ustaleń, gdzie
powstaną nowe drogi, aby sieć traktów była ze sobą powiązana i funkcjonalna. Rozwiązania, które
przyjęto co do nowych inwestycji i modernizacji, przydatne były nie tylko w burzliwym XIX wieku,
ale służyły jeszcze armiom państw centralnych w latach I wojny światowej, gdy Galicja stała się jed-
nym wielkim frontem (Galicja Wschodnia) i zapleczem (Galicja Zachodnia).
        Fragmenty opisów do mapy Miega. Str. 13. Wadowice.
        Solidne budowle: Ma kościół, którego część przednia jest murowana, tylna natomiast
z drewna.
        Wody: Skawę opisano już wielokrotnie, należy tylko dodać, że tutaj, gdy Skawa przybiera,
powoduje wielki wylew i przerwanie wszelkiej komunikacji.
        Łąki i bagna: Nad Skawą, niedaleko miasta, są pastwiska, ale są (na nich) bagniste miejsca,
które zawsze z trudem wysychają.
        Drogi: Droga krajowa z Andrychowa do Wadowic ma podłoże gliniaste i jest w wielu miej-
scach rozmyta przez deszcze, tak, że przy utrzymującej się mokrej pogodzie bardzo trudno poru-
szać się nią ciężkim wozom; droga, która z Mucharza idzie ku domom wadowickim jest tu i tam w
złym stanie; owa do Kleczy Dolnej jest do Skawy użyteczna (…) droga, która idzie przez Tomice jest
również z powodu gliniastego, tłustego podłoża przy złej pogodzie bardzo zła; wszystkie pozostałe
drogi polne, szczególnie ta do Choczni, wymagają w przypadku konieczności ich użycia licznych


 74 - Ludwik Pietrusiński: Podróże, przejażdżki i przechadzki po Europie. Warszawa, G. Sennewald, 1843, tom
      I-III, s. 307

Strona 54

52           Rozdział I - Miejsce akcji




     Fragment mapy Miega, Wadowice.
     napraw; przy tym należy zauważyć, że wszystkie drogi przekraczające Skawę należy w przypadku
     wylewu (rzeki) i wysokiej wody uważać za bezużyteczne.
              Góry: Miejscowość leży na stoku wzgórza, przy czym cmentarz dominuje równinę położoną
     przed nim; samo miasto natomiast może być opanowane ze wzgórz znajdujących się z tyłu, bowiem
     one są najwyższe.
              Uwagi: Miasteczko nie nadaje się do żadnego użytku wojskowego, poza kwaterami, ponie-
     waż górują nad nim bliskie wzgórza; w tyle w stronę Jaroszowic, dolina Skawy zwęża się i można tam
     łatwo zamknąć przejście na Węgry.75
              Należy dodać, że opisy i mapy przygotowane zostały w latach 1779-1783 przez zespoły spe-
     cjalistyczne pod kierunkiem kapitana Friedricha von Miega i stanowią zdjęcie kartograficzne od-
     zwierciedlające tereny Galicji wg stanu na koniec XVIII wieku.
              Gołym okiem można było dostrzec korzyści jakie niósł „trakt cesarski” dla miasta i okolicy,
     a przy tym budowany i utrzymywany z funduszy centralnych. Targi stymulowały rozwój gospodar-
     czy, przede wszystkim w zakresie rzemiosła. A Wadowice były wówczas miasteczkiem targowo-rze-
     mieślniczym, z tym, że spora część ludności zajmowała się rolnictwem. Wytwory rękodzielników
     i płody rolne to najbardziej odpowiedni asortyment do sprzedaży poprzez handel straganowy.
     Ściągających we czwartki do miasta chłopów i kramarzy żywiły i poiły przydrożne szynki, jatki
     i karczmy, napędzając w ten sposób obrót pieniężny.
              Niestety pierwsze półwiecze zaboru austriackiego nie obfituje w źródła poszerzające naszą
     wiedzę o życiu mieszkańców, małego, prowincjonalnego miasteczka jakim wówczas były Wadowi-
     ce. Faktem jest, ze zaborca zniósł prawa miejskie, zaliczając podupadłą mieścinę do osad targo-
     wych. Z biegiem czasu następowały jednak zmiany na lepsze. Stale poszukiwano nowej formuły
     administracyjnej dla Galicji. Na razie okolice miasta przemierzali chłopi jadący furmankami na targ,
     ale i urzędnicy cesarscy w drodze do odległego „Kreisamtu”. Ożywienie na gościńcu przyniosło po-
     stęp cywilizacyjny i zmiany społeczne. Może w tym czasie Wadowiczanie dostrzegli swoją szansę
     i postanowili zlicytowane przez Austriaków miasteczko wykupić z rąk prywatnych.

      75 - Galicja na józefińskiej mapie topograficznej. 1779-1783. Tom I, część A, sekcje 1-30, s. 76-77. Polska
           Akademia Nauk, Kraków 2012

Strona 55

Rozdział I - Miejsce akcji              53
         W ten sposób zrobili pierwszy krok by być gospodarzem na swojej ziemi. Był rok 1802, mia-
steczko powoli podnosiło się z zapóźnienia, do mieszkańców dotarła świadomość, że nowy układ
polityczny ma też dobre strony. Wprawdzie pod koniec pierwszej dekady XIX wieku przemarsze
i stacjonowanie wojsk, biorących udział w wojnach napoleońskich, dały się miastu we znaki. Wojsko
i ciężary nakładane na wadowiczan przez każdą z walczących stron – to była jedna ze zmór powra-
cająca z przeszłości. Duszna atmosfera zaścianka przewietrzyła się, tu i ówdzie słyszało się o no-
wych, rewolucyjnych ideach, o nadziejach na wskrzeszenie Polski, dzięki legionom i Napoleonowi.
Patriotów spotkał zawód, ale za to pewne uspokojenie przyniósł Kongres Wiedeński w 1815 roku.
Cesarstwo Austro–Węgierskie ustabilizowało swoją pozycję w Europie, trzeba więc pogodzić się
z nowym porządkiem i zgodnie z nim szukać swojego miejsca. Wtedy wadowickie elity (czytaj rada
miejska, burmistrz i wpływowi wadowiczanie) zrozumieli, że cyrkuł w Myślenicach to jeszcze nie to,
że szykują się dalsze zmiany, teraz kolej na nas.
         Jeszcze jeden niezbity fakt dowodzi tego, że nie było to tylko pobożne życzenie. Konrad
Meus w swojej książce76 przytacza liczby dotyczące ilości mieszkańców miast galicyjskich. To do-
wód, że atrakcyjność Wadowic rośnie, a z nią wzrasta liczba wadowiczan: rok 1780 – 1260 osób, rok
1799 – 1709 osób, rok 1807 – 1950 osób, rok 1816 – 1976 osób. Czy wadowiczanie mieli jakikolwiek
wpływ na to, gdzie po kolejnej reformie znajdzie się ośrodek administracji. Konrad Meus stawia tezę,
ze Myślenice nie wykorzystały swojej szansy, czego dowodem są doniesienia cesarskich wizytato-
rów, którzy uznali myślenicki Kreisamt za najbardziej zaniedbany urząd tego typu w Galicji.77 Pójdę
w domysłach dalej: władze Myślenic nie miały czasu by zrozumieć nadarzającą się okazję. Zostały
zaskoczone, były nieprzygotowane i nie pojmowały korzyści jakie niosła ze sobą lokalizacja cyrkułu.
Decyzja była nagła, traktowana raczej jako dopust boży, a nie potencjalna szansa. Wadowiczanie byli
w lepszej sytuacji bo mogli przez blisko pół wieku śledzić dzieje pierwszych cyrkułów. Mogli zauwa-
żyć i pojąć, że centrala terenowa w mieście to dar losu, to potencjalny rozwój, fundusze, rozbudowa,
napływ kadr, inwestycje, awans ekonomiczny i społeczny. Stąd przypuszczenie, ze mogli optować za
przeniesieniem obwodu, byli gotowi podjąć zadanie, bo być może zwietrzyli dziejową szansę.
        Zbliżał się przełomowy moment w historii miasta.
         Gdy po kongresie wiedeńskim sytuacja polityczna w Europie i monarchii uległa pewnemu
uspokojeniu, wrócono do pomysłów modernizowania sieci administracyjnej w Galicji. Myślenice
nie zaskarbiły sobie uznania jako siedziba cyrkułu. Raz, że położone były na uboczu, na wschodzie,
w stosunku do dużych ośrodków miejskich, takich jak Biała, Żywiec, Kęty, Oświęcim itp. Daleko,
raczej słabo skomunikowane, nie stanowiły centrum podległego sobie terenu, a jego peryferia.
Po drugie chyba nie sprawdziły się w roli stolicy obwodu, uszczęśliwione znienacka, przypadko-
wo, tym zaszczytem, budowały wszystko od podstaw, bez uprzednich wzorów i doświadczeń po-
przedników. Zaborcy eksperymentowali tworząc administrację, kraj był zacofany, motywacja by
podejmować nowe zadania niewielka. Mimo to Myślenice pełniły funkcje cyrkularne przez blisko
czterdzieści lat (1782-1819). Nie było klimatu by dokonywać zmian w podziale administracyjnym.
Najpierw uwagę cesarstwa zaprzątało zagospodarowanie ziem anektowanych po III rozbiorze Pol-
ski i obejmowanie Krakowa, później podmuchy rewolucyjne i bitwy z Napoleonem.
       W 1819 roku, wreszcie, postanowiono przenieść siedzibę cyrkułu z Myślenic do Wa-
dowic, co też nie było łatwym zadaniem. Przez kilka lat instalowano się w Wadowicach. Budowano
niezbędne gmachy, mieszkania dla urzędników, przygotowywano zaplecze gospodarcze, organizo-
wano konieczne agendy by cyrkuł mógł ruszyć i funkcjonować. Można już było korzystać z doświad-

 76 - Konrad Meus: Wadowice 1772 -1914. Studium przypadku miasta galicyjskiego. Księgarnia Akademicka,
      Kraków, 2013
 77 - tamże, s. 45.”Położenie stolicy cyrkułu w Myślenicach było niewygodne dla mieszkańców: Zatora,
      Oświęcimia, Białej i Żywca. W Myślenicach nie podjęto starań o poprawę warunków bytowych dla cyrku-
      larnych urzędników, kancelarię Kreisamtu urządzono w ciasnym i drewnianym budynku. Prawdopodob-
      nie decydującym uwarunkowaniem decyzji o przeniesieniu cyrkułu do Wadowic były korzystne położenie
      w centrum i lepsze skomunikowanie.”

Strona 56

54          Rozdział I - Miejsce akcji

     czeń myślenickich, by nie powielać słabości, a budować na solidnych fundamentach. Świat poszedł
     o kilkadziesiąt lat do przodu w stosunku do pierwszych lat rozbiorowych. Znaleźli się liderzy, którzy
     nadali kierunki rozwoju Wadowic. To jeden z czynników postępu, potencjał osobowy. Wadowice
     zmieniali nie tylko przybysze, ale i miejscowi, ci, którzy chcieli coś osiągnąć i umieli wyciągnąć wnio-
     ski z historii. Gdy się coś ma na tacy to trzeba to utrzymać i jeszcze pomnożyć.
             „(…) Wadowickie stoi pośrodku między temi dwoma cyrkułami; (cieszyńskim i sandeckim –
     przyp. Z. B) ale nie zawsze jest prawda, że „Medium tenuere beati”. Na 350000 mieszkańców nie
     ma swych własnych szkół łacińskich (średnich) ani księgarni, ani teatru; po wyższe sądownictwo cy-
     wilne udawać się musi do Tarnowa, po karne do Wiśnicza. Nie ma żadnych fabryk; rękodzielnie ogra-
     niczają się na warsztatach tkackich, a handel jest tak mały, że nawet Żydzi pouciekali. Pozostało więc
     gospodarstwo wiejskie, pozostał chów bydła, a ten dzięki Karpatom jest wyborny”.78
             Gdy podejmowano ważne dla Wadowic decyzje, cesarzem był Franciszek I (panował w latach
     1792 – 1835).
              W latach dwudziestych XIX wieku uporządkowano i przebudowano rynek, nadając
     mu prawie niezmieniony do dzisiaj kształt, miasto otrzymało bruki i chodniki. W roku 1827
     wybudowano wielkie koszary przy ulicy Lwowskiej, które miały być podstawą garnizonu, stałą
     siedzibą 56pp.79 W nowych koszarach ulokowano zaraz III batalion tegoż pułku. Mimo to jeszcze
     w latach trzydziestych XIX wieku miasto nie robiło wielkiego wrażenia na przyjezdnych. Emanuel
     Kronbach, jako urzędnik odwiedził w tym czasie Wadowice i tak je opisał: „wśród nędznych, par-
     terowych budynków wyróżniają się jedynie dwa gmachy: budynek urzędu cyrkularnego i wielkie
     koszary przy I Głównej Szosie” (cytuję za Aleksym Siemionowem: Ziemia Wadowicka – str. 109).
              Wyraźnie widać, że najpierw próbowano wykorzystać położenie Wadowic w celach
     wojskowych. Oprócz koszar i garnizonu, już wcześniej zlokalizowano w mieście, przy ulicy Wie-
     deńskiej, budynek prowiantury dla armii. Jeśli uwzględnimy robione przez zaborców rozeznanie
     topograficzne, jeszcze w XVIII wieku, czyli tzw. mapę „Miega” – to tendencja ta staje się jeszcze
     wyraźniejsza. Trzeba brać pod uwagę ówczesne uwarunkowania geopolityczne. Austro-Węgry,
     a w tej strukturze głównie Austriacy mieli już wiele doświadczeń w zagospodarowywaniu nowych
     terytoriów. Podchodzili więc do kolejnych zdobyczy w sposób metodyczny, najpierw droga, potem
     koszary i wojsko, wreszcie administracja, z którą wyraźnie eksperymentowali. W międzyczasie eks-
     ploatacja gospodarcza, pozyskiwanie rekruta i siły roboczej.
              W roku 1835 cesarzem został Ferdynand I, który był umysłowo ograniczony i chory na epilep-
     sję. Mimo to monarchia funkcjonowała, prawie tak jak za poprzednich cesarzy, a to za sprawą dorad-
     ców, którzy często rządzili niemal samodzielnie oraz zorganizowanych przez lata ciał kolegialnych,
     które składały się z urzędników różnych szczebli, działających według utartych wzorów w sposób
     zrutynizowany, poddawanych ocenie i kontroli.
              Skoro około roku 1830 Wadowice zrobiły na Kronbachu mizerne wrażenie, należy wniosko-
     wać, że dynamiczna, pierwsza fala rozbudowy miasta miała miejsce w latach 1830 – 1840.
     Sporo ważnych urzędowych budynków miało swój początek w tym okresie. Potwierdzeniem tego są
     informacje podane przez Zbigniewa Jurczaka, który w książce „Wadowiczanie”, na te lata datuje po-
     wstanie wielu, ważnych miejskich obiektów. Gdy oglądamy akwarelę Rudolfa Alta, pierwszy obraz,
     malowany około 1830 roku, na którym Wadowice uwiecznione zostały przez artystę, rozpoznajemy,
     kościół i grupę pokaźnych budynków w miejscu dzisiejszego rynku wraz z otoczeniem. Miasto obwo-
     dowe wzbogaciło się o okazałe budynki o przeznaczeniu instytucjonalnym i o zabudowę mieszkalną
     funkcjonariuszy państwowych. M.in. w roku 1835 powstał szpital powszechny, a w 1836 szpital dla
     wojska. Najważniejszą postacią tamtych lat był dla cyrkułu niewątpliwie starosta z grupą współpra-
     cowników, a dla miasta burmistrz. Obwodowy system zarządzania opisuje Ludwik Pietrusiński,
     dziennikarz, prawnik, literat i podróżnik, który w 1838 roku zwiedził cyrkuł wadowicki.

      78 - Ludwik Pietrusiński: Podróże, przejażdżki i przechadzki po Europie. Warszawa, G. Sennewald, 1843, tom
           I-III, s. 322 - 323
      79 - Gustaw Studnicki: Wadowice, karty z przeszłości. Towarzystwo Miłośników Ziemi Wadowickiej, 1992, s. 12

Strona 57

Rozdział I - Miejsce akcji                   55




                           Mapa Obwodu Wadowickiego, Wadowicer Kreis auf der Karte von Carl Freiherr von Czoernig, 1855 r.
Ludwik Pietrusiński (1803 – 1865). Podróże, przejażdżki i przechadzki po Europie. T. 3, t. 1 (Wspomnie-
nia z Wenecyji, kolei żelaznej lipnicko-wiedeńskiej, Wiednia, Karpat Wadowickich, Frankfurtu nad
Menem i przelotu z Krakowa do Tatr spiskich).80
        Str. 302 Przejażdżka w Karpaty Obwodu Wadowickiego.
        Str. 375 i 376 (…) Wiedeń jest miastem, Morawia miasteczkiem, a Galicyja wsią. (…) Wado-
wickie to nader trafnie możnaby je nazwać jedną wsią wielką… W samym środku tej amfiteatralnej,
350.000 mieszkańców liczącej „dziedziny” bieli się dwór mały w smaku niemieckim, bez żadnych
ozdób i przepychu, z kancelaryią Wójta Gminy, kassą, magazynami, aresztem, itd. it.d. Są to Wado-
wice. Stąd rozjeżdżają się komissarze cyrkularni (Czabinay, Hnatek, Bischan von Ebenburg, Dunin
von Brzeziński, von Niesiołowski).Tu mieszka lekarz cyrkularny (Dr Avèe). Stąd wysyła Nadkomissarz
swoich trzech komissarzy i 300 ludzi straży pogranicznej. Tu odbiera raporta Inspektor der Gefallen-
wache od swoich 4 Podinspektorów, 100 nadzorców i dozorców. Tu się koncentruje Kameralna Ad-
ministracya, złożona z Cameral-Rath’a i Bezirks Vorsteher’a (Eminger’a) i 3 komissarzów, która czuwa
nad dochodami skarbowemi, celnemi itp., a osobliwie nad opłatą od gorzelni i wyszynku. Tu Domini-
cal-Repräsentanten czyli tak zwani Mandataryusze (tyle co u nas Zastępcy Wójtów Gmin), odstawiają
worki z podatkami i wozy z rekrutem. Stąd rozlatują się Landsdragoni na exekucye lub z cyrkularzami

 80 - Warszawa: G. Sennewald. 1843 (Warszawa: Druk pod firmą Chmielewskiego)

Strona 58

56             Rozdział I - Miejsce akcji

     (okólnikami), a na czele tego całego dworu, w tutejszej polszczyźnie „Cyrkułem” zwanego, stoi Kre-
     ishauptman Und Gubernialrath (Loserth) w galicyjskiej polszczyźnie nazywa się Starostą Cyrkular-
     nym, Konsyliarzem Gubernialnym.
             Jednym z pierwszych starostów, który na trwałe zapisał się w historii miasta był Au-
     striak Joseph von Loserth pełniący tę funkcję przez 25 lat, od roku 1834. Na te lata przypadły
     rozmaite klęski, nieszczęścia, a i rewolucyjne wydarzenia, co spowolniło nieco rozwój miasta i całego
     wadowickiego obwodu. Lata czterdzieste XIX wieku obfitowały w powtarzające się nieurodzaje, epide-
     mie, co pociągało za sobą skrajną nędzę, żebractwo, rozruchy i wystąpienia zdesperowanych chłopów
     i biedoty. Mimo, że poradzono sobie z rabacją na ziemi wadowickiej, która w odczuciu mieszczan była
     zwykłym bandytyzmem, to już wypadki związane z Wiosną Ludów odbiły się szerszym echem spo-
     łecznym w mieście i regionie. Zasięg wystąpień rewolucyjnych był europejski, a przy tym wstrząsnął
     potężnie wiedeńską stolicą. Walki, żądania mieszczan i chłopstwa, wreszcie ustępstwa, ucieczki dworu
     i powroty, wrzenie wśród rzesz robotników – sytuacja zmieniała się – to niosła nadzieję na uspokojenie,
     to narastała kolejna fala zbrojnych wystąpień. Ostatecznie siły kontrrewolucyjne wzięły górę w całej
     Europie, ale nie udało się im utrzymać dotychczasowego porządku. Zdobyczą Wiosny Ludów było
     uwłaszczenie chłopów, wzrost świadomości mas ludowych, zbliżenie się ruchów niepodległościowych
     i społecznych, jak i doraźne zmiany jak np. obalenie Metternicha.
             Od roku 1846 do 1848 sytuacja w Galicji była napięta. Wadowice położone blisko Krakowa
     musiały czuć powiew wolności podczas rewolucji krakowskiej. Później wadowiczanie doświadczyli na-
     jazdu chłopstwa z pojmanymi szlachcicami, za których żądano okupu. Wtedy burmistrz Stankiewicz
     w sposób zdecydowany odprawił gromadę włościan z niczym, a do tego pogonił, czy pobił ich la-
     ską, którą mieszczanie oprawili w srebro w dowód wdzięczności. To wydarzenie opisywane do dziś




     Wadowice w latach 30-tych XIX w., mal. Rudolf Alt.

Strona 59

Rozdział I - Miejsce akcji         57
w książkach świadczy o poparciu mieszkańców dla odwagi i rozumu Stankiewicza. Bo w ten sposób
rabacja w okolicy nie miała racji bytu. Ale z punktu widzenia historyków rewolucyjne wrzenie w Galicji
i wystąpienia chłopskie były początkiem późniejszych wydarzeń w okresie Wiosny Ludów, które rozlały
się po całej prawie Europie. Monarchia habsburska zachwiała się w posadach, skompromitowany
Metternich musiał odejść, zbliżał się też kres znienawidzonego systemu policyjnego, zmiany były na-
kazem chwili. Pierwszym krokiem, który miał przynieść ratunek cesarstwu była abdykacja Ferdynanda
nazywanego Dobrotliwym. Ten niezbyt lotny umysłowo władca, chyba bez żalu opuścił Wiedeń, po-
wołując na tron Franciszka Józefa I. Odsunął się by ratować monarchię. Tak życzyły sobie elity, dorad-
cy, taki był interes rodu Habsburgów. Skoro państwa ościenne, panujący, podległe ludy, generałowie
i armie – oczekiwali zmian, to trzeba było zacząć od głowy, pokazać, że to co było to przeszłość, a idzie
cesarz nowy, a z nim odnowienie.
        W ten sposób rozpoczęła się epoka Franciszka Józefa I.81
      Gdy powołano go na tron cesarski miał osiemnaście lat. Wcześniej wychowywano go i przy-
gotowywano jako potencjalnego sukcesora austriackiego. Objął władzę w krytycznym momencie dla




                                                             Dokument z okresu Wiosny Ludów 1848 r.
 81 - Stanisław Grodziski: Franciszek Józef I. Ossolineum 1983

Strona 60

58           Rozdział I - Miejsce akcji

     monarchii, gdy zaistniała potrzeba odbudowania narzuconego porządku, przez młodego cesarza, nie-
     skażonego obietnicami, nieuwikłanego w brutalne stłumienie buntów ludowych. W Wiedniu rozpoczął
     się okres reakcyjnego terroru, masowych aresztowań i egzekucji, spacyfikowane były Czechy i Galicja,
     korzystnie układała się sytuacja na froncie włoskim, bliskie pokonania były niepokorne Węgry. Na ra-
     zie stery władzy były w rękach: pogromcy rewolucyjnego Wiednia Ks. Alfreda Windischgrätza, jego
     szwagra Ks. Feliksa Schwarzenberga, byłego gubernatora Galicji, hr. Franciszka Stadiona i matki arcy-
     księżnej Zofii. Mimo zapowiedzi zerwano z konstytucjonalizmem i powrócono do rządów jednostki.
     Bliskim współpracownikiem cesarza został plebejusz Aleksander Bach, który objął ministerstwo spraw
     wewnętrznych, po czym rozpoczął dzieło unifikacji, zacierania odrębności narodowych, centralizacji.
     Administracja w Galicji i na Węgrzech zapełniała się oddanymi władzy Niemcami i zgermanizowany-
     mi Czechami, których określano nienawistnie „huzarami Bacha”. Rozbudowano policję i żandarmerię,
     utrzymując do 1854 roku stan wyjątkowy w Galicji i na Węgrzech, wyposażając te siły w daleko idące
     uprawnienia w zwalczaniu przeciwników ustroju.
              Zachodzi pytanie jak wadowiczanie odbierali wówczas młodego cesarza i początki jego pa-
     nowania. Czy liczyli na dalszy rozwój miasta i płynące stąd korzyści, czy też podchodzili nieufnie do
     narzuconego im porządku, obcych urzędników, rozwiniętego dozoru policyjnego. Fakty przedstawiały
     się niekorzystnie, bo to i nieurodzaj i głód i epidemie, a przy tym niepokoje lat czterdziestych, rewolucja
     krakowska, rabacja w Galicji, powstanie chochołowskie. Widownią tych zajść była bliska wadowickiemu
     cyrkułowi ziemia krakowska i Podhale. Wydarzenia Wiosny Ludów w Europie nadszarpnęły zaufanie
     poddanych do monarchii. Niekorzystny dla Wadowic był fakt zajęcia przez Austriaków Rzecz-
     pospolitej Krakowskiej po powstaniu w 1846 roku. W bezpośredniej bliskości od naszego miasta,
     w rękach zaborcy znalazł się ośrodek miejski, silny gospodarczo, demograficznie, dużo więcej znaczą-
     cy strategicznie niż Wadowice. Tu przesunął się środek ciężkości w postaci silnego garnizonu, którym
     dotychczas były Wadowice. Formacje wojskowe stacjonujące nad Skawą straciły na znaczeniu. Wyra-
     zem osobistego zainteresowania Krakowem, jako nowej, ważnej posiadłości była podróż inspekcyjna
     cesarza w jesieni 1851 roku. Mimo pozorów oddania i uniżoności ze strony witających władz, ludność
     Krakowa przyjmowała cesarza chłodno i nieufnie, chociaż z ciekawością gawiedzi. Władca zbliżał się do
     miasta w karecie od strony Podgórza, gdzie przy moście dosiadł konia i przejechał wśród tłumów, przez
     Bramę Floriańską, rynek, a potem zwiedził ważniejsze zakłady krakowskie, kościół Mariacki, spotkał się
     z profesorami i miejską elitą, wybrał się na zamek wawelski.
              Drugim niekorzystnym, dla rozwoju Wadowic, faktem było uruchomienie linii kolejowej
     na trasie Mysłowice – Kraków w październiku 1847 roku. Niedługo potem w Zachodniej Galicji po-
     wstawały nowe połączenia. I tak w 1856 roku ukończono odcinek na trasie Bogumin – Oświęcim, a nie-
     bawem połączenie Oświęcimia z Trzebinią. W ten sposób Galicja Zachodnia uzyskała bezpośrednią linię
     z Wiedniem. W kilka lat później Kraków skomunikowano z Bochnią , a stamtąd z Dębicą, z Rzeszowem,
     Przemyślem i Lwowem.
              W tej sytuacji, gdy kolej przejęła przewozy towarów, sprzętu, wojska, gdy ruch podróżnych
     przeniósł się do pociągów, stracił na znaczeniu „gościniec cesarski”, który do tej pory stanowił główny
     trakt przez Galicję. Tak się bowiem stało, że wspomniane linie kolejowe pomijały Wadowice.
              W połowie lat czterdziestych XIX wieku następował spadek liczebności mieszkańców Wadowic.
     Badacze tłumaczą to zjawisko ciągiem epidemii i latami głodu jakie nawiedzały Galicję aż do połowy lat
     pięćdziesiątych. W latach 1843 – 1857 ubyło w mieście 22,5% mieszkańców. Sytuacja polityczna Austrii
     w tym okresie była niekorzystna. Cesarz Franciszek Józef I, jako początkujący władca popełniał
     wiele błędów w polityce zagranicznej. Najpierw w wojnie krymskiej, kiedy zraził do siebie Rosję,
     potem w wojnach o posiadłości we Włoszech, które przyniosły straty terytorialne. Wcześniej jeszcze
     naraził się Węgrom tłumiąc powstanie niepodległościowe przy pomocy Rosji. Często zmieniał dorad-
     ców i współpracowników, a nawet koncepcję ustroju państwa. Najpierw obiecał konstytucję, z której
     się wycofał, powracając do absolutyzmu. Gdy jednak zmieniające się procesy cywilizacyjne uświado-
     miły mu, że nie utrzyma cesarstwa w dotychczasowym kształcie, wykonał zaskakujący zwrot w stronę
     monarchii konstytucyjnej. Konsekwentnie ograniczał samowładztwo, lojalnie współpracował z parla-

Strona 61

Rozdział I - Miejsce akcji                  59
mentem, powołując gabinety spośród większości. Polityka zagraniczna cesarza Franciszka Józefa była
krótkowzroczna, co w konsekwencji doprowadziło do wojny z Prusami. Decydujące starcie nastąpiło
pod miejscowością Sadowa i Chlum 3 lipca 1866 r. Klęska Austriaków była zarówno wynikiem słabego
dowództwa, jak i błędnych rozporządzeń cesarza i nieudolnej dyplomacji.
         Elity rządzące zdały sobie sprawę, że bez poparcia ze strony Węgier, monarchia nie wróci
do równowagi. Po rozmowach z Madziarami postanowiono utworzyć państwo dualistyczne Au-
stro-Węgry. Franciszek Józef dla Węgrów miał być odtąd królem, a dla Austrii cesarzem, co złożyło się
na tytuł Kaiser und König, w skrócie K. u. K, a w przekładzie C i K – cesarz i król.(1867 r.).




                                                                                   Młody Franciszek Józef.

Strona 62

60           Rozdział I - Miejsce akcji

             Jeśli chodzi o akcenty galicyjskie to można wspomnieć o drugiej wizycie Franciszka Józefa
     w roku 1855, która również upłynęła w atmosferze ogólnospołecznej oziębłości, bo cesarz jeszcze ni-
     czym nie zasłużył sobie na wdzięczność umęczonej i wynędzniałej ludności tubylczej. Inną ciekawostką
     było powołanie hr. Agenora Gołuchowskiego na miejsce Bacha i powierzenie mu funkcji pierwszego
     ministra, nazywanego później premierem rządu. Gołuchowski, który po Wiośnie Ludów pełnił funkcję
     namiestnika Galicji, co już było ewenementem, gdyż Polakom nie powierzano najwyższych stanowisk,
     osiągnął szybki awans, jako zdolny i oddany cesarzowi. Dla współczesnych mu współziomków było to
     wydarzenie niezwykłe, a i dla otoczenia dworskiego i elit rządzących, gdyż hrabia był postacią nietu-
     zinkową, gotowy by wiele dobrego i w sposób nowoczesny zrobić. Mógł przysłużyć się Galicji, gdyby
     dłużej piastował godność w rządzie. Przygotował innowacyjną koncepcję ustroju państwa, utrzymaną
     w duchu federalistycznym. Poszczególne kraje koronne – w tym i Galicja otrzymać miały znaczną auto-
     nomię. Cesarz ogłosił te założenia w tzw. Dyplomie październikowym, ale po odwołaniu Gołuchowskie-
     go, zmiany przez niego zaproponowane zostały znacznie ograniczone.
             Ludność Galicji, w tym obwodu wadowickiego i samego miasta z uwagą śledziła poczynania
     władz wiedeńskich i samego cesarza. Wiadomości rozchodziły się poprzez istniejącą już wówczas prasę
     codzienną, która choć z opóźnieniem i zapewne, w ograniczonej ilości, docierała do Wadowic. Potem in-
     formacje podawane były już drogą ustną z osobistymi komentarzami, według własnych zainteresowań.
     Z ciekawością przyjmowano np. doniesienia o ślubie Franciszka Józefa z Elżbietą z rodu Wittels-
     bachów, który odbył się w 1854 r. Sissi, bo tak ją powszechnie nazywano, nie bardzo chciała się
     podporządkować sztywnej etykiecie obowiązującej na dworze, przez co była odsuwana, a jej
     rola marginalizowana. Po kilu latach, przestała prawie przebywać w otoczeniu cesarza, spędzając czas
     na podróżach i poza Wiedniem. Jej perypetie i spory z matką Franciszka Józefa, zjednywały jej sympatię
     poddanych. Ona też dużo lepiej rozumiała dążenia niepodległościowe ludów monarchii, a taka postawa
     powiększała grono jej wielbicieli, wśród prostych ludzi.
             Nadszedł okres w dziejach Galicji nazywany autonomicznym.
              W roku 1867 na terenach obwodu wadowickiego utworzono cztery powiaty: wadowicki,
     bialski, żywiecki i myślenicki. Mimo, że miasto nasze straciło na znaczeniu spadając z obwodowego
     na powiatowe, to jednak procesy cywilizacyjne, polityczne i społeczne towarzyszące wprowadzonej
     autonomii w Galicji, spowodowały dynamiczny rozwój w różnych dziedzinach życia.
              Na czele organów autonomicznych stał Sejm Krajowy z kompetencjami ustawodawczymi,
     był nadto instytucją nadzorującą i odwoławczą od decyzji władz samorządowych niższego szczebla
     – powiatowych i gminnych. Jego organem wykonawczym był 6-osobowy Wydział Krajowy pod prze-
     wodnictwem marszałka sejmowego. Niższymi ogniwami władz autonomicznych były rady powiatowe
     i gminne, również wybierane na postawie ordynacji wyborczej. Obok organów autonomicznych
     działały władze powołane przez rząd wiedeński: namiestnik kraju i podlegli mu starostowie re-
     prezentujący powiat.
              Rozluźnienie systemu centralistycznego na rzecz organizacji autonomii, to proces, który rozło-
     żony był w czasie kilku, a może nawet kilkunastu lat. Przegrane przez Austrię wojny z Francją i Piemon-
     tem (1859 r.) oraz Prusami (1866 r.) wzmogły dążenia niepodległościowe narodów monarchii naddu-
     najskiej. By zapobiec rozpadowi państwa postanowiono poczynić pewne ustępstwa. W Galicji
     były to swobody językowe, uprawnienia Sejmu Krajowego np. w sprawach szkolnictwa, opieki
     społecznej, kultury krajowej, w zakresie niektórych spraw ustawodawstwa finansowego itp.
     Większy wpływ na obsadę stanowisk urzędniczych przez Polaków, zwłaszcza ziemian, zapewnił Agenor
     Gołuchowski, powoływany trzykrotnie na stanowisko namiestnika Galicji.
              Odwilż lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX wieku odczuli Wadowiczanie, zwłaszcza eli-
     ty miejskie, rajcy, inteligencja i aktywni mieszczanie, którzy starali się wykorzystać sprzyjający klimat by
     zapewnić rozwój gospodarczy, kulturalny, edukacyjny, instytucjonalny i infrastrukturalny.

Strona 63

Rozdział I - Miejsce akcji               61
         By obraz życia w mieście był w miarę pełny godzi się chociaż skrótowo opisać działal-
ność wadowickiego samorządu w XVIII i XIX wieku.
         Dla przyśpieszenia rozwoju miasta po pożarze w r. 1726, komisarze królewscy wydali 28 V
1727 r. ordynację regulującą zarówno prawo wyborcze, jak też całokształt funkcjonowania wa-
dowickiej magistratury.
         W okresie lat 1772-1784 Wadowice rządziły się nadal dawnym prawem chełmińskim i magde-
burskim oraz dotychczasowymi zwyczajami, jak za czasów Rzeczypospolitej.
         Dopiero 29 IV 1784 r. ukazało się rozporządzenie wyborcze (cyrkularz) cyrkułu myślenickiego,
do którego wówczas należały Wadowice. Wprowadziło ono w mieście austriackie urządzenia ustrojowe
i w ten sposób zakończyła się ponad 350-letnia epoka prawa chełmińskiego w Wadowicach.
         Ogólne zasady ustroju gmin, w zmieniających się z biegiem czasu uwarunkowaniach społecz-
no-politycznych, uregulowano z kolei już w okresie autonomii krajów koronnych w 1862 r. Ustawa
przewidywała jako organy gminy: radę gminną oraz zwierzchność gminną. W 1889 r. Sejm Krajo-
wy uchwalił nową ustawę, która precyzyjnie rozdzielała kompetencje zwierzchności i rady gminnej. Ta
ostatnia składała się z 36 radnych i 18 zastępców wybieranych co sześć lat. Zaś zwierzchność składała się
z burmistrza, jego zastępcy i trzech do pięciu asesorów. Zakres działania przewidywał zadania własne
i poruczone. W pierwszej grupie znajdowało się to „wszystko co bezpośrednio dotyczy interesu gminy”.
         Rada gminna była organem uchwalającym i nadzorującym działalność magistratu, któ-
ry był ciałem zarządzającym i wykonawczym. Minęło wiele lat, diametralnie zmieniały się warunki
w jakich funkcjonują miasta, a organy samorządowe działają i dziś w podobnym kształcie, wykonując
podobne zadania i są podobnie wyłaniane w wyborach.
         Zakres działania rady gminnej w odniesieniu do spraw miejskich był szeroki i zróżnico-
wany. Przykładowo wymienię: zarząd majątkiem, gospodarka finansowa i kapitałowa, uchwalanie bu-
dżetu, dysponowanie gruntami i nieruchomościami. Opieka nad szkolnictwem, bezpieczeństwo ludno-
ści poprzez utrzymywanie policji i straży pożarnej, utrzymywanie dróg, organizacja opieki zdrowotnej,
pomoc ubogim, finansowanie remontów obiektów miejskich itp.
         Znaczny był udział władz gminnych we wspólnych przedsięwzięciach realizowanych z wado-
wicką parafią. Dotyczyły one m.in. szkolnictwa, współfinansowania remontów obiektów podległych
parafii, przekazywania wiernym z ambon informacji przeznaczonych do publicznej wiadomości, jak
również uzgodnień personalnych przy obsadzaniu stanowisk proboszczów (czyli tzw. kolatorstwa). Du-
chowni wchodzili w skład organów świeckich (np. rady szkolnej), a reprezentanci miasta w skład rady
parafialnej, czy też komitetu renowacji kościoła.
         Proboszczowie wadowiccy (ks. Aleksy Bocheński i Andrzej Zając) pełniąc równocześnie funk-
cje dziekanów wadowickich swoją rozległą działalnością duszpasterską, oświatową, kulturalną i chary-
tatywną integrowali życie mieszkańców Wadowic i okolicy, przyczyniając się do nadania Wadowicom
znaczenia ośrodka regionalnego.82
        Chronologicznie pierwszym krokiem milowym w dziejach przedautonomicznych Wa-
dowic było założenie gimnazjum w roku 1866. Determinacja władz miejskich, świadomość świa-
tłych obywateli, współdziałanie rodziców i nauczycielstwa, przyniosły efekt. Najpierw uczniów po-
mieszczono w ratuszu , a po kilku latach wybudowano gmach, który do dziś służy młodzieży. Założenie
gimnazjum w mieście obwodowym skutkowało napływem studentów z dość odległych okolic m.in.
z Żywiecczyzny, z Podhala, nie mówiąc już o miastach bliższych jak Andrychów, Sucha, Zator, jak i ze
wsi położonych w obwodzie. Kilka lat później uruchomiono bursę dla zamiejscowych aby nie musieli
się poniewierać po lichych stancjach. Studenci wnosili w pejzaż miasta młodość, radość, aktywność
i kreatywność. Profesorowie szerzyli wiedzę, przodowali w upowszechnianiu kultury, pokazywali jak
żyć z pasją, wnosili przyczynkarskie opracowania z dziejów Wadowic. Ci, którzy się tu uczyli zasilali

 82 - Marek Drozd: Organizacja i działalność gminy miejskiej w Wadowicach w latach 1866-1914. W: Królewskie
      wolne miasto Wadowice. Studia z dziejów i ustroju miasta. Red, naukowy Andrzej Nowakowski,
      Białostockie Wydawnictwo Prawnicze „Iustitia”, Warszawa 1994, s. 47

Strona 64

62          Rozdział I - Miejsce akcji




                                            Abiturienci z gronem profesorskim z roku 1894.
                      Od lewej siedzą profesorowie: Grzanowski, Pizło, ks. Karaś, Myjkowski, Grünberg, Rzepiński.
     miejską inteligencję, nieraz osiadali tu na stałe, nieraz dali się poznać w kraju, jako jednostki wybitne.
     Gimnazjum stało się ośrodkiem popularyzatorów i odbiorców sztuki i wiedzy, kuźnią cnót patriotycz-
     nych, miejscem pracy u podstaw.83
              Drugim znaczącym faktem, który istotnie wpłynął na bieg życia mieszkańców Wadowic było
     osiedlenie się w nich Żydów. Proces ten rozpoczął się w okresie przemian demokratycznych w Austrii.
     Po kilku latach grupa ta była na tyle duża, że zorganizowała się tworząc odrębny organizm społeczny
     i wyznaniowy. Izraelici, dzięki wrodzonym talentom, inteligencji i zapobiegliwości zaczęli odgrywać
     znaczącą rolę. Skupili w swoich rękach część handlu miejskiego i targowego, zakładali małe, aczkolwiek
     trafione rynkowo interesy, obracali skutecznie wypracowanym kapitałem, z czasem zasiadali w orga-
     nach samorządowych, współdecydując o sprawach miejskich. Żydzi zbudowali w ciągu kilkudziesięciu
     lat zwarte środowisko liczące się we wszystkich prawie dziedzinach życia: gospodarczego, społecznego,
     samorządowego, a zwłaszcza w sferze religijnej, a nawet we współzawodnictwie sportowym. Dziś
     z perspektywy lat i przebytych doświadczeń łatwiej przyjrzeć się ich dorobkowi, wkładowi w życie
     miasta, ich odrębnościom i pozycji jaką zajmowali w ówczesnych Wadowicach. Bez wątpienia wspólnie
     z katolikami budowali to miasto, przysparzali mu dóbr, tworząc przy tym własną zasobność. Wzboga-
     cali kulturę i obyczaje tutejszych mieszkańców poprzez język, ubiory, rytuały i wielowiekowe tradycje.
     Nie podejmowali prób asymilacji, wręcz odwrotnie trwali przy swoich odrębnościach. Przez to byli za-
     uważalni, posiadali tożsamość, ale też cierpieli z powodu odrzucenia. Zwłaszcza zjawisko to widoczne
     było w młodym pokoleniu, które jak zawsze dostrzega inność i piętnuje ją, poprzez zaczepki, docinki,

      83 - Gustaw Studnicki: Zarys dziejów oświaty i szkolnictwa w Wadowicach. Nakładem Zbiorów Historycznych
           im. Marcina Wadowity, Wadowice 1996

Strona 65

Rozdział I - Miejsce akcji                 63
marginalizowanie, izolację, a nieraz agresję. Gdy dziś spoglądamy wstecz widzimy różnicę i dyskry-
minację o wiele jaskrawiej. W dzisiejszych społeczeństwach, wysoko rozwiniętych, funkcjonuje wielu
Żydów, którzy osiągnęli powodzenie i sukcesy na poziomie światowym. Ale o tym z jakiej nacji się
wywodzą dowiadujemy się przy okazji, gdyż oni sami nie obnoszą się ze swoim pochodzeniem, noszą
zwyczajne ubiory i fryzury, są obywatelami świata, mówią po angielsku, a mieszkają w Nowym Jorku
lub Londynie. Ich indywidualność i odrębność to ich sztuka, muzyka, dzieło filmowe, a nie zewnętrzne
atrybuty, które budzą sprzeciw, czy niezrozumienie tych, którym brak tolerancji, którzy czują się zagro-
żeni przez inność i obcość.
         Kolejnym, bardzo ważnym wydarzeniem w dziejach Wadowic okresu autonomicznego
było zlokalizowanie w mieście sądu Kolegialnego, zwanego też Obwodowym lub Okręgowym.
Starania o tę instytucję rozpoczęto w roku 1874. Co najistotniejsze inicjatywa wyszła ze strony wadowi-
czan, którzy z uporem i determinacją ubiegali się o decyzję by sąd tej instancji powstał w mieście. Jak
się okazało starania te miały wymiar dalekowzroczny bo podniosły rangę miasta w Galicji Zachodniej.
Dość powiedzieć, że wadowickiemu Trybunałowi podlegało jedenaście sądów powiatowych: w Andry-
chowie, Białej, Jordanowie, Kalwarii, Kętach, Makowie, Milówce, Myślenicach, Oświęcimiu, Ślemieniu,
Żywcu i Sąd Powiatowy miejsko – delegowany w Wadowicach. W późniejszym czasie doszedł jeszcze
Zator. Aby tak prestiżowa instytucja mogła działać trzeba było zbudować dla niej gmach, co było nieba-
gatelnym wydatkiem. Wadowiczanie wykazali się odwagą i przedsiębiorczością, podejmując wyzwanie
przekraczające ich możliwości, co nie bez trudności, doprowadziło do ukończenia inwestycji w maju
1881 roku. W rok później zainaugurowano otwarcie Sądu Obwodowego w nowoczesnym gmachu, co
ostatecznie przysporzyło miastu prestiżu i znaczenia w tym skrawku Galicji, rozgłosu, a także bardziej
wymiernych korzyści z posiadania grupy dobrych prawników, którzy tu byli zatrudnieni bądź zakładali
kancelarie prawnicze. Funkcjonowanie Sądu Obwodowego przynosiło mieszkańcom dodatkowe
dochody, z racji obsługi sporej grupy inteligentów wraz z rodzinami, utrzymywania przyjezdnych inte-
resantów, jak i zaopatrzenie więzienia, które działało przy sądzie. Miejscowi znajdowali tu nieraz zatrud-
nienie i zbyt dla swoich wytworów i usług.




                                                                              Cmentarz żydowski w Wadowicach.

Strona 66

64            Rozdział I - Miejsce akcji

              Wadowickie władze, w latach osiemdziesiątych XIX wieku, zdały sobie sprawę, że mia-
     sto znalazło się w niekorzystnym położeniu jeśli chodzi o połączenia kolejowe. Ten rodzaj trans-
     portu stał się wówczas dominującym, zwłaszcza jeśli chodzi o zaopatrzenie wojskowe i szybkie prze-
     wozy żołnierzy. Uruchomienie pociągów, które kursowały na obrzeżach powiatu sprawiło, że miasto
     i szlak drogowy tracił na znaczeniu. Władze miejskie zdecydowanie zaangażowały się w projekt
     budowy odcinka kolejowego z Bielska, przez Kęty, Andrychów, Wadowice do Kalwarii. Działa-
     nia radnych i starostwa, a także szybkie decyzje o wywłaszczeniu pozwoliły spółkom budującym linie
     kolejowe oddać je do użytku w 1888 roku.
              11 lat później, w ostatnim roku XIX wieku (1899) uruchomiono drugą linię kolejową biegnącą
     przez Wadowice, na trasie Trzebinia – Skawce. W ten sposób miasto uzyskało połączenie z magistralą
     krakowsko – górnośląską z jednej i z głównym szlakiem „kolei transwersalnej” z drugiej strony (przez
     stację w Skawcach). Inwestycje kolejowe, które po części są również dzieckiem aktywnych i zapobiegli-
     wych Wadowiczan, na wiele lat przesądziły o żywym zainteresowaniu naszym miastem ze strony sfer
     gospodarczych i przemysłowych. Ale nie tylko, bo wzmogły też udział przyjezdnych w handlu stacjo-
     narnym i targowym, w korzystaniu z edukacji usytuowanej w mieście, ożywiły ruch pielgrzymkowy,
     zwłaszcza do Kalwarii, zapoczątkowały turystykę beskidzką, w stronę Babiej Góry. Poprawiły transport
     surowców, choćby węgla, rud, a w drugą stronę drewna i płodów rolnych.
              Badacz dziejów miasta Konrad Meus pisze, że Wadowice weszły w XIX wieku w stadium oży-
     wionej urbanizacji, która przekształciła osadę wiejską, o archaicznych, feudalnych strukturach spo-
     łecznych i ekonomicznych w nowoczesne miasto, w europejskim znaczeniu tego słowa. Postęp wi-
     dać we wszystkich dziedzinach, zarówno w sferze materialnej (budownictwo, przemysł, handel) jak
     i w przekształcaniu świadomości i aktywności mieszkańców (przedsiębiorczość, działalność stowarzy-
     szeń, podniesienie jakości życia, korzystanie z dóbr kultury, potrzeby oświatowe). Wadowice rozrosły
     się terytorialnie, wchłaniając przedmieścia, gdzie ulokowały się zakłady przemysłowe, stacja kolejowa,




     Dworzec kolejowy w Wadowicach w czasach galicyjskich.

Strona 67

Rozdział I - Miejsce akcji              65
a na Górnicy park rekreacyjny. W 1889 roku zaliczono Wadowice do rzędu „znaczniejszych miast Gali-
cji”, co spowodowało większe zainteresowanie, wyrażające się chociażby ulokowaniem tutaj klasztoru
i kościoła OO. Karmelitów Bosych, a nieco później Sióstr Nazaretanek. Wzdłuż „traktu wiedeńskiego”
i przy rynku pomieszczono wiele okazałych gmachów użyteczności publicznej, jak i wielopiętrowych
kamienic, których nie powstydziłby się nawet Kraków. Ta zabudowa służy mieszkańcom miasta do dnia
dzisiejszego, podobnie jak wytyczone ulice, linie kolejowe, parki i tereny spacerowe.84
         W latach osiemdziesiątych XIX wieku, gdy autonomia okrzepła, podatny grunt znalazły sto-
warzyszenia niepolityczne. Jako pierwsza w Wadowicach zawiązała się Czytelnia Urzędnicza,
zwana też kasynem. Istniejąca od 1878 roku oferowała swoim członkom, rekrutującym się
z miejscowej inteligencji – pracowników administracji, instytucji zatrudniających urzędników
różnych szczebli, nauczycieli, lekarzy i prawników, dostęp do książek i czasopism. Z czasem
gama atrakcji kulturalnych ulegała poszerzeniu o odczyty, rauty, przedstawienia teatralne
i produkcje muzyczne.
         W 1887 roku rozpoczęła działalność Czytelnia Mieszczańska, która skupiała zamożnych
kupców i rzemieślników, a z biegiem czasu stała się dostępna dla ogółu wadowickiego mieszczaństwa.
Cele obu stowarzyszeń były podobne: upowszechnianie i udostępnianie czasopism i książek, odczyty
i wykłady, umuzykalnianie, popieranie teatru amatorskiego, organizowanie życia towarzyskiego, za-
baw, gier i wycieczek. Czytelnia Mieszczańska dorobiła się własnego lokalu i na przełomie XIX
i XX wieku była najwyraźniejszą organizacją kulturotwórczą w mieście.
         W tym samym czasie w roku 1887, zawiązuje się w mieście nad Skawą Towarzystwo
Gimnastyczne „Sokół”, które cieszyło się w kolejnych latach największą popularnością, zwłaszcza,
że hasło „w zdrowym ciele zdrowy duch” znajdowało masowy oddźwięk wśród młodzieży. Po dwóch
latach stowarzyszenie dochrapało się okazałego gmachu, który przez dziesięciolecia był ośrodkiem
kultury nie tylko fizycznej, a przy tym stanowił oryginalny obiekt architektoniczny, dodający urody
miastu. Po kilku latach od założenia, wadowickie towarzystwo doczekało się sztandaru, sokoli ubierali
się w jednolite, przykuwające oko umundurowanie, profil działalności został poszerzony o amatorski
teatr, chór, oddziały cyklistów i szermierzy. Pod koniec pierwszej dekady XX wieku (1909 r.) zezwolo-
no na zakładanie związków strzeleckich, w związku z tendencjami militarystycznymi i wzrastającymi
nastrojami wojennymi. Zaborca zezwolił na używanie, w ograniczonym zakresie, strzelnic, pod nad-
zorem personelu pomocniczego tych urządzeń. Liczono na to, że objęta wychowaniem wojskowym
młodzież lepiej sprawdzi się, gdy zostanie powołana w austriackie szeregi. Tuż przed I wojną świa-
tową „Sokół” objął patronatem dziką Drużynę Skautową im. Stanisława Żółkiewskiego, która
powstała przy gimnazjum.
        Dla lepszego osadzenia przytaczanych informacji o działalności kulturalnej, sportowej i spo-
łecznej w mieście – garść wiadomości z monografii powiatu o mieszkańcach i ich zajęciach z końcem
XIX wieku.
        Str. 38 – Stosownie do położenia okolicy, charakteru ubioru, i pochodzenia rozdziela się ludność
wiejska powiatu na trzy grupy etnograficzne: górali, podgórzan i nadwiślan. Lud górski osiadł w powie-
cie wadowickim w dolinie górnej Skawy i jej dopływów i zalicza się do Babiogórców.
        Str. 41 – Wyżynę Gierałtowską, Radocką i zbocza gór Lgockich zajęli Podgórzanie, których uwa-
żać należy za gałąź Krakowiaków osiadłych szeroko po obu brzegach Wisły.
        Str. 43 – W dolinie Wisły i po obu brzegach drobniejszych jej dopływów osiadł lud Nadwiślan,
stanowiący także ród Krakowiaków.
        Str. 188 – Wadowice (opis monograficzny) autor kończy powołując się na Szematyzm z roku
1867 – „miasto niemal całe jest murowane i nowszymi czasy uporządkowało się znacznie. Wielu z miesz-
kańców tutejszych obok uprawy mało wydatnej roli zatrudnia się płóciennictwem, drelicharstwem,
sukiennictwem lub przędzeniem wełny. Jest tu też kilka warsztatów wyrabiających chustki i materie


 84 - Konrad Meus: Wadowice 1772-1914. Studium przypadku miasta galicyjskiego, Księgarnia Akademicka,
      Kraków 2013

Strona 68

66            Rozdział I - Miejsce akcji

     wełniane kolorowe (…) wyroby i handel meblami i sprzętem gospodarskim. Handel jest dość znaczny,
     a odbywające się tu co pierwszego poniedziałku każdego miesiąca jarmarki, przepełnione bywają roz-
     maitymi produktami nawet z odleglejszych okolic karpackich.”85
              Z końcem I dekady XX wieku, w latach 1908-1910 działalność kulturalna wadowiczan
     skoncentrowała się w Towarzystwie im. Króla Jagiełły, w potocznym języku w Jagiellonce. Za-
     dania, które to stowarzyszenie stawiało przed sobą to: skupienie w działalności statutowej wszystkich
     stanów, pielęgnowanie i szerzenie ducha narodowego, pomoc moralna i materialna, podnoszenie zalet
     umysłowych, popularyzacja i kształcenie się w grze na instrumentach i w śpiewie. To wszystko w myśl
     zasad działania wspólnoty Chrystusowej. Głównym animatorem poczynań był Stefan Kotlarczyk, urzęd-
     nik sądowy. Znakiem rozpoznawczym „Jagiellonki” był znakomity, amatorski zespół teatralny. Doskona-
     le zorganizowana trupa, przy udziale aktorów, chóru, wypożyczonych i uszytych strojów, ze specjalną
     scenografią z ambitnym repertuarem, dała się poznać zarówno wadowiczanom jak i publiczności z oko-
     licznych miast, budząc podziw i szeroki aplauz. Obok sztuk Lucjana Rydla czy Gabrieli Zapolskiej, obok
     klasyki ówczesnych teatrów amatorskich jak np. „Królowa przedmieścia”, wystawiano nawet autorskie
     inscenizacje samego Stefana Kotlarczyka, który był duszą tego familijnego teatru, reżyserem, organiza-




     Oryginalny gmach wadowickiego Sokoła.
      85 - Bolesław Marczewski: Powiat wadowicki pod względem geograficznym, statystycznym i historycznym.
           Kraków 1897

Strona 69

Rozdział I - Miejsce akcji                       67




                                                         Abiturienci gimnazjalni z gronem profesorskim z roku 1896.
torem, autorem, osobą skupiającą grono miłośników sceny, we wszystkich wymiarach artystycznych, jak
i obsługi widowisk.
        Piękną kartę w aktywności mieszkańców miasta zapisało Towarzystwo Upiększania
Miasta Wadowic i Okolicy (TUMWiO). Efektem jego działalności było utworzenie na wzniesieniu nad
miastem (na Górnicy), parku rekreacyjnego im. Adama Mickiewicza, który do dziś służy kolejnym poko-
leniom wadowiczan, jako miejsce spacerów, oaza ciszy, zieleni, pięknych widoków, bliskiego kontaktu
z przyrodą.
        W omawianym okresie autonomii galicyjskiej, a zwłaszcza w jej okresie schyłkowym - koniec
XIX i początek XX wieku, sporo działo się w Wadowicach. Sprowadziły się tu zakony, zapoczątkowano
działalność przemysłową, powstała elektrownia w 1906 r. W Szkole Wydziałowej Żeńskiej, odbyła się
sławna w całym regionie wystawa rolniczo- przemysłowa w roku 1907.
        Konrad Meus w swoim obszernym opracowaniu pisze: „(…) rok 1907 stanowił przełomową
datę w rozwoju przemysłowym Wadowic. W przekonaniu tym utwierdza mnie nie tylko uruchomio-
na wówczas fabryka papieru Romaszkana, ale przede wszystkim zorganizowana tutaj, okazała Wysta-
wa rolniczo-przemysłowa. Jej inicjatorami byli głównie miejscowi inteligenci i lokalni przedsiębiorcy.
Ci ostatni przez ekspozycję swoich produktów chcieli umocnić pozycję na rynku lokalnym, a także za-
prezentować je gościom spoza regionu.” Dalej cytowany wyżej autor pisze: „Ekspozycja wystawienni-
cza została umieszczona przede wszystkim w nowo wybudowanym gmachu szkoły przy ulicy Długiej
(…) Największym zainteresowaniem zwiedzających cieszył się dział przemysłowy i jemu pokrewne, (…)
Szczególnie intensywnym dniem wystawienniczym okazał się piątek 30 sierpnia. Wówczas miała miej-
sce jednodniowa wystawa żywego inwentarza. Z tego też powodu wszystkie przyjeżdżające do Wado-
wic pociągi były przepełnione”, a „na ulicach miasta panował ruch nieustanny przejeżdżających wóz-
ków, bryczek, powozików i bardzo eleganckich powozów”. Zaś relacja prasowa po niedzieli 1. września
brzmiała: „Ktokolwiek wybrał się wczoraj do Wadowic, celem dokładnego zwiedzenia wystawy, z pew-
nością szczerze żałował, że pojechał tam w ten dzień, a nie inny; bo w tę ostatnią niedzielę Wadowice

Strona 70

68            Rozdział I - Miejsce akcji




     Sypanie kopca w wadowickim parku miejskim.
     nie były Wadowicami, ale raczej ze względu na ruch, jaki tam panował kawałeczkiem Wiednia, Paryża,
     albo Londynu. Do południa było na placu wystawienniczym jeszcze jako tako, ale wkrótce po nadejściu
     pierwszego popołudniowego pociągu tj. z Krakowa wszystkie korytarze i sale w gmachu wystawowym
     od razu zapełniły się tłumem zwiedzających i naraz w tym obszernym budynku zrobiło się tak ciasno,
     jak gdyby to było w kościele w czasie sumy. Można sobie wyobrazić co się później działo po nadejściu
     pociągów od strony Bielska i Suchej.”86
              I dekada XX wieku dała początek wadowickim fabrykom, a to „Papierni” i „Druciarni”. Po la-
     tach z łezką w oku wspominam czasy głębokiego PRL-u, gdy jako dzieci przemierzaliśmy ulicę Dzier-
     żyńskiego (dawna Legionów, a jeszcze wcześniej Młyńska) w drodze nad Skawę. Szło się pod oknami
     hal fabrycznych, najpierw „Druciarni”, a potem „Papierni”, skąd dochodziły odgłosy maszyn i młotów,
     a i zapachy z uchylonych okien, za którymi przygotowywano masę do produkcji tektury. Bez wąt-
     pienia można powiedzieć, że właśnie te obiekty przemysłowe były synonimem wadowickich fabryk.
     One żyły, wibrowały, tłukły się, wydawały świsty i zgrzyty, miały pełne składy materiałów i gotowych
     wyrobów: drutów, prętów, szmat i tekturowych beli. Oczywiście autorzy prac naukowych piszą szcze-
     gółowo i wyczerpująco o różnych wadowickich przemysłach i ich wyrobach, które też odcisnęły się
     na naszym dzieciństwie i młodości: opłatki, andruty i ciastka z MAFO, cegielnia, betoniarnie, elektrow-
     nia, budowlanki itp. Wiele z nich miało swoje początki jeszcze przed I wojną światową, gdy Wadowice
     dopiero budziły się do życia gospodarczego. Miasto i jego światła część obywatelstwa w rozwoju go-
     spodarczym upatrywali koła zamachowego wzrostu poziomu życia, w sferze materialnej, a w ślad za
     tym i w aspekcie duchowym. Przemiany następowały szybko niosąc postęp w jakości życia mieszkań-
     ców, w ich wzrastaniu w kulturze, w poszerzaniu świadomości narodowej i lokalnej, w aktywnej po-
     stawie wobec zjawisk rynkowych, w poszukiwaniu wspólnoty by rozwijać się i korzystać ze zdobyczy
     cywilizacyjnych. Czasy te przyniosły dużo więcej publikacji, wspomnień, relacji, a nawet dokumentów
     fotograficznych, co pozwala nam dziś lepiej wczuć się w atmosferę i różne wymiary życia ówczesnych
     Wadowic.
             Gdy patrzy się z boku na lata galicyjskiej autonomii, a zwłaszcza z perspektywy blisko stu
     pięćdziesięciu lat, od jej początku, nie sposób pominąć jej najwyraźniejszej postaci – cesarza Francisz-

      86 - Konrad Meus: Wadowice 1772-1914. Księgarnia Akademicka. Kraków 2013

Strona 71

Rozdział I - Miejsce akcji                       69
ka Józefa. Ten długowieczny władca odcisnął na jej kształcie niekwestionowane piętno. To on wyrzekł
się absolutnej władzy na rzecz ograniczonego samostanowienia narodów monarchii. Trzeba wyraź-
nie powiedzieć, że malownicza Galicja nie była oczkiem w głowie, ani jego, ani innych decydentów
austriackich. Z niepewną szlachtą, ze zbiedniałym ludem, stanowiła co najwyżej kraj poszukiwania
rekruta, a to nie dawało jej silnej pozycji w monarchii. Cesarz z rezerwą podchodził do polskiej arysto-
kracji, która odwzajemniała chłód, szczególnie widoczny w czasach przedautonomicznych. Później
Polacy doznali niewątpliwych swobód, które pozwoliły galicyjskim poddanym jasno określić swoją
tożsamość. Język polski dochodzący oficjalnie do głosu, świadomość historyczna i patriotyczna, któ-
ra rozlewała się przez edukację i działalność stowarzyszeń, samorządność lokalna oparta na polskim
żywiole – te czynniki sprawiły, że cesarz zyskiwał popularność, że zbliżał się do poddanych. Wizyty
Franciszka Józefa w Galicji już nie były owiane chłodem i obojętnością, a bardziej spontanicznym
przyjęciem przez wszystkie warstwy społeczne. Dla kilku aktywnych polityków galicyjskich znalazły
się intratne posady urzędowe, by wymienić chociaż dwóch najważniejszych Agenora Gołuchowskie-
go i Kazimierza Badeniego, który na czele polskich konserwatystów tworzył rząd z wieloma rodakami
w składzie. Franciszek Józef z biegiem lat dawał się poznać jako pracowity, ułożony, oddany monar-
chii, silny fizycznie i charakterystyczny wizualnie. Pokolenia się zmieniały, a on ojciec narodu trwał,
dostępny dla każdego w ramach procedury audiencyjnej, niezniszczalna ostoja bytu państwowego,
mimo wojen, zawieruch dziejowych, mimo rodzinnych tragedii i ciosów, które płynęły z najbliższego
otoczenia. Sądzę, że cechy osobiste, które poddani coraz lepiej poznawali, nieszczęścia których do-
znawał na oczach świata, ludzkie przyzwyczajenia, o których powszechnie pisano jak: palenie cygar,
polowania, zamiłowanie do munduru, wierność tradycji, a przede wszystkim regułom rodu Habsbur-
gów, zjednały mu sympatię wśród ludów, w tym i poddanych z Galicji.
         Za życia cesarza rozpisywano się o nieszczęściach rodzinnych, których imperator doświad-
czył, które niosły ból i żałość, a które nie złamały psychiki nawet sędziwego władcy. Świat towarzyszył
cesarzowi, gdy stracił jedynego syna Rudolfa, brał udział w wyjaśnianiu okoliczności zamordowania
żony Elżbiety, był z nim po zamachu w Sarajewie. Ciężar decyzji o wojnie z Serbią, co w konsekwen-
cji doprowadziło do rozpętania I wojny światowej, późniejsze nie zawsze zwycięskie zmagania armii
austriackiej, świadomość chylącego się do upadku habsburskiego cesarstwa, mogły nadwątlić siły
Franciszka Józefa. Zmarł na zapalenie płuc, dość niespodziewanie, o czym donosły gazety, wielkimi
czarnymi czcionkami. Czas żałoby i uroczystości pogrzebowych śledziły miliony czytelników prasy.




                                                      Abiturienci gimnazjalni z gronem profesorskim z początku XX w.

Strona 72

70          Rozdział I - Miejsce akcji




       Staroście Karolowi Franzowi od mieszkańców powiatu wadowickiego (malował ok. 1907 r. Stanisław Tondos).


     Obfitość publikacji skończyła się po kilku tygodniach wraz z pochówkiem cesarza i zaskakująco szyb-
     ko zgasła pamięć współczesnych o jego życiu.87

      87 - Eugen Ketterl: Wspomnienia kamerdynera cesarza Franciszka Józefa I. Wydawnictwo Miniatura, Kraków
           1990

Strona 73

Rozdział II


                                              Rodowody


                                             1. Wojtyłowie
        Poszukiwanie korzeni rodów posługujących się nazwiskiem Wojtyła prowadzi do
zamierzchłych czasów piastowskich, kiedy to po Beskidach wędrowały gromady pasterskie
zwane Walasami. Grupy te posuwały się górami z Wołoszczyzny na zachód i dotarły przez
Śląsk i Słowacczyznę aż na Morawy, a później Beskidami Zachodnimi na Żywiecczyznę
i w okolice Wadowic. Józef Putek opisuje szczegółowo zmieniające się etapy i charakter
tego koczowniczego pasterstwa, datując jego pierwotne formy na wiek XIII i XIV.1 Wędrówki
Wołochów, ale i Rusinów, a później i górali karpackich trwały jeszcze w XVI wieku, o czym
świadczą liczne dokumenty określające organizację gromad walaskich, ich zobowiązania
wobec właścicieli polan i lasów, spisy praw i powinności, a nawet opisy potyczek jakie z nimi
staczano, gdy naruszali interesy i czynili zniszczenia w górach. W połowie XVI wieku, gdy
pasterstwo na Słowacji przestało się opłacać, gdy gnębiono ich większymi obciążeniami,
ograniczano tereny wypasów i liczebność owiec, kiedy poczuli się zagrożeni w swej wolno-
ści osobistej, masowo zbiegali na tereny ziemi oświęcimskiej. Niejeden z tych zbiegów,
zatrzymywał się dopiero daleko na północy, w okolicach Wadowic lub Kęt i osiadał we wsi
podgórskiej, często nawet pod zmienionym nazwiskiem by uniknąć pościgu panów oraw-
skich. Zjawisko to było na tyle masowe, że przybierało zorganizowaną formę osadzania ich
na licznie wyrabianych zarębkach. Ci, którzy nie chcieli się wyrzec swobody, którym osiadły
tryb życia i uprawa roli, nie odpowiadały, wymykali się w góry i stamtąd wyprawiali się na
rabunek, po dawnemu polując i żyjąc na bakier z prawem. Ten sposób życia, wolny, oparty
na rozboju, na dzikim i koczowniczym trybie korzystania z zasobów przyrody, obcowania
z kompanią, bitnych, honornych górali, nazywano zbójnictwem.
        Ślady wędrówek Wołochów, na terenie ziemi wadowickiej i żywieckiej, pozostały do
dziś w nazwach topograficznych i w nazwiskach mieszkańców. Józef Putek pisze w swojej
książce (str. 203) „spotykane we wsiach andrychowskich (zapewne można odnieść to rów-
nież do Czańca – przyp. autora Z.B.) nazwiska Wojewodziców wskazują pochodzenie wo-
łoskie, w ten sposób oznaczano bowiem potomków „wojewodów wałaskich”. Nazwa wo-
jewody urobioną została z wołoskiej nazwy „wajda” lub „wojda”, która oznaczała dowódcę
pasterskiej gromady. Z nazwy „wojda” powstały nazwy „bajda”, „bajtko” – „batko” i „baca”, „gaj-
da”, nazwy te również utrzymywały się w nazwiskach ludzi takich jak Gajda, Wajda, Wajdzik,
Wojda, Wojdyła (…)”2 Stąd prostą drogą zmierzamy do pochodzenia nazwiska Wojtyła, bo
to tylko zmiana jednej litery, a do tego mniej wymagająca wysiłku wymowa. Z biegiem lat
i używania tego nazwiska, w mowie, w języku potocznym, niepisanym, głoska „t” zastąpiła
„d”, a do tego Wojtyła kojarzy się z czymś, z imieniem „Wojtek”, czego nie można powiedzieć
o brzmieniu pierwotnym „Wojdyła”. Stąd wniosek, że ówcześni prości pasterze, pracujący na
roli, uprościli wymowę, nadając nazwisku swojego towarzysza, praktyczną formę, kojarzącą
się z imieniem Wojtek. Protoplasta linii Wojtyłów czanieckich prawdopodobnie osiadł w jed-
nej ze wsi zarębnych na ziemi wadowickiej lub Żywiecczyźnie. Wsi takich było wiele na sto-
kach gór opadających w beskidzkie doliny, jak i na pogórzu karpackim, a o ich powstaniu do
dziś dnia świadczą nazwy Zarębków, na oznaczenie części wsi lub całej osady.
        Według Aleksego Siemionowa (patrz. Ziemia Wadowicka) w przekazach ro-
dziny Wojtyłów z Czańca utrzymuje się tradycja, że ich przodek przybył w te strony

 1 - Józef Putek: O zbójnickich zamkach, heretyckich zborach i oświęcimskiej Jerozolimie. Kraków 1938, s. 185
 2 - tamże, s. 203

Strona 74

72     Rozdział II - Rodowody




     Wołoskie pochodzenie nazwiska Wojtyła (wg. J. Putka).

Strona 75

Rozdział II - Rodowody                  73
z żywieckiej Żabnicy. Idąc dalej tym
tropem wnioskujemy, że praprzodek
papieża to wymieniony w powinno-
ściach należnych ze wsi zarębnej Żabni-
cy – półzarębnik Mikołaj Wojtyła.3
        Nazwisko Wojtyła pojawia się też
w księdze sądowej państwa żywieckiego
z lat 1707, 1708.4 Zapis w księdze doty-
czy zapłaty za łąkę, w której to transakcji
uczestniczył Jakub Wojtyła.
         Hipotetycznie możemy powie-
dzieć, że jakiś osiadły pasterz, pocho-
dzenia wołoskiego (a za tym określe-
niem kryje się człowiek, którego rodzina
przybyła na ziemie polskie ze Słowacji,
gdy koczownicze pasterstwo upadało)
gospodarujący we wsi zarębnej, miał po-
tomstwo męskie, a jeden z jego synów
lub wnuków osiedlił się w Czańcu. Działo
się tak, gdyż prymitywny sposób uprawy,
niska wydajność gleby, nie zapewnia-
ły warunków wyżywienia rozrastającej
się rodzinie. W związku z tym, źródłem
utrzymania stało się pasterstwo i eksplo-                  Walas żywiecki z Żabnicy (malował J. Pieniążek)
atacja puszczy.5 Osiedli walasi przesta-
li się wałęsać i systemem koczowniczym trudnić pasaniem owiec, natomiast tworzyli
owczarnie związane z gospodarstwem rolnym. W drodze dziedziczenia zarębki były dzie-
lone na coraz mniejsze części. W aktach spotyka się określenia: połowa, trzecina, czwarcizna,
ośmina itd.
        O Wołochach na ziemi wadowickiej czytamy w zapisach lustracyjnych z 1564 r.
         „Dań barania, pasza i żyrowe. – Wkupują się stady z owcami Wołochowie na paszą
lecie. Dawają ode sta baranów 3 i syr wałaski; tego roku dostało się baranów i z kozły 38 per
gr 16 i syrów 7 per gr 6; facit.”6
        Analizując procesy społeczne i ekonomiczne, które prowadziły do zmian w gospodarce
pasterskiej i do osiadania we wsiach zarębnych, które w wyniku karczowania lasów pozyski-
wały ziemię uprawną, możemy wnioskować, że najpierw zajmowano stoki górskie opa-
dające do beskidzkich dolin. Taką długą i głęboką doliną była właśnie dolina Żabnicy,
podchodząca pod Rysiankę i Przełęcz Pawlusią. By dostać się w okolice Węgierskiej Górki,
czyli w pradolinę Soły trzeba było wędrować nawet kilkanaście kilometrów. Soła prowadzi-
ła dalej do Żywca, do Kęt i Oświęcimia. Czy górali pochodzenia wołoskiego jakieś względy
motywowały do wędrówek na północ, do większych skupisk ludzkich, do miast? Mogli tam
szukać pracy, może chcieli sprzedawać na targach swoje wyroby: sery, skóry, może wytwory
drewniane: naczynia, drabiny, sprzęty codziennego użytku. Wozem łatwiej było przemiesz-
czać się z towarem, kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów. Dzięki temu poznawało się inny

 3 - Franciszek Lenczowski: Inwentarze dóbr żywieckich z XVIII wieku (…) Żywiec 1980, s. 79
 4 - Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prace językoznawcze, zeszyt 57. Opracowali i wydali:
     Mieczysław Karaś i Ludwik Łysiak. Str. 79 pod nr 137, rok 1707, 1708. Państwowe Wydawnictwo Naukowe,
     Kraków –Warszawa 1978
 5 - Józef Broda: Gospodarka leśna w dobrach żywieckich do końca XVIII wieku. PWN Warszawa, 1956, s. 24.
 6 - Lustracja województwa krakowskiego, rok 1564. cz. I., wydał Jan Małecki. PWN Warszawa, 1962, s. 221

Strona 76

74            Rozdział II - Rodowody

     świat i nabywało konieczne w gospodarstwie produkty, których w lasach, w zapadłych
     zarębkach, na halach i na polanach niczym nie można było zastąpić. Gdy klepało się biedę
     w odludnych beskidzkich, dzikich dolinach, z pewnością życie ludzi miastowych, a nawet
     ze wsi położonych bliżej większych skupisk ludzkich, musiało pociągać. Niejeden młody
     góral o pasterskiej proweniencji szukał możliwości zmiany twardego losu na byt lep-
     szy, TABLICA       GENEALOGICZNA
          gdzie ziemia bardziej                     WOJTYŁÓW
                                urodzajna, gdzie można                 PRZODKÓW
                                                        liczyć na sezonowy zarobek, skąd bliżej
     na targ, do kościoła, gdzie lepszeJANA      PAWŁA II
                                        drogi i zamożniejsi ludzie.

                              1. Maciej Wojtyła            2. Marianna Kowalska
                               ur. 1765 Czaniec



                                     3. Bartłomiej Wojtyła ur. 1788 Czaniec
                                   x Anna Hudecka ur. ok. 1792 Bulowice 1810

             4. Franciszek ur. 25.3.1826 Czaniec                      5. Stanisław, ur. 1830 w Czańcu
                 radny gminy, sędzia pokoju                           x Weronika Nalborczyk, ur. 1841
                    x Franciszka Gałuszka



            6. Maciej ur. 1.1.1852 Czaniec                  7. Paweł, ur. 1858 w       8. Marianna, ur. ok.
                      śl. 3.9.1878                                Czańcu                        1861
                 zm. 23.8.1923 Lipnik                  x I 1882 Marianna Dybała      x I N. Dybała, zm. 1881
                    krawiec, rolnik                      z.d. Wojtyła, wdowa po      x II 1882 Paweł Wojtyła
       x I Anna Przeczek, ur. 19.07.1853 Lipnik,                 Wojciechu                   (p. poz. 7)
                    zm. 17.9.1881                        x II 1906 Anna Kowalska
                           x II?                       z.d. Nalborczyk, wdowa po
                           x III?                                Wojciechu
       x IV Maria Zalewska, ur. 1861, zm. 1917




      9. Karol Wojtyła, syn Anny zd. Przeczek         10. Stefania, ur. 1891,    11. Franciszek, ur. 1884,
          ur.18.7.1879 Lipnik, śl. 10.2.1906          zm. 1962 w Krakowie,      zm. 1969, syn Marianny z.d.
           Kraków, zm. 18.2.1941 Kraków                   córka Marii z.d.      Wojtyła (miał jeszcze czworo
                 poch. Kr.-Rakowice                         Zalewskiej                  rodzeństwa)
                     porucznik                                                    x Franciszka Kowalska,
        x 1906 Emilia Kaczorowska, ur. 1884,                                    córka Wojciecha i Anny z d.
              zm. 1929 w Wadowicach                                                Nalborczyk (p. poz. 7)



            Edmund, ur. 1906 w                    Karol Józef, ur. 1920 w         Ich potomkami (a mieli
           Wadowicach, zm. 1932                        Wadowicach               dziesięcioro dzieci) są liczni
              w Bielsku-Białej                     Jan Paweł II Wielki          Wojtyłowie mieszkający w
                                                  zm. 02.4.2005 Watykan         Czańcu i innych miejscach.
                                                  święty 27.4.2014 Rzym


      Tablica przygotowana na podstawie tablicy zamieszczonej w: Józef Szczypka: Droga do
      Rzymu, Warszawa 1980. s. 113 oraz innych źródeł.
     Drzewo genealogiczne rodu Wojtyłów.

Strona 77

Rozdział II - Rodowody                        75




                                                                  Podbeskidzie od Białej po Kalwarię.

       Drugim, silnym motywem wędrówek górali, zwanych Walasami były piel-
grzymki do miejsc kultu, na odpusty, na nabożeństwa, w czasie świątecznym i przy
okazjach, gdy całą gromadą wędrowało się do Kalwarii lub by nawiedzić dom świętego
Jana Kantego w Kętach.
       Górale pochodzenia wołoskiego, w naturalny sposób przez stulecia, asymilowali
się z miejscową ludnością. Miejscowi górale beskidzcy przyswajali tradycje owczarstwa,
przejmowali od Wołochów kulturę hodowli wypracowaną przez wieki. Zwyczaje, nazwy,
ubiory, sprzęty – to wszystko wzajemnie przenikało się tak, że przetrwało to co najlepsze,
przydatne, to co praktyczne, piękne, co wspólne.
        Ludy pasterskie, górskie i podgórskie zawsze odznaczały się głęboką wiarą, czcią
okazywaną świętym i miejscom kultu. Tak zapewne było również w rodzie Wojtyłów. Prze-
mierzając ziemię żywiecką za pracą, za chlebem, w drodze na targi do miast, przyjmowali
miejscowe święta i odpusty jako swoje. W połowie XVII wieku nastąpił znaczący wzrost
kultu Jana Kantego. Ten późniejszy święty, który był doktorem teologii Akademii Kra-
kowskiej, uznawany był za postać wybitną, człowieka o niezwykłej dobroci i pracowitości.
Przypisywano mu cudowną moc, nic więc dziwnego, że do miejsca jego urodzenia ściąga-
ły liczne pielgrzymki, modląc się do jego wizerunku i relikwii sprowadzonych z Krakowa.

Strona 78

76             Rozdział II - Rodowody




     Kęty, ośrodek kultu św. Jana Kantego.

Strona 79

Rozdział II - Rodowody                          77




                            Czaniec widziany od zachodu.




Czaniec na tle pasemka Hrobaczej Łąki (widok od wschodu).

Strona 80

78             Rozdział II - Rodowody

     Papież Klemens XIII kanonizował go w 1767 roku i ustalił jego święto na 20 października
     (jest to do dzisiaj dzień odpustu w Kętach). Na miejscu rodzinnego domu świętego po-
     wstała kaplica nawiedzana przez mieszkańców ziemi oświęcimskiej i żywieckiej. Czy wte-
     dy jeden z Wojtyłów upatrzył sobie Czaniec, by tu w przyszłości osiąść?




     Kalwaria na rycinie z XVII w.

             W siedemnastym wieku powstało sanktuarium kalwaryjskie, z dróżkami Pana
     Jezusa i Matki Boskiej. Kompanie górali pielgrzymowały do Kalwarii doliną Soły od stro-
     ny Żywca i z beskidzkich wsi wrypanych w góry. Mogli pielgrzymować prastarą drogą
     przez Przełęcz Kocierską, pokonując wzniesienia i lasy, nieraz w chłodzie i w deszczu.
     Dogodniejsza była trasa doliną, wzdłuż Soły, lecz dłuższa, więc wymagała więcej czasu.
     Pielgrzymi skręcali u wylotu rzeki z Beskidów w stronę Bukowskiego Gronia i szli tak jak
     wiedzie dzisiejsza droga przez Czaniec. Protoplasta czanieckich Wojtyłów pielgrzymo-
     wał i mógł nawet nocować w Czańcu w drodze do Kalwarii. Wówczas zgadał się z miejsco-
     wymi, na temat życia we wsi. Może przypadł im do gustu i zaprosili go żeby znowu przy-
     jechał. Może pokazał się jako wartościowy i pracowity człowiek. A może pięknie śpiewał
     nabożne pieśni i oczarował jakąś pannę, która została w przyszłości jego połową, czyli
     wżenił się w Czańcu, tu osiadł i wspólnie z jej rodziną gospodarował na roli. Wszystkie te
     przypuszczenia mogą zawierać w sobie jakieś prawdziwe elementy. Przodkowie pa-
     pieża mieszkający w Czańcu, byli przeważnie określani w dokumentach kościelnych jako
     drobni rolnicy. Byli poważanymi mieszkańcami wsi, bo powierzano im społeczne funkcje
     jak np. sędzia ludowy, czyli dzisiejszy ławnik. Słynęli z tego, że prowadzili grupy na odpu-
     sty kalwaryjskie, pełniąc rolę przewodników i śpiewaków inicjujących pieśni pielgrzym-
     kowe. Karol Wojtyła, papież, też odziedziczył mocny, góralski głos i chętnie wędrował po
     dróżkach kalwaryjskich, co utrwaliło się po przodkach w jego genach.
            Niektórzy biografowie papieża wyprowadzają genealogię rodu Wojtyłów od Bar-
     tłomieja, czyli prapradziadka, inni od Franciszka, pradziadka. Ta rozbieżność wynika z nie-
     kompletnej dokumentacji parafialnej. Według ks. Adama Bonieckiego („Kalendarium życia

Strona 81

Rozdział II - Rodowody                79
Karola Wojtyły”), Bartłomiej miał czworo dzieci w tym syna Franciszka, który doczekał się
również czwórki potomstwa. Jego synem był Maciej urodzony w 1852 roku, w Czańcu,
który najpierw był krawcem w swojej wsi, a potem przeniósł się do Lipnika , obok Białej
(dziś Bielsko-Biała). W tymże Lipniku przyszedł na świat w 1879 r. jego syn Karol, ojciec
przyszłego papieża.
         Dziadek Maciej miał, brata Pawła, którego syn Franciszek pełnił w czanieckiej para-
fii rolę przewodnika pielgrzymek kalwaryjskich i śpiewaka kościelnego inicjującego pieśni,
był poważany i ceniony przez współmieszkańców. Ks. Boniecki domniemywa, że funkcje
śpiewaka parafialnego i przewodnika, były również w poprzednich pokoleniach domeną
Wojtyłów (Kalendarium, str. 25).7
      By wczuć się w atmosferę pielgrzymek i odpustów kalwaryjskich przytoczę
dziewiętnastowieczne opisy podróżników:
„Kalwarya sławna jest z odpustów odbywających się w dniu 15 sierpnia; jako w dniu Wnie-
bowzięcia Najświętszej Marii Panny; wtedy zbiera się do tego świętego miejsca do 20.000
ludzi. Kościół i obszerny klasztor w stylu rzymskiej architektury, w XVII wieku przez Zebrzy-
dowskiego zbudowane, leżą bardzo malowniczo na pochyłości gór, za nimi lasek świerko-
wy z licznemi stacyami, które pielgrzymi odwiedzają. Miasteczko składa się prawie z sa-
mych karczem, jedna obok drugiej stojących, urządzonych do przyjmowania podróżnych.”8
       Inny autor pisze: „Wjeżdżając w piękne podgórskie okolice, przebywszy górę Mo-
gilańską, zachwycił mnie amfiteatr gór i pagórków wieńcami lasów ustrojonych, których
szczyty zdobią bielące się liczne świątynie i domki Jerozolimy Polskiej Kalwaryą zwanej
dzieło pobożne Mik. Zebrzydowskiego, świadczące o kolosalnych majątkach Polskich pa-
nów. Obok tego sterczą w obłokach ruiny zamku Lanckorońskiego, przez Kazimierza W.
wystawionego (…)”9
       Józef Łepkowski pisze: „Główne Kalwaryjskie odpusty, które tysiące ludu do tego
miejsca ściągają są:
     Od kwietnej Niedzieli do wielkiego piątku, dni 6.
     W zielone świątki, dni 3.
     W Boże Ciało, dni 4.
     Wniebowzięcie Najświętszej Panny, (w sierpniu) dni 7.
     Narodzenie Matki Boskiej (8 września) dni 3.
     Św. Franciszka (4 października) dni 4 (…)
(…) Nigdzie na świecie nie znajdziesz tak różnorodnych odcieni narodowości jak na odpu-
stach kalwaryjskich; do czego wielce pomaga korzystne położenie miejsca na graniczniku
prawie: Morawii, Szląska, okręgu krakowskiego i reszty Galicyi. Ujrzysz tu: granatowe płasz-
cze mieszkańców miasteczek Galicyjskich, guńki góralskie, białe sukmany naszych wieśnia-
ków, dziwne stroje Szlązaków, Morawian i Czechów; to znów białe burki Orawców i Słowa-
ków; gdzie niegdzie mignie krakowska czapka rogata, lub się przewinie wykwintny strój
mieszczanów. A jakże różnotonne nabożne pienia ozwą się z łona tej rzeszy Słowiańskich
ludów (…). Ilość pieśni kalwaryjskich od półtrzecia wieku nuconych na tem miejscu, jest
tak wielką, iż wyliczenie ich i poddanie pod literacką krytykę prawie niepodobnem stało
się do wykonania (…) znajdziesz często myśli wcale świeże, szczere, prostoduszne, naiwne,
a piękne i religijnie wzniosłe: będą to jednak kłoski pszeniczne, co je na skoszonem polu,
wśród słomy znaleźć się przydarzy (…)”10

  7 - Adam Boniecki: Kalendarium życia Karola Wojtyły. Wydawnictwo „Znak”, Kraków 1983, s. 24
  8 - Ludwik Zejszner: Podróże po Beskidach, s. 56, Biblioteka Warszawska 1848
  9 - L. Delavaux: Górale beskidowi zachodniego pasma Karpat. Kraków 1851, s. 13
 10 - Józef Łepkowski: Kalwaria Zebrzydowska i jej okolice pod względem dziejowym i archeologicznym.
      Kraków 1897

Strona 82

80        Rozdział II - Rodowody




     Pomnik na cmentarzu w Czańcu upamiętniający ród Wojtyłów.




     Kościół w Czańcu.

Strona 83

Rozdział II - Rodowody                           81




Dom w Lipniku, w którym urodził się Karol Wojtyła senior.




                                   Biała z początku XX w.

Strona 84

82          Rozdział II - Rodowody

     Ludwik Pietrusiński opisuje w części I podróż z Krakowa do Wiednia.
     Str. 5. „Obwód wadowicki jest pełen rozmaitości
     Str. 6. Ta rozwalina zamku nad miastem wzniesiona, jest w dawnej historyi sławna Lanckorona;
     ale nie leży przy drodze. Za to spotkaliśmy tłumy białych głów wracających z odpustu.
     Str. 377. (…) Cóż to za dzwony słychać o 1½ mili ode dworu? To kościół, to Kalwarya, to
     druga Częstochowa; ale rozległa, ale na wzgórzu, śród ogrodów i lasu. Ach! Jeżeli gdzie, to
     w tych rozkosznych miejscach, w tym prawdziwym ogrojcu natury wznieść się musi duch
     człowieka do Boga; oderwać się musi od ziemskości, patrząc na te rozwaliny zamku, którym
     przeciwnoległa góra, dziś naga i pusta tak dumnie się chełpiła.”(Lanckorona – przyp. Z. B)11
             Gdy śledzimy genealogię czanieckich Wojtyłów pojawiają się pytania, na które nie
     ma odpowiedzi w dokumentach ani w rodzinnych relacjach. W tej sytuacji możemy tyl-
     ko snuć przypuszczenia, aby lepiej zrozumieć motywy postępowania przodków papieża.
     Najstarsi z nich, określani jako drobny rolnik, mieli zapewne kawałek pola, kilka zwierząt,
     może krowa, koza, koń i drobny inwentarz. Mogli trudnić się pracą dorywczą, wytwór-
     stwem drewnianym, aby utrzymać rodzinę. Może byli zaangażowani w owczarstwo, jako
     pracownicy najemni, bo o własnej hodowli nic nie wiadomo. W okolicach Andrychowa po-
     pularne było drelicharstwo, które dominowało pośród innych wytworów rzemieślniczych.
     Blisko tej działalności rękodzielniczej plasowało się krawiectwo, które też bazuje na tkani-
     nach. Dziadek papieża, Maciej musiał widać zostać rzemieślnikiem by zapewnić sobie byt,
     bo rodzinne gospodarowanie, już nie wystarczało. Wiejski krawiec, gdy się usamodzielnił,
     postanowił wybrać przedmieścia Białej. Nie miasto nieodgadnione, drogie, konkurencyjne
     lecz podmiejska wieś jaką wobec Białej był Lipnik. Tutaj ożenił się i tu urodził mu się syn
     Karol, dla nas przyszły ojciec papieża. Wojtyłowie stale przemieszczali się, do miejsc, gdzie
     lepiej może funkcjonować zakład krawiecki. Gdy Maciej okrzepł jako krawiec zainstalował
     się w Białej, tu zamieszkał i tu pracował. Karol Wojtyła senior dorastał właściwie w mieście
     Białej, m.in. na ulicy Cyniarskiej, która istnieje do dziś. Jako chłopiec uczył się w Białej,
     w szkole powszechnej, a potem jeszcze trzy lata w bielskim gimnazjum.
             Na tym jednak zakończył edukację, widać nie było warunków aby dalej się kształcił.
     Pora na domysły. W późniejszym życiu i w wojskowym zawodzie był zawsze określany jako
     sumienny, obowiązkowy, stanowczy, odpowiedzialny, obyty w mowie i w piśmie. Zapew-
     ne naukę musiał przerwać z przyczyn ekonomicznych. Szybciej mógł się nauczyć krawiec-
     twa u ojca, mógł wcześniej zacząć zarabiać, pomagać w rodzinnym warsztacie. Posłusznie
     uczył się fachu i po kilku latach został krawcem, ale nie dane mu było być rzemieślnikiem,
     gdyż został powołany do wojska w Wadowicach w 1900 roku.
           Najstarszym z rodu czanieckich Wojtyłów, którego udało się powiązać z linią
     papieską, był Bartłomiej Wojtyła urodzony ok. 1788 r.12
             Z małżeństwa z Anną Hudecką (pisane zamiennie przez Ch) z Bulowic miał czwo-
     ro dzieci: Franciszka, Franciszkę, Mariannę i Stanisława. Franciszek ur. w 1826 r. w Czańcu
     (pradziadek papieża) był dwukrotnie żonaty. Z drugiego małżeństwa z Franciszką Gałuszką
     doczekał czwórki potomstwa: Józefa, Macieja, Jana i Pawła. Maciej 1852 -1923 (dziadek pa-
     pieża) jest najlepiej poznanym i opisanym z przodków papieża.13
            „Maciej Wojtyła, dziadek przyszłego papieża opuścił Czaniec w 1867 r., przenosząc
     się do pobliskich Kęt, by zdobyć u mistrza Jana Sztuki zawód krawca. Wyzwolony został


      11 - Ludwik Pietrusiński: Podróże, przejażdżki i przechadzki po Europie. Warszawa: G. Sennewald 1843, tom I,
           s. 6 (Lanckorona), s. 377
      12 - Józef Szczypka: Droga do Rzymu. Instytut Wydawniczy PAX, 1980. Aneks. Tablica genealogiczna Jana
           Pawła II
      13 - Marta Burghardt: Wadowickie korzenie Karola Wojtyły, Wadowice, 2013, s. 76

Strona 85

Rozdział II - Rodowody                            83
4 lipca 1870. Po zdobyciu fachu pracował jako czeladnik krawiecki, ale szybko z tego zajęcia
zrezygnował i zajął się kupiectwem (ok. połowy lat 70 XIX w.). Wtedy przeniósł się do Lipni-
ka, bo tam były lepsze warunki pracy. Dość szybko ożenił się z Anną Przeczek, córką pieka-
rza, Franciszka Przeczka i Marii z d. Hess. Ślubu w starym lipnickim kościele (który rok póź-
niej spłonął) udzielił Maciejowi i Annie 3 września 1878 r. ksiądz Jerzy Dyczek. Świadkami
byli szewc Franciszek Prosner i robotnik Jerzy Lindert. (…) Po ślubie Wojtyłowie zamieszkali
w domu nr 31, gdzie 18 lipca 1879 r. urodził się Karol Wojtyła (ojciec papieża – dop. auto-
ra Z.B). Chłopczyka ochrzcił 27 lipca 1879 r. w kościele pw. Narodzenia NMP w Lipniku ks.
Stanisław Lachmann. Rodzicami chrzestnymi byli Józef Gojny, krawiec i Elżbieta Przeczek,
panna. Anna z Przeczków Wojtyłowa zmarła 2 lata później, prawdopodobnie w połogu, bo-
wiem w 1881 r. urodziła drugiego syna Leona, który też zaraz umarł.”




                                         Rodzina Macieja Wojtyły ok. 1904 r. Od lewej Stefania, Maria z.d. Zalewska,
                                                     Karol (ojciec papieża), zmarły najmłodszy syn, Maciej Wojtyła.

Strona 86

84            Rozdział II - Rodowody

           Maciej Wojtyła, po śmierci żony przeniósł się do Białej i wynajął mieszkanie
     przy ulicy Cyniarskiej 8. Ożenił się powtórnie w grudniu 1882 roku ale jego druga żona
     Anna Newald z Białej, po niespełna trzech latach zmarła. Ponownie zawarł małżeństwo
     w roku 1889 z Marią Zalewską, z którą zamieszkał w Białej przy ulicy Głębokiej. Mieli
     wprawdzie czworo dzieci lecz jedynie córka Stefania przeżyła rodziców, gdyż trójka
     rodzeństwa zmarła w dzieciństwie. W ten sposób Karol doczekał się siostry, chociaż tylko
     przyrodniej, a przyszły papież miał w niej oddaną ciocię.




     Grób Macieja i Marii Wojtyłów.

              Ojciec papieża będąc chłopcem właściwie wychowywał się w Białej. Z miejsca
     swojego urodzenia w Lipniku, tuż przy rogatkach Białej wyprowadził się wraz z ojcem ma-
     jąc trzy latka. Biała była wówczas miastem kresowym, ostatnim ośrodkiem miejskim Gali-
     cji. Za rzeką zaczynał się Śląsk, gdzie żywioł niemiecki był znacznie silniejszy. Młody Karol
     (senior) pobierał naukę w szkole ludowej, dokazywał z rówieśnikami po bialskich zaułkach,
     doświadczał życia miejskiego, wśród placów, kamienic, w pobliżu zakładów przemysło-
     wych, zwłaszcza włókienniczych. W takim ośrodku krawiectwo było bardzo potrzebną pro-
     fesją. Maciej, krawiec, związany z cechem, z czasem nabierał doświadczenia i osiągał coraz
     wyższą pozycję zawodową. Syn Karol chyba był pracowity i uzdolniony skoro po szkole
     powszechnej zaczął uczyć się w bielskim gimnazjum. W tamtych czasach, u schyłku XIX
     stulecia, ambicją wielu rodzin chłopskich było wykształcenie chociaż jednego z potom-
     ków. Nie wiemy jakie względy spowodowały przerwanie nauki w szkole średniej już po
     trzeciej klasie. Był rok 1892, gdy kilkunastoletni wówczas Karol, poszedł do terminu u ojca,
     w zakładzie krawieckim. Przez osiem lat uczył się zawodu i pracował jako krawiec razem
     z ojcem. Powołanie do wojska w 1900 roku przerwało jego rzemieślniczą karierę. Garnizon,
     w którym miał się szkolić był niedaleko, bo w pobliskich, galicyjskich Wadowicach. Z Białą
     istniało już wtedy od kilkunastu lat, dogodne połączenie kolejowe przez Kęty i Andrychów,
     miejscowości prawie, że rodzinne, bo pomiędzy nimi leży Czaniec, kolebka rodu Wojtyłów.
     1 października stawia się w koszarach i zostaje wcielony do 5 kompanii 56pp, jako szerego-
     wy. 26 maja otrzymuje stopień starszego szeregowego, a we wrześniu kaprala. Niedługo
     potem, bo 23 września zostaje przeniesiony do lwowskiej szkoły kadetów, gdzie bę-
     dzie pełnił „służbę nadzoru”. Poznano pewnie jego zalety, skoro po niespełna roku od roz-
     poczęcia służby, awansowano go i powierzono wyższą funkcję. Po kolejnym roku w szkole
     kadetów zostaje plutonowym i jeszcze przez rok, do 4 października 1903 roku pozostaje

Strona 87

Rozdział II - Rodowody           85
we Lwowie. Potem, po zakończeniu trzyletniej służby, decyduje się zostać żołnierzem
zawodowym.
        Cztery miesiące stacjonuje w Krakowie, po czym zostaje przeniesiony do Wadowic
by tam podjąć obowiązki podoficera kancelaryjnego, w Powiatowej Komisji Uzupełnień
(1 lutego 1904 roku). Warto w tym miejscu dodać, że 56pp był rozlokowany w dwóch mia-
stach, w Krakowie i w Wadowicach. W koszarach im. Cesarza Franciszka Józefa na ulicy
Rajskiej w Krakowie stacjonowały trzy bataliony (I, II i IV), a III batalion i komisja uzupełnień
– w Wadowicach. Karol Wojtyła służył w PKU tylko do końca roku 1904, po czym zostaje
ponownie oddelegowany do Krakowa i już jako sierżant pełni obowiązki podoficera kan-
celaryjnego w Adiutanturze Pułkowej w Krakowie. Po trzech miesiącach awansuje na pod-
oficera rachunkowego, najpierw z gażą II klasy, a od 1 sierpnia 1907 – I klasy, zaś 1 stycznia
1908 zostaje zaliczony do kategorii podoficerów żonatych I klasy. W tym charakterze po-
zostaje w Krakowie do 30 czerwca 1913 roku, nie zmieniając przydziału służbowego. Od
1 lipca 1913 roku podejmuje obowiązki urzędnika wojsk, przy PKU w Wadowicach.
       By dopełnić obrazu pierwszych lat służby wojskowej warto zastanowić się nad mo-
tywami życiowych wyborów Karola Wojtyły (ojca). Młody, 24 letni, wyuczony krawiec de-
cyduje się by zostać zawodowym wojskowym. Jednym z powodów mogła być stabilizacja,
na którą liczył. Pewność zatrudnienia, stałe pobory, wyższa pozycja społeczna, ewentualny
awans. Dla zrównoważonego, dobrze ocenianego podoficera, te wartości mogły być decy-
dujące. Biegle posługiwał się w mowie i w piśmie językiem polskim i niemieckim, te atuty
mogły go wyróżniać spośród innych podoficerów. Aspirował do pracy biurowej, która jest
w armii działką spokojniejszą; bliżej decydentów, zazwyczaj w pomieszczeniach, a nie na
poligonach i ćwiczeniach. Młody Karol Wojtyła zasmakował służby kancelaryjnej zapew-
ne jeszcze we Lwowie i do niej się przymierzał, gdy podejmował decyzję o pozostaniu
w wojsku. Z perspektywy czasu można porównać te dwa zawody: ślęczącego nad ubra-
niami krawca, zależnego od klientów, a z drugiej strony umundurowanego, postawnego
pisarza wojskowego, niezależnego materialnie, stacjonującego na dodatek w centralnym,
dużym mieście garnizonowym. Wybór okazał się trafny, bo Wojtyła wrósł w środowisko
wojskowe, doskonale w nim się spełniał, świetnie prezentował się w mundurze. A za mun-
durem panny sznurem, co znalazło potwierdzenie w jego życiu prywatnym, bo niebawem
znalazł swoją drugą połowę. Co ciekawe panna wywodziła się ze środowiska rzemieślni-
czego, które było bliskie Wojtyłom. Maciej, dziadek papieża, otaczał się wyłącznie ludźmi
wykonującymi zawody rękodzielnicze, może i Karol w tej sferze szukał przyszłej żony.
                                          2. Kaczorowscy
        Milena Kindziuk w książce o matce papieża podaje wiele nowych wiadomości o ro-
dzinie Kaczorowskich, które do tej pory nie były znane, nawet zainteresowanym rodziną
papieża.14 Wśród protoplastów rodu jest Jan Kaczorowski, prapradziadek Jana Pawła
II, który pochodził z Magnuszewa na Mazowszu, żyjący w latach 1741 -1827. Wyżej wy-
mieniony ożenił się z Ewą Adamkiewicz i z tego związku urodził się syn Mikołaj, pradziadek
Karola Wojtyły, w roku 1797. Dziadek Emilii Mikołaj pracował u Zamoyskich, w stadninie koni.
Jako dojrzały mężczyzna znalazł się w Maciejowicach, mieście należącym wówczas do ordy-
nacji Zamoyskich, gdzie w 1826 roku poślubił Franciszkę Kurzawę, a w rok później docze-
kał się pierwszego potomka Antoniego. Po roku 1830 przeniósł się do Michalowa, gdzie za
dwa lata urodziła im się córka Zofia. Należy zaznaczyć, że Mikołaj Kaczorowski, mimo zmian
miejsc zamieszkania, cały czas związany był z dobrami Zamoyskich, u których służył przy
koniach. Hrabia Andrzej Zamoyski był patriotą, uczestnikiem powstania listopadowego,
niewygodnym dla rosyjskiego zaborcy, dlatego został zmuszony do opuszczenia Warszawy
i osiedlenia się w Klemensowie, obok Michalowa. Gdy po jakimś czasie zezwolono Zamoy-

 14 - Milena Kindziuk: Matka papieża. Wydawnictwo „Znak”, Kraków 2013

Strona 88

86            Rozdział II - Rodowody




     Fragment mapy z miejscowościami, z których wywodzą się przodkowie Emilli Wojtyłowej z.d. Kaczorowskiej.
     skiemu na powrót do Warszawy, pojechał tam razem z nim stangret Mikołaj Kaczorowski
     i zamieszkał, jako zaufany człowiek hrabiego w pałacu arystokraty. Tuż przed powstaniem
     styczniowym jego mocodawca znowu popadł w konflikt z Moskalami i został zmuszony do
     opuszczenia stolicy i udania się na emigrację, do Paryża. Stangret Kaczorowski wrócił do
     Michalowa, gdzie czekała na niego druga żona (pierwsza zmarła w 1841 roku). W 1849 roku
     na świat przyszedł Feliks, ojciec Emilii, matki papieża. Mikołaj Kaczorowski, pracując
     w Michalowie ponad trzydzieści lat, spełniał różne funkcje – był fornalem, stangretem, szyn-
     karzem, gajowym szlakowym, karbowym i zarządcą. Będąc na skromnej emeryturze, podjął
     jeszcze obowiązki gajowego szlakowego, po czym, po sześciu latach przeniósł się do War-
     szawy. Zmarł mieszkając u brata w 1872 roku. Jego syn Feliks, zapewne za hrabią Zamoy-
     skim podążył do Krakowa, opuszczając rodzinne strony – Michalów na Zamojszczyźnie.
     Hrabia, patriota został pochowany w Krakowie, z honorami w 1874 roku. Wówczas Feliks,
     późniejszy ojciec Emilii, przeniósł się do Białej, gdzie liczył chyba na zatrudnienie i poprawę
     bytu, zważywszy, że jego mocodawca zmarł. W ośrodku przemysłowym jakim było wtedy
     Bielsko i małopolska Biała, w środowisku rzemieślniczym poznał Marię Scholz, córkę szewca
     Jana i Zuzanny, z domu Rubickiej. Pobrali się w 1875 roku, a po kilku latach przenieśli do Kra-
     kowa. Mieli dziewięcioro dzieci, piąta w kolejności była córka Emilia.
           Feliks mieszkając w Krakowie założył firmę rymarską specjalizującą się w wy-
     konywaniu uprzęży, siodeł i zapewne tapicerki w powozach. W ten sposób podtrzy-
     mywał rodzinną tradycję, jako że jego ojciec też pracował przy koniach i powozach. Tę at-
     mosferę życia rzemieślników związanych z obsługą możnych poruszających się powozami,
     poznawała Emilia, nieopodal krakowskiego rynku, przy ulicy Smoleńsk 15.

Strona 89

Rozdział II - Rodowody   87
        Rodowód Kaczorowskich przytaczam ze skrótami, wyłącznie na podstawie książki
Mileny Kindziuk „Matka papieża”. Ta autorka zadała sobie dużo trudu by powiązać fakty
i ustalenia, które dotąd były fragmentaryczne i często wyrwane z kontekstu. Dzięki niej
nabrały pełnego i rzetelnego kształtu.




                  Kraków, ul. Smoleńsk, przy której znajdował się zakład Feliksa Kaczorowskiego.




                  Reklama krakowskiej firmy Feliksa Kaczorowskiego, ojca Emilii - zamieszczona
                                w Kalendarzu Krakowskim J. Czecha na 1897 r.

Strona 90

88              Rozdział II - Rodowody

   TABLICA                                                                 Antonii
                                                                           ur. 1827                                 Helena 1876-1905
GENEALOGICZNA                                Paweł                        Maciejowice                        druga żona Józefa Kuczmierczyka
                                            ur. 1796
KACZOROWSKICH                              Magnuszew
                                                                          Zo�a Tekla                              (ojciec chrzestny JP II)
                                                                           ur. 1832           Maria Scholz      wdowca po siostrze Oldze
PRZODKÓW JANA                                                              Michalów            1853 Biała
                                                                                                                      Olga 1879-1902
   PAWŁA II                                                                Konstanty
                                                                                              1879 Kraków
                                                                                              x 1875 Biała
                                                                                                                 żona Józefa Kuczmierczyka
                                                                            ur. 1836                         jej córka Zo�a, po mężu Filipczak
                                       Mikołaj ur. 1797                    Michalów                              wyjechała z mężem do USA
                                     Magnuszew, pracował                   Jan Feliks                            Maria Anna 1882-1959
                                        u Zamoyskich                       1838-1841                             (matka chrzestna JPII)
        Jan Kaczorowski                 w Michalowie                       Michalów                            żona Leona Wiadrowskiego
     ur. 1741, zm. 3.04.1827          zm. 1872 Warszawa                                                           dzieci: Felicja 1902,
           Magnuszew                                                       Stanisław                            Janina 1905, Adam 1906
                                            x I 1826                        ur. 1843                            Feliks Rudolf 1881-1892
       Ewa Adamkiewicz                Franciszka Kurzawa                   Michalów                                     Michalów
      ur. 1760 zm. 4.10.1840          zm. 1841 Michalów
           Magnuszew                                                       Tomasz                             Emilia 26.03.1884 - 13.04.1929
                                                                           ur. 1844                            x 10.02.1906 Karol Wojtyła
                                          x II 17.4.1942
                                                                           Michalów                               dzieci: Edmund, Olga,
                                         Szczebrzeszyn
                                      Urszula Malinowska                    Janina                                   Karol Józef (JPII)
                                      ur. 1818 Komaszyce                   ur. 1846                                Wiktoria 1886-1886
                                      zm. 1873 Warszawa                    Michalów
                                                                                                                    Robert 1887-1962
                                                                             Feliks
                                                                                                                  Rudol�na 1889-1948
                                                                      29.04.1849 Michalów
                                                                       19.08.1908 Kraków                        Anna Joanna 1891-1962
                                                                      dziadek Jana Pawła II                           x Jan Sanak
                                                                          Franciszka
                                                                            ur. 1865                                  Feliks ur. 1899
                                      Tomasz ur. ok. 1800                                     Joanna Anton
                                                                           Michalów             x ok. 1898            Józef ur. 1901
                                       Marianna ur. 1805                   Kazimierz             Kraków               Korad ur. 1903
                                                                           29.04.1865                                Wanda ur. 1905
 Przygotowano na podstawie: Milena Kindziuk: Matka Papieża.                 Zawada
 Poruszająca opowieść o Emilii Wojtyłowej. Kraków 2013, s. 332-333.

                                                          Drzewo genealogiczne rodu Kaczorowskich.




                                                Grobowiec rodzinny na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Strona 91

Rozdział III


                                               Rodzina


                                               1913 rok

                                     1. Z Krakowa do Wadowic
        Początek roku 1905 to dla młodego sierżanta nowy etap służby. Znalazł się w Krako-
wie i podjął pracę jako podoficer kancelaryjny w Adiutanturze Pułkowej 56pp. Ta wojskowa
agenda funkcjonująca przy dowództwie pułku, opracowywała różne instrukcje, czuwała
nad budżetem, prowadziła księgi personalne, kasowe, korespondencję itp. Niedługo po-
tem bo 1 kwietnia 1905 roku, Karol Wojtyła awansuje na podoficera rachunkowego.
        Koszary im. Franciszka Józefa w Krakowie, budowane były w latach 1858-1862, we-
dług projektu Feliksa Księżarskiego. Wielki wieloosiowy budynek ozdobiony charaktery-
stycznym arkadowym gzymsem był odtąd siedzibą 56 pułku piechoty.
        Karta widokowa Wydawnictwa Salonu Malarzy Polskich w Krakowie przedstawia ul.
Rajską u progu XX wieku. Utrwalony w kadrze po lewej domek ukazuje jak skromnie wyglą-
dała wówczas dawna przedmiejska zabudowa, zastępowana w nieuchronnym dziejowym
procesie okazałymi kamienicami. Warto jeszcze zwrócić uwagę na prezentujący się zupeł-
nie przyzwoicie bruk z rynsztokiem, wykonany pierwotnie z wapiennych pieńków i uzupeł-
niony później bazaltową kostką.
        Nazwa ulicy wywodzi się od ogrodu rozrywkowego zwanego Raj, który funkcjono-
wał w tej okolicy około połowy XIX wieku. Jan Bernreiter, z zawodu restaurator, otwarł tamże
kawiarnię w roku 1856 i urządzał w ogrodzie majówki. Nie miał jednak szczęśliwej ręki bo
ile razy zapowiedział ognie sztuczne, zawsze padał deszcz. Nie zagrzał więc długo miejsca
i wkrótce w ogrodzie urządzono hodowlę jedwabników.1




                                                                    Koszary im. Franciszka Józefa – początek XX w.
 1 - Krzysztof Jakubowski: Ulica Rajska: Przedmiejska zabudowa. Gazeta Wyborcza z dnia 18 czerwca 2010 r.

Strona 92

90             Rozdział III - Rodzina

            Młody wojskowy, pracujący w koszarach im. Franciszka Józefa, przy ulicy Raj-
     skiej, możliwe, że tam zakwaterowany – może po służbie spędzać czas w centrum
     Krakowa, w okolicach rynku. W pierwszej dekadzie XIX wieku w stolicy Małopolski Za-
     chodniej odbywały się liczne festyny, majówki, koncerty na wolnym powietrzu. To w mie-
     siącach ciepłych, a gdy aura była mniej łagodna pozostawał teatr, kawiarnie, cukiernie, re-
     stauracje. Aktywne środowisko rzemieślnicze urządzało własne imprezy, gdzie spotykały
     się rodziny rękodzielników. Sierżant Wojtyła sympatyzował z tą sferą, będąc wyuczonym
     krawcem, który od wczesnej młodości związany był z tym środowiskiem.




     Karol Wojtyła senior w grupie żołnierzy (czwarty od lewej), zdjęcie podpisane - Krakau 25 marca 1904 r.


             Jako kawaler, w szykownym mundurze, zwracał uwagę panien z krakowskich do-
     mów. Okoliczności poznania przyszłych małżonków nie są nam znane. Możemy jedynie
     posłużyć się wyobraźnią. Spacery po rynku, kościół, przechadzki nad Wisłą, udział w im-
     prezach masowych – to mogły być okazje do poznania się młodych. Z jednej strony dwu-
     dziestoletnia krakowianka o dużych ambicjach i wyrobionym guście, o czym świadczą
     eleganckie stroje i modne dodatki. Gdy oglądamy archiwalne fotografie w oczy rzucają
     się wyszukane sukienki i szykowne fryzury. Kandydat na męża, w mundurze, szczupły
     i wyprostowany, z wąsem, o poważnym spojrzeniu. Do nawiązania znajomości mogło
     dojść podczas pobytów w Białej, gdzie oboje mieli rodziny. Karol Wojtyła – ojca z żoną
     i przyrodnią siostrę, a Emilia krewnych ze strony matki. Mogli nawiązać rozmowę w pocią-
     gu, gdy podróżowali do kresowej wówczas Białej.
             Po roku młody sierżant poprosił Emilię o rękę. 10 lutego 1906 roku zawarli ślub
     w kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Krakowie. Mimo różnych błędnych
     przypuszczeń co do daty ślubu można już dziś oprzeć się na dokumentacji, którą cytuje
     Milena Kindziuk2. Za tą autorką podaję dalsze szczegóły ich wspólnego odtąd życia. Naj-
     pierw zamieszkali w Krowodrzy, na obrzeżach Krakowa gdzie wynajęli mieszkanie przy
     ulicy Mazowieckiej i gdzie urodził się ich pierwszy syn Edmund 27 sierpnia 1906 roku.


      2 - Milena Kindziuk: Matka papieża. Wydawnictwo „Znak”, Kraków, 2013, s. 68

Strona 93

Fotografia ślubna Karola i Emilii Wojtyłów, Kraków 1906 r.

Strona 94

92            Rozdział III - Rodzina




     Rodzeństwo Kaczorowskich około 1905 r. Trzecia od lewej Emilia (po mężu Wojtyłowa)
             Na ślubnej fotografii Emilia, teraz już Wojtyłowa, ma wyraz twarzy pełen uniesienia.
     To głównie rzuciło mi się w oczy, gdy wielokrotnie przyglądałem się zdjęciu, które utrwala
     tak ważny moment dla małżonków. Wiele, można by mówić o stroju i dodatkach, o bukie-
     cie, fryzurze, welonie czy kolczykach. Gdy wszystkie szczegóły dotyczące ślubu i narodzin
     dziecka, są znane, dochodzę do wniosku, że wyraz twarzy przyszłej matki, kryje właśnie tą
     tajemnicę, to że zdaje sobie sprawę, iż jest przy nadziei. To poczucie czekającego ją rodzi-
     cielstwa daje tej kobiecie wielkość i podkreśla jej ważność. Obok stoi opiekun, który bierze
     na siebie odpowiedzialność dzielenia z wybranką chwil dobrych i gorszych. Świadomość,
     że będziemy rodzicami jest obopólna, ale rola kobiety jest niewspółmiernie większa bo
     to w jej łonie dojrzewa dziecko, ona je urodzi, a potem otoczy matczyną opieką. Nie ma
     większej sprawy w życiu człowieka i ta podniosłość bije z twarzy młodej pani.
            Młodzi małżonkowie, w poszukiwaniu lepszych warunków i położenia bliżej centrum,
     dość często zmieniali mieszkania. Pojawiają się adresy przy ulicy Felicjanek i Kościuszki. Syn
     rozwijał się, dorastał, aż poszedł do szkoły powszechnej, a Emilia zajmowała się domem.
              Życie w Krakowie miało swoje uroki. Przeglądając prasę dowiadujemy się jakie
     atrakcje mogły być udziałem młodych małżonków. Zabawy, wystawy, spotkania towarzy-
     skie w kawiarniach. W wolnym od służby czasie podoficer z żoną, podrzucali do sióstr Emi-
     lii kilkuletniego Mundka i mogli ruszać w miasto.
             Sylwester w Krakowie. (Ilustrowany Kurier Codzienny nr 2 z dn. 3 stycznia 1913)
             str. 5 (…) Ten cichy spokojny Kraków, idący zazwyczaj już o 8 wieczór do domu,
     a o 10-tej wieczór chrapiący w legalnem swem łożu małżeńskim – ten Kraków bigotów
     i dewotek, wielkich figur i uczonych manekinów – ten lojalny i pobożny gród w jedną noc
     przemieniał się w jakiegoś wesołego łobuza, sympatycznego hulakę, który postanowił so-
     bie nie pójść do domu, aż rano – i słowa swego dotrzymał.
             (…) Wszędzie przepełnienie, ruch ustawiczny, ciągłe falowanie wchodzącej i wy-
     chodzącej publiczności. (…) Wszędzie koncertowały orkiestry wojskowe. (…) Bawiono się
     w najlepsze, wesoło i bezfrasobliwie i całą duszą. Kawiarnie i lokale publiczne przepełnione
     były do ostatniego miejsca.(…)

Strona 95

Rozdział III - Rodzina   93
       Relacja w dalszej części przynosi szczegóły z zabaw i imprez w teatrach, w ki-
nematografach, w hotelach, w związkach i stowarzyszeniach. Bawiono się hucznie we
wszystkich środowiskach nie wyłączając szeroko pojętej inteligencji, mieszczaństwa,
artystów, kupców i rzemieślników, młodzieży i starszej publiczności.
        Ilustrowany Kurier Codzienny nr 2 z dn. 3 stycznia 1913
        Str. 11 i 12 XVII Wystawa „Sztuki”
       Wystawy „Sztuki” są zawsze wydarzeniem pierwszorzędnej wagi w malarstwie pol-
skim. Przeszło 15 lat istnieje już to stowarzyszenie i zawsze prezentacya dorobku artystycz-
nego jego członków oczekiwana jest z powszechną niecierpliwością i zaciekawieniem. (…)
W braku geniuszów wystarczą nam talenty, jeżeli czują się mocno, mówią szczerze i umieją
dużo. A takich na obecnej wystawie nie brakuje, zwłaszcza wśród pejzażystów (…)
       Pejzaże W. Weissa to świat zupełnie odrębny. Artysta ten nie tylko szczerze i ciepło
mówi, co czuje w obcowaniu z przyrodą ale dla wyrazu, tego szuka coraz to nowej for-
my, gdy w jednej dojdzie do doskonałości. Przedtem wiosnę opiewał barwami białymi,
jasno-zielonemi i jasno-różowemi, teraz lubuje się w dojrzałem, pełnią natężonych kolo-
rów mieniącem się lecie i jesieni. Daje silne kontrasty światła, rysunek zdecydowany (…)
A jego szkice rosnące skłębieniem linij i plam barwnych, pełne rozmachu mimo małych
rozmiarów – ukazują nam, zajmujący moment chwytania życia i natury na gorącym uczyn-
ku utrwalania jej ciągle płynnych kształtów, wprowadzają niejako do pracowni artysty i
ukazują jej niektóre tajemnice – profanowi.
        Ilustrowany Kurier Codzienny nr 50 z dnia 1 marca 1913
       Ludność Wielkiego Krakowa obliczona przez miejskie biuro statystyczne na śro-
dek roku 1913, wynosi 162384 (w czem 9384 wojska), a ludność Podgórza w tym samym
czasie 23350, t.zn. Krakowa i Podgórza razem 185734 mieszkańców (w czem 9649 załogi
wojskowej).
        Ilustrowany Kurier Codzienny nr 51 z dnia 2 marca 1913
        Str. 4. Życie kawiarniane w Krakowie
        W krakowskim życiu towarzyskim zauważyć się daje objaw, zmieniający zasadniczo
jego fizjonomię. Znika mianowicie przyjmowanie i oddawanie wizyt w domu, a miejsce
to zajmuje przesiadywanie w kawiarni, która stała się wzorem wiedeńskim miejscem za-
bawy familijnej. Doszło do tego, iż ze zdziwieniem wprost patrzą się niektórzy na osob-
nika, który raz lub dwa na tydzień zjawi się w kawiarni. Przeciętny Krakowianin powinien
bowiem kawiarnię odwiedzać codziennie. W niedzielę popołudniu można widzieć w Kra-
kowie rodziny mieszczańskie, jak z synkiem w mundurze gimnazjalisty, a dziewczynką
w krótkiej sukience i z nieodzowną panną na wydaniu maszerują w próg jakiegoś kawo-
dającego przybytku, tam rozsiadają się przy stoliku, który przyciąga wkrótce znajomych
i podczas gdy ojciec poważnie ćmi cygaro i rozprawia z przyjacielem o szansach wojny
bałkańskiej, mama nicuje z przyjaciółką dalszych przyjaciół, a córeczka flirtuje z takim spo-
kojem, jak gdyby znajdowała się w czterech ścianach salonu. W kawiarni odbywają się
formalnie rauty. Wśród dymu papierosów, szczęku szklanek, uganiania kelnerów, furczenia
wentylatorów głuszonych lichą orkiestrą, odpoczywa się w niedzielę popołudniu i nabiera
sił do pracy… Jak traci na tem życie domowe i towarzyskie to jasne (…)
       Niewiele możemy powiedzieć o latach służby Karola Wojtyły seniora w adiutan-
turze pułkowej. Pozytywne opinie przełożonych, przechowywane w archiwach wiedeń-
skich (Wiener Kriegsarchiv)3 podają, że w/w znał perfekt język niemiecki i polski, w mowie
i piśmie. Biegle pisał na maszynie. Dalsza charakterystyka z r. 1908: rozwinięty fizycznie,

 3 - Ernst Frost: Der Papst aus einen fernen Land. Verlag Fritz Molden. Wiedeń 1980

Strona 96

94            Rozdział III - Rodzina

                                                bardzo ułożony, honorowy, z rozwiniętym po-
                                                czuciem obowiązkowości, piękny charakter,
                                                poważny, skromny, dobroduszny i niezastą-
                                                piony. Potem jeszcze przełożony dodał „jest
                                                pod każdym względem bez zarzutu, wzorowy
                                                podoficer, w pracy kancelaryjnej wyróżnia się
                                                nieprzeciętnie. Zacny pod każdym względem.”
                                                Kapitan potwierdził te przymioty i uzupełnił:
                                                jest miły, kulturalny, przyzwoity, posiada
                                                wszystkie kwalifikacje na mianowanie go
                                                urzędnikiem państwowym. Ostatni zapis
                                                w aktach pochodzi już z roku 1916, gdy trwała
                                                wojna.
                                                        Na razie jeszcze rodzina mieszkała w Kra-
                                                kowie, od poznania się minęło prawie osiem
                                                lat. Stabilizacja rodzinna i stagnacja zawodowa,
                                                te określenia oddają ówczesną sytuację. Sier-
                                                żant z żoną, rozważali inne możliwości, które
                                                przy posiadanych kompetencjach mogły sta-
                                                nowić krok do przodu. Wojtyła miał umiejęt-
                                                ności i uprawnienia kancelaryjne i w zakresie
                                                wojskowej rachunkowości. Życie w Krakowie
                                                było drogie, warunki mieszkaniowe skrom-
                                                ne. Mimo dobrych opinii, sierżant Wojtyła nie
     Emilia Kaczorowska około 1903 r.           mógł się wybić.

            Nie zanosiło się na żadne zmiany,
     trudno było spodziewać się awansu. Po
     rozmowach z przełożonymi Karol posta-
     nowił złożyć podanie o przeniesienie
     na etat urzędnika wojskowego. Był do-
     brze oceniany jako człowiek stateczny,
     uporządkowany, oddany służbie. Liczył,
     że otrzyma dobrą opinię, a w razie prze-
     sunięcia służbowego, również podwyż-
     kę. Niebawem uzyskał zgodę na zmianę
     etatu, z równoczesnym przeniesieniem
     do Wadowic. Jak wynika z dokumenta-
     cji wojskowej z początkiem marca 1913
     roku skierowano go na przeszkolenie do
     Powiatowej Komendy Uzupełnień w Wa-
     dowicach. Miał tu spędzić trzy miesiące
     przygotowując się do pracy w charak-
     terze urzędnika ewidencyjnego.
            Podjęta właśnie decyzja oznacza-
     ła duże zmiany w życiu rodziny. Wszyst-
     ko wskazywało na to, ze konieczna bę-
     dzie kolejna przeprowadzka. Wojtyłowie
                                                              Kościół Św. Apostołów Piotra i Pawła w Krakowie
     zmieniali mieszkania już kilkakrotnie.                                                  przy ul. Grodzkiej.

Strona 97

Rozdział III - Rodzina             95
Jednak tym razem trzeba będzie opuścić Kraków, miasto, które przywiązuje mieszkańców
do siebie. Zawsze miało swoją niepowtarzalną atmosferę, pokryte patyną historii, pełne
kościołów, cukierni, muzeów, przyciągające artystów i poetów. Rozstanie z Krakowem mu-
siało być trudne zwłaszcza dla Emilii. Tu się urodziła, wychowała, poznała przyszłego męża
i urodziła pierworodnego syna. Rodzina mieszkała niedaleko, nieraz nawet na sąsiednich
ulicach. Zwłaszcza rodzeństwo, na które zawsze mogła liczyć w potrzebie. Spotykali się
w niedziele, w święta, nieraz wspólnie gdzieś wychodzili, do teatru lub kawiarni. Wspar-
cie najbliższych jest niezastąpione, tego będzie jej w przyszłości bardzo brakowało. Żal te-
atrów krakowskich, występów, koncertów, żal zostawiać sklepy i składy. Emilia lubiła się
elegancko ubrać, zrobić sobie fryzurę, kupić sobie kapelusz czy korale. Tego wszystkiego
będzie teraz dużo mniej, chociaż przecież zawsze można wsiąść w pociąg i wybrać się do
Krakowa, na spotkanie z rodziną, z wielkomiejskością, z modnymi krakowskimi paniusiami
i ich „dulszczyzną”. Karol też przyzwyczaił się do Krakowa, miał tu oprócz rodziny ze strony
żony, kolegów wojskowych, miał swoje ulubione ścieżki i miejsca, w które zabierał Mund-
ka: wawelskie wzgórze z katedrą, kościół na Skałce, kopiec Kościuszki, wędrówki brzegiem
Wisły, błonia i parki. Przepadał za muzyką i śpiewem, chętnie słuchał i oglądał krakowiaków
w ludowych strojach, uwielbiał orkiestry dęte, głównie wojskowe, a także lekką muzykę
wiedeńską, która w rytmie walca pozwalała mu wirować z Emilią.
        Karol Wojtyła senior znalazł się w Wadowicach wiosną 1913 roku. Podjął szko-
lenie w Powiatowej Komendzie Uzupełnień jako aspirant na urzędnika wojskowego.
Ewidencja popisowych, jak wówczas nazywano poborowych, prowadzenie ksiąg i do-
kumentacji, praca kancelaryjna związana z pozyskiwaniem rekruta, z tymi czynnościami
zapoznawał się pilnie w godzinach służbowych. Po służbie miał czas dla siebie. Odwie-
dzał stare kąty w Wadowicach. Niewiele się zmieniło miasto od czasu, gdy stacjonował tu
poprzednio. Przechadzał się znajomymi ulicami i uliczkami. Trakt główny, cesarski, ulicą
Lwowską prowadził z rynku w stronę Skawy. Jak kiedyś, tak i dziś stanowił szlak spacerowy
dla mieszkańców. Rynek, w czwartki plac targowy, otoczony był wianuszkiem sklepów,
punktów usługowych, restauracji i cukierni. Jego północno-wschodnią stronę zajmował
kościół z charakterystyczną cebulastą, lub w kształcie odwróconego buraka, wieżą. Z ryn-
ku rozchodziły się ulice: Zatorska w kierunku północnym, prowadząca w stronę szpitala
wojskowego, na zachód – Mickiewicza, gdzie znajdowało się gimnazjum, a na południe
do klasztoru karmelitów. Niżej odgałęziała się Cmentarna, która wiodła w stronę Dzwonka
i Gorzenia.
        Podczas trzymiesięcznego szkolenia w Wadowicach Wojtyła odświeżał dawne zna-
jomości. Służył tu już dwukrotnie, będąc jeszcze kawalerem, spotykał się wtedy z kolegami
wojskowymi, którzy później pożenili się i mieli już swoje rodziny. Teraz rozmawiał z nimi
o przyszłości, o tym jak urządzić się w Wadowicach, bo oni mieli to wszystko już za sobą.
Wojtyłowie jako tako zagospodarowani byli w Krakowie, mieli tam oparcie w rodzinie, nie-
mniej nie znaleźli idealnego gniazda, o czym świadczą chociażby stale zmieniane mieszka-
nia. Z pewnością życie w Krakowie było droższe, co nie było bez znaczenia przy niskich po-
borach podoficerskich. Czynsze za lokale mieszkalne były wyższe bliżej centrum, a niższe
na peryferiach, a żywność dowożona ze wsi na miejskie targowiska też stanowiła poważny
wydatek. Co innego w Wadowicach. Tu wszystko było tańsze i bliżej położone. Miejsco-
wość była zwarta, mała, a to co potrzebne było do codziennej egzystencji znajdowało
się w pobliżu. Wojtyła poszukiwał niedrogiego mieszkania do wynajęcia. Myślał o pokoju
z kuchnią, skąd będzie miał blisko do pracy. Trzeba też pamiętać o synu, który będzie kon-
tynuował szkołę powszechną, aby miał wygodną drogę z domu na lekcje. W grę wchodziła
przede wszystkim ulica Lwowska, przy której było wiele kamienic, w których tradycyjnie
mieszkali wojskowi. Jej charakter i zabudowa od zawsze kojarzyły się z wojskiem; bo to tu
były koszary piechoty, przy niej pomieszczono też zabudowania koszar kawalerii. Na ty-

Strona 98

96            Rozdział III - Rodzina




     Metryka ślubu Wojtyłów.




     Wojtyłowie z synem Edmundem, Kraków ok. 1908 r.

Strona 99

Rozdział III - Rodzina                      97
łach tej ulicy w XIX wieku były różnorodne obiekty przeznaczone do użytku landwery, czyli
obrony terytorialnej. Można rzec, że ta część traktu wiedeńskiego tętniła życiem wojska.
Tędy maszerowały oddziały na ćwiczenia, które odbywały się kawałek dalej, bliżej Skawy,
na błoniach. Jej mieszkańcom stale towarzyszył odgłos żołnierskich butów i końskich ko-
pyt, szczęk żelaza zmieszany z komendami dowódców i marszowymi piosenkami. W po-
wietrzu unosił się zapach wojskowego rynsztunku, potu i końskiego nawozu.
       Te niepowtarzalne przemarsze zgonionego wojska utkwiły i w mojej pamięci, gdy
jako dziecko obserwowałem kabewiaków powracających z ćwiczeń przez miasto. Wyćwie-
kowane buty, biły chaotycznie o bruk, słychać było szczęk oporządzenia, obijających się
łopatek (saperek), manierek, a nade wszystko pomruk zdyszanych oddechów żołnierzy,
dobywających resztek sił aby w spiekocie dojść szybkim tempem do koszar.
        Sierżant Wojtyła, aspirant na urzędnika wojskowego, miał sporo czasu by
przemyśleć swoją sytuację. Po obowiązkowych zajęciach w PKU wracał na kwaterę,
przeglądał dokumentację, poznawał przepisy, uzupełniał wiedzę, czego nie mógł robić
podczas codziennej praktyki w koszarach. Zostawały mu samotne wieczory, znaczone
wiosennym ożywieniem w przyrodzie, które chętnie spędzał na przechadzkach w stronę
Skawy, albo na Górnicę by spojrzeć z wysoka na miasto. Można było stąd ogarnąć prawie
całe Wadowice, od Jaroszowic i kleczańskiego Kopca, po tereny Zaskawia, a na północy
nizinnego Podstawia. W środku tego amfiteatru wyrastały mniejsze i większe budowle,
nad którymi dominowały koszary i kościół. Wojtyła w swoim dotychczasowym życiu ob-
racał się przeważnie po dużych miastach. Bo to i Biała i Bielsko, gdzie spędził dzieciństwo
i młodość, Lwów, gdzie pełnił służbę, Kraków, gdzie założył rodzinę i pracował zawodowo
w wojsku. A teraz przyszło osiedlić się w takiej dziurze. Spoglądając na miasto żywił na-
dzieję, że tu łatwiej będzie się wybić, dorobić, ustabilizować – z jego wytrwałą spokojną
naturą, z jego dokładnością i obowiązkowością.




                                                                   Kraków w pierwszej dekadzie XX w.

Strona 100

98         Rozdział III - Rodzina

            W każdą sobotę po obowiązkowych zajęciach Wojtyła pakował podręczne rzeczy
     i udawał się na stację kolejową. Położona była blisko koszar, może dziesięć minut marszu.
     Można było iść Lwowską, a potem Młyńską (która nosiła też kiedyś nazwę Kolejowej), ka-
     wałek wzdłuż torów, do budynku stacyjnego i na peron. Po około dwóch godzinach wysia-
     dał w Krakowie, gdzie nieraz czekała na niego Emilia. Oboje byli jeszcze młodzi, a poza tym
     byli młodym małżeństwem, potrzebowali się wzajemnie na co dzień. Jedno przez drugie
     dopytywali się co słychać, jak minął tydzień, co nowego się wydarzyło, co mówi się w Kra-
     kowie. Czasy były niespokojne; złe wieści dochodziły z terenów bałkańskich, niepokoiła
     zbrojąca się i agresywna Rosja, a także skonfliktowane Niemcy i Francja.
             Emilia bardziej przejmowała się sprawami przyziemnymi, jak drożyzna, tęga zima,
     świadomość nadchodzących zmian w ich życiu. Wiedziała, że bieg rzeczy był nieuchronny,
     dlatego dopytywała się o ich przyszłe mieszkanie, o przeprowadzkę, o warunki życia w Wa-
     dowicach. Pogodziła się już z myślą o wyjeździe z Krakowa, którego nic nie będzie w stanie
     jej zastąpić. Tymczasem był karnawał, który obfitował w bale, rozmaite formy spotkań to-
     warzyskich, koncertów, recitale mistrzów. Korzystano ze ślizgawek i sanek, bawiono się na
     różne sposoby, w zależności od grubości portfela.
            Ilustrowany Kurier Codzienny nr 13 z dnia 17 stycznia 1913
            Str. 5. Zima
             Nareszcie doczekaliśmy się mrozów, prawdziwej, niefałszowanej zimy. Ale zima jest
     bardzo stronniczą przyjaciółką. Rozdziela przyjemności i uciechy ludziom zamożnym, lecz
     biedaków po macoszemu traktuje.
             Podczas, gdy jedni rozkoszują się w dzień ślizgawką (…) a noce spędzają na ba-
     lach i maskaradach – karnawał ubogich zupełnie inaczej się przedstawia. W nieopalanych
     izbach po poddaszach i suterynach (…) ziębną biedacy, nie mając nieraz na garnuszek
     gorącej herbaty. Biedni to ludzie, biedniejsze ich dzieci. Żal ściska serce, gdy się widzi te
     blade, anemiczne istotki o wykrzywionych angielską chorobą nóżkach, o śladach skrofuł
     i tuberkulozy (…).
             Dobroczynność publiczna ma tu bardzo piękne pole działalności… Miejmy nadzie-
     ję, że wśród upojeń karnawałowych nie zapomną ludzie zamożni o swoich biednych, ję-
     czących w głodzie i chłodzie współbraciach (…)
             Mróz, który od kilku dni się wzmagał stopniowo osiągnął dziś z rana 15° Cels.
     W dzielnicach położonych nad Wisłą przekroczył nad ranem 20° Cels. Kra płynie obficie,
     a coraz wolniej: zapowiedź rychłego zamarznięcia rzeki. Przy brzegach kra stanęła.
             Pogoda bardzo piękna, choć mroźna, w południe wyiskrzona. Noce mamy spokoj-
     ne bez wiatru. Jednym słowem, zapowiada się w całym słowa znaczeniu „tęga zima”.
             Kraków czci wieczornicami i porankami pięćdziesiątą rocznicę powstania
     styczniowego. Prasa przynosiła wieści o odczytach i wykładach na nutę patriotyczną,
     o pochodach, spotkaniach z weteranami, o okolicznościowych wystawach malarskich.
     Kraków żył tą okrągłą rocznicą, ale i na prowincji uświetniano pamięć zrywu powstań-
     czego 63 roku. W niektórych teatrach grano sztuki o tematyce patriotycznej, które cieszy-
     ły się w tych dniach wyjątkowym uznaniem publiczności.
           Poniżej notatki prasowe o patriotycznych uroczystościach w Krakowie i w Wa-
     dowicach.
            Ilustrowany Kurier Codzienny nr 30 z dnia 6 lutego 1913
             Str. 5. - Z teatru miejskiego. W sobotę 8 bm. wystawił teatr krakowski dramat
     „Szlakiem Legionów” Ludwika Hieronima Morstina (…) W przebiegu akcyi dramatu, od-
     słania się jego treść ideowa: „w polskiej naturze przemiana”, zbudzona po upadku ojczy-
     zny dążeniem do odrodzenia. W przedstawieniu dramatu weźmie udział p. Mrozowska,
     pp. Adwentowicz i Solski. Próbami kieruje dyrektor Pawlikowski.

Strona 101

Rozdział III - Rodzina                            99




                                     Kraków, ul. Kościuszki, na której mieszkali Wojtyłowie przed I wojną światową.
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 19 z dnia 24 stycznia 1913
       Str. 3. Obchody w szkołach krakowskich
       W wielu szkołach krakowskich odbyły się wczoraj obchody i uroczyste poranki. Mię-
dzy innemi odbyły się obchody w szkole im. Słowackiego, Jachowicza, Kazimierza Wielkiego,
Sienkiewicza i w szkole na Grzgórzkach.
Może i Mundek uczestniczył w takiej akademii w swojej szkole (dop. Z.B)
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 19 z dnia 24 stycznia 1913
       Str. 4. W Wadowicach
       Piszą nam stamtąd:
       Święcono tu w niedzielę 19 bm. 50-letnią uroczystość jubileuszową powstania
styczniowego z następującym programem: o godz. 10 rano uroczysta msza św. z kaza-
niem, które w bardzo podniosłych słowach wygłosił miejscowy wikary ks. Faber, o godz.
4-ej popołudniu odczyt w sali Sokoła, wygłoszony przez prof. Stanisława Kozłowskiego
z Krakowa, zaś o godz. 7-ej wieczorem odegrała trupa aktorów krakowskich dramat w 4-ech
aktach Lucyana Rydla pod tyt. „Na zawsze”.
       W antraktach przygrywała orkiestra szkolna (…). Na zakończenie uroczystości
odśpiewali uczestnicy w liczbie kilkuset pieśni narodowe. Uroczystość wypadła na ogół
wspaniale.
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 24 z dnia 30 stycznia 1913
       Str. 7. Z Wadowic
       Uroczystość ku uczczeniu bohatera z r. 1863. Staraniem „Sokoła” i „Skauta” odbyła
się uroczystość ku uczczeniu zamieszkałego tu uczestnika powstania z r. 63, p. Kazimierza
Sokalskiego, której przebieg był następujący:

Strona 102

100         Rozdział III - Rodzina




              Koszary 56 pp przed I wojną światową.
              O godz. 3 popołudniu wyruszyli do domu bohatera Skauci pod kier. Naczelnika
      prof. Gimnazjum p. Beera, gdzie po stosownym przemówieniu tegoż wręczył p. Olbrycht
      powstańcowi wspaniały bukiet.
              Wieczorem zaś dwaj delegaci „Sokoła” druhowie Grabowski i Sołtys udali się do
      jego mieszkania z zaproszeniem wzięcia udziału wraz z familią w wieczornicy zainauguro-
      wanej na jego cześć.
              Przebieg wieczornicy był nadzwyczaj uroczysty i poważny. P. Sokalski wzruszony
      do łez, dziękował serdecznie za owację.
            Ilustrowany Kurier Codzienny nr 83 z dnia 10 kwietnia 1913
            Str. 5. Piękna uroczystość.
              W niedzielę odbyła się w Wadowicach uroczystość poświęcenia sztandaru „skau-
      tów”. Pod opieką dyrekcji gimnazjalnej i „Sokoła” rozwija się ten nowy system wychowania
      fizycznego młodzieży bardzo pomyślnie. Około 70-ciu skautów umundurowanych bierze
      udział w ćwiczeniach polowych prowadzonych przez naczelnika „Sokoła” i prof. Beera. Uro-
      czystość rozpoczęła się nabożeństwem w kościele – odprawionem przez ks. prof. Karasia,
      a zakończyła się wbijaniem gwoździ w „Sokole”, gdzie gościnnie przyjmowano młodzież
      i gości. Zebrano na cele skautowe około 1000 K, co bardzo dobrze świadczy o ofiarności
      mieszkańców miasta na cele wychowania tamtejszej młodzieży.
              W uroczystościach wzięły udział drużyny skautowe z Białej, Podgórza i Kalwaryi.

Strona 103

Rozdział III - Rodzina                        101
        Aby wybrać lokal mieszkalny Emilia parę razy przyjechała na niedzielę do Wa-
dowic. Wspólnie obejrzeli wolne mieszkania, porozmawiali z właścicielami o czynszu, o in-
nych warunkach najmu, zapoznali się wstępnie ze współlokatorami i otoczeniem. Korzysta-
jąc z okazji wybrali się do Białej, by spotkać się z rodziną.
       W połowie roku 1913 Wojtyłowie pozamykali swoje krakowskie sprawy, spa-
kowali skromny dobytek i wyjechali do Wadowic. Zbliżały się wakacje, mieli więc tro-
chę więcej czasu na zagospodarowanie się. Mundek z bardzo dobrymi ocenami skończył
pierwszą klasę i jak to dziecko cieszył się z nowego towarzystwa rówieśników. Na podwór-
kach, które znajdowały się na tyłach kamienic było sporo przestrzeni, zabudowań gospo-
darczych, komórek, kurników, drewutni. Wśród nich można się było bawić, gonić, grać
w piłkę. Po deszczu było błoto i kałuże, a w czasie suszy kurzyło się, gdy biegał z podrostka-
mi za piłką. W pewnym wieku nie zwraca się jednak na to uwagi. Pani Emilia prała koszulki
i spodnie, reperowała chłopięcą odzież, a Mundek uganiał się z chłopakami z sąsiedztwa,
wchodził na drzewa, a nawet wybierał się z kolegami nad Skawę by ochłodzić się w upalne
dni. Emilia poznawała sąsiadki i najbliższą okolicę. Chodziła po zakupy do najbliższych skle-
pów, instruowana przez miejscowe panie, gdzie jest taniej, gdzie jest lepszy towar, a przy
tym poznawała miasto.
        Małe jest piękne – czy tak mogła odebrać Emilia Wojtyłowa ówczesne Wadowice?
Za uznaniem takiej tezy za prawdziwą przemawia przede wszystkim położenie. Z jednej
strony piękne górskie widoki, na przedproża Beskidu Małego: Iłowiec, Łysą Górę, Bliźniaki,
a dalej na partie najwyższe z Magurką Ponikiewską, Leskowcem i Gancarzem. Z drugiej
strony, za doliną Skawy łagodniejsze wzniesienia Pogórza Wielickiego. Malowniczość mia-
steczka zyskiwała z racji jego rozłożenia na pagórkach, ale i w rozległej w tym miejscu
pradolinie Skawy, w bliskości lasów, stawów, pól i łąk. Zasięg dostępności tych krain przy-
rodniczych ograniczony był wydolnością piechura, tak, że każdy przeciętny wadowicza-




                                                                Ulica Lwowska w galicyjskich Wadowicach.

Strona 104

102          Rozdział III - Rodzina

      nin mógł wybierać kierunek spaceru zgodnie z upodobaniami. Nie trzeba było do tego
      żadnych pojazdów, czy komunikacji zbiorowej, wystarczył czas i chęć wysiłku. Gdy Woj-
      tyłowie zamieszkali w Wadowicach urządzano właśnie park miejski na Górnicy, który był
      na wzniesieniu za miastem, za to w odległości dostępnej nawet dla dzieci. Stowarzysze-
      nie „TUMWiO” zajmowało się wytyczaniem alejek, usytuowaniem altan, sadzeniem oka-
      zów flory, rozmieszczeniem kortów tenisowych i lokalizacją muszli koncertowej. Między
      kwietnikami i krzewami – ławeczki. Latem furorę robiła Skawa z jej otoczeniem – z wikliną,
      z pastwiskami, z plażami z górskich otoczaków. Tu spędzało się upalne dni, zwłaszcza wa-
      kacyjne. Czas mijał szybko na pływaniu, nurkowaniu, skokach do wody, a dla najmłodszych
      na zabawach, w płytkiej, ciepłej, przybrzeżnej zawiesinie. Późnym latem i jesienią chodziło
      się do lasu na borówki i grzyby, na stoki Jaroszowickiej Góry, Goryczkowca, zwanego przez
      miejscowych Dzwonkiem, bądź do Księżego Lasu, przy drodze do Zawadki. Powroty z tych
      wszystkich atrakcji znaczone były głodem i unoszącym się w powietrzu zapachem ognisk
      i spalanych w nich ziemniaczanych badyli.
             Zimą wyruszano na Pagórki albo na Czumę na sanki. Zresztą zjeżdżać można było
      wszędzie i na wszystkim. Choćby na kawałku deski, na ulicy Spadzistej, a takich miejsc
      w mieście było dużo więcej, bo teren był podgórski.
             Malowniczości przydawały miastu niektóre nietuzinkowe budowle takie jak np. „So-
      kół” powstały z końcem XIX stulecia, albo klasztor karmelitów – z pięknym widokiem na
      Beskidy. Nieco za miastem, w stronę Krakowa, pod Kopcem, zlokalizowano zabudowania
      Pallotynów, z majestatyczną w tle Górą Jaroszowicką. Spacerowicze i wędrowcy podziwiali
      oryginalne panoramy miejskie i górskie z kilku najpopularniejszych punktów widokowych.
      Najbliższy z drogi na Górnicę, gdzie w dolinie Skawy królowały koszary, nazywane wtedy
      kasarnią 56pp, z iście wawelskim dziedzińcem. Od strony północnej, ze wzniesień położo-
      nych nad stawami, znad toru kolejowego do Spytkowic – roztaczał się widok na zabudowę
      rynku w oddali, a z łąkami i polami na pierwszym planie. Stąd malował pierwszy pejzaż
      wadowicki Rudolf Alt. Ciekawy widok był na południe z mostu drogowego na Skawie, na
      najdalszym planie Babia Góra, bliżej Leskowiec, jeszcze bliżej Dzwonek, a w prawo Górnica.
              Gmachy użyteczności publicznej były na ogół bez wyrazu, po prostu kilkupiętrowe
      bryły z oknami. Taką szarzyznę prezentował sąd, gimnazjum, starostwo i wiele innych bu-
      dynków. Domy mieszkalne, za wyjątkiem okazałych kamienic w rynku, były skromne, prze-
      ważnie parterowe, kiedyś drewniane, potem murowane. Na przedmieściach, koło domu
      był ogródek, z kwiatami, krzewami, a nieraz i z drzewami owocowymi.
             Jeżeli mieszkało się na Lwowskiej, tak jak Wojtyłowie to głównie nią chodziło się do
      rynku, albo w stronę Skawy. Ówcześnie ulica ta była aleją, tak, że szło się wśród drzew po
      obu stronach drogi. Najpierw klasztor sióstr nazaretanek, odgałęzienie Młyńskiej i Długiej,
      potem budynki użyteczności publicznej, po czy ulica wznosi się do rynku. Ten ulubiony
      przez wadowiczan trakt spacerowy, tak opisuje w swoich wspomnieniach Adolf No-
      waczyński (satyryk i publicysta):
              „To ta allea była obsadzona pierwsza w Galicji morwami!. Morwy mają bardzo słod-
      ki owoc, mały, miękki owocek o upajającym zapachu i umiłowane są przez jakieś jedwab-
      niki, kokony z których to kokonów wyrabia się znowuż dla kokotek koszule… O tem się
      oczywiście wtedy nie wiedziało”.4
             Społeczeństwo wadowickie widziane oczami Wojtyłów to w pierwszym rzędzie
      wojskowi, z oddziałów piechoty i kawalerii. Dużą grupę inteligencji, stanowili urzędnicy
      wszelkiej maści, zatrudnieni w różnorodnych ogniwach administracji powiatowej i miej-

       4 - Zbigniew Jurczak: Wadowiczanie.(autor przytacza fragmenty wspomnień w/w), TMZW, Wadowice 2012, s.
           127

Strona 105

Rozdział III - Rodzina                         103
skiej. Sporo było pracowników sądownictwa i innych reprezentantów zawodów prawni-
czych. Listę inteligencji uzupełniali nauczyciele, profesorowie gimnazjalni, lekarze i księża.
Wielu mieszczan związanych było z dziada, pradziada, z rzemiosłem, z handlem, z usłu-
gami i z rolnictwem. Nie tylko zresztą na potrzeby miejscowych odbiorców ale i na han-
del. Wśród nich od wieków liczni byli: piekarze, rzeźnicy, szewcy, stolarze itp. Wadowice
uważano za osadę targową, która otrzymała duże możliwości zbywania towarów wyra-
bianych w drobnych firmach dla potrzeb budownictwa, wyposażenia domów i mieszkań,
przydatnych w rolnictwie i hodowli. Składy i sklepy oferowały te towary w dużym wybo-
rze, a w czwartki wychodziły z nimi na targowisko. Tam spotykało się miasto ze wsią aby
wzajemnie zaspokoić swoje potrzeby. Interesy robili kupcy, sklepikarze, kramarze, a także
ci, którzy świadczyli dla nich różnorodne usługi, np. ślusarze potrzebni do napraw, kowale,
kołodzieje, karczmarze.
       Ludność Wadowic w czasach poprzedzających bezpośrednio I wojnę świato-
wą stanowiła mieszankę żywiołu: polskiego, żydowskiego i austriackiego. Niektóre
rodziny, mimo, że obcej nacji zamieszkiwały miasto od kilku pokoleń tak, że wtopiły się
w miejscowe obyczaje, przyjęły język lokalny, tu się dorobiły i rozmnożyły, często od tu-
bylców różniły ich tylko obcobrzmiące nazwiska. Jedynie wyznawcy mojżeszowi zachowy-
wali więcej odrębności, ale to wiązało się m.in., z inną religią i jej kulturą. Znaleźli tu swoje
miejsce, wrośli w krwioobieg gospodarczy i społeczny, niemniej trzymali się razem, kon-
serwatywni w swojej tradycji, w kultywowaniu odmienności, co zarówno zewnętrznie, jak
i wewnętrznie odsuwało ich na inny tor.
       Sierżant Wojtyła przeglądał gazetę. Był ciepły dzień, zachęcający by udać się nad
Skawę i ochłodzić nieco w jej nurtach. Uwagę jego zwróciła informacja o szkołach woj-
skowych. Mundek po wakacjach będzie dopiero w drugiej klasie szkoły powszechnej, ale
może w przyszłości pójdzie drogą ojca. Po kilkunastu latach służby Wojtyła poznał dość
dobrze środowisko wojskowe. Zwłaszcza oficerowie z cenzusem cieszyli się wysoką po-
zycją w kręgach zawodowych i znaczącym prestiżem społecznym. Praca dla wojskowych
będzie zawsze i wszędzie. Gazeta informowała o preferencjach w wyborze kandydatów,




                                                      Wadowicki rynek w dzień targowy przed I wojną światową.

Strona 106

104         Rozdział III - Rodzina

      jakie przysługiwały synom oficerów i urzędników wojskowych, a także funkcjonariuszy
      państwowych. Dla wymienionych nauka była bezpłatna, a po ukończeniu niższej szkoły
      realnej przechodziło się automatycznie do szkoły wyższej.
             Sierżant już wcześniej czytał urzędowe pisma w tej sprawie. Teraz znalazł potwier-
      dzenie w publikacji prasowej.
             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 142 z dnia 22 czerwca 1913
             Str. 4, 5 Wyższe szkoły realne wojskowe
               Z nowym rokiem szkolnym 1913/14 przeistoczone zostają szkoły kadeckie w Krako-
      wie, Marburgu, Pressburgu i w Koszycach na wyższe szkoły realne wojskowe (…)
               Zarządzenie to jest doniosłego znaczenia tak dla wojskowości (…) jak też dla urzęd-
      ników państwowych, którym otwiera się możność akademickiego wykształcenia swych
      synów dla stanu wojskowego bez ponoszenia znacznych, z opłatą za utrzymanie połączo-
      nych kosztów w wojskowych szkołach realnych i akademii.
               Dotąd były w Austro-Węgrzech tylko dwie wyższe szkoły realne, w Morawskich Hra-
      nicach i w Kismarton na Węgrzech, do których przechodzili uczniowie z sześciu niższych
      szkół realnych wojskowych automatycznie tak, że bezpośredniego przyjęcia do wyższej
      szkoły realnej nie było. Natomiast do niższych szkół realnych przyjmowano aspirantów na
      miejsca płatne (zallplätze) na nieliczne miejsca fundacyjne, krajowe lub osób prywatnych
      i na miejsca eraryalne (rządowo) bezpłatne. Te ostatnie zastrzeżone były przedewszyst-
      kiem, a) dla synów oficerów w czynnej służbie (des Soldatenstandes), b) dla synów lekarzy
      wojskowych, audytorów, oficerów rachunkowych, urzędników wojskowych, ewangelickich
      i gr. kat. księży itd., c) dla oficerów pozasłużbowych i w rezerwie wszystkich, kategoryi, po
      poprzedniej 10-letniej wojskowej służbie, d) dla gażystów wojskowych i dla podoficerów
      po 12-letniej służbie, w końcu e) dla urzędników dworskich i państwowych po przynaj-
      mniej 20-letniej służbie.
               Oczywista rzecz, że wobec licznej rzeszy aspirantów kategoryi a) i b), kandydaci
      dalszych kategoryi, a już wcale ostatniej żadnych nie mieli widoków przyjęcia na rządowe
      miejsca bezpłatne (Aerarialplätze) co też każdym razem w ogłaszanym konkursie podno-
      szono.
               Przy przeistoczeniu kilku szkół kadeckich na wyższe szkoły realne, miał rząd właśnie
      na oku, utworzenie miejsc i możności przyjęcia bezpłatnie na tak zwane „Aerarialplätze”
      w czterech nowych szkołach realnych, synów urzędników dworskich i państwowych i w tym
      celu odstąpił od warunku udowodnienia 20 lat spędzonych w służbie państwowej.(…)
              Wojtyłowie z synem chłonęli atmosferę galicyjskich Wadowic w latach bezpo-
      średnio poprzedzających wybuch I wojny światowej. Na tle niepokojów światowych,
      a zwłaszcza europejskich, nasze powiatowe miasto przedstawiało się jako raczej spokojny
      zakątek zachodniej Galicji. Mimo, że istniało tu już sporo drobnych wytwórców, małych
      zakładów przemysłowych, wiele warsztatów rzemieślniczych, wszystko to miało głów-
      nie zasięg lokalny. Urzędy, instytucje państwowe, szkolnictwo, wojsko – chociaż stano-
      wiły tryby cesarsko-królewskiego mechanizmu, jednakże z uwagi na otoczenie nabierały
      cech prowincjonalności. Wynikało to z faktu, że w małej miejskiej zbiorowości przeważ-
      nie wszyscy się znali, byli ze sobą powiązani towarzysko, rodzinnie, a przy tym wzajem-
      nie uzależnieni codziennym funkcjonowaniem. Stykali się w sklepach, na targowiskach,
      na mszach, w szkołach, w cukierniach, restauracjach, na spacerach. Małomiasteczkowa
      specyfika. I wyżej i niżej postawieni korzystali od czasu do czasu z usług rzemieślników,
      z porad lekarskich, chodzili do fryzjera, szewca, krawca. Przy tych okazjach rozmawiało
      się, plotkowano, wypytywano wzajemnie, bacznie obserwując mimikę, ubiór, gestyku-
      lację – a potem z tego wyciągano wnioski. Komunikacja społeczna przed stu laty była
      niedoskonała. Źródłem informacji mogła być prasa i przekazy ustne. A to od przejeżdża-
      jących, lub powracających, a to zasłyszane z ambony, przekazywane potem z ust do ust.

Strona 107

Rozdział III - Rodzina         105
       Społeczeństwo wadowickie, nasycone inteligencją, rzemieślniczym i kupiec-
kim mieszczaństwem, drobnymi wytwórcami i pracownikami najemnymi, a także mło-
dzieżą – stanowiło kulturotwórczą glebę, na której powstawały stowarzyszenia i organi-
zacje o szerokim profilu zainteresowań, potrzeb duchowych, wzajemnego wspierania się
i rozwoju indywidualnego.
       Dziś z perspektywy ponad stu lat widać wyraźnie, że autonomia galicyjska
zaowocowała głównie wzrostem patriotyzmu we wszystkich kręgach społecznych.
Niekwestionowanym liderem pracy niepodległościowej było Towarzystwo Gimnastyczne
„Sokół”. Wśród sokolnictwa na pierwszy plan wybijała się troska o tężyznę fizyczną, a na tej
podbudowie przygotowanie paramilitarne. Odbiorcą tego programu byli zwłaszcza ludzie
młodzi oraz ci, którzy chcieli z bronią w ręku odzyskać wolną Ojczyznę. Z czasem wachlarz
roboty patriotycznej ulegał poszerzeniu o sferę świadomości narodowej. Stąd wszelkie ob-
chody ważnych rocznic ojczyźnianych takich jak: Konstytucja 3 Maja, 50-ta rocznica Po-
wstania Styczniowego, czczenie rocznic grunwaldzkich, okrągłych dat urodzin wieszczów
i bohaterów narodowych (przykładem 100 rocznica śmierci księcia Józefa Poniatowskiego).
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 249 z dnia 28 października 1913
       Str. 5. Obchód ku czci ks. Józefa Poniatowskiego w Wadowicach
       Onegdaj obchodzono tam uroczyście rocznicę śmierci ks. Józefa. O godz. 9 rano
uroczyste nabożeństwo w kościele parafialnym, przy współudziale wszystkich miejsco-
wych Towarzystw i dziatwy szkolnej; O godz. 6 wiecz. uroczysta akademia w sali Sokoła, na
której program złożyły się: orkiestra sokola, deklamacja pod tytułem „Pogrzeb ks. Józefa”
(p. Homm’owa) tudzież streszczenie przebiegu życia ks. Józefa (p. prof. Kamecki), poczem
o godz. 7-ej wyruszył z pod gmachu tegoż Sokoła, wśród dźwięków orkiestry gimnazjalnej,
pochód, przeciągając ulicami: Długą, Lwowską, Krakowską i Zatorską. Następnie pochód
udał się pod kościół farny, gdzie odśpiewano „Boże coś Polskę” i „Rotę Skautów” poczem
wrócono pod gmach sokoła i pochód rozwiązano.
        Możemy jedynie domniemywać, że w pierwszym okresie pobytu Wojtyłów
w Wadowicach zajęci oni byli urządzaniem się w nowym miejscu. Okres wakacyjny
(lipiec 1913) sprzyjał relaksowi, nawiązywaniu kontaktów sąsiedzkich, czy rówieśniczych
w przypadku Mundka. Może senior Wojtyła miał właśnie urlop i mógł więcej czasu po-
święcić rodzinie i jej pierwszym krokom w nowym miejscu zamieszkania. Jeżeli nawet
pracował to mógł przecież z żoną i synem zwiedzać okolicę w niedzielę. Okazją do tego
mogła być choćby cotygodniowa msza święta. Gdyby tylko postanowili za każdym razem
być w innym kościele, to już byłaby niezła wycieczka. Poczynając od nazaretanek przy
Lwowskiej, poprzez kościół parafialny w rynku, podejście do karmelitów na Górce i oczy-
wiście powrót przez Górnicę i Niwy w stronę domu. Wyprawa do pallotynów na Kopiec
w Kleczy Dolnej wymagała też dobrej kondycji, zwłaszcza, że ostatni odcinek prowadził
pod górę. W drodze powrotnej można było zatrzymać się na chwilę nad Skawą i spojrzeć
na „Wenecję” (restauracja).
        W tym jednak konkretnym momencie (wakacje 1913 roku) było to niemożliwe bo
akurat z początkiem lipca nawiedziła miasto powódź.
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 157 z dnia 10 lipca 1913
       Str. 7 Wadowice pod wodą. Wadowice 9 lipca.
       Oberwanie chmury – straszna powódź
       Miasto nasze nawiedzone zostało wczoraj o godz. 10,30 rano straszną klęską powo-
dzi, wskutek oberwania się chmury. Ulice miasta niżej położone – jak Tatrzańska, Lwowska,
Cicha, Młyńska i Długa, były wodą zalane do pół metra, zaś przy wodospadach wysokość
wody dochodziła jednego metra.

Strona 108

106         Rozdział III - Rodzina

              Woda płynąc wyżej wymienionymi ulicami, zabierała mieszkańcom miasta rozma-
      ite narzędzia gospodarcze, które następnie musiano wyławiać. Domy położone na brze-
      gach rzeki „Choczanka” (poprawnie winno być Choczenka – dop. Z.B.) zostały wskutek wy-
      stąpienia jej z koryta poważnie uszkodzone. Najwięcej ucierpiał dom p. Nowickiej, gdyż
      został przez wodę w znacznej części zburzony. Plac „Targowica” położony nad tąż rzeką,
      zalała woda na wysokość blisko 2 metrów, tak iż z domów musiano uchodzić. Dworzec
      kolejowy naokoło zalany wodą, tak iż pieszo dostać się doń niepodobna. Przedmieścia
      „Groble” i „Podstawie” stoją zupełnie pod wodą. Jak pogłoski niosą, nie obeszło się rów-
      nież bez ofiar w ludziach, utonąć miał bowiem mężczyzna około 40-letni, nieznanego na-
      zwiska. Najstarsi obywatele Wadowic twierdzą, że powódź podobna miała miejsce przed
      60-ciu laty. W akcji ratunkowej biorą udział: ochotnicza straż pożarna z łodziami, tudzież
      pogotowie wojskowe w liczbie około 50-ciu żołnierzy. Ruch uliczny zupełnie wstrzymany.
      Godzina 1,40. Deszcz pada dalej. (…)
             Nadzwyczajne wypadki pogodowe były wprawdzie urozmaiceniem, ale niosły też
      zagrożenia i uciążliwości dla mieszkańców. Codzienność była szara, życie toczyło się wolno.
      Dni powszednie podobne były jeden do drugiego. Te same obowiązki i zajęcia, ci sami czę-
      sto spotykani ludzie, powtarzające się miejsca i godziny i tak w koło aż do niedzieli.
             Zdarzały się przemarsze wojsk, kondukty pogrzebowe, procesje, śluby i okoliczno-
      ściowe zgromadzenia. Bardzo rzadko gościły Wadowice osobistości polityczne czy wybit-
      nych artystów. Częściej zawitał któryś z hierarchów kościelnych. W tych wyjątkowych mo-
      mentach pokazywali się miejscowi notable, wygłaszali przemowy, a grupy organizacyjne
      występowały ze sztandarami, w umundurowaniu i z wyposażeniem. Publiczność obser-
      wowała przemarsze, słuchała przemówień, skłonna była do patriotycznych uniesień. Więk-
      szość uroczystości odbywała się na rynku i w gmachu „Sokoła”. Wśród uczestników mogli
      być także Wojtyłowie. Z zaciekawieniem przysłuchiwał się im i przyglądał siedmioletni za-
      ledwie syn Edmund. W niektórych uroczystościach brał pewnie udział służbowo sierżant
      Wojtyła, razem z wojskiem. Był lojalnym funkcjonariuszem monarchii austro-węgierskiej.
             Trzeba zwrócić uwagę, że społeczeństwo polskie mimo rozbicia, pod zaborami, nie
      przestawało myśleć o wolnej Ojczyźnie, śledząc z uwagą wypadki na Bałkanach, wypa-
      trując nadziei na słabość Rosji i Prus. Mieszkańcy Galicji dopuszczali zjednoczenie ziem
      polskich w ramach monarchii habsburskiej, co było pochodną liberalnej postawy władz
      wobec dążeń niepodległościowych. Wpływała też na te nastroje sylwetka cesarza, który
      panował niezmiennie niby ojciec, już nad trzecim pokoleniem.
            Tymczasem skończyły się wakacje. Mundek poszedł do nowej dla siebie szkoły im. Ja-
      chowicza. Nowi koledzy, nauczyciele, nowe otoczenie, szkoła w powojskowym baraku, tyle
      dobrze, że blisko domu, na ulicy prowadzącej w stronę stacji kolejowej. Prasa poświęciła
      najmłodszym trochę uwagi.
             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 218 z dnia 21 września 1913
             Str. 3. Nowy rok szkolny
             Dzisiaj we wszystkich szkołach rozpoczęła się już nauka na dobre. Kiedy początek
      miesiąca był raczej czasem przejściowym i przygotowawczym, obecnie już trwa nauka na
      dobre z całym rygorem, a dla małego światka dziecinnego „pan profesor” jest najważniej-
      szą osobą na świecie i osią około której obracają się wszelkie rozmowy domowe.
             Już wczesnym rankiem, gdy się wyjdzie na miasto, ujrzeć można na ulicach i plan-
      tach całe szeregi dziatwy, spieszącej do szkoły: starsza mająca za sobą już rok lub dwa
      w szkole przebyte, a więc pewniejsza siebie, i „bardziej doświadczona” dąży do szkoły we-
      soło, wśród śmiechu i zabawy – najmłodsi pod opieką mam, bon, służących lub „prefaine-
      rów” idą ulicą pełni namaszczenia i „powagi”. (…)

Strona 109

Rozdział III - Rodzina         107
      Opis dotyczy wprawdzie Krakowa, ale odczucia i zachowania dziatwy szkolnej są
wszędzie podobne, a przecież Mundek jeszcze dwa miesiące temu chodził do szkoły kra-
kowskiej.
      W tym samym numerze „IKC-a” zamieszczono doniesienie korespondenta tereno-
wego gazety o porządkach w Wadowicach, na ulicy Cmentarnej (Tatrzańskiej).
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 218 z dnia 21 września 1913
       Str. 8. Błędne koło.
       Już od przeszło trzech lat utyskiwali mieszkańcy ulicy Cmentarnej na nieporządki,
a w szczególności niewyczyszczenie otwartego kanału, ciągnącego się wzdłuż domów.
       Utyskiwania te odniosły wreszcie swój skutek, gdyż przed miesiącem kanał ten
wybrano i wyczyszczono.
       Cóż z tego jednak, kiedy wyjęte nieczystości złożono w kupy obok kanału, gdzie
też (od przeszło miesiąca) wyczekują swego powrotu do dawnej siedziby (kanału), gdyż
podczas każdego deszczu woda spłukuje je tam z powrotem tak, iż w końcu ulica samą
przez się oczyszczona zostanie, kanał zaś powróci do normalnego stanu, a mieszkańcy
będą jak dotąd chodzili nadal z napuchniętymi od kataru nosami. (…)
         Dla rodziny Wojtyłów ten pierwszy okres pobytu w Wadowicach (od końca czerwca
1913 do końca czerwca 1914) wiązał się ze środowiskiem rodzin wojskowych, z grupą są-
siadów i ze zbiorowością szkolną przy ulicy Młyńskiej. Tak jak inni przeciętni i niezamożni
wadowiczanie żyli troskami dnia codziennego. Najważniejsze, że byli razem i radzili sobie
w niełatwej rzeczywistości. Niestety klęski elementarne w Galicji tamtych czasów zaowo-
cowały bezrobociem, głodem, a nieraz i nędzą wśród biedoty z miasta i wsi. Powszechnie
znane były fakty opuszczenia sezonowych wychodźców poszukujących pracy w Prusach,
demonstracje głodujących, oczekujących pomocy rządowej, a także zjawiska kryzysowe
w gospodarce wpływające na spadek zatrudnienia. Negatywne tendencje osłabiły spraw-
ność państwową w inswestycjach, w utrzymaniu realności poborów pracowników admini-
stracji i nauczycielstwa. Prasa donosiła o ciągłych przepychankach przy podziale funduszy
dla Galicji. Ta część cesarstwa była notorycznie niedoinwestowana, co przy jej zapóźnieniu
dodatkowo pogłębiało dysproporcje cywilizacyjne.
         Krakowski „IKC” donosił prawie w każdym wydaniu o negatywnych zjawiskach
społecznych. Często w tonie sensacyjnym opisywano desperację bezrobotnych, koczują-
cych na dworcach kolejowych, nędzę i choroby chłopów, których gospodarstwa nie były
w stanie wyżywić ich rodzin.
         Prasa codzienna przynosiła na pierwszych stronach informacje polityczne, które
pełne były rozważań o zagrożeniu wojennym, o zbrojeniach, o liczebności wojsk, o poten-
cjalnych przeciwnikach. Porównywano gotowość wojenną Rosji, Niemiec, Austrii, Francji,
przedstawiano hipotetyczne kierunki natarć, miejsca przyszłych bitew, upatrując na tere-
nie Galicji najważniejsze odcinki frontu. Mimo, że niepokojące wiadomości o konfliktach
terytorialnych i narodowościowych płynęły głównie z Bałkanów, przewidywano, że teatrem
wojny stanie się Galicja.
         Doniesienia krajowe, czyli galicyjskie zabarwione były stałym niepokojem o los nie-
dożywionych dzieci szkolnych, o poziom szkolnictwa i upośledzenie tej części monarchii
habsburskiej, prawie pod każdym względem. Powracające tematy to zła sieć i jakość dróg,
niewystarczająca komunikacja kolejowa, mniejsze niż gdzie indziej nakłady na cele spo-
łeczne, na inwestycje w telefonię itp.
      Gdy dziś czytamy opracowania o tamtych czasach, o latach tuż przed I wojną
światową, nabieramy wiedzy ogólnej, jaka dostępna jest dziś, po stu latach od tam-
tych dni. Wiedza ta jest syntetyczna, poparta badaniami, dokumentami, świadomo-

Strona 110

108          Rozdział III - Rodzina

      ścią człowieka współczesnego. Ogląd ten wydaje się pełny, ale to tylko pozory. W tych
      dzisiejszych opisach brak subiektywizmu jednostek, które żyły wówczas. Indywidualne
      emocje są trudne, do odtworzenia, a tymczasem to właśnie ten osobisty odczyt jednost-
      ki, żyjącej wówczas w galicyjskich Wadowicach jest dla nas najważniejszy. Dzięki lektu-
      rze prasy codziennej możemy choć trochę wczuć się w przeżycia pojedynczej osoby
      osadzonej w małomiasteczkowych realiach monarchii habsburskiej. Trzeba dodać, że
      współczesny obraz wydarzeń sprzed stu lat, analiza i oceny skażone są wiedzą o następ-
      stwie zdarzeń, czego ówcześni ludzie nie mieli. Ich obraz rozgrywających się wypadków
      globalnych i bliskich był zupełnie inny od naszego spojrzenia dzisiaj. To zastrzeżenie jest
      podstawowym założeniem, pisania o przeszłości, z punktu widzenia jednej wadowickiej
      rodziny. Musimy zdobyć się na zrozumienie naiwności i prostoty doniesień praso-
      wych. Zdarzały się doniesienia obyczajowe, o wydźwięku sensacyjnym, ale i z gatunku „ku
      pokrzepieniu serc”, gdy w „Małej Ojczyźnie” coś ważnego się działo.
              Ilustrowany Kurier Codzienny nr 268 z dnia 20 listopada 1913
              Str. 3. Sensacyjny pojedynek w Wadowicach
              W wadowickim szpitalu wojskowym odbył się onegdaj krwawy pojedynek na sza-
      ble między Romanem K., słuchaczem praw z Krakowa, a Drem Zygmuntem Gl., kandyda-
      tem adwokackim z Wadowic. Obaj przeciwnicy są ciężko ranni, a nawet – jak opowiadają
      po mieście – Dr Gl. odniósł tak poważne obrażenia, że lekarze wątpią, czy uda się go utrzy-
      mać przy życiu.
              Co do przyczyn pojedynku brak wiarygodnych informacji. Utrzymuje się pogło-
      ska, iż podłożem tej krwawej rozprawy był list anonimowy, pisany rzekomo przez Dra Gl.,
      a uwłaczający czci żony p. K.(…)
              Str. 7. Korespondencye.
              z Wadowic.
              Poświecenie kościoła XX. Pallotynów.13 bm. Odbyło się poświęcenie nowo wy-
      budowanego kościoła XX. Pallotynów w Kleczy Dolnej (na Kopcu). Aktu poświęcenia do-
      konał ks. biskup Nowak przy współudziale wszystkich kapłanów z okolicy, Rady miejskiej
      z Wadowic z burmistrzem Drem Opydą na czele, wadowickiego starosty p. Pogłodowskie-
      go tudzież, bardzo licznie zebranych gości. Tak podczas mszy św., jak i popołudniowych
      nieszporów przyśpiewywał chór złożony z wychowanków Zakładu należącego do tego
      kościoła. Po skończonych nieszporach, podczas których wygłosił kazanie sam ks. biskup,
      odegrali wyż. nazwani wychowankowie w własnej sali sztukę „Kościuszko pod Racławica-
      mi” wywiązując się z swych ról znakomicie. Na koniec przełożony tego zakładu ks. Majew-
      ski przemówił w bardzo podniosłych słowach do zebranych.
               Rodzina Wojtyłów, a zwłaszcza rodzice papieża Karol i Emilia, byli od urodzenia pod-
      danymi cesarza Franciszka Józefa. Choć czuli się Polakami to ich życie związane było z mo-
      narchią i jej długowiecznym władcą. Senior Wojtyła, urzędnik wojskowy, pracujący na rzecz
      Austrii, wychowany był w kulcie władcy, dzięki któremu ma pracę, zarobek, swoją małą sta-
      bilizację. To wszystko zależne jest od trwania monarchii i jej cesarza. Tak myśleli mieszkańcy
      Galicji każdego dnia. „IKaC” donosił o każdym przeziębieniu Franciszka Józefa. Drobiazgowo
      informował o kondycji wiekowego monarchy, o jego samopoczuciu, o apetycie, o tym jak
      przebiegła noc. Czy my dziś potrafimy ówczesnych zrozumieć. Z jednej strony gloryfika-
      cja przywódcy, narzuconego, a mimo to kochanego, z drugiej oddanie ojczystej historii
      i wykreowanym przez nią wodzom. Rok 1914 przynosił codziennie precyzyjne informacje
      o zbiórce pieniężnej na pomnik Tadeusza Kościuszki. Wpływały korony i halerze, a gazeta
      wyliczała nazwiska ofiarodawców. Z podobnym uniesieniem patriotycznym informowano
      o ćwiczeniach sokołów i związków strzeleckich, wszelkiej maści. Czytelnikom przyświecał
      jeden cel: wskrzeszenie zjednoczonej z trzech zaborów Polski, może nawet w ramach mo-
      narchii habsburskiej, jako jej trzeciej części obok Austro-Węgier.

Strona 111

Rozdział III - Rodzina                            109
       Wątek związany z działalnością niepodległościową, rozumianą aktywnie, czyli
poprzez przygotowanie do walki mógł być dobrze znany seniorowi Wojtyle przynaj-
mniej z dwóch powodów. Raz, że jako pracownik komendy uzupełnień dowiadywał się
o szkoleniach potencjalnych rekrutów, z pewnością fakt przynależności do organizacji
paramilitarnych był odnotowany w kwestionariuszu osobowym. Kandydat na żołnierza
był bardziej wartościowy jeśli miał obycie z bronią, z musztrą, gdy bywał na strzelnicy, na
zgrupowaniach i brał udział w pozorowanych walkach. Przy tym zaprawiony w marszach




                                               Kościół księży Pallotynów na Kopcu przy drodze do Kleczy Dolnej.

i biwakach oraz zmotywowany do walki i uświadomiony politycznie. Zaborcy austriaccy
tolerowali związki strzeleckie i inne grupy szkolące się wojskowo, licząc na przyszły udział
ich członków w wojnach, u boku Austrii. Po drugie informacje o robocie patriotycznej
dochodziły do niego z kręgów rodzinnych, od dalszych krewnych ze strony żony, za-
mieszkałych w Wadowicach. Tak się złożyło, że siostra Emilii – Maria była małżonką Leona
Wiadrowskiego, który był wujem Zofii Pukłowej.
        Mąż tej ostatniej Józef, był głównym animatorem pracy niepodległościowej
na terenie powiatu wadowickiego. Najpierw organizował terenowe struktury Związ-
ku Walki Czynnej, potem aktywnie działał w wadowickim Związku Strzeleckim, by osta-
tecznie zostać komendantem Sokolich Drużyn Polowych. Początki aktywizacji organiza-
cji przysposabiających wojskowo datują się od roku 1911, a apogeum osiągają w latach
1913-1914. Gdy Józef Pukło objął komendanturę w 1912 r., nastąpił liczbowy wzrost grupy
uczestników pozyskiwanych z młodzieży, z kręgów rzemieślniczych. W okresie rozkwitu
Drużyn Polowych w Wadowicach drużyna liczyła 52 członków kompletnie umunduro-
wanych, wyekwipowanych i uzbrojonych. Ćwiczenia odbywano 3 razy tygodniowo, po
trzy godziny, każda zaś niedziela w porze letniej przeznaczona była na ćwiczenia polo-
we – pół lub całodzienne. Weryfikowały one poziom wyszkolenia i pozwalały na uczenie
się współdziałania z drużynami z innych miejscowości i w innych warunkach terenowych.
Z ważniejszych szkoleń wymienić można: nocne ćwiczenia pod Leskowcem, wspólne za-
jęcia z drużyną skawińską i myślenicką w Lanckoronie, udział w zgrupowaniu we Lwowie
7.07.1913 i pod Krakowem, w okolicach Kobierzyna w październiku 1913 r.

Strona 112

110         Rozdział III - Rodzina

              Inż. Józef Pukło pomagał przy tworzeniu Studenckiej Drużyny Strzeleckiej przy wa-
      dowickim gimnazjum. Liczyła ona trzy plutony po 16 ludzi, którzy szkolili się strzelecko bez
      wiedzy władz szkolnych i administracyjnych.
              Pod opieką „Sokoła” znalazły się też drużyny skautów, które za przykładem star-
      szych druhów garnęły się do przysposobienia wojskowego podejmując trudy marszów
      i udziału we wspólnych ćwiczeniach z sokolimi drużynami polowymi.
              W roku 1913 powstała skautowska drużyna żeńska, jedyna w powiecie. Prze-
      prowadzono normalne wyszkolenie skautowe, a ćwiczenia polowe obejmowały podcho-
      dy, sygnalizację, pomoc sanitarną itp. Z wiosną 1914 roku komendę drużyny objęła Zo-
      fia Pukłowa, siostrzenica Leona Wiadrowskiego, męża późniejszej matki chrzestnej
      Karola Wojtyły, Marii Wiadrowskiej.
              Pukłowie Zofia i Józef, małżeństwo patriotów, byli najbliższymi krewnymi Woj-
      tyłów w Wadowicach. Spotykali się, rozmawiali, a dzieci bawiły się w ogrodzie domu Pu-
      kłów, przy ulicy Mickiewicza. Mundek, najstarszy z nich doglądał młodszych, miał dobro-
      duszną naturę i wrodzony instynkt opiekuńczy.
              Prace rozwijające świadomość narodową ale i podnoszące poziom kulturalny swo-
      ich członków i odbiorców podejmowało stowarzyszenie „Jagiellonka” uruchomione z po-
      czątkiem XX wieku. Akcenty kładziono na amatorski ruch artystyczny: teatralny, śpiewaczy
      i muzyczny. Jagiellonka miała swoją siedzibę przy rynku, a zadania wypełniała głównie po-
      przez wadowicką inteligencję. Ważnym ośrodkiem życia towarzyskiego, krzewienia oświaty
      i kultury była Czytelnia Mieszczańska z siedzibą przy ulicy Krakowskiej. Miejsca te dawały
      każdemu obywatelowi wadowickiemu możność czytania prasy i książek, spotykania się, wy-
      stępowania, o ile tylko chciał rozwijać swoje uzdolnienia, bądź tylko być biernym odbiorcą
      popisów artystycznych. Z czasem ilość i zróżnicowanie organizacji i stowarzyszeń zwiększała
      się. Powstawały np. kluby sportowe, związki religijne, stowarzyszenia zawodowe, terenowe
      agendy partyjne, a przede wszystkim związki i oddziały o charakterze paramilitarnym. Czy
      Wojtyłowie udzielali się w jakikolwiek sposób w przedstawionej powyżej działalności. Brak
      źródeł by to potwierdzić lub zaprzeczyć.
             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 10 z dnia 13 stycznia 1914
             Str. 6. Sokół wadowicki urządza dnia 17 stycznia w swych salach wielki raut
      z tańcami, który zapowiada się świetnie. Zapewniony współudział chóru akademickiego
      z Krakowa, a nadto muzyka 56 pułku Piech. Wiele rodzin i osób z Krakowa zapowiedziało
      swoje przybycie na raut.
             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 8 z dnia 7 kwietnia 1914
             Str. 11. Z Wadowic
             Przedstawienie autorskie. Onegdaj odegrało miejscowe Towarzystwo imieniem
      „Króla Władysława Jagiełły” dwie jednoaktówki, a mianowicie: „Kancelarya otwarta” Przy-
      bylskiego i „Werbel domowy” Gregorewicza.
             Amatorzy wywiązali się ze swych ról znakomicie, na wyszczególnienie zasługują
      p. Krokowa, p. Banasiowa, p. Kotlarczyk, p. Hiczkiewicz i p. Garowa.
             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 109 z dnia 10 maja 1914
             Str. 9. 3-ci Maja na prowincyi.
            W Wadowicach.
            O godz. 10 rano odprawił w kościele farnym uroczyste nabożeństwo ks. Pytel, wśród
      którego ks. Faber wygłosił bardzo piękne kazanie patryotyczne.
            Po zakończeniu nabożeństwa pochód – uformowawszy się przed gmachem gimna-
      zyalnym – wyruszył przed gmach Sokoła.

Strona 113

Rozdział III - Rodzina         111




                              Rodzina Pukłów. W mundurze Józef Pukło, działacz niepodległościowy.

        Na czele pochodu postępowała straż pożarna pod komendą p. Hyłki, za nią zaś
gimnazyum z orkiestrą, szkoły żeńskie i męskie, wychowankowie XX Pallotynów z orkie-
strą, drużyny Strzeleckie, Sokole i Skautowe, Towarzystwo Jagiellonia, Zgoda z orkiestrą,
stow. T.S.L i Rada miejska.
        Przed gmachem Sokoła przemówił wśród ogólnego nastroju prezes tegoż p. Go-
łąmb, poczem orkiestra gimnazyalna odegrała „Z dymem pożarów” zaś wychowankowie
XX Pallotynów „Boże coś Polskę”.
        O godz. 4 po południu odbyły się na błoniach Mikołajskich ćwiczenia drużyn Strze-
leckich, Sokolich i Skautowskich pod dowództwem p. Pukły, poczem o godz. 7 zakończył tę
piękną uroczystość „Wieczorek”.
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 121 z dnia 26 maja 1914
       Str. 4. W dniu 1 czerwca urządza Towarzystwo im. Króla Władysława Jagiełły w Wa-
dowicach, festyn połączony z zabawą taneczną, przeznaczając – na wniosek p. Bronisława
Froncza – 10 procent czystego dochodu na pomnik Tadeusza Kościuszki.

Strona 114

112          Rozdział III - Rodzina

                                                     1914
              Pierwszy rok pobytu rodziny Wojtyłów w Wadowicach dobiegał końca. Przez ten
      czas urządzili się w skromnym mieszkaniu, zadomowili się na ulicy Lwowskiej, poznali okoli-
      ce, nawiązali i odnowili kontakty towarzyskie. Mundek, jak to dziecko, szybko zaaklimatyzo-
      wał się w nowej szkole. Był zdolny i pilny, a przy tym koleżeński i chętny do zabaw i sportu.
      W Wadowicach żyło się spokojnie, bez pośpiechu i zgiełku, wśród ludzi, którzy wzajemnie
      się znali i na których można było w razie potrzeby liczyć.
              W ten ułożony od lat porządek prowincjonalnego współistnienia wdarła się w nie-
      dzielę 28 czerwca 1914 roku hiobowa wieść. Ilustrowany Kurier Codzienny donosił w nad-
      zwyczajnym wydaniu, tłustym drukiem: „Dzisiaj rano zamordowano arcyksięcia Fran-
      ciszka Ferdynanda, następcę tronu austriackiego wraz z żoną: Zofią ks. Hohenberg”.
              W następnych dniach prasa przyniosła więcej szczegółów na temat zamachu. Sara-
      jewo w pobliżu granicy serbskiej, gdzie bawił następca cesarza, naszpikowane było nacjo-
      nalistami, przygotowanymi na atak terrorystyczny w wielu punktach miasta. Bezwzględni
      fanatycy rodzą się na fali nienawistnej propagandy, wszechobecnej agresji i ślepej niena-
      wiści zalewającej powszechnie narody skłócone z istniejącym porządkiem, który pragną za
      wszelką cenę roznieść. Codzienne wydania IKC-a rozpisują się o szczegółach śledztwa, przy-
      noszą informacje gloryfikujące dokonania zamordowanej pary. Podkreśla się zalety arcy-
      księcia jako polityka, jako znawcy kultury, miłośnika zabytków i dzieł sztuki. Przywoływane
      są jego słowa podczas pobytu w Krakowie, gdy zachwycał się Wawelem, jego zbiorami, nie-
      powtarzalną architekturą, gdy docenił wartość historyczną naszej narodowej nekropolii.
      Gazeta drukuje fragmenty życiorysu Franciszka Ferdynanda, punktując zasługi jakie poło-
      żył na niwie dyplomatycznej, na rzecz narodów, dla wzmocnienia armii i potęgi dynastii. Pi-
      sze się też wiele o rodzinie, o dzieciach, które zostały osierocone, o oddanej małżonce, która
      mimo zagrożenia z determinacją towarzyszyła mężowi w ryzykownych wizytach. Gazeta
      pisała o potępieniu przez narody monarchii zamachowców, o oburzeniu przeciwko Ser-
      bii, która była inspiratorką dla zabójcy, o różnych formach protestów społecznych, nawo-
      łujących do pomsty. Tony współczucia przebijają w tekstach poświęconych w tych dniach
      cesarzowi Franciszkowi Józefowi. Sędziwy władca, który dobro cesarstwa przedkładał nad
      wszystko, czuł się przygnieciony tragedią, zarządzając uroczystości żałobne i pogrzebowe.
      Przy tej okazji przypomniano wcześniejsze ciosy jakich doznał monarcha, gdy bliskie mu
      osoby ginęły przedwcześnie i tragicznie. Jego małżonka Elżbieta, którą jedynie kochał – za-
      mordowana, jego ukochany syn Rudolf, zmarły śmiercią samobójczą, brat Maksymilian po-
      legły w Meksyku i wreszcie jego następca Franciszek Ferdynand – zamordowany. Wszystkie
      narody monarchii łączyły się we współczuciu z Franciszkiem Józefem.
              Poddani, m.in. mieszkańcy Galicji, w tym i Wadowiczanie z Wojtyłami włącznie do-
      świadczali niekłamanych uczuć żalu, szoku, a może i odwetu. Przeżywali autentyczną ża-
      łobę, którą powszechnie manifestowali. Nikt nie wstydził się łez, czarnych strojów, portre-
      tów przepasanych kirem, smutku na twarzach i w duszy. Narody monarchii, jednoczyły się
      w bólu i opłakiwaniu zmarłej tragicznie pary arcyksiążęcej. Nie zdawano sobie sprawy z na-
      stępstw zamachu, nie przewidywano światowych skutków zabójstwa w Sarajewie, nikt nie
      pisał o zagrożeniu wojną globalną, demonstrowano jedynie żal, oburzenie, niezrozumienie
      szaleńca. Emocje pokazywano wprost, bo takie były czasy, taki był stan dusz i umysłów.
      Mnożyły się nabożeństwa za tragicznie zmarłych, modlono się za nich, trwano w żałosnym
      uniesieniu, a temat nie schodził z pierwszych stron gazet przez wiele dni.
             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 154 z dnia 5 lipca 1914 r. przynosi szereg ma-
      teriałów, które docierały do czytelników tuż po sarajewskim zamachu. Wczujmy się w ich
      doznania.

Strona 115

Strona tytułowa gazety z doniesieniem o zamachu w Sarajewie, (źródło - http.mbc.malopolska.pl)

Strona 116

114         Rozdział III - Rodzina

               Str. 3. Wiedeń, 4 lipca
               Wczoraj popołudniu o godzinie 4 w kościele w zamku odprawiono uroczyste nabo-
      żeństwo żałobne za spokój duszy arcyks. Franciszka Ferdynanda i jego żony. W nabożeń-
      stwie uczestniczył cesarz z rodziną, cały dwór, rodzina zmarłych, ministrowie, prezydenci
      parlamentu, deputacya posłów, wszyscy ambasadorowie i zastępcy monarchów, dygnitarze
      państwowi i dworscy, generalicya, deputacye licznych miast itd. (…)
               Po godzinie 10 wieczór (…) umieszczono obie trumny na karawanach zaprzężonych
      w sześć koni, poczem kondukt ruszył przez ulice, zapełnione ogromnymi tłumami publicz-
      ności. (…)
               Przed godziną 10.45 w nocy przybył żałobny pochód na dworzec zachodni. (…) Po
      pokropieniu trumien przeniesiono trumny do wagonu i pociąg ruszył (…) do Artstetten,
      ostatniego miejsca spoczynku ofiar zamachu.
               Str. 3. Żałoba. Ministerstwo wojny wydało rozporządzenie, podające do wiadomo-
      ści, że żałoba dworska za arcyksięcia Franciszka Ferdynanda jest także żałobą armii. Zgodnie
      z tem w pierwszych dwóch tygodniach sztandary mają być okryte kirem, i gra muzyk woj-
      skowych z okazyi służbowych odpadnie. Tak samo nie mogą się odbywać koncerty muzyk
      wojskowych.
               Str. 5. Wiedeń, 4 lipca
               Rozgoryczenie w monarchii wywołane ohydnym zamachem na arcyksięcia rośnie,
      demonstracye antyserbskie trwają w dalszym ciągu, ponadto zaś, wobec coraz bardziej po-
      twierdzającej się słuszności podejrzeń, iż sfery oficyalne serbskie są współwinne w zamachu
      odzywają się głosy, domagające się pomsty na Serbii. (…)
               Str. 6. Rosya staje po stronie królobójców?
               Z Petersburga donoszą, że pod przewodnictwem cara odbyła się w Peterhofie nad-
      zwyczajna rada ministrów, na której minister spraw zagranicznych Sazonow zdał sprawę
      z sytuacyi politycznej w związku z zamachem na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda.
               Jak słychać postanowiono, aby Rosya stanęła przy boku Serbii, na wypadek gdyby
      zamach wywołał jakiś zatarg pomiędzy Austryą a Serbią.
              Gdy minął pierwszy szok wywołany zamachem, skierowano do Serbii, którą uzna-
      no za inspiratorkę terrorystów, ultimatum. Termin odpowiedzi upływał 25 lipca o godzi-
      nie szóstej wieczorem. Przeważały opinie, że Serbia albo zdecyduje się na wojnę albo da
      się upokorzyć. Uznano, że Serbia nie przyjęła warunków, po czym Austria podjęła kroki
      wojenne. Prasa pisała o zagrożeniu wojną europejską. Wypadki potoczyły się lawinowo.
      Tłustym drukiem informowano o zarządzeniach wojennych i mobilizacji, którą ogłosił ce-
      sarz. Łudzono się jeszcze, że konflikt może być lokalny (że obejmie tylko Serbię i Austrię),
      a dalszy bieg wypadków zależy od Rosji, jakie zajmie stanowisko. Niestety Rosja poparła
      Serbię, a niebawem, w kolejnych dniach sierpnia, do wojny przyłączyły się inne państwa
      europejskie. Austria zwróciła się do narodu polskiego o poparcie i walkę u jej boku przeciw-
      ko Rosji. Ukazujący się w Krakowie dziennik przesiąknięty był agitacją na rzecz monarchii
      austriackiej. Nie brakowało zwrotów: nasze wojska toczą zwycięskie bitwy ze znienawidzo-
      nymi Moskalami. Określenia były często przesadzone, jeśli chodzi o pozytywy wobec wojsk
      austriackich, a ton pejoratywny górował, gdy pisano o Rosji. Pojawiły się odniesienia do
      oddziałów polskich, które powinny znajdować się pod jedną komendą polską i działać we
      współpracy z naczelnym dowództwem austriackim. W obliczu wojny polskie ugrupowania
      organizowały się i utworzyły Naczelny Komitet Narodowy, a ten powołał do życia legio-
      ny. Dziennik każdego dnia przynosił kolejne wojenne informacje podczas, gdy doniesienia
      o charakterze cywilnym prawie zupełnie znikły lub zajęły marginalne miejsce.
              21 sierpnia z Rzymu nadeszła wiadomość, że papież Pius X zmarł. Po czym obok
      uroczystości żałobnych rozpoczęły się przygotowania do konklawe. Niebawem gazeta do-
      niosła, że kolejnym następcą św. Piotra został kardynał della Chiesa, który przybrał imię

Strona 117

Rozdział III - Rodzina                115
Benedykta XV. Senior Wojtyła przeglądał „IKC” i nawet przez myśl mu nie przeszło, że po
śmierci jego syna Karola (papieża Jana Pawła II) następcą będzie Benedykt XVI. Fakt wyboru
nowego Ojca Świętego był dla niego wiadomością ciekawą, jednakże bardzo ale to bardzo
odległą, która w zderzeniu z realiami wojny traciła na ważności.
      W uzupełnieniu garść informacji źródłowych o mieście w 1914 roku, w którym
przyszło mieszkać Wojtyłom 25 lat.
         Galicja zarządzana była przez Namiestnictwo we Lwowie, które dzieliło się na 82
Starostwa. Starostwo w Wadowicach: 94 265 mieszkańców w 81 gminach politycznych i 83
katastralnych. Starostą był Radca C.K. Pogłodowski Antoni z Przytyka, Burmistrzem Franci-
szek Opydo, zastępcą Dworak Jan. Oprócz nich szematyzm na rok 1914 wymienia: sekre-
tarza Topolskiego Ludwika, kancelistkę Jamrożankę Stanisławę i lekarza Żędzianowskiego
Stanisława. Miasto ma 992 hektary, 7471 mieszkańców - w tym 1322 izraelitów.
         Sąd obwodowy mieści w swoim obrębie 13 sądów powiatowych, a to: Wadowice,
Andrychów, Biała, Jordanów, Kalwaria, Kęty, Maków, Milówka, Myślenice, Oświęcim, Sucha,
Zator, Żywiec.
         Do Komendy Uzupełniającej w Wadowicach należały: Myślenice, Żywiec, Biała
i Oświęcim.
         Proboszcz wadowicki Zając Andrzej jest też dziekanem wadowickiego dekanatu.
Karmelici Bosi w Wadowicach: Przeor Rybka Kazimierz, 17 zakonników. Służebniczki NMP
– Nazaretanki, przeł. Tyszkiewicz. Przy ochronce Salezya, Zakonnice 12. Gimnazjum huma-
nistyczne, Dyrektor Doroziński Jan, W roku szk. 1913/14 zapisało się 442 uczniów, Inspek-
tor szkolny ks. Karbowski Stanisław. W mieście oprócz gimnazjum działają szkoły:
   1) 5 kl. wydziałowa żeńska połączona z 4 klasową ludową, pospolitą
      im. Ces. Franciszka Józefa.
   2) Szkoła ludowa pospolita, męska, 6 klasowa.
   3) Szkoła ludowa pospolita, męska, 4 klasowa, im. Stanisława Jachowicza
   4) Szkoła ludowa pospolita, żeńska, 4 klasowa, im. Królowej Jadwigi.
         Szematyzm wymienia urzędy, instytucje i organizacje oraz nazwiska osób pełnią-
cych różne funkcje. M.in.: Rada Powiatowa i Wydział Powiatowy, Towarzystwo rolnicze
okręgowe, Powiatowa Kasa Oszczędności, Towarzystwo Kółek Rolniczych, Kasa Chorych,
Krajowy Związek Ochotniczych Straży Pożarnych (naczelnik Kunze Józef, zastępca Wyso-
gląd Teofil), Szpital Powszechny w Wadowicach, nazwiska wadowickich lekarzy, a także
liczbę 49 akuszerek, w tym 33 okręgowe, 2 gminne, 14 wolnopraktykujących.5
       Czytając doniesienia wojenne krakowskiego IKC-a z jesieni 1914 roku nie odnosi
się wrażenia, że państwa centralne ponoszą porażki. Ton informacji jest łagodzący, a tam
gdzie się da, podnosi się męstwo żołnierzy austriackich. By to potwierdzić zamieszczam
poniżej kilka relacji i wywiadów z uczestnikami walk, które odzwierciedlają udział w woj-
nie 56pp.
       Ponadto dziennik opisuje transporty jeńców rosyjskich przybywających do Krakowa,
co sugeruje, że wojska rosyjskie ponoszą porażki, a nie tylko zwyciężają. Takie notki podno-
szą morale zagrożonych mieszkańców.
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 206 z dnia 30 sierpnia 1914
       Str. 7. Co opowiadają bohaterzy z pod Kraśnika.
       W wielkiej trzydniowej bitwie pod Kraśnikiem – poniosła armia rosyjska dotkliwą
klęskę, która rozmiarami swymi i treścią – wywołać musi w caracie paniczny przestrach
i trwogę… (…)

 5 - Szematyzm Królestwa Galicji i Lodomeryi z Wielkim Księstwem Krakowskim na rok 1914, we Lwowie –
     nakładem Prezydium c.k. Namiestnictwa z drukarni Wł. Łozińskiego – Zarządca J. Niedopad

Strona 118

116          Rozdział III - Rodzina

               Już od wczesnego ranka miasto nasze przybiera niezwykły widok: oto za wozami
      ambulansowymi, wiozącymi rannych – spieszą tłumy publiczności. (…) Korowody te ran-
      nych i publiczności widzi się w całem mieście, boć we wszystkich dzielnicach urządzono
      prowizoryczne szpitale dla rannych żołnierzy.
               Dzień wczorajszy minął pod znakiem masowych opowiadań rannych żołnierzy
      56 pułku, składającego się – jak wiadomo – wyłącznie z żołnierzy polskich. Bili się – jak
      opowiadają – pod dużą osadą wiejską Annopolem, leżącym tuż koło Kraśnika. Ogień ka-
      rabinowy i działowy wyrządził olbrzymie straty w szeregach rosyjskich. Ogień trwał od
      8 rano do 7-mej wieczór (w niedzielę ubiegłą). Rosyanie leżeli okopani, jednakże strzelali
      bardzo źle. Wielu z nich było Polakami, którzy na samo pojawienie się nasze wywieszali
      białe chorągwie. Żołnierze rosyjscy – Polacy krzyczeli do nas entuzjastycznie: „Niech żyje
      Polska”. (…)
               Wśród jednego z transportów rannych zauważyłem żołnierza, rozprawiającego inte-
      ligentnie na temat walki pod Kraśnikiem. (…) Gdyśmy parli nieprzyjaciela naprzód – opar-
      liśmy się o las. Ogień obustronny był niezwykle silny. Naraz ujrzeliśmy okopanych nieprzy-
      jaciół. Byli to żołnierze – Polacy, widząc nas – wywiesili białą chorągiew: - Do Polaków nie
      będziemy strzelali. I stała się rzecz niezwykła – ciągnął dalej żołnierz ranny. Oto całe kom-
      panie żołnierzy polskich – rzucały broń i przechodziły na naszą stronę. Pozycja rosyjska była
      stracona. (…) Jeden ze znajomych żołnierzy opowiadał mi, iż w walce na bagnety, gdy się
      już zetknęli z Moskalami – powstał taki trzask i łomot, jak gdyby kto tysiącem młotów walił.
      Nazwiska Antek, Felek, Józek – raz w raz grzmiały w powietrzu. Szeregi rosyjskie zasłały gęsto
      trupem pola kraśnickie. (…) Pułk 13-ty i 56-ty – podjął się najcięższego zadania, rozbijając
      środek armii rosyjskiej. Dezercya żołnierzy polskich z armii moskiewskiej dopełniła reszty.
      (…)
             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 215 z dnia 10 września 1914
             Str. 3 i 4. Ranni spod Lublina i Lwowa w Krakowie.
             Kraków, 9 września.
             W dniu wczorajszym przybył do Krakowa olbrzymi pociąg opatrzony znakami
      Czerwonego Krzyża, wysłany przez Zakon Kawalerów Maltańskich na plac boju pod Lublin
      i powracający stamtąd z ciężko rannymi (…) Panie pełniące służbę na dworcu, pospieszyły
      ku wagonom z przekąskami i herbatą (…)
             Wkrótce przyszedł drugi pociąg, wiozący lekko rannych żołnierzy 56 pułku piecho-
      ty. Ranni przybrali go po drodze zielenią; dalsze wozy tak samo. Ranni żołnierze wadowic-
      kiego pułku mają obandażowane ręce, głowy, palce, nogi, a w czapce prawie każdy ma
      kwiatek zatknięty.
             Jeden z żołnierzy rannych – opowiada żywo przebieg ostatnich wielkich bitew pod
      Lublinem (…) „Prosiliśmy by nas prowadzono na Warszawę. Pod Lublinem starliśmy się
      strasznie z Moskalem. Armaty nasze wyrządziły wielką stratę wrogowi. (…) Opowiadania
      rannych żołnierzy – wywołują wśród otoczenia silne zainteresowanie. Wreszcie odzywa się
      sygnał odjazdu pociągu (…)
             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 225 z dnia 22 września 1914
             Str. 5. Świetny czyn polskiego pułku. Budapeszt (Tel. wł.)
              „Pester Lloyd”, komunikuje, że przeciwnikiem gen. Dankla pod Kraśnikiem był głów-
      nodowodzący armią rosyjską zgromadzoną pod Chełmem, gen. Iwanow. Armia Iwanowa
      liczyła 16 pułków piechoty, w których liczbie znajdował się 5 rosyjski pułk piechoty. Sztan-
      dar tego pułku zdobyty został przez żołnierzy 56-go pułku wadowickiego, składającego
      się z samych Polaków.

Strona 119

Rozdział III - Rodzina         117
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 240 z dnia 9 października 1914
       Str. 7. Bohaterscy żołnierze.
        Korespondent wojenny „Reichspostu” wiedeńskiego donosi z północnego terenu
wojny pod powyższym tytułem, co następuje:
        Wszystkie narodowości walczące w szeregach naszej armii dają dowody nadzwy-
czajnego męstwa. Wzruszającym serce każdego żołnierza i budującem duszę każdego pa-
tryoty, było zachowanie się plutonowego Wacława Targosza z 56 polskiego pułku (okręg
uzupełniający- Wadowice). Ów podoficer został jako ranny przeniesiony z linii na miejsce,
gdzie opatrywano rannych. Gdy znalazł się na owem miejscu, padł na kolana i prosił najsil-
niej, aby się nie bawiono zbyt długo koło niego, lecz by mu natychmiast pozwolono wrócić
na pole walki. Gdzie taki duch panuje w wojsku – zauważa korespondent – można być zu-
pełnie spokojnym o ostateczny wynik wojny.
        W tym samym pułku odznaczył się także zwykły trębacz kompanijny. Jego kompa-
nia szła naprzód lasem, w którym na poszczególnych drzewach poukrywali się Moskale
i sądząc, że są bezpieczni, otworzyli na naszych żołnierzy ogień karabinowy. Tymczasem
trębacz Karol Stanicki odkrywszy ich kryjówki, postrącał ich celnymi strzałami. Przy sposob-
ności kolegów swych zagrzał trąbką do zwycięskiego ataku.
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 275 z dnia 21 listopada 1914
       Str. 2. Jeńcy rosyjscy w Krakowie
       (…) Drugi transport szedł już wieczorem około g. wpół do 6 ulicą Karmelicką do ko-
szar cesarza Franciszka Józefa na Piasku. Transport ten liczył 380 ludzi. Podobno żołnierze
ci dostali się do niewoli nad Wisłą koło Niepołomic. Przyprowadzono ich tutaj piechotą.
(…) Żołnierze rosyjscy byli bardzo zmęczeni podróżą do Krakowa, bitwami i marszami na
terenie Królestwa Polskiego. (…) Na końcu konwoju szli podoficerowie wziętego do niewoli
oddziału. W koszarach na Piasku jeńcy pozostaną jeden lub dwa dni; potem pójdą dalej do
miejsca stałego pobytu, aż do ukończenia wojny.
       Jeden z jeńców, z którym mieliśmy sposobność rozmawiać w jego ojczystym ję-
zyku oświadczył, że wszyscy żołnierze, należący do jego grupy, umieszczeni chwilowo
w koszarach przy ulicy Rajskiej, pochodzą z Samary. Polaków wśród nich nie ma. On sam
niechętnie szedł na wojnę ponieważ zostawił w domu liczną rodzinę, której był jedynym
żywicielem.(…)
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 280 z dnia 26 listopada 1914
       Str. 3. 1500 jeńców rosyjskich w Krakowie
       Wczoraj około godz. 4-tej po południu przewinął się środkiem miasta m.in. ulicą
Basztową, Karmelicką – olbrzymi pochód jeńców rosyjskich (…) Wedle objaśnienia jed-
nego z żandarmów – jeńców owych zabrano pod Kocmyrzowem w trakcie zwycięskiej
utarczki z jednym z pułków rosyjskich. Wielki pochód wziętych do niewoli Moskali – wy-
wołał wśród przechodniów silne zainteresowanie. (…) Długi ten korowód jeńców zatrzy-
mał się przed kasarnią Franciszka Józefa, mieszczącą się przy ulicy Rajskiej. Na samym koń-
cu postępowali oficerowie rosyjscy. Było ich około 10, rośli i ciepło ubrani. Dwóch z nich
miało baranie czapki. Na zapytanie jednego z przechodniów skąd idą – odparł jeden z
jeńców – oficerów: - Z pod Warszawy. Następnie rozpoczął się wmarsz do koszar.

Strona 120

118         Rozdział III - Rodzina

                                              1914 - 1918
                                 2. Zawirowania wojenne - rok 1914
             By prześledzić losy rodziny Wojtyłów, zrozumieć motywy ich działania, podejmowa-
      nych decyzji i ich skutków, a także by podjąć próbę poznania atmosfery w jakiej żyli, zde-
      cydowałem się opisać docierające do nich informacje, głównie prasowe, które w znacznej
      mierze kształtowały świadomość Wadowiczan.
             Dziejowe wydarzenia postrzegane były przez nich od wewnątrz, przez własne jed-
      nostkowe przeżycia, przez subiektywnie odbierane doświadczenia, przez niepełną, a nawet
      błędną informację docierającą z frontu, do prowincjonalnego miasta.
              Pod koniec XIX i na początku XX w. rozwój sytuacji międzynarodowej zaczyna
      wreszcie sprzyjać aspiracjom niepodległościowym Polaków. Tradycyjny sojusz zaborców –
      sojusz „trzech czarnych orłów” rozpadał się. Rywalizacja mocarstw na Bałkanach, Bliskim
      Wschodzie, w Azji, walka o strefy wpływów politycznych i ekonomicznych doprowadziły
      do ukształtowania się bloku państw centralnych (Trójprzymierze Niemiec, Austrii i Włoch)
      oraz bloku Entanty (Trójprzymierze Francji, Rosji i Anglii). Wojny bałkańskie 1912 r. zwia-
      stowały zbliżanie się wielkiego konfliktu światowego.
               Na przełomie lipca i sierpnia 1914 r. nadeszła chwila od dawna oczekiwana przez
      partie, stronnictwa polityczne, organizacje wojskowe, a także większość narodu polskie-
      go. Wybuchła wojna światowa, będąca z punktu widzenia sprawy polskiej, wojną między
      zaborcami.
               Przeciwieństwa imperialistyczne, które nagromadziły się w ciągu dziesięcioleci, wy-
      ładowały się w gigantycznym starciu dwóch ugrupowań wojennych i politycznych. Płomień
      wojny, która wybuchła między Austrią, a Serbią rozprzestrzenił się w ciągu kilku dni na
      całą Europę, a następnie rosnąc dalej objął cały niemal glob ziemski.
               Jesień 1914 roku przynosi powtarzające się informacje o zagrożeniu Lwowa, a po-
      tem i Krakowa. Wieści napływające ze Lwowa przybierają najpierw ton uspokajający, że
      walki na przedpolach trwają ale zagrożenia nie ma, po czym następne dni przynoszą wia-
      domości o opuszczeniu miasta przez wojsko austriackie ze względów strategicznych. Nasze
      wojska nie zostały pobite tylko wycofały się na lepsze pozycje.
               W październiku nadchodzą alarmujące doniesienia o walkach w okolicach Przemy-
      śla i obronie miasta. Gazeta opisuje bohaterską postawę obrońców twierdzy. Przytacza się
      epizody z potyczek, opisy walk o forty. Dowiadujemy się o heroizmie oddziałów i poje-
      dynczych żołnierzy. Ostatecznie twierdza Przemyśl nie została zdobyta co w różnorodnych
      komunikatach wielokrotnie powtarzano, by podnieść morale czytelników.
               Poczesne miejsce w kurierze zajmują wszelkie informacje związane z toczącą się
      wojną, z rodzajem broni, ze słabościami wojsk rosyjskich, a siłą sprzymierzonych czyli Au-
      strii i Niemiec. Czytelnik „IKC-a” jest zorientowany jak przebiegają bitwy z Francją, Anglią,
      a także Serbią. Najwięcej i wieloaspektowo pisze się o działaniach wojennych w Galicji.
               Od czasu do czasu na łamach gazety można przeczytać relacje o toczącym się pro-
      cesie zamachowców z Sarajewa. Komentator krytycznie wyraża się o nacjonalistycznej at-
      mosferze w Serbii, która ukształtowała postawy zabójców. Przewija się pogląd, że terroryści
      widzieli w Austrii nieprzejednanego wroga, gnębiącego ludy słowiańskie, że cesarz i mo-
      narchia to główna przeszkoda na drodze połączenia się Słowian południowych w jedno
      państwo na czele z Serbią.
             Kiedy rozgrywały, się te wypadki Wojtyłowie mieszkali w Wadowicach, w pobliżu
      koszar 56pp, przy ulicy Lwowskiej 257. Karol Wojtyła, ojciec przyszłego papieża, został tu
      przeniesiony z Krakowa i rozpoczął pracę w Powiatowej Komendzie Uzupełnień jako aspi-
      rant na urzędnika wojskowego, od 1 lipca 1913 roku.

Strona 121

Rozdział III - Rodzina                            119




                                                          Walki z wojskami rosyjskimi na ziemiach polskich.
        Mimo, że czasy były niespokojne małżeństwo Wojtyłów liczyło na małą stabiliza-
cję. Oczekiwali, że w prowincjonalnych Wadowicach założą wreszcie swoje trwałe gniazdo.
Żona Emilia oddaliła się od swojej najbliższej rodziny, bo jej rodzeństwo zostało w Krako-
wie. Natomiast Karol zbliżył się do swoich krewnych, którzy mieszkali w Białej. Osiedli po-
środku, pomiędzy Białą, a Krakowem. Dzięki połączeniom kolejowym mogli utrzymywać
bezpośrednie kontakty zarówno z rodzeństwem Emilii, jak i z ojcem Karola. Syn Edmund,
który pierwszą klasę szkoły powszechnej ukończył w Krakowie, rozpoczął we wrześniu
1913 roku klasę II w nowej, wadowickiej szkole, położonej w pobliżu miejsca zamieszka-
nia, przy ulicy Młyńskiej. Była to przecznica Lwowskiej. Dzisiaj ulica Legionów.
        „W drewnianym budynku, nazywanym barakiem, działała tu w latach 1904 – 1942
męska szkoła powszechna im. Stanisława Jachowicza” (cytat: Zbigniew Jurczak: Wadowi-
czanie. TMZW, 2012). De facto w 1926 r. została wchłonięta przez szkołę im. Marcina Wado-
wity. W baraku były pracownie (dop. Z.B.)
        Nie upłynął jeszcze rok od ich przeprowadzki do Wadowic, gdy wybuchła I wojna
światowa. Wojtyłowie dobrze zdawali sobie sprawę co to dla nich oznacza. Rozpoczynał się
czas ciągłego zagrożenia, nie tylko w znaczeniu militarnym, ale i emocjonalnym. Karol Woj-
tyła, urzędnik austriacki, do dyspozycji monarchii pogrążonej w wojnie. Mógł przecież zna-
leźć się w okopach lub zostać przerzucony w inne miejsce, mógł zaznać rozłąki z rodziną,
lub nawet polec. Tymczasem z frontu wschodniego zaczęły napływać niepokojące wieści.
        Wojtyła z niepokojem przeglądał informacje o walkach na froncie wschodnim. Jesz-
cze służąc w Krakowie przyzwyczaił się do lektury „IKC-a”, codziennej gazety, wydawanej
zresztą w Krakowie i dostarczanej do koszar dla kadry oficerskiej. Po jej przeczytaniu prasa
trafiała niżej do podoficerów i żołnierzy. Do Wadowic gazety docierały trochę później lecz
również dostępne były dla podoficerów, a nawet wystawiano je w poczekalni komendy
uzupełnień, tak aby poborowi oczekując na wezwanie mieli czym się zająć. Jesień 1914
roku była niepomyślna dla armii austriackiej. Wojska rosyjskie spychały armię habs-
burską coraz bardziej na zachód, tak, że pod koniec roku 1914 Austriacy organizowali
obronę na przedpolach Krakowa. Wojtyła wprawdzie pozostawał na zapleczu, w Wado-
wicach, ale uczestniczył pośrednio w machinie wojennej poprzez pracę przy zabezpiecze-
niu tyłów. Miał okazję widzieć przeciągające oddziały, słuchał relacji o klęskach, o rannych
i zabitych żołnierzach, z których wielu było Polakami. Gorączka wojenna udzielała się rów-

Strona 122

120           Rozdział III - Rodzina




      Wadowice, ul. Długa przed I wojną światową.

      nież służbom pomocniczym, a to poprzez wzmożony pobór rekruta, a to poprzez ćwicze-
      nia, alarmy, organizowanie zaopatrzenia frontowego, na planach ewakuacji skończywszy.
      W walkach z Rosją brały udział także oddziały żołnierzy 56pp, niedawni koledzy Wojtyły
      z czasów krakowskich. Aspirant Wojtyła myślał z niepokojem o rodzinie, o żonie i synu, któ-
      rzy zdani byli wyłącznie na niego. Słabowita, ufna w jego opiekę Emilia i Edmund, zaledwie
      ośmioletni syn.
              Niestety ziściły się najgorsze przypuszczenia. Państwa centralne ponosiły klę-
      ski na wszystkich frontach. Niemcy, na zachodzie nad Marną, Austriacy w Galicji i Serbii.
      Pokonanych było zresztą wielu Polaków, którzy w armiach zaborczych, walczyli nieraz prze-
      ciwko sobie. Stało się jasne, że krótkotrwała wojna to mit, a rzeczywistość to przewlekłe,
      uciążliwe walki pozycyjne.
              Wspomnienia z tego okresu wprowadzają nas w atmosferę tych pierwszych wojen-
      nych miesięcy, widzianych przez gimnazjalistę.
              „Gmach gimnazjalny i budynek bursy zostały zamienione na szpital. Naukę urucho-
      miono w tak zwanej filii gimnazjalnej (…) Grono profesorskie jak również starsze klasy były
      mocno przerzedzone. (…) większość starszych uczniów poszło gromadnie do Legionów,
      (…) gimnazjum wadowickie dało wyjątkowo dużo ochotników.
              Nauka nie trwała jednak długo. Bodaj tylko około trzech tygodni. Napór wojsk rosyj-
      skich się wzmagał. Wojska niemieckie i austriackie cofały się. Moskale od wschodu i półno-
      cy podchodzili pod Kraków starając się okrążyć tę twierdzę od południa kierunkami przez
      Podkarpacie na Nowy Targ i dalej na zachód. Szpitale i ważniejsze urzędy zaczęto szybko
      ewakuować. Przez miasto dzień i noc przewalały się transporty wojsk i kolumn taborowych.
      Artyleria różnego kalibru rozbijając bruki ulic zdążała pospiesznie ku frontowi. W barwnych
      jeszcze wówczas ubiorach i nakryciach głowy kawaleryjskie oddziały węgierskich honwe-
      dów, austriackich kirasjerów, dragonów zaciągały patrole w górach, na mostach i drogach
      względnie wabiąc swym barwnym strojem, oddziały takie jakby starały się podnieść upa-
      dający entuzjazm.
              Władze nakazały rozpuścić uczniów i przerwać naukę.”6

       6 - Józef Herzog: Krzyż Niepodległości. Wspomnienia ze służby w Legionach. Nowy Jork 1994, s. 40-41

Strona 123

Rozdział III - Rodzina                           121
        W uzupełnieniu opis sytuacji w Wadowicach przez pryzmat edukacji, co odnajduje-
my w kronikach szkolnych. Szczególnie obszerne są zapisy w kronice szkoły żeńskiej. Nim
się z nimi zapoznamy, warto zająć się przez chwilę ulicą Długą, przy której znajdowała się
rzeczona szkoła, będąca dumą miasta.
        Jeszcze niedawno Karol Wojtyła, z żoną i Mundkiem spacerował ulicą Długą, któ-
ra była ciekawa i malownicza. Odchodziła od traktu Lwowskiego w pobliżu rynku, za-
znaczając dawną pradolinę Skawy. W czasie powodzi tutaj właśnie dochodziły wody, bo
dalej teren nieznacznie się podnosił. Ulica Długa mogła biec korytem dawnej Skawy, która
otaczała wzniesienie rynkowe, by po latach zmienić swój bieg i przenieść się na wschód.
W jej połowie przyłączała się do niej aleja biegnąca od stacji kolejowej w stronę
kościoła. U tego zbiegu wyrósł w roku 1901 okazały gmach Żeńskiej Szkoły Wydzia-
łowej im. Cesarza Franciszka Józefa. Historia szkolnictwa żeńskiego w Wadowicach była
jednak znacznie starsza. W roku 1831 postanowiono oddzielić dziewczęta od chłopców
i rozpisano konkurs na nauczycielkę (…). Tyle zapis ze szkolnej kroniki. Wówczas nazy-
wano ją szkołą trywialną. Z biegiem lat przybywało uczennic, powstawały nowe klasy,
wzbogacano program nauczania. U schyłku XIX wieku wadowicka szkoła żeńska była już
6-klasowa i z tego też powodu, a i z dalekowzroczności obywateli miasta podjęto decyzję
o wybudowaniu gmachu dla żeńskiej szkoły wydziałowej. Tuż przed oddaniem budyn-
ku w użytkowanie młodzieży zarządzono, że nauka w niej będzie na dwóch poziomach:
4 klasy zwane pospolitymi i trzy klasy zwane wydziałowymi, łącznie więc możliwość nauki
w szkole siedmioklasowej. Reprezentacyjny budynek, dwupiętrowy, stanie się niebawem
wizytówką miasta. Tu zlokalizowano sławną wystawę, która pierwszy raz w historii regio-
nu, a nawet i Polski spopularyzowała galicyjskie Wadowice. Wystawa rolniczo-przemysło-
wa zorganizowana była z dużym rozmachem w roku 1907.
        Ulica Długa miała swoją specyfikę, ponieważ przecinały ją ważne szlaki piesze tu-
bylców i przyjezdnych. Kto z ówczesnych wadowiczan nie chodził od czasu do czasu na
przedstawienia, zawody i akademie do Sokoła. Oryginalny gmach sokoli wznosił się przy
końcu tej ulicy.




                                                         Szkoła wydziałowa Żeńska im. Franciszka Józefa.

Strona 124

122          Rozdział III - Rodzina

              Podróżni kierujący się ze stacji kolejowej w stronę rynku, szli aleją i koło szkoły skrę-
      cali w prawo na planty, a potem schodkami udawali się na wzgórze rynkowe. Tą samą drogą
      przemieszczali się zdążający na msze do kościoła parafialnego. Na obrazie Józefa Tondosa
      ulica Długa robi takie wrażenie jakby na niej kończyła się zabudowa tej części miasta. Jest
      tam widoczne górujące nad innymi pomniejszymi budowlami, zwieńczenie dachu naszego
      Sokoła. Tędy mogło maszerować wojsko z koszar Chocimskich na błonia lub na strzelni-
      cę pod Kopcem. Z własnych przeżyć, pół wieku później, wracają obrazy objuczonych żela-
      stwem piechurów wlokących się po ćwiczeniach, wycieńczonych, czerwonych i spoconych,
      kompania za kompanią.
              Żeńska Szkoła Wydziałowa była na owe czasy nowoczesna, obszerna z szerokimi
      korytarzami i schodami, z wielkimi oknami, z okazałym portalem. Przykuwała wzrok prze-
      chodniów, którzy idąc aleją musieli przed nią przedefilować, od strony lewej, lub prawej,
      w zależności od tego czy chcieli iść w stronę Lwowskiej czy plant.
              Pół wieku później szkoła ta stała się również naszą szkołą podstawową i jest nią do
      tej pory. Po nieznacznej rozbudowie, w czasach socjalistycznych, przyjęła kolejne, pokole-
      nia uczniów. Kto z nas zdawał sobie wówczas sprawę w jak szacownych murach się uczymy,
      podejrzewam, że nikt. Gdy ją oddano do użytku, rozpoczął się wiek XX. Obiekt był nowo-
      czesny, a uczący się tu mogli się czuć wybrańcami losu. Dość powiedzieć, że warunki po-
      równywalne miało w mieście jedynie gimnazjum, a szkoły powszechne mieściły się kątem
      w magistracie i byłych barakach wojskowych, gdzie w ciżbie, kurzu, zaduchu i ciasnocie,
      uczyli się najmłodsi, na zmianę ranną i popołudniową.
             Kronika 7 kl. Szkoły Męskiej w Wadowicach – Archiwum SP nr 1 w Wadowicach
             1914 r.
              „Dnia 1 sierpnia 1914 r. wybuchła wojna światowa i trwała do r. 1918. Ponieważ bu-
      dynek szkoły żeńskiej zajęty został przez wojsko, uczennice pobierały naukę przed połu-
      dniem w tut. szkole, zaś nasi uczniowie w zmniejszonej liczbie godzin uczyli się po połu-
      dniu. Jak wszędzie tak i na tutejszej szkole wojna wywarła fatalne skutki. Brak dostatecznej
      żywności, brak książek i przyborów szkolnych, uniemożliwiał nauczycielstwu normalną
      pracę, co niewątpliwie odbiło się tak na fizycznem, jak i moralnem zdrowiu młodzieży.”
               Fragmenty kroniki szkoły żeńskiej w Wadowicach 1914/15
               Str. 46.
               „Mobilizacja rozpoczęta z końcem lipca wypłoszyła nas z wakacyjnych wywczasów.
      Powróciliśmy na swój posterunek (mowa o nauczycielkach, a słowa te pisze dyrektorka
      szkoły – (przyp. autora – Z.B.) z obawą co jutro przyniesie. Już 1/8 zajął 56pp i tylko z pro-
      gu sal zasłanych słomą sprawdziłam, że szafy pozamykane, a sprzęty i inne ulokowane
      są w piwnicach. Dopiero po odejściu wojska 22/8 brodząc w słomie mogłam zająć się
      zabezpieczeniem środków naukowych i biblioteki. Pozamykałam wszystko w szafach,
      w gabinetach, a szafy kazałam pozabijać jeszcze gwoździami i zaopatrzyć w listwy blasza-
      ne. Najważniejsze akta i księgi zabrałam do mieszkania. Już 28/8 pomieszczono w szkole
      szpital 56pp. i ten zajął bezprawnie oba gabinety, usuwając szafy do korytarza. Na protest
      mój przeciw temu zapewnił mnie komendant, że w korytarzu zupełnie bezpieczne jest
      przechowanie wobec ścisłego nadzoru. – Z powodu posuwającej się ku zachodowi inwazji
      28/9 szpital wadowicki 56pp ustąpił miejsca rzeszowskiemu, gdzie nie miałam już wstępu.
      W miarę posuwania się inwazji zmieniały się co chwilę szpitale. Poniższa tabelka daje ob-
      raz ile razy przechodził budynek z rąk do rąk.
        1914. 1. 1/8 – 12/8 56pp – I „Marschbatalion”
              2. 28/8 – 28/9 – szpital wadowicki 56pp
              3. 28/9 – 8/10 – szpital rzeszowski
              4. 8/10 – 10/10 – szpital łańcucki

Strona 125

Rozdział III - Rodzina                          123
        5. 10/10 – 20/10 – szpital jarosławski
        6. 23/10 – 29/11 – szpital wadowicki
        7. 29/11 – 8/12 – poczta polowa i wojska kolejowe
        8. 8/12 – 12/12 – szpital polowy
        9. 23/12 – 19/6 1915 – szpital rzeszowski
       10. 19/6 – 15/9 1915 – szpital wadowicki
       11. 25/12 – 24/10 1918 – wojsko 20pp (pułk ruski)
         Nikt inwentarza nie oddawał, ani nie odbierał. Szafy brano na użytek szpitali, a inne
poodbijano. Pielęgniarki pozabierały książki z biblioteki, sanitariusze powybijali szyby
z szaf szkolnych, zabrali z nich wszystkie naczynia ze szkła jak retorty, kolby, próbówki,
naczynia objętościowe, lejki, rurki itp./ Skradli lunetę ziemską, rtęć, soczewkę wypukłą
i popsuli niektóre przybory fizykalne – zabrano też miednicę, dzbanki, 40 spluwaczek bla-
szanych, emaliowanych i 12 termometrów.
         Ponieważ wszystkie szkolne budynki zajęte były na cele wojskowe, szkoły były
od 1/9 nieczynne. Dopiero po opróżnieniu i odrestaurowaniu budynku szkoły 6 kl. Mę-
skiej i 4 kl. Żeńskiej podjęto w nim naukę. 3/11 1914 w ten sposób, że dziewczęta 2 szkół
żeńskich, pobierały naukę w godzinach rannych, a obie szkoły męskie po południu.
         Zgłosiło się dużo dzieci rodzin ewakuowanych, które od września napływały ze
wschodnich powiatów. – Sytuacja jednak z każdym dniem stawała się groźniejszą. Coraz to
nowe fale ewakuowanych przepływały przez miasto, szerząc popłoch , który wzrastał, gdy
nadciągnęły tabory, a za nimi cofające się formacje wojska. Wreszcie zaczęto zwijać urzędy,
a ludność tłumnie wyjeżdżała, spadła frekwencja dzieci do minimum. Gdy już wiele urzę-
dów opuściło miasto, a przybyłe wojsko zajęło budynek szkolny 11/11 z rana rozpuszczono
dzieci na czas nieograniczony. Stało się to tak szybko, że dzieci jeszcze nie zdążyły z sal po-
wychodzić, a wojsko już wynosiło ławki.(…)”




                        Relacja wojenna w krakowskim „Kurierze Codziennym” (17.11.1914), źródło http:mbc.malopolska.pl

Strona 126

124            Rozdział III - Rodzina

              Późną jesienią 1914 roku stało się jasne, że Kraków jest realnie zagrożony atakiem
      zbliżających się wojsk rosyjskich. Miasto ze swoim systemem fortyfikacji uznane zostało za
      twierdzę, co pociągnęło za sobą konsekwencje w postaci konieczności ewakuacji ludności
      cywilnej. Pojawiły się w prasie stanowcze komunikaty, że mieszkańcy, którzy nie zgroma-
      dzą żywności na trzy miesiące, muszą się ewakuować. Codziennie powtarzano w gazecie
      ostrzeżenia, ze w Krakowie pozostawać nie wolno. Zorganizowano pociągi ewakuacyjne,
      podawano ich rozkład jazdy, informowano co czeka opornych, którzy zwlekają z wyjazdem.
      W miarę zbliżania się Rosjan do miasta akcja ewakuacyjna przybierała na sile.
              Doniesienia prasowe nie szczędziły też czytelnikom opisów trudności zaopatrzenio-
      wych w artykuły spożywcze, alarmujących wieści o drożyźnie w sklepach i na targowiskach,
      o brakach mleka, mąki i chleba.
              W jakim stanie ducha mogli być wówczas Wojtyłowie? Doznawali zapewne go-
      rączki na myśl o życiu w piastowskiej stolicy. Tam przecież została cała rodzina Emilii. Bez
      odpowiedzi zostaną pytania, czy Kaczorowscy musieli się ewakuować, czy może wyjecha-
      li do rodziny w Białej, co w części chociaż oddalało niebezpieczeństwo. A może pozostali
      w Krakowie bo ich zawody przydatne były przy obsłudze wojska, a przy tym lepiej można
      było doglądać dobytku na miejscu, niż zostawić mieszkania i warsztaty rzemieślnicze na
      pastwę losu. Tak czy tak Wojtyłowie niepokoili się o bliskich, a przy tym sami też nie czuli się
      w pełni bezpieczni. Nadciągająca nawała rosyjska niosła zagrożenie całej Galicji, o czym Ka-
      rol Wojtyła pracujący w wojskowości doskonale wiedział. Orientował się widząc transporty
      rannych i uchodźców, słyszał relacje żołnierzy wycofywanych na tyły, a jeśli nawet nie z tych
      źródeł to z prasy czerpał poglądy o aktualnej sytuacji na froncie galicyjskim.
              Niebawem, z początkiem listopada doszły do koszar pogłoski o rychłej ewa-
      kuacji wojska z Wadowic. Napływały też wiadomości o losie uchodźców. W „IKC-u” po-
      jawiały się relacje z miejsc pobytu krakowian w Czechach, na Morawach, w Wiedniu, któ-
      re nie zawsze były pokrzepiające. Uchodźcy nie byli u siebie, byli na cudzym garnuszku,
      mieszkali kątem lub stłoczeni w barakach, zwłaszcza dotyczyło to warstw uboższych.
      Istotą ówczesnej komunikacji czyli przemieszczania się wojska, jeńców, rannych, uchodź-
      ców i transportów ze sprzętem i zaopatrzeniem były połączenia kolejowe. W taki też sposób
      ewakuowano 19 listopada 1914 roku batalion uzupełniający 56pp z Wadowic na Morawy.
              Rodzina Wojtyłów znalazła się w garnizonie w Hranicach, gdzie Karol wykonywał
      obowiązki służbowe, Edmund chodził do szkoły, a Emilia dbała o dom. Miasteczko garni-
      zonowe przypominało nieco Wadowice. Przepełnione, uchodźcami, rannymi i umierający-
      mi, młodymi żołnierzami. Tu Wojtyłowie zetknęli się bezpośrednio z okropnościami wojny.




      Baraki szpitalne w Hranicach (Mährisch Weisskirchen)

Strona 127

Rozdział III - Rodzina                         125




                                                  Hranice (Mährisch Weisskirchen) na Morawach widok ogólny.

Ze śmiercią, wygnaniem, niedostatkiem, z zarazą tyfusu, która zagrażała również im, gdyż
przebywali w złych warunkach, w zbiorowościach, narażeni na przypadkowe kontakty tak
w pracy jak i w szkole.
        Edyta Stein, S. Teresa Benedykta od Krzyża OCD przebywała w tym samym cza-
sie co Wojtyłowie w Hranicach. Tyle, że nieco krócej od 7.04.1915 r. do 1.09.1915 r. jako
pielęgniarka, wolontariuszka, zatrudniona w szpitalu wojennym. Przytaczam fragmenty jej
autobiografii, które rzucają promyk światła na otoczenie i warunki w jakich przyszło żyć ewa-
kuowanym.
        „Hranice na Morawach leżą pół drogi, na trasie kolei Oderberg – Wiedeń. Dojazd
z Wrocławia pociągiem pośpiesznym trwałby pięć do sześciu godzin. Znajdowała się tam
duża szkoła kadetów, którą zamieniono obecnie na szpital zakaźny o czterech tysiącach
łóżek dla rannych na froncie karpackim. Szpitale w Czechach i na Morawach były obsługi-
wane przeważnie przez pielęgniarki niemieckie. Przedstawicielka Czerwonego Krzyża (…)
zapoznała mnie z dwiema jeszcze sanitariuszkami pochodzącymi z Saksonii (…) Wręczyła
nam też nasze odznaki (…) W południe byłyśmy na miejscu. Na dworcu wzięłyśmy wóz i po-
jechałyśmy do szpitala, leżącego dość daleko za miastem. Hranice na Morawach były miłym
miasteczkiem. Na rynku kamienne arkady, jak zwykle w starych miastach Śląska i Czech.
Pod filarami towary na stołach wysuniętych ze stojących z tyłu lad. Nasz wóz zatrzymał
się przed bramą jakiegoś obszernego budynku. Przy szosie rozciągały się trzy olbrzymie
zabudowania bezpośrednio do siebie przylegające, tak rozległe, że aby je obejść z frontu,
potrzeba było dziesięciu minut. W czasie pokoju mieściła się tu szkoła kadetów kawalerii,
do której należały budynki oficerskie i wyższa szkoła realna. Na pomoc ludności miasteczka
nie można było liczyć; jako całkowicie czeskie odnosiło się do Niemiec z wrogością. Gdyśmy
kogoś na ulicy pytały o drogę, nie otrzymywałyśmy odpowiedzi. Szpital obsługiwany przez
niemieckie siostry nie cieszył się darami od miejscowych mieszkańców. Byłyśmy zdane tylko
na to, co nam przysłano z ojczyzny. Podczas, gdy myśmy pielęgnowały rannych Hraniczan,

Strona 128

126   Rozdział III - Rodzina




                           Karol Wojtyła (senior) nad Skawą (po lewej stronie).



                               UNIKALNE DOKUMENTY

Strona 129

Rozdział III - Rodzina      127
                       UNIKALNE DOKUMENTY




Strona katalogu to jedyny dokument, z którego dowiadujemy się, że Wojtyłowie zamieszkali
                          w Wadowicach przy ul. Lwowskiej 257.

Strona 130

128   Rozdział III - Rodzina

                               UNIKALNE DOKUMENTY

Strona 131

Rozdział III - Rodzina         129
                         UNIKALNE DOKUMENTY




Adnotacja o ewakuacji rodziny Wojtyłów do Hranic (Mährisch Weisskirchen), to jedyna wiadomość,
                             że rodzina przesiedliła się na Morawy.

Strona 132

130            Rozdział III - Rodzina

      ich wystrojone dziewczęta słuchały koncertu na promenadzie uzdrowiska. W naszym szpi-
      talu reprezentowane były wszystkie narody monarchii austro-węgierskiej: Niemcy, Czesi,
      Słowacy, Słoweńcy, Polacy, Rusini, Węgrzy, Rumuni, Włosi. Zdarzali się nawet Cyganie, cza-
      sem jeszcze Rosjanie i Turcy.
              Mała sala operacyjna mieściła się w szkole kadetów kawalerii, dlatego nazywano
      nas kawalerzystami. Cięższe przypadki umieszczano na pierwszym oddziale chirurgicz-
      nym, w budynku oficerskim. Tam też znajdowała się wielka sala operacyjna, gdzie codzien-
      nie lub według potrzeby robiono opatrunki.
              Niedługo po dużym transporcie znów zgłoszono nowy. Nie pochodził już z Karpat
      lecz z okolic Warszawy, gdyż był to czas pochodu przez Polskę. Ranni przybywali z Polski,
      od dziesięciu dni byli w drodze, często z pierwszym jeszcze opatrunkiem jakim doraźnie
      zaopatrzono im ranę.
              (…) Sama wkrótce przestałam sypiać. Siedziałam bezsennie na wysokim łóżku
      i patrzyłam przez duże okno pokoju na Beczwę i grzbiety wzgórz, u których końca leżał
      Helfenstein (Edyta Stein dostała urlop i nie wróciła już do Hranic – dopisek autora). (…)
      W październiku wpadła do mnie Zuza (…) z wiadomością, ,że szpital ten zlikwidowano.
      Od czasu, gdy z Galicji wyparto Rosjan, Hranice przestały być okręgiem etapowym i szkoła
      kadetów mogła znów spełniać swój pierwotny cel.”7
              Gdy jednak czyta się doniesienia z życia w oblężonym Krakowie ze wszystkim moż-
      na się pogodzić. W mieście są problemy z zaopatrzeniem w żywność i w węgiel. Mieszkania
      mają być zajęte przez wojsko, kolej ma kursować tylko w obrębie twierdzy. IKC zmniejszył
      swoją objętość do 4 stron, powołano komisaryczny zarząd miasta w miejsce rady. Komisa-
      rzem został prof. Julian Nowak. Sprowadzono do miasta stado krów, by zaspokoić potrzeby
      szpitali, dzieci i osób w podeszłym wieku.
              Gazeta publikuje przeważnie informacje związane z wojną. Codziennie napły-
      wają nowe meldunki o sytuacji na froncie. Najbliższe czytelnikom, są doniesienia z walk
      w okolicach Krakowa, a w dalszej kolejności o sytuacji w Karpatach, w Królestwie, a także na
      innych frontach europejskich. Dziennik snuje rozważania o strategicznym położeniu i zna-




      Widokówka z Hranic (Mährisch Weisskirchen)

       7 - Edyta Stein: Światłość w ciemności, Wydawnictwo OO. Karmelitów Bosych, Kraków 1977, s. 157-172

Strona 133

Rozdział III - Rodzina          131
czeniu twierdzy krakowskiej. Zamyka ona dostęp do Galicji Zachodniej, Śląska i Moraw. Tu
zbiegają się gościńce umożliwiające wrogowi dalsze posuwanie się. Naturalną przeszkodą
wymagającą sforsowania jest rzeka Wisła, która jest oparciem dla obrońców. Kraków jest
też węzłem linii kolejowych wychodzących w różnych kierunkach umożliwiających zaopa-
trzenie, transport wojska, sprzętu i towarów.
         Nie wiemy w jakich warunkach mieszkali Wojtyłowie w Hranicach. Z informacji
prasowych wynika, że uchodźcy galicyjscy znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji. Dotyczy to
zwłaszcza osób i rodzin niezamożnych, które mieszkały w salach wieloosobowych, często
w barakach, prawie, że w warunkach, które później określano jako obozowe. Wspólne były
jadalnie, umywalnie, świetlice, o ile w ogóle były. Miejscowe władze i ludność czeska, zno-
siły falę uchodźczą, jako uciekinierów ze wschodniej części monarchii habsburskiej. I jedni
i drudzy nie mieli wielkiego wyboru, byli skazani na siebie. Obie strony liczyły, że sytuacja
jest przejściowa i że będzie krótkotrwała.
        Ilustrowany Kurier Codzienny nr 277 z dnia 22 listopada 1914
        Str. 1. Nasi uchodźcy w Czechach.
		(korespondencja „Kuryera Codziennego”)
        Turzany. (Turzany w Czechach), dnia 15 listopada 1914 r.
        Nie będę opisywać szczegółów naszej tułaczej podróży z Krakowa nadmienię tylko,
że należała do cięższych w życiu, głównie ze względu na dzieci narażone na zimno w towa-
rowych wagonach i na brak pożywienia gorącego w przeciągu 3 dni i 3 nocy spędzonych
w drodze.
        Ale gdy się pomyślało, że miliony ludzi innych traci życie swoje, walcząc w boju –
krzyż nasz w porównaniu stawał się lekkim.
        W partyi, z którą przyjechałem, mogło być w przybliżeniu ze 300 osób. Rozdzielono
nas na trzy części i umieszczono jedną w mieście Ślanym – stacyi kolejowej, do której przy-
byliśmy – druga część w Turanach (w 2 zajazdach) i trzecia w pobliskiej Libowicy. Mieszka-
my w dwóch izbach. Większa o 8 oknach, w przybliżeniu szeroka 9 metrów, a 13 metrów
długa, mieści w sobie mniej więcej 70 osób. W drugiej mniejszej o 5 oknach, 4 metry szero-
kiej a 10 metrów długiej – około 30 osób, przeważnie kobiet z małemi dziećmi – mężczyzn
jest około 20.
        Naturalnie, większość składa się z najbiedniejszej klasy ludności robotniczej, rze-
mieślniczej, z rodzin stróżów, wyrobników itp. Ale są i z zawodu kupieckiego i innych.
        Pożywienie dostajemy obfite, a że składa się z prostych potraw, to jest bardzo natu-
ralne wobec niewielkich funduszów jakie państwo mogło przeznaczyć na ten cel. Jadamy
trzy razy na dzień. Śniadanie składa się z herbaty lub kawy z chlebem lub bułkami. Obiad
z zupy z ryżem, ziemniaczanej lub jakiej innej, z kaszy jakiej lub chleba, w niedzielę rosół
ze sztuką mięsa z knedlami lub innemi dodatkami.
        Wreszcie na kolację mamy zupę z chlebem, herbatę, kiszki z chlebem lub coś w tym
rodzaju. Głodnym chyba nikt nie jest. (…) Śpiemy na słomie, względnie na siennikach i po-
duszkach, o ile kto ze sobą przywiózł. Ale są niektórzy, co przyjechali tylko w tem co mieli
na sobie. Ha! Trudno – wojna.
        Osada Turany ma położenie, dosyć malownicze.(…) Bardzo ładny jest tu kościółek,
położony na wzgórzu, otoczony murem, wygląda jak obronny zameczek.(…) Osada ma
stacyę pocztową, a kolejowa stacya najbliżej w mieście Ślanym, odległem o milę. (…)
        Gazeta pisała też o uchodźcach zamożnych, którzy zgrupowali się w Wiedniu. Ci ary-
stokraci wiedli życie zbliżone do poprzedniego, wynajmowali lokale mieszkalne, odwie-
dzali restauracje , kawiarnie, teatry i opery. Wiedeńczycy niezbyt przychylnie odnosili się do
ewakuowanych, mimo, że ci wydawali tu nieraz duże pieniądze.

Strona 134

132            Rozdział III - Rodzina

                                                   rok 1915
             Wojtyłowie byli wraz z wojskiem stacjonującym w Wadowicach, ewakuowani służ-
      bowo, jeśli można tak powiedzieć. Może mieli do swojej dyspozycji samodzielną izbę ale
      na pewno nie czuli się na Morawach komfortowo. Tym bardziej, że z frontu galicyjskiego
      napływały złe wieści. Z początkiem roku 1915 bronił się uporczywie Przemyśl, twierdza oto-
      czona przez Rosjan, bez widoków na odsiecz. Każdego dnia krakowski dziennik przynosił
      informacje o zaciętych walkach o przełęcze karpackie: Łupkowską, Dukielską i Użocką. Wal-
      ki pozycyjne, nie przynosiły żadnych istotnych rozstrzygnięć, a pochłaniały tysiące istnień
      ludzkich zabitych w walkach, zaginionych w lasach, pokonanych przez głód, rany i zarazy.
             22 marca, po wysadzeniu fortów, upada, a raczej kapituluje twierdza przemyska.
      Załoga pokonana głodem, zimnem i brakiem zaopatrzenia idzie do rosyjskiej niewoli.




      Zburzony fort w Przemyślu.

            W gazecie czytamy też o oddziałach legionowych, które przebywają na wy-
      poczynku i uzupełnieniu w Kętach. Brygadier Piłsudski zjawił się w Wadowicach,
      gdzie był przyjmowany przez miejscowe społeczeństwo.
             Po bitwie pod Łowczówkiem I Brygada Legionów została wysłana przez Austria-
      ków na odpoczynek do Kęt. W połowie stycznia 1915 roku Piłsudski ruszył na czele swej
      jednostki w stronę Kęt. Trasa wiodła przez: Gdów, Myślenice, Izdebnik, Wadowice, Chocz-
      nię i Andrychów. I Brygada Legionów Polskich dotarła do Wadowic 23 stycznia 1915
      roku.
             „W sobotę (…) po południu drogą od Kalwaryi nadjechała kawalerya brygady. Po-
      woli wjechali do miasta: poważnie śpiewając pieśni narodowe, wśród okrzyków przechod-
      niów, zdążali na rynek. Tu rozłożyli biwak; czekali na resztę pułku, która miała nadejść zaraz
      po południu. Zbliżali się do nich ludzie. Zaczęły się rozmowy, śmiechy; rozgwar powstał;
      ożyło miasto (…). Po południu wyszliśmy w stronę skąd mieli nadejść legioniści, pragnąc
      ich jak najprędzej powitać. Idą! Staliśmy. Dech w piersiach zamarł, dziwne wzruszenie
      ogarnęło wszystkich. Idzie wojsko polskie! (…)

Strona 135

Rozdział III - Rodzina                 133
       Na szczycie góry okazały się pierwsze szeregi i zaczęły spływać z jej stoków. Na
czele jechał w automobilu Piłsudski, dalej sztab, orkiestra i pułk cały(…). Śliczny widok
przedstawiały te niebieskie szeregi, zstępujące z góry przy dźwiękach piosenki żołnierskiej
(…). Przy dźwiękach muzyki szliśmy do miasta. W miarę zbliżania się doń tłumy rosły.
Wzruszeni doszliśmy w milczeniu do rynku. Tu brygadyer w otoczeniu sztabu odbywał
przegląd (…). Brygadyer podniósł rękę do czapki i pozdrowił. A szeregi szły, jeden za dru-
gim, aż wreszcie przeszedł ostatni i zniknął, a zachwycony tłum milczał. Nagle obecnych
ogarnął entuzjazm, z wszystkich piersi wyrwał się potężny okrzyk: „Niech żyje Piłsudski!
Niech żyje!” A dalekie echo powtórzyło okrzyk stokrotnie.8
         Ilustrowany Kurier Codzienny nr 56 z dnia 10 marca 1915
         Str. 2. Na cześć Brygadyera Piłsudskiego i I pułku Legionów.
         Piszą nam z Wadowic: I przeżyliśmy wielką i podniosłą chwilę. Korzystając z poby-
tu brygadyera Piłsudskiego z I pułkiem Legionów w okolicach Wadowic, zawiązany komi-
tet pań w celu niesienia pomocy Legionom urządził 24 lutego b.r. uroczysty koncert ku
uczczeniu wielkiego i bohaterskiego wodza i jego młodych i dzielnych żołnierzy.
         W wypełnionej po brzegi, pięknie zielenią i barwami narodowymi udekorowanej
sali w wysokiem napięciu patryotycznem oczekująca publiczność gromkimi oklaskami po-
witała brygadyera Piłsudskiego z swym sztabem.
         Imieniem komitetu prezesowa Pani Z. i Pani H. wręczając kwiaty uczciły prze-
mówieniem dostojnego gościa. Poczem nastąpiły produkcye muzyczno-wokalne. Trio
złożone z sił miejscowych, a to pani Hauserowej i panów Maksymowicza i Kalca, wy-
konało w sposób wysoce artystyczny koncert Meandelsonna. Panna Bandrowska swym
nader silnym głosem wykonując z precyzją pieśni Karłowicza i arye Lohengrina wywoła-
ła szczery zachwyt zgromadzonej publiczności. Pani drowa Fischerowa z nadzwyczajną
techniką i brawurą i znakomitem odczuciem odegrała Impromtu Chopina i Wiosnę Sin-
dinga. Akompaniament do śpiewu objął łaskawie p. Gedl.
         Następnie ukazali się artyści krakowscy. – Proste, a przejmujące pieśni żołnierskie
z odczuciem i siłą odśpiewane przez Adama Ludwiga wzruszyły do głębi publiczność,
a „Warszawianka” dopełniła miary; oklaskom nie było końca. Młody skrzypek, prof. Syrek
bardzo pięknie odegrał Nokturn Es-dur Chopina i Humoreskę Dworzaka. Akompaniowa-
ła powyższym utworom panna Olga Chmurkowska. Na zakończenie p. Solska czarowała
i hipnotyzowała wierszem o Janosiku Tetmajera, a po wypowiedzeniu utworu Poe’go
„Dzwony” publiczność jakby zasłuchana w ich ostatnie dźwięki po długiej chwili obudzi-
ła się z ekstazy, by wybuchnąć niemilknącemi brawami.
         Po koncercie odbyła się wieczornica na 100 osób w salach kasyna. – Wygłoszono
kilka mów zawierających piękne myśli i idee – a to pani R… imieniem komitetu pań, głę-
boko pomyślanej nauczyciela Boruckiego, rejenta Hahna imieniem kasyna urzędniczego,
Dr. Opydy imieniem miasta, pana Łubieńskiego w ręce pani Piłsudskiej, pana Hommego
i pani Solskiej w imieniu dzieci, poprzedziły przemówienie samego Brygadyera. Streszcza-
jąc rolę polskiego żołnierza tułacza w historyi, w jego trudnych warunkach bytu, apelował
do społeczeństwa, a szczególnie do kobiet polskich, by niosły pomoc czynną polskiemu
legioniście, by nie roztkliwiały się nad jego żołnierską dolą i nad wartością krwi, która pły-
nąć musi, by stała się cementem do wielkiej budowy; bo jego żołnierz idzie w bój jak do
tańca, ale by ten żołnierz czuł oparcie w żywym społeczeństwie polskim. A gdy dziarscy
oficerowie brygadyera nie mową, ale wesołą piosenką by ich kochany komendant „wiódł
na Moskali bo ich ręka pali” wznieśli zdrowie swego ubóstwianego wodza, uniesienie gra-


 8 - „Idziemy w bój” pod redakcją naukową Konrada Meusa. Andrzej Małysa: I Brygada Legionów Polskich
     w Wadowicach (styczeń 1915 r.); relacja ucznia VII klasy Gimnazjum w Wadowicach Henryka Kappela,
     s. 73-75. Stowarzyszenie Absolwentów Liceum Ogólnokształcącego im. Marcina Wadowity w Wadowi-
     cach, listopad 2018, Wadowice

Strona 136

134            Rozdział III - Rodzina

      nic nie miało, a cały wieczór pamiętnym i niezapomnianym dźwiękiem wyryje się głęboko
      w sercach wzruszonych uczestników.
              Dochód z koncertu wynosi zwyż 1000 korom. Kwota ta przeznaczona na bieli-
      znę dla Legionów, którą sekcja bieliźniarska w krótkim czasie sporządzi. – Równocześnie
      uchwalono szereg odczytów na rzecz Legionów, a te przyniosą przypuszczalnie skromne
      lecz stałe dochody.
              Miejscowe koło pań podzielone na siedem sekcji, w których uczestniczki prześci-
      gają się w gorliwości dla sprawy, pracuje w porozumieniu z tutejszym komisarzem N.K.N.
      (Naczelny Komitet Narodowy) p. Wawrzyńcem Łazarskim, który swym taktem i niezwykłą
      energią przyczynia się do wspólnej akcyi i intensywności w pracy narodowej.
              Akcyę powyższą popiera gorąco Powiatowy Komitet Narodowy w Wadowicach
      pod przewodnictwem znanego z pracy obywatelskiej JWP. Hr. Bobrowskiego z Andrycho-
      wa przez udzielenie kołu Pań wydatniejszych zasiłków pieniężnych.




      Przełamanie frontu pod Gorlicami w maju 1915 r.

              Decydujący moment opisywany przez ówczesną prasę to początek operacji prze-
      łamania frontu pod Gorlicami. Zwrot ten nastąpił 2 maja 1915 r. „IKC” z dnia 5 maja pisze:
      „Dzień 2-go maja jak świadczą zwycięskie komunikaty sztabu austriackiego i niemieckie-
      go, donoszące o przełamaniu całego frontu rosyjskiego w Galicji zachodniej, prawie od
      granicy węgierskiej aż do punktu, gdzie Dunajec wpada do Wisły, niewątpliwie jest punk-
      tem zwrotnym w sytuacji wojennej na całym wschodnim froncie bojowym”.
              Na czele austro-węgierskiej armii stanął August von Mackensen. Unowocze-
      śniono i skutecznie wykorzystano zwiad lotniczy i nasłuch radiowy. Zwiększono siłę ognia
      poprzez rozbudowę artylerii i zwiększenie liczby karabinów maszynowych. Starych żoł-
      nierzy i dowódców mieszano z nowopowołanymi, aby ich siła bojowa nie traciła nic na
      wartości z racji małego doświadczenia. Wojsko dysponowało wystarczającą ilością amu-
      nicji, doskonałymi mapami, mobilnymi środkami lokomocji (lekkie ciężarówki i chłopskie
      furmanki) i doskonale zorganizowanym transportem kolejowym.
              Niemiecki walec ofensywy szybko posuwał się naprzód. Krakowska gazeta donosi
      w entuzjastycznym tonie: 7 V 1915 – Tarnów jest już wolny, 10 V 1915 dalszy zwycięski
      pochód sprzymierzonych ku Sanowi. W dalszych dniach maja wyzwolony zostaje Rze-
      szów, potem Mielec, a 3 czerwca wolny jest Przemyśl. 22 VI 1915 od Moskali zostaje

Strona 137

Rozdział III - Rodzina         135
oswobodzona galicyjska stolica Lwów. Dziennik z datą 7 VIII 1915 informuje o obsa-
dzeniu Warszawy, po stu latach zaborów. Kurier poświęca temu wydarzeniu wiele miejsca
w kolejnych wydaniach. Pisze się o różnych aspektach wyzwolenia stolicy Polski w nastroju
uniesienia patriotycznego rozentuzjazmowanych mieszkańców. Lektura prasy z tamtego
okresu przenosi nas w atmosferę zachłyśnięcia się mieszkańców błyskawiczną ofensywą.
W ciągu czterech miesięcy Rosjanie zmuszeni byli wycofać się na wschód ponad 500 kilo-
metrów. Jeśli zestawimy ten fakt z długotrwałymi walkami w Karpatach, z heroiczną obroną
twierdzy przemyskiej, kiedy front tkwił nieprzerwanie, miesiącami, prawie w tym samym
miejscu, wtedy można zrozumieć entuzjazm zwycięzców.
        Ilustrowany Kurier Codzienny nr 151 z dnia 21 czerwca 1915
        Str. 2. – Najwyższe uznanie dla polskich pułków.
        „Jak się autentycznie dowiadujemy, raczył Jego Ces. i Król. Apostolska Mość przyjąć
do Najwyższej wiadomości, ze szczególnem zadowoleniem przedłożone mu wiernopod-
dańcze sprawozdania o bardzo wybitnych czynach bohaterskich pułków piechoty Nr. 56,
rekrutującego się z okręgu Wadowickiego, Nr. 57 z Tarnowskiego i Nr. 100 z Cieszyńskiego,
w czasie ofensywy majowej.
        Najwyższe uznanie cesarskie dla wymienionych powyżej pułków, składających się
prawie wyłącznie z Polaków, zaszczytne wyszczególnienie polskiej brawury i dzielności
przez sędziwego monarchę, wywołać musi w całym kraju odruch szczerej radości, specyal-
nie zaś w Krakowie i okolicach, które dostarczyły głównego kontyngentu tych walecznych
żołnierzy.
        Uznanie to tem milsze, iż w wojnie obecnej ze strony pewnej części prasy – spoty-
kaliśmy się z systematycznem pomijaniem zasług naszych żołnierzy i obniżaniem ich war-
tości. Z tego też powodu zachowa społeczeństwo nasze słowa cesarskie we wdzięcznej
pamięci.”
        Euforia musiała udzielać się także uchodźcom. Zastój i przygnębienie ustąpiły miej-
sca optymizmowi i nadziei na powrót w rodzinne strony. Skoro Moskale zostali tak szybko
odrzuceni z Galicji, to chyba nie będą w stanie się podnieść. Ofensywa Mackensena, per-
fekcyjnie przygotowana zmieniła całkowicie sytuację, pozwoliła tysiącom ewakuowanych
mieszkańców Galicji na powrót do swoich stałych siedzib. Odzyskane tereny były wpraw-
dzie potwornie zniszczone, ale były równocześnie ojczyzną, która wymagała odbudowy,
nowego zagospodarowania, obsiania pól, aby powoli zabliźniały się wojenne rany.
       Fragmenty kroniki szkoły żeńskiej w Wadowicach.
       „(…) Po klęsce Rosjan pod Limanową, gdy sytuacja stawała się coraz pewniejsza,
wróciłyśmy na swój posterunek 11/3 1915, lecz podwoje szkoły były jeszcze dla nas za-
mknięte, bo rezydowało w niej wojsko. Dopiero po jego odejściu i odrestaurowaniu bu-
dynku szk. przy magistracie podjęto naukę w dniu 26/4 1915. Po przerwie od 1/9 do 4/11
następnie 11/11 1914 do 25/4 1915, a więc przeszło 7½ miesiąca, nie licząc już 2 miesięcy
wakacji, stwierdzono, że dziatwa zapomniała bardzo dużo materiału naukowego za rok
1913/14, stąd powstała wielka troska o stratę roku dla dzieci (…). Praca szła bardzo trudno,
bo ze względu na brak sal w odpowiedniej ilości, nauka odbywała się w skróconym wy-
miarze godzin (…). W czasie przerwy wakacyjnej miało nauczycielstwo zająć się dziećmi
pozbawionymi zajęcia i odpowiedniej opieki „domowej”
       Radosne dla nas zdarzenia jak odzyskanie Przemyśla. Lwowa, Dęblina i Warszawy,
obchodzono w szkole uroczyście”.
        Wojtyłowie z końcem sierpnia 1915 roku wrócili do Wadowic. Hranice położo-
ne na granicy Czech i Moraw, miały dogodne połączenie kolejowe z Wadowicami. Nawet
w warunkach wojennych, gdy przeciągały się postoje na stacjach, gdy szwankowały wszel-
kie połączenia, możliwy był powrót z Moraw do Wadowic, w ciągu jednego dnia. Znaleźli
się ponownie w mieszkaniu na ulicy Lwowskiej. We wrześniu Mundek wrócił do szkoły, do
klasy IV.

Strona 138

136            Rozdział III - Rodzina




      Karol Wojtyła, urzędnik wojskowy przy PKU w Wadowicach.
              Pojawia się pytanie jakie były dalsze losy rodziny Wojtyłów, gdy minęło już zagroże-
      nie ze strony wojsk rosyjskich. Trudno ustalić precyzyjnie fakty.
             Z artykułu krakowskiego dziennikarza Andrzeja Bogunii-Paczyńskiego i komentarza
      Jerzego Osieckiego wynika, że Batalion Zapasowy 56pp, po powrocie z ewakuacji na
      Morawy, ulokowany został w Kielcach.9 Od połowy roku 1915 obszar Królestwa Polskie-
      go podzielony był na dwie strefy okupacyjne: niemiecką i austriacką. I wtedy właśnie Karol
      Wojtyła w składzie swojej formacji znalazł się w Kielcach. Nie wiadomo jak długo tu przeby-
      wał, czy pobyt był stały czy tylko czasowy.

       9 - Jerzy Osiecki: Kielecki epizod podoficera rachunkowo-kontrolnego Karola Wojtyły. „Świętokrzyskie” 2012
           nr 7 (11)

Strona 139

Rozdział III - Rodzina             137
       Mój osobisty pogląd na temat losów wojennych Wojtyłów jest następujący. Sier-
żant Karol Wojtyła zostaje przerzucony z końcem sierpnia 1915 roku, wraz z Bata-
lionem Zapasowym 56pp. z Hranic do Kielc. 1 września 1915 roku otrzymuje awans
oficerski. Jako oficer, urzędnik wojskowy stacjonuje jakiś czas w Kielcach, wykonując po-
wierzone mu obowiązki zapewne o charakterze gospodarczo-administracyjnym . Jak sam
pisze w wykazach i spisach przesyłanych do jednostki nadrzędnej z początkiem roku
1919 „jest obeznany w sprawach wojskowej rachunkowości”. Będąc czasowo w Kielcach
wykonywał przydzielone mu zadania kwatermistrzowskie i urzędnicze, bo nie mogły być
one związane z obowiązkami poborowymi. Te zadania ściśle wiązały się z terenem powia-
tu wadowickiego.
       Sądzę, że niedługo wrócił do Wadowic by pełnić funkcję urzędnika komen-
dy uzupełnień. W dokumencie zatytułowanym: „Wojenna Księga ewidencyjna dla
oficerów PKU w Wadowicach” (archiwum Bielsko-Biała) jest zapis przy jego nazwisku:
„przebywał przez czas wojny ze względów służbowych przy P.K.U. wspóln. Wojska
w Wadowicach.” Również w późniejszych wykazach osobowych (początkowe miesiące
1919 roku) powtarzają się sformułowania: wojskowy urzędnik ewidencyjny przy P.K.U.
w Wadowicach, prowadził blisko 6 lat sprawy przy P.K.U. w Wadowicach etc.
       Te określenia mówią jasno, że od połowy roku 1913 do końca roku 1918 sier-
żant, a potem podporucznik Wojtyła przyporządkowany był do wadowickiej komen-
dy uzupełnień i zajmował się pozyskiwaniem rekruta.
      By zbliżyć się do prawdy historycznej trzeba jeszcze odnieść się do funkcjonowa-
nia komendy uzupełnień w warunkach wojennych. Nawiązanie do tej sprawy znajduje-
my w sprawozdaniu gimnazjalnym za rok szkolny 1915/16.
        Czytamy w nim: „Z początkiem roku szkolnego 1915/16, który był drugim rokiem
wielkiej, europejskiej wojny, znalazł się zakład poraz wtóry w bardzo trudnem położeniu.
W gmachu głównym mieścił się w dalszym ciągu szpital wojskowy, skromny zaś budy-
nek filialny, mający zaledwie sześć sal szkolnych, nie mógł żadną miarą pomieścić uczniów,
którzy w liczbie 462 (…) zapisali się do gimnazjum.
       Mimo niekorzystnych warunków (…) nauka trwała bez przerwy przez całe dziesięć
miesięcy i odbywała się normalnie.
       Niestety stałą, niepokojącą, tygodniami trwającą i przez cały rok szkolny po-
wtarzającą się przeszkodą w nauce, o której trudno nie wspomnieć, był pobór woj-
ska. Który się odbywał w budynku filii, po stronie lewej na dole, wprost naprzeciw sal
szkolnych.
       Bywały całe dnie i całe tygodnie, w których uczniowie musieli walczyć o dostęp do
izb szkolnych, korytarz parterowy roił się od poborowych, a z podwórza gimnazjalnego
dolatywały do uszu młodzieży gwarne echa rozmów niecierpliwego tłumu. Stały nadzór
policyjny nie zawsze bywał dość energiczny, a nierzadko interwencja szkoły nie na długo
zwykle bywała skuteczną. Przyczyną tego miał być zupełny brak odpowiedniego lokalu
gdzieindziej, czemu czynniki kompetentne rzekomo zgoła zaradzić nie mogły.”10
         Uprawniony jest wniosek, że w lokalach poborowych wykonywał swoje obo-
wiązki podporucznik Wojtyła. Kamienica, o której mowa znajdowała się przy ulicy Lwow-
skiej i należała do Alfreda Iwańskiego (w załączeniu współczesna fotografia). Wynika z tego,
że senior Wojtyła pracował w pobliżu zajmowanego mieszkania. Gwoli ścisłości należy do-
dać, że oddziaływanie obu grup zajmujących gmach, na siebie mogło prowadzić do uciąż-

 10 - SDG W za r. szk. 1915/16. Wadowice 1916, s. 3,4

Strona 140

138          Rozdział III - Rodzina

      liwości. Tak poborowi jak i urzędnicy wojskowi, zmagali się z hałasem i gwarem młodzieży
      podczas przerw między lekcjami. Ciasnota, zamieszanie – to zjawiska, których doświadcza-
      ły obie strony. Opisywana sytuacja miała miejsce prawdopodobnie od jesieni 1914 roku
      do połowy 1917 roku. Ze sprawozdań wynika, ze gimnazjum odzyskało budynek główny
      w 1917 roku.
             Nie znamy szczegółowego zakresu obowiązków urzędnika ewidencyjnego, pod-
      porucznika Karola Wojtyły. Niektóre zadania związane były z pracą w terenie (powiat wa-
      dowicki), inne ze współpracą z organami administracji. Skąpa dokumentacja mówi tylko
      o przyporządkowaniu go do P.K.U. w Wadowicach.
             O swojej przejściowej sytuacji służbowej (ewakuacja do Hranic, pobyt w Kielcach)
      senior Wojtyła nie wspominał nawet w ankietach personalnych, traktując ją jako epizody
      wojenne, bez wpływu na przebieg jego zawodowej kariery.
             Raporty, na które się powołuję (częściowo reprodukowane w tej publikacji rozwie-
      wają też ostatecznie mity o walkach w czasie I wojny światowej. Oficer Karol Wojtyła
      własnoręcznie pisze w rubryce: udział w bitwach i wybitne czyny „–”
             Reasumując, można stwierdzić, że Emilia i Karol Wojtyłowie spędzili I wojnę świa-
      tową w Wadowicach, za wyjątkiem krótkich okresów ewakuacji i czasowych pobytów
      w Kielcach. W oparciu o aktualnie dostępną dokumentację nie da się tego ściśle ustalić.
      Były chwile rozłąki małżonków, co jednak nie zmienia faktu, że Emilia zaszła w ciążę jesienią
      1915 roku, by w lipcu 1916 urodzić córeczkę w Białej, która zaraz zmarła.
              Zapiski kronikarskie szkolne i klasztorne11 przynoszą za rok 1914 i 1915 tra-
      giczny obraz wydarzeń wojennych. Zwłaszcza do momentu przełomu pod Gorlicami.
      Budynki szkolne i część klasztornych zostały zajęte przez wojsko, które urządziło w nich
      szpitale. Gdy sytuacja się odwróciła na korzyść państw centralnych do miasta zaczę-
      li masowo napływać jeńcy. Lokowano ich najpierw w namiotach, na zachód od szpitala
      wojskowego, za torem kolejowym. Drugi obóz jeniecki zlokalizowano w Kleczy. Bywało,
      że kilka lub nawet kilkanaście pociągów dziennie przywoziło pobitych Rosjan. W efekcie
      kilkutysięczne Wadowice stały się przystankiem dla kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu ty-
      sięcy jeńców. Wśród nich byli ranni, chorzy, niedożywieni, tak że tygodniowo umierało na-
      wet około 200 żołnierzy, których chowano na cmentarzu, nad stawami. Jesienią 1915 jeń-
      cy pobudowali prowizoryczne baraki, które zastąpiły zgrupowanie namiotów. Kronikarz
      w klasztorze karmelitów odnotowuje braki żywnościowe i drożyznę, a także ciągłe
      zmiany szpitali w zajętych zakonnikom pomieszczeniach.
              Dyrektorka szkoły żeńskiej (wydziałowej) Rozalia Szewczykówna, po kilku la-
      tach od tych wydarzeń, podsumowuje w kronice czasy wojenne i organizację miejskiej
      edukacji.
              Zanim zacytuję obszerny fragment chciałbym zaakcentować sytuację jedynego
      syna Wojtyłów Edmunda. Otóż, wymieniony uczył się w r. szk. 1914/15 w klasie III, szkoły
      powszechnej im. Jachowicza (4 klasowa). Tylko w II klasie był blisko domu, w powojskowym
      baraku, gdzie zaliczył tę klasę w r.szk. 1913/14. Wojna wybuchła w czasie wakacji 1914r. i za-
      raz budynek szkolny zajęło wojsko, a dzieci pobierały naukę w budynku magistrackim, któ-
      ry mieścił się na wadowickim rynku. Chłopak miał dalej do szkoły, a ponadto całkiem moż-
      liwe, że miał lekcje w godzinach popołudniowych. Odnotowuję ten fakt tylko ze względu
      na wierność przekazu historycznego, Niedługo tam chodził bo w połowie listopada 1914
      r. został wraz z rodzicami ewakuowany na Morawy. Gdy wrócił w sierpniu 1915 r. był już
      czwartoklasistą. Jeszcze rok nauki czekał go w trudnych warunkach, a jakie one były mówi
      nam kronikarski zapis, cytowany poniżej.

       11 - Czesław Gil OCD: Wadowice w zapiskach klasztornych kronikarzy. 1882 – 1945, Wadowickie Centrum
            Kultury, 2002

Strona 141

Rozdział III - Rodzina                          139




                          Karta identyfikacyjna Emilii Wojtyłowej.




                               Emilia Wojtyłowa około 1915 roku.




Edmund Wojtyła, pamiątka I Komunii Świętej.
(foto: Josef Gach, Wadowice)

Strona 142

140          Rozdział III - Rodzina

               „(…) Gdy 1/8 1914 zajęło wojsko budynek tutejszej szkoły i szkoły 4-klasowej
      męskiej im. Jachowicza, obie szkoły pomieszczono w budynku magistrackim, gdzie
      jest stale, szkoła 6 klasowa męska i 4-klasowa żeńska im. Królowej Jadwigi.12
               W budynku tym prócz szkół mieszczą się na parterze: sklep kółka rolniczego, ze
      składami nafty w piwnicy, a starych pak i śmieci w sieni, policja, strażnica pożarna, maga-
      zyny miejskie, areszt miejski, a w podwórzu miejsca ustępowe dla publiczności, koło któ-
      rych muszą dzieci przechodzić. Wszędzie prowadzi jedna brama. Dostęp do sal szkolnych
      tj. schody i korytarze ciemne.
               Sal szkolnych jest 13, z których jedna przeznaczona na naukę religii mojżeszowej.
      W tych 13 salach mieściły się cztery szkoły z 26 klasami, a wieczór od 6 do 8 godziny po-
      bierali w nich jeszcze naukę terminatorzy, w szkole przemysłowej uzupełniającej. Ogółem
      około 1200 młodzieży przebywało w jednych i tych samych salach w ciągu 10 godzin dzien-
      nie. Z jedną godzinną przerwą w południe (od 12 – 1 godz.). Szkoła tutejsza (żeńska, wydz.
      p. ZB) miała naukę przed południem i 2 klasy szkoły 4 klasowej męskiej (pytanie czy ta do
      której chodził Edmund, był wtedy w klasie III – przyp. ZB), reszta szkół po południu. Zaduch
      w salach i pył unoszący się w powietrzu tamowały oddech, bo brakowało czasu na zamia-
      tanie należyte i wietrzenie. W czasie nauki nie można było otwierać okien ze względu na
      gwar uliczny, koncentrujący się właśnie przed Kółkiem rolniczym i magazynami miejskimi.
      Młodzież nawet w czasie pauzy nie mogła odetchnąć świeżym powietrzem, bo ganki wy-
      stawione są na wyziewy kloakowe.
               W wyższym daleko stopniu odczuwały te warunki szkoły mające naukę w godz.
      popołudniowych, zwłaszcza w porze cieplejszej. Już po pierwszej godzinie nauki z gorąca
      i zaduchu, bezwładniała młodzież, bezwładniało nauczycielstwo.
               Dziewczęta starsze tutejszej szkoły znosiły znów męki w nieodpowiednich ławkach,
      przeznaczonych dla szkół czteroklasowych, a tylko w 2 salach były ławki przeznaczone dla
      V i VI klasy. W tych ławkach, uczennice 5 klas z 8 oddziałów szkoły wydziałowej, siedziały
      skulone, z trudem wstawały do odpowiedzi i siadały, a co chwilę musiały zmienić pozycję
      bo im cierpnęły nogi, co przeszkadzało w nauce. Omdlenia były też na porządku dziennym.
      W opisanych powyżej warunkach mordowała się przez 7 lat przeszło młodzież 4 szkół,
      mordowało nauczycielstwo, które mimo swej prawdziwie ofiarnej pracy, z przerażeniem
      widziało obniżanie się poziomu nauki, czuło, że wpływ wychowawczy szkoły na młodzież
      z każdym rokiem maleje dzięki niższemu wymiarowi godzin. Odbijało się to szczególnie na
      chłopcach, którzy najsposobniejszy do nauki czas przedpołudniowy, spędzali przeważnie
      na ulicy, gdzie mieli aż nadto sposobności do swawoli i do stykania się ze złem wszelkiego
      rodzaju.
               Przy skoncentrowaniu 4 szkół w jednych i tych samych ubikacjach, mogło było ła-
      two przyjść do konfliktu między zarządami szkół, albo między gronem nauczycielskim.
      Nie przyszło jednak do żadnego rozdźwięku dzięki wyrozumiałości kierownika 6 kl. szkoły
      p. Romańskiego i jego żony kierowniczki 4 kl. Szkoły żeńskiej i gron nauczycielskich tychże
      szkół. (…)”
               Niespodziewana, szybka i zwycięska, ofensywa państw centralnych we wschodniej
      Galicji, wlała w serca umęczonych wojną Polaków nadzieję, że niebawem wojna się skoń-
      czy, a państwo nasze podniesie się po latach zaborów. Krakowski „IKC” snuł rozważania
      o niepodległości. O funkcjonowaniu powstałego z gruzów państwa, o jego terytorialnym,
      gospodarczym i politycznym kształcie. Omawiano różnorodne aspekty tego przyszłego
      organizmu. Ścierały się ze sobą rozmaite koncepcje i wizje, w zależności od polityczne-
      go umocowania interlokutorów. Dziś z perspektywy stu lat, gdy znamy dalszy przebieg
      wypadków, wywody ówczesnych dziennikarzy, działaczy partyjnych, wojskowych, czy na-
      wet naukowców wydają się zmaganiami harcowników, którzy próbują różnych wariantów

       12 - Kronika szkoły żeńskiej z r. szk. 1922/23. – autorka zaczyna: „Wypada mi tu skreślić ku wiecznej pamięci
            w jakich warunkach pracowano w szkołach tutejszych od wybuchu wojny”.

Strona 143

Rozdział III - Rodzina              141
i oczekują reakcji odbiorców – czytelników, decydentów, praktyków samorządowców róż-
nych szczebli. Na wyniki działania machiny wojennej i urzędniczej czekali zwykli zjadacze
chleba, nie mający wpływu na dziejowe wydarzenia, krzątający się wobec codziennych
trosk i obowiązków. Musieli wysilać się i przejawiać sporą aktywność by w tej ciężkiej wo-
jennej rzeczywistości przetrwać wraz ze swymi rodzinami. Analiza dostępnych źródeł z lat
przełomu 1915/16 roku pozwala na zbliżenie się do atmosfery tamtych lat w galicyjskich
Wadowicach. Zapewne braki, których doświadczali wadowiczanie podobne były do nie-
dostatków krakowskich. Ciągłe problemy nastręczało zdobycie żywności, wszelkich pro-
duktów spożywczych potrzebnych do jej sporządzania. Utrzymywał się stały brak mąki,
chleba, cukru, ziemniaków, mięsa itd. Podobnie było z węglem, naftą, skórą do produk-
cji obuwia, z tkaninami ubraniowymi. Poszukiwano różnych substytutów tych artykułów.
Mnożyły się wynalazki i materiały zastępcze. Dla ilustracji tego zjawiska wystarczy wymie-
nić buty na drewnianych podeszwach, wojenny chleb, czy wyrabianie ryżu z owsa.
        Brakowało wielu artykułów powszechnego użytku np. mydła, a gazeta rozpisywała
się na temat środków zastępczych, bądź podawała sposoby oszczędzania, aby uniknąć
braków i dalszych kosztów. M.in., przemysł potrzebował do produkcji broni metali, np.
miedzi, czy mosiądzu. W tej sytuacji dziennik informował o rekwizycjach dzwonów i da-
chów kościelnych, a nawet klamek i kuchennych moździerzy. Na wiele produktów spo-
żywczych obowiązywały kartki, a mimo to stale pisano o niedomagającej aprowizacji.
        Bliska mieszkańcom Wadowic, codzienna rzeczywistość, mogła nieznacznie róż-
nić się od tego obrazu utrwalonego na szpaltach prasowych. Lokalny dopływ towarów
ze wsi mógł zaspakajać miejscowe potrzeby. To jeśli chodzi o żywność: jaja, drób, sery,
mleko. Gorzej było natomiast z towarami zajmowanymi przez państwo, a następnie re-
glamentowanymi. Tak było np. z mąką, z opałem, z naftą, z cukrem. Do tego dochodziła
jeszcze drożyzna. Tak, że ustalano ceny maksymalne, a zdzierców ścigano, nawet sądzo-
no. Pokątnie można było nabywać deficytowe produkty, ale po bajońskich cenach. Na to
nie było stać urzędnika wojskowego niższego szczebla. Stąd wniosek, że życie Wojtyłów
było wówczas biedne, znaczone niedostatkami. Tyle dobrze, że mieszkali na prowincji,
gdzie bieda w zaopatrzeniu doskwierała ludziom w mniejszym stopniu niż w wielkich
miastach np. w Krakowie. O skali podstawowych, a niezaspokojonych potrzeb mogą
świadczyć informacje prasowe o dowozie do Krakowa kilku wagonów ziemniaków, albo
mąki na chleb. Jeśli tym zajmowała się prasa to z pewnością świadczyło to o wadze pro-
blemu. Kolejki, kartki, rejonizacja sprzedaży chleba, rekwirowanie zapasów mąki, rewi-
zje w sklepach, drożyzna – to codzienne zjawiska w życiu wielkomiejskiego Krakowa,
o których czytało się na łamach „IKC”.
       Dla ilustracji dwa zapiski karmelity z roku 1915. (o sytuacji w Wadowicach)
       1 VII Zaraz od początku bieżącego miesiąca daje się między ludem odczuwać brak
żywności; chleba nie dostaje się kupić w całym mieście, bo mąki nań zbrakło.(…) Mówią,
że przez cały miesiąc ma nie być chleba, aż z nowego zboża. Po wsiach (…) tam lud jeszcze
głodu nie czuje, lecz lud miejski poznał się już trochę z nim.
        9 X Drożyzna jest szalona; kilo masła 4 korony, w Krakowie zaś nawet 10 koron
i to jeszcze je sobie wydzierano; kilo mięsa cztery korony, jajka 12-16 halerzy, w Krakowie
16-18 halerzy. W ostatni jarmark (7 b.m.) nie przyniosły wieśniaczki ani jednego jajka do
Wadowic z powodu, że w ostatnich tygodniach karano je więzieniem, (…) gdy żądały za
jajka więcej niż 8 halerzy. Wskutek tego oburzone przestały przynosić je do miasta, albo
może bardziej dlatego, że różni handlarze jaj wychodzą na wsie, zbierają jaja po domach
i płacą je lepiej niż w mieście na targu. Tak samo i po masło wychodzą sobie szukać po
wsiach ci, którzy go potrzebują w większych ilościach, np. oberżyści, handlarze.13

 13 - Wadowice w zapiskach klasztornych kronikarzy 1892 – 1945. Opracowanie Czesław Gil. OCD.
      Wadowickie Centrum Kultury, 2002 r., s. 28-29

Strona 144

142          Rozdział III - Rodzina

             Mimo wszystko, mimo braków, lepiej było mieszkać w swoim mieszkaniu w Wado-
      wicach, wśród rodaków, w pracy i w szkole, niż gdzieś w Czechach. Po powrocie trzeba było
      ponownie się zagospodarować na własnych śmieciach i podjąć trudy niełatwego życia na
      zapleczu terenów objętych walkami. Senior Wojtyła przeglądał prasę w poszukiwaniu in-
      formacji lokalnych. Notatki korespondentów terenowych z okolic Wadowic były rzadkie,
      tym bardziej czytał je z ciekawością.
               Ilustrowany Kurier Codzienny nr 318 z dnia 6 grudnia 1915
               Str. 4. – Statystyka szkół polskich w Austryi.
               Gazety czeskie zamieszczają szczegółową i wyczerpującą statystykę o obecnym sta-
      nie szkół założonych podczas światowej wojny dla wojennych uchodźców polskich w Au-
      stryi. Podług informacji czeskich utworzono w Czechach ogółem 65 szkół, na Morawach 21,
      na Śląsku 2, w Austryi Dolnej 4, w Styryi 19, w Tyrolu 3, w Karyntyi 2, i na Węgrzech 1 szkołę
      dla dzieci tułaczy polsko-galicyjskich. W szkołach tych korzystało z regularnej nauki razem
      7347 dzieci, w tem chłopców 4075, a 3272 dziewcząt. Największą liczbę uczniów miała szko-
      ła w czeskim Choceniu, gdzie wpisano ogółem 1502 uczniów obojga płci. Za szkołą cho-
      czeńską następują stopniowo szkoły w następujących miejscowościach: w Pohorzelicach na
      Morawach z 557 uczniami, Pradze (283), Wiedniu (171), Hradcu (170), Hranicach (127), Trno-
      wanach (121), w Przybramie (115), Ołomuńcu (114), itd.
               Gdy czytał o Hranicach mignęły mu obrazy szkoły do której chodził Mundek, ale
      szybko otrząsnął się ze wspomnień, a data sprowadziła go na ziemię. Przecież dziś chodzi
      Św. Mikołaj – Mundek, prezenty, pewno Emilia pamiętała.
             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 329 z dnia 17 grudnia 1915
             Str. 3. – Książę biskup krakowski wśród jeńców.
              Dnia 11 grudnia br. przyjechał do Kleczy Książę Biskup Adam Sapieha w towarzy-
      stwie swego sekretarza ks. dra Niemczyńskiego. Zwiedziwszy kościółek i pobłogosławiwszy
      znajdującą się tam na nauce dziatwę – zabrał Książę Biskup ze sobą proboszcza i udał się
      do obozu jeńców Polaków, internowanych z kraju zabranego przez wojska sprzymierzone
      zostających pod nadzorem wojskowym w Kleczy. Cóż za radość była dla tych biednych ludzi,
      gdy ujrzeli przed sobą Księcia Kościoła, to też ze łzami wdzięczności dziękowali i przedsta-
      wiali swoje żale – Książę Biskup wysłuchał ich próśb, pocieszał i obiecał urządzenie dla nich
      uroczystego nabożeństwa w obozie przez święta.
             Z obozu udał się Książę Biskup do szpitala wojskowego epidemicznego do Wado-
      wic, gdzie w towarzystwie podpułkownika P. Guillaumme zwiedził zakład i pocieszywszy
      chorych, wstąpił do ks. Dziekana, poczem po krótkim odpoczynku powrócił do Krakowa.
             Trzeba odnotować, że Karol Wojtyła pełnił po przybyciu do Wadowic funkcję aspi-
      ranta na urzędnika ewidencyjnego. Jednocześnie, już po wybuchu wojny, przez prawie
      trzy miesiące (20 września – 18 listopada 1914) był rachunkowym przy etapowej komisji
      stacyjnej w Wadowicach. Wynika z tego, że wykorzystano jego kompetencje, które w cza-
      sie wojennym okazały się bardziej przydatne niż rola aspiranta na urzędnika ewidencyjne-
      go. Jednak po powrocie z Moraw, już 1 września 1915 roku otrzymuje awans na podpo-
      rucznika, a w miesiąc później, oficjalną nominację na asystenta ewidencyjnego przy PKU
      w Wadowicach.
              W ten sposób znalazł się w korpusie oficerskim, co podniosło jego pozycję zawo-
      dową ale i społeczną. Z tej racji mógł częściej bywać na zgromadzeniach patriotycznych
      w mieście, zapraszany z innymi wojskowymi, bądź występować nawet w charakterze
      reprezentującego PKU, z upoważnienia komendanta.

Strona 145

Rozdział III - Rodzina          143
                                         rok 1916
        Z początkiem roku 1916 krakowski kurier informował o dwóch głównych uroczy-
stościach w Wadowicach.
        Ilustrowany Kurier Codzienny nr 11 z dnia 12 stycznia 1916
        Str. 6. – Z Wadowic. Poświęcenie tarczy legionowej.
        Dnia 9 stycznia b.r. odbyło się w Wadowicach poświęcenie i odsłonięcie tarczy le-
gionowej, ufundowanej przez Radę gminną tego miasta, a wykonanej przez gorącego pa-
tryotę i męża obdarzonego wysokiem poczuciem artystycznem, p. radcę R – udział w tej
uroczystości wziął delegat N.K.N. prezydent Ludomir German.
        Po uroczystem nabożeństwie w kościele parafialnym i po wspaniałem bardzo pa-
tryotycznem kazaniu, wygłoszonem przez ks. Wądolnego z Kęt, zgromadziła się publicz-
ność na rynku, gdzie umieszczono kiosk z tarczą legionów. Poświęcił ją ks. prałat Zając,
poczem imieniem gminy przemawiał burmistrz dr Opydo, zaś imieniem N.K.N. prez.
dr German.
        Po tych przemówieniach rozpoczęto wbijanie gwoździ. Pierwszy dzień przyniósł
kwotę 2000 koron.
        Ilustrowany Kurier Codzienny nr 47 z dnia 17 lutego 1916
        Str. 7 – Korespondencye. Z Wadowic.
        Powiatowy Komitet Narodowy urządził w rocznicę powstania styczniowego, uro-
czysty obchód z następującym programem: W przepełnionym publicznością, wszystkiemi
władzami miejscowemi oraz młodzieżą szkolną kościele parafialnym, odprawił uroczystą
mszę św. z asystą ks. prałat Zając, poczem przy rzęsiście oświetlonym i udekorowanym
katafalku, po odśpiewaniu egzekwii, odśpiewano gremialnie „Boże Ojcze Twoje dzieci”
i „Boże coś Polskę”. Wieczorem zaś odbył się koncert , na którym słowo wstępne wygłosił
delegat N.K.N. (Naczelnego Komitetu Narodowego – dopisek Z.B.) p. dr. Ludwik Kulczyc-
ki. Następnie znany artysta muzyk p. Zygmunt Szwarcenstein, swojem wirtuozostwem na
skrzypcach, przy znakomitym akompaniamencie p. prof. Wallek-Walewskiego wprowa-
dzał w zachwyt licznie zgromadzoną publiczność. Zaledwie przebrzmiały huczne oklaski,
wystąpiła z śpiewem solowym znana artystka p. Helena Łowczyńska, która swoim pięk-
nym głosem zniewoliła słuchaczy do burzliwych oklasków. Następnie nader sympatyczna
p. Olga Chmurska, uczennica znanej i bardzo cenionej w Krakowie pianistki p. Grodzickiej,
wykonała z precyzyą i doskonałą techniką solo fortepianowe: Różyckiego „Legendę” i Cho-
pina „Polonez”, wśród niemilknących oklasków. Wreszcie p. Wanda Jarszewska, znakomita
artystka teatru krakowskiego wygłoszeniem deklamacji „Jadą ułani”, „Śmierć legionisty”
itp. poruszyła wszystkich do łez wspaniałą modulacją głosu, rzewnym patosem i szlachet-
nym uczuciem, które swoją siłą udzieliło się słuchaczom, przeniesionym duchem na pola
walki naszych dzielnych bohaterskich legionistów. Serdeczne podziękowanie składali słu-
chacze burzą oklasków.
       Początek roku 1916 nie przyniósł na podwadowicką prowincję wyjątkowych
zmian. We wschodniej Galicji toczyły się walki , na szczęście front znacznie przesunął się
w stronę Rosji. Kraków nadal był twierdzą zarządzaną przez wojskowych, a Biała była mia-
stem kresowym. Namiestnictwo stąd kierowało administracją, z zakątka wysuniętego na
kraniec Galicji. Tak więc Biała stała się zastępczą stolicą Galicji, za Lwów, który stale był
narażony na działania wojenne Rosji.
       O ile w gazetach dominował ton wiernopoddańczy, a materiały krytyczne mogły co
najwyżej dotyczyć spraw lokalnych i włodarzy terenowych, o tyle zapisy w kronice karme-
litów potępiają zdecydowanie niektóre posunięcia zaborców austriackich. Zwykle dotyczą
one dotkliwych dla zakonników, a narzucanych im przez władze różnego szczebla decyzji,
z którymi nie sposób się pogodzić.

Strona 146

144          Rozdział III - Rodzina

              Kronikarz pisze: „Rząd zarekwirowawszy w ciągu wojny wszystkie przedmioty po-
      trzebne do życia, jak: konie, wozy, bydło, zboże, skóry, dzwony (…) przedmioty miedziane,
      mosiężne i niklowe (…) cynę i ołów (…) wszystkie zapasy płócien, przędzy na płótna, lnu
      (…) z dniem 1 maja rząd dla potrzeb wojennych zastrzega (…) Będzie zatem wnet nie jeden
      uboższy bez koszuli musiał pozostać.”14
              Inny powtarzający się wątek w tym dziejopisie to funkcjonowanie obozu jenieckiego
      przy ulicy Zatorskiej i szpitala wojskowego tamże. Codziennie przychodzi nawet 1000 rannych
      i nie ma ich, gdzie pomieścić. Śmiertelność duża, nawet do 200 zmarłych wojaków tygo-
      dniowo. Sporo miejsca zajmują opisy spowiedzi jeńców Polaków z armii rosyjskiej, których
      słuchali oddelegowani ojcowie karmelici w barakach przy gościńcu Zatorskim. Kilkakrotnie
      wraca prowadzący kronikę do spraw rekwizycji dzwonów, sprzętów kuchennych, naczyń i
      kotłów, wykonanych z metali, zbieranych na potrzeby wojska. Imano się różnych sposobów
      by przechytrzyć węszących żandarmów i policjantów. Podobnie próbowano obejść zarzą-
      dzenia nakazujące oddawać zboże, którego nie wolno było wozić do młyna, ani mleć, ani
      sprzedawać, tak, że przeor schował kilka worków pod ołtarzem na ciężkie czasy. Bogacą się
      ci, którzy są upoważnieni do skupu i sprzedaży deficytowych artykułów. Wśród nich jest
      przewaga Żydów, a stojący w kolejkach to głównie biedacy chrześcijanie.
              Ciekawostką jest opisywana w kronice kapliczka na rynku zbudowana przez
      wojsko, przed którą żołnierze odchodzący co miesiąc z tutejszego garnizonu, w liczbie
      1 batalionu na plac boju – składają przysięgę. Ściślej mówiąc są dwie drewniane kapliczki,
      jedna na rynku głównym, druga na zbożowym (ta jednak jak pisze karmelita, zgorzała za-
      paliwszy się od lampki wiecznej przed obrazem Matki Bożej) zrobiona jeszcze w Karpatach
      przez Rusinów.
              Emilia Wojtyłowa była w stanie błogosławionym, a co za tym idzie czekało ją wie-
      le życiowych wyborów i decyzji. Trzeba było przemyśleć kwestie pomocy i opieki, ze strony
      najbliższych, w trudnych chwilach ciąży, porodu i tuż po nim. Senior Wojtyła, w tych wojen-
      nych czasach, jako urzędnik wojskowy niskiego szczebla, musiał być dyspozycyjny. Mógł
      być w każdej chwili powołany do okresowych zadań związanych z przeglądami i powoły-
      waniem pod broń pospolitaków. Komendy uzupełnień pracowały wówczas pełną parą, bo
      ubytki na frontach były duże. Padali zabici, z szeregów ubywali ranni, a ich miejsce musiały
      zajmować nowe roczniki. Doszło do tego, że przeglądom byli poddawani nawet ci pobo-
      rowi, którzy wcześniej zostali uznani za niezdolnych do służby. Wszędzie szukano ludzkich
      rezerw, aby tylko wzmocnić przetrzebione oddziały.
              W tej sytuacji Wojtyłowie zastanawiali się co robić aby w krytycznym momen-
      cie Emilia nie była sama. Mundek liczący około 10 lat chodził do czwartej klasy szkoły po-
      wszechnej i też wymagał doglądania ze strony dorosłych. Wiosną podjęli pierwszą waż-
      ną, rodzinną decyzję, która dotyczyła dalszej nauki syna. Zdecydowali się na umieszczenie
      Edmunda w niższej, realnej szkole wojskowej. Wybór padł na miejscowość Enns w Górnej
      Austrii. Motywów takiego rozwiązania możemy się tylko domyślać.
              U podstaw tkwiła troska o jedynego potomka, który w ten sposób oddalał się
      od zagrożonych wojną terenów. Wszyscy mieszkańcy Wadowic mieli jeszcze w pamięci
      niedawne, realne zagrożenie Krakowa, gdy wojska rosyjskie przedarły się w okolice My-
      ślenic i Limanowej. Niepewność co do dalszego biegu wojny bije z notatek prasowych,
      a także znajduje potwierdzenie w postępowaniu władz. Nie odwoływano zarządzeń o funk-
      cjonowaniu twierdzy krakowskiej, gdzie wciąż nie można było bez specjalnej przepustki
      mieszkać, nie likwidowano tymczasowości wobec przeniesionego do Białej namiestnictwa
      i innych ważnych urzędów. To mogło oznaczać tylko jedno, obawę przed ponowną rosyjską
      ofensywą.

       14 - Wadowice w zapiskach klasztornych kronikarzy 1892-1945. Opracował: Czesław Gil OCD, Wadowice
            2002, s. 30-34

Strona 147

Rozdział III - Rodzina         145
       U źródeł decyzji w sprawie szkoły wojskowej dla Mundka mogą leżeć też
względy natury materialnej. Pobyt w szkole wojskowej odbywał się na koszt państwa.
Zakwaterowanie, mundurek, wyżywienie, przybory i podręczniki – to wszystko uczeń
otrzymywał gratis. Uczył się przecież po to aby w przyszłości zostać wojskowym i zasilić ar-
mię monarchii, jako wykwalifikowany dowódca, niższego czy wyższego szczebla. Jeszcze
jeden aspekt mógł być brany przez Wojtyłów pod uwagę. Ojciec wojskowy, który widział
w swoim synu kontynuację tradycji, a zwłaszcza, gdy toczy się wojna, gdy dorastający
młodzieńcy, tak czy tak, muszą wdziać mundur. Jeśli tak to może lepiej być wtedy ofice-
rem, niż szeregowcem. Wybrano chłopcu dość odległą szkołę, licząc na to, że zmienne wo-
jenne losy nie dotrą ze zmaganiami armii, aż tu. Brzemienna matka zatroskana o jedyne,
jak dotąd dziecko, targana była sprzecznymi myślami. Z jednej strony bezpieczna nauka
i wychowanie, z drugiej oderwanie od domu i rodziny. Zdawała też sobie sprawę, że po
urodzeniu drugiego dziecka będzie musiała gros czasu poświęcać maleństwu. Mundek
w tej sytuacji będzie z konieczności musiał się bardziej usamodzielnić. W dalekiej szko-
le czeka go przyśpieszone dojrzewanie, w gronie rówieśników, szkoła życia w internacie
szkoły wojskowej. Jak syn zareagował na ważną decyzję co do jego osoby – nie wiemy.
Pewnie z żalem myślał o opuszczeniu Wadowic i rodziców, a z drugiej strony pociągała go
drzemiąca we wszystkich chłopcach myśl o przygodzie, o zabawie w wojsko.
        Ilustrowany Kurier Codzienny nr 111 z dnia 21 kwietnia 1916
        Str. 4. – Przyjęcie do wojskowych zakładów wychowawczych i szkolnych.
        Z Wiednia donoszą:
        Na zaczynający się we wrześniu rok szkolny będą do wszystkich wojskowych zakła-
dów wychowawczych przyjęci kandydaci ze stanu cywilnego.
        Projekt warunków i program wraz z podaniem rozmiarów egzaminów przyjęcia moż-
na nabyć w c.k. nadwornej państw. Drukarni lub w księgarni nadwornej w Seidel i Söhne,
Wiedeń I Graben.
        Ogólne warunki przyjęcia są następujące:
1) Obywatelstwo austriackie, węgierskie lub przynależność do Bośni i Hercegowiny.
2) Cielesne uzdolnienie, wykazane świadectwem lekarza wojskowego.
3) Odpowiedni wiek.
4) Wykazanie wykształcenia potrzebnego świadectwem szkolnem i egzaminem przyjęcia.
Do podania o przyjęcie należy dołączyć wszystkie odnośne dokumenty., (…)
Także do oddziałów męskich c.k. instytutu oficerskiego i do wojskowych szkół realnych
przyjęcie zasadniczo dozwolonem jest tylko na pierwszy rok. Dla wojsk, niższej szkoły
realnej wymagane jest ukończenie 4 lub 5 klas szkoły ludowej, dla wyższej szkoły re-
alnej ukończenie 4 klas szkoły średniej przynajmniej z wynikiem dobrym. Podania należy
wnosić do 15 maja.
       Kiedy poszukujemy motywów umieszczenia syna w szkole wojskowej w Enns,
musimy przywołać jeszcze jeden charakterystyczny rys tamtych czasów, czasów wojny.
Są to permanentne niedobory żywnościowe w zaopatrzeniu ludności. Gazeta codzienna
niemal każdego dnia alarmuje, że brak jest ziemniaków, mąki, cukru, tłuszczów, mięsa itd.
Towary te często nielegalnie wywozi się, z Galicji, sprzedając je dalej, po spekulacyjnych
cenach. Zjawisko to dotyka również Galicji zachodniej, skąd napływają doniesienia kore-
spondentów. Mnożą się notatki prasowe przysyłane z Kęt, z Chrzanowa i okolic, z Jeleśni
na Żywiecczyźnie. Ludność nieraz tygodniami cierpi, z powodu niedożywienia. Sytuację
pogarszają rekwizycje, czyli zajęcia na potrzeby państwa i wojska różnorodnych artykułów:
np. ziemniaków, siana, słomy. Często brakuje ziarna na siew i karmy dla inwentarza, co wy-
wołuje protesty, o których stale pisze prasa. Głodowanie, niedożywienie, ciągła walka o byt,
zwłaszcza niemożność zaspokojenia potrzeb dorastającego chłopca – to mogły być ważne
powody by zmienić otoczenie, na bardziej dostatnie. A takie z pewnością było w głębi
Austrii, w szkole wojskowej, utrzymywanej przez państwo.

Strona 148

146         Rozdział III - Rodzina

             Prawdopodobnie ojciec odwiózł Mundka do Enns, a mając męskie, dość surowe
      usposobienie, łatwiej mu było znieść moment rozstania. Tak czy inaczej chłopiec został
      sam w obcym otoczeniu, w gronie rówieśników i starszych kolegów z wyższych klas. Przy-
      dzielono mu klasę, łóżko i miejsce w internacie, a niebawem otrzymał umundurowanie.
      Zapewne utrzymywał listowne kontakty z rodzicami, dzieląc się dziecięcymi jeszcze prze-
      życiami, smutkami i radościami. Mama, tęskniła i dawała chłopcu rady, przestrzegała przed
      złem, chwaliła gdy pisał o swoich drobnych osiągnięciach i dobrych wynikach w nauce.
      Cała trójka czekała na wakacje, gdy będą mogli się zobaczyć. Uczniów szkół wojskowych
      w okresie letnim czekał jeszcze obóz ćwiczebny, tak, że wakacje były krótkie. Nie wiadomo
      czy rodzice odwiedzali syna w szkole, ale nie jest to wykluczone. Jedna z fotografii Mundka
      z matką nasuwa przypuszczenie, że pani Emilia wybrała się do Enns. Chłopiec, w mundurku
      szkolnym, a jego matka w gustownym kapeluszu, pozują do zdjęcia z pieskiem. Jeśli były to
      odwiedziny, to datę ich można umiejscowić pomiędzy jesienią 1917 roku, a wiosną 1918 r.
      Dwa paski na kołnierzu sugerują, że Mundek jest w klasie drugiej. Jeśli pani Emilia sama
      wybrała się do Górnej Austrii, to chyba gnana tam była tęsknotą za dzieckiem. A pierwo-
      rodny syn potrzebował ciepła matczynego, choćby podczas krótkich odwiedzin. Nie można
      wykluczyć, że Wojtyłowie razem pojechali do Enns, a Emilia bardziej sentymentalna zapra-
      gnęła ten fakt utrwalić. Fotografia mogła też być wykonana podczas przyjazdu syna na ferie
      do domu, np. w Krakowie lub Białej ale ta wersja jest mniej prawdopodobna.
             Tymczasem, nieubłaganie zbliżał się termin porodu. W czerwcu działania wojenne
      znów zaniepokoiły Wojtyłów. Pod wodzą generała Brusiłowa ruszyła ofensywa na froncie
      zachodnim i południowym, od Pińska na północy, po Czerniowce na południu. Odżyły nie-
      pokoje o losy Galicji i Krakowa. Początkowe sukcesy armii rosyjskich pod dowództwem Bru-
      siłowa diametralnie zmieniły nastroje wśród ludności cywilnej. Powróciły obawy, czy aby
      Rosjanie w szybkim marszu nie odzyskają terenów, z których zostali rok temu wyparci.
             Czy rodzeństwo Emilii zamieszkujące w Krakowie, przed wojną, zostało ewakuowa-
      ne. Czy siostry Kaczorowskie już wcześniej wyjechały do krewnych matki zamieszkujących
      w Białej. Jest to bardzo możliwe. W roku 1915 kto tylko mógł opuszczał Kraków. Zamożni
      wyjeżdżali do Wiednia, mniej zamożni do Zakopanego, a kto miał rodzinę na zachód od
      Krakowa, to za wszelką cenę szukał u niej schronienia. Tak więc Biała, z którą związani byli
      rodzice Emilii, mogła teraz być miejscem pobytu sióstr Kaczorowskich.
             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 36 z dnia 6 lutego 1916
             Str. 3 – Kraków 5 lutego. Karta pobytu jest konieczną.
             Jak wiadomo, rozporządzeniem tutejszej komendy twierdzy w porozumieniu z na-
      czelną komendą armii (Armme Oberkomando) wydano 100 000 legitymacyi i odznak me-
      talowych dla tych osób, które mają prawo pozostać w twierdzy krakowskiej na wypadek jej
      oblężenia.
             Dla reszty ludności cywilnej – a jest jej po powrocie uchodźców kilkadziesiąt tysięcy
      – obowiązują tzw. karty pobytu, które wydaje miejscowa komenda twierdzy.
             Bez tych kart pobytu nikomu (z wyjątkiem tych osób, które mają legitymacje i od-
      znaki metalowe) nie wolno stale przebywać w Krakowie. Przekraczający to rozporządzenie
      (…) naraża się na karę 50 koron, ewentualnie zostaje natychmiast przymusowo wyewaku-
      owany z Krakowa (…).
             Kto zatem nie ma legitymacyi i odznaki metalowej, a których się obecnie już wcale
      nie wydaje, a pragnie stale zamieszkać w Krakowie niech natychmiast wniesie podanie na
      ręce tutejszej komendy twierdzy o tak zwaną kartę pobytu.
             Do podania należy dołączyć: świadectwo szczepienia, świadectwo tożsamości
      osoby, świadectwo moralności oraz kartę meldunkową, stwierdzającą iż dana osoba stale
      mieszkała w Krakowie przed wojną.
             Wszystkie te świadectwa, oprócz świadectwa szczepienia wydaje c.k. dyrekcja poli-
      cyi przy ulicy Zacisze.

Strona 149

Rozdział III - Rodzina                     147




Edmund Wojtyła w mundurze szkoły wojskowej (1916 r.)

Strona 150

148             Rozdział III - Rodzina

              Wątpliwe by przy takich restrykcjach siostry Kaczorowskie przebywały w Krako-
      wie. A gdyby nawet jakoś wegetowały w twierdzy to nie mogła się do nich dostać Emilia.
      W Białej mieszkał też ojciec Karola, ze swoją trzecią żoną i z córką Stefanią, przyrod-
      nią siostrą ojca naszego papieża. Położona na kresach Galicji, sąsiadująca z pobliskim
      Bielskiem, uprzemysłowiona, zastępcza galicyjska stolica, wydawała się najlepszym
      rozwiązaniem, jeśli chodzi o wybór miejsca porodu. Możemy przypuszczać, że kobiety
      spokrewnione z Emilią podsunęły jej ten pomysł. Karol miał dogodne połączenie kole-
      jowe Wadowic z Białą, mógł więc szybko przyjechać i towarzyszyć żonie. Jako urzędnik
      wojskowy w gorących czasach wojny musiał być codziennie w miejscu pracy. Kto w tym
      czasie miał się opiekować żoną, która w każdym momencie mogła zacząć rodzić. A wia-
      domo, że mężczyźni w takich chwilach sami potrzebują oparcia.
              W Białej zamieszkiwali krewni Emilii ze strony matki, z którymi Wojtyłowie utrzy-
      mywali kontakty. W krytycznym momencie zbliżającego się rozwiązania postanowiono,
      że Emilia będzie oczekiwała przyjścia na świat dziecka właśnie w Białej, w otoczeniu
      kobiet z rodziny, które we wszystkim mogą być pomocne. Milena Kindziuk odnalazła
      dom w Białej, w którym siostra papieża Olga przyszła na świat. Kamienica znajdowała
      się na ulicy Sukienniczej 271 (dziś jest to ulica Szkolna 12). Nie sposób po latach ustalić
      okoliczności porodu, który ostatecznie zakończył się tragicznym finałem. Córeczka po
      kilkunastu godzinach życia zmarła i została pochowana na miejscowym cmentarzu. Co
      przeżywali wówczas rodzice dziewczynki? Jak opisać emocje i traumatyczne chwile ja-
      kich doznali. Mąż wspierał zapewne pogrążoną w rozpaczy żonę. Razem musieli przez
      to przejść. Tragiczne momenty zapamiętuje się na całe życie, ale nie zawsze chce się do
      nich wracać. Tak było właśnie w rodzinie Wojtyłów. Trzeba się było szybko pozbierać.
      Pamięć o niewinnym maleństwie, tak oczekiwanym i kochanym – owszem, będziemy
      ją nosić w sobie ale bez rozpamiętywania. Nie pozostaje nic innego jak pogodzić się
      z losem i żyć dalej. W trudnej wojennej atmosferze, gdy każdego dnia z życiem żegnały
      się setki, a może i tysiące ludzi, cierpienia indywidualnego nie znosiło się łatwiej, tyle
      tylko, że było ono bardziej powszechne. Odchodzenie bliskich, padłych na wojnie do-
      tykało niemal każdej rodziny. Czy łatwiej jest się pogodzić ze śmiercią dziecka, tuż po
      narodzinach, gdy jeszcze nie zdążyliśmy się do niego zbliżyć. Gdy jeszcze na dobre nie
      rozwinęła się miłość do niego, która łączy się ze wzajemnym obcowaniem, z poznawa-
      niem, z pielęgnowaniem. Te pytania zawsze zostaną bez odpowiedzi. Faktem jest tylko
      to, że Wojtyłowie schowali swoje uczucia głęboko w sobie. Papież, brat Olgi, wiedział
      że miał siostrę ale nie pogłębiał jako dziecko tego tematu. Została pamięć i ciche po-
      godzenie się z wolą boską. Słowa małego Karola „taka była wola boża” mówią wszystko
      o podejściu do śmierci bliskich.
              Pierwszą wiadomość o siostrze papieża Oldze znalazłem w gazecie „Polska
      Dziennik Zachodni”. W wydaniu z dnia 7.12.2012 na stronie „Fakty 24/5 Jacek Drost do-
      nosi w opracowaniu pt. „Olga, siostra Jana Pawła II, urodziła się i zmarła w Białej”. Cytuję
      fragmenty tej notatki (…) „Najnowsze ustalenia zespołu scenariuszowego Muzeum Jana
      Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego, powstającego przy Centrum Opatrzności Bożej w Warsza-
      wie (…) Na ślad siostry papieża trafiliśmy podczas rutynowych prac zespołu – opowiada
      Grzegorz Polak, dziennikarz i popularyzator wiedzy o Janie Pawle II, który wraz z dr Pawłem
      Skibińskim i Januszem Kotańskim należy do zespołu. Opowiada, że podczas jednego ze
      spotkań przeglądali dokumenty (…) Karola Wojtyły seniora (…). Część tych dokumentów




      Zapis w parafialnej księdze zmarłych o siostrze Oldze.

Strona 151

Rozdział III - Rodzina                              149




                                        Kamienica w Białej (koloru żółtego), w której urodziła się Olga, obecnie ul. Szkolna 12.

była w języku niemieckim, (…) zwróciłem uwagę na zapis z 7 lipca 1916 roku, gdzie poja-
wiły się słowa geboren (urodzona) i gestorben (zmarła). A obok było: Tochter Olga Maria
(córka Olga Maria) i adnotacja, że Wojtyła senior dostarczył dokumenty córki ze swojej pa-
rafii w Białej (…).” Grzegorz Polak wybrał się do parafii Opatrzności Bożej w Białej aby przej-
rzeć przechowywaną tam dokumentację. Oto dalszy ciąg jego relacji: „W księdze urodzin
nie było żadnego wpisu. Ale sprawdzałem „Liber mortuorum”, czyli księgę zmarłych.
Był tam zapis podobny do tego z dokumentów wojskowych i był jeszcze podany dzień
9 lipca – to data pogrzebu. (…) Podkreśla, że ponad wszelką wątpliwość udało się ustalić to,
czego do tej pory nie wiedziano, a więc, że miała na imię Olga, na drugie – Maria. Urodziła
się 7 lipca 1916 roku w Białej i zmarła tego samego dnia, 16 godzin po urodzeniu. Z zapisów
nie wynika czy została ochrzczona.”15
         Jak zgłębić po stu latach uczucia żałości w rodzinie Wojtyłów? Czy można wczuć
się w ich stany i sytuację, po utracie córeczki i siostry? Można próbować, ale jest to niezmier-
nie trudne. Reakcje człowieka po takiej stracie mogą oscylować pomiędzy rozpaczą i pła-
czem, żalem, apatią i wycofaniem. Stany te mogą się wzajemnie przeplatać i mieć różne
natężenie. Jak było w tym przypadku, tego nie wiemy. Jak długo Emilia dochodziła do siebie
po porodzie - fizycznie i psychicznie. Pewnie ją pocieszano, że jeszcze jest młoda i może mieć
w przyszłości dziecko. Jeśli była w otoczeniu bliskich, zwłaszcza kobiet, to szybciej docho-
dziła do siebie. Kobiety potrafią z dużą siłą odradzać się, bo to one dają przecież nowe życie

 15 - Jacek Drost: Olga, siostra Jana Pawła II, urodziła się i zmarła w Białej. Polska Dziennik Zachodni z dnia
      7 grudnia 2012, Fakty 24/5

Strona 152

150            Rozdział III - Rodzina




      Emilia Wojtyłowa z synem Edmundem (1917 r.)

Strona 153

Rozdział III - Rodzina              151
małej istocie. Są zdolne do regeneracji i powrotu w tryby codzienności. Pozostaje jednak
blizna w psychice, która nieraz, mimo pamięci, jest wypierana, nie jest ekstrawertycznie
przeżywana, a wnętrze i głębia przeżyć są niedostępne z zewnątrz. Po latach tak właśnie
rysuje się charakter bólu jaki był udziałem Wojtyłów. Nie wracali do trudnych momentów,
nie rozpamiętywali, podnieśli się i szli dalej w trudną przyszłość. Czasy były ekstremalnie
trudne, z codzienną walką o utrzymanie się, o zdobywanie pożywienia, odzieży, opału. Może
właśnie ta walka o byt postawiła Emilię Wojtyłową szybko na nogi. Miała przecież Edmunda
i trzeba się było o niego troszczyć, a mąż też zmizerniał w ostatnim czasie.
        Z frontu, z Wołynia, ze wschodniej Galicji i z Bukowiny nadchodziły niepokojące
wieści. Rosyjskie armie pod wodzą Brusiłowa posuwały się wolno na zachód. Wojtyłowie
dobrze jeszcze pamiętali niedawną ewakuację na Morawy, trudy życia na uchodźctwie,
wśród obcych, niby w obrębie tej samej monarchii, a jednak nie w swoim kraju. Mundek po
wakacjach rozpoczynał nowy etap edukacji w szkole wojskowej, daleko od domu. Dziesię-
ciolatek, w oderwaniu od rodziny, w warunkach skoszarowania. Być może, gdyby w domu
wychowywała się malutka siostrzyczka, łatwiej by było zrozumieć to oddalenie. Bo mama
byłaby zajęta, dziecko nieraz popłakuje, nie daje spać po nocy, choruje, a przy tym nic nie
powie, tylko krzyczy. Takie przewidywania rodziców mogły wpłynąć na decyzję o zapisaniu
syna do szkoły wojskowej w Essen. Liczyli się z tym, że będą mieć mniej czasu i głowy na
to by zajmować się dorastającym chłopcem. Ojciec nawykły do wymogów wojskowych
nie okazywał żalu na zewnątrz. Spodziewał się, że kiedyś syn pójdzie w jego ślady, a wojsko
zawsze będzie potrzebne, bo stale wybuchają wojny. Żywił też nadzieję że monarchia jest
trwała, że niezmiennie będzie składać się z wielu narodów, a podstawą utrzymywania się
takiego kolosa i takiej mieszanki ludów muszą być siły zbrojne.
        Mama Emilia poczuła się teraz osamotniona, ale cóż było robić, trzeba było dalej
żyć. Rodzice zawieźli syna pociągiem, do jego nowej szkoły. Chłopak był zdolny, ułożo-
ny, o przyjaznym usposobieniu. W nowym otoczeniu, po pewnym czasie odnajdzie swoje
miejsce, da się poznać jako jednostka wartościowa, zaprzyjaźni się z rówieśnikami. Tak
myśleli rodzice, ciesząc się, że Mundek jest bezpieczny, z dala od działań wojennych i od
codziennych zmagań w trudnych wojennych w warunkach.
       Tymczasem Rosjanie „pędzili” głównie zresztą na piechotę nader skutecznie.
W ciągu pięciu dni roznieśli dwie duże armie austro-węgierskie.16 (...) W ciągu miesiąca Ro-
sjanie dotarli w pobliże Kowla - jednej z nielicznych miejscowości w regionie, gdzie krzy-
żowały się dwie linie kolejowe. Zajęli sporą część Wołynia i Bukowinę, w Galicji Wschodniej
m.in. Stanisławów. (...) Klęska c.k. armii miała (...) dwa oblicza: po miesiącu walk front co
prawda przesunął się wyraźnie na zachód ale przeciwnik (czyt. oddziały monarchii – przyp.
autora Z. B.) nie został unicestwiony. Przyczyną było fatalne dowództwo na którego skład
Brusiłow nie miał wpływu. Armia austro-węgierska, mimo straty 2 milionów żołnierzy nie
rozsypała się. Straty rosyjskie były podobne, za cenę przesunięcia frontu na północ ok. 50
km, a na południu o jakieś 125 km. Carat zapłacił wysoką cenę za wywiązanie się ze zobo-
wiązań sojuszniczych.
       Wojna na frontach wschodnich praktycznie zakończyła się w grudniu 1916
roku w wyniku wyczerpania sił. Ani Rosja, ani Austro-Węgry nie były już w stanie pod-
jąć większej ofensywy. Ilustrowany Kurier Codzienny przynosił regularne sprawozdania ze
wszystkich frontów. Czytając dzisiaj te doniesienia odnosi się wrażenie zastoju w walkach.
Działania wojenne, ruchy wojsk, były nieznaczne, przechylały się raz na jedną, raz w drugą
stronę. Powtarzały się te same punkty oporu, te same nazwy miast, jednym słowem sta-
tus quo. Wiadomości te przestały intrygować opinię publiczną, gdyż nie było specjalnych


 16 - Włodzimierz Borodziej, Maciej Górny – Nasza wojna, tom I. s. 173, Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa
      2014

Strona 154

152             Rozdział III - Rodzina

      wydarzeń przełomowych, żadnych spektakularnych bitew, przegrupowań, sukcesów czy
      porażek. Dzisiaj znamy już wynik ostateczny walk na wschodzie. Wówczas pod koniec roku
      1916 wszystko się jeszcze mogło wydarzyć. I takie też były nastroje społeczne.
             W końcówce roku 1916 uwagę prasy przykuwały wydarzenia polityczne, które miały
      duży wpływ na przyszłość ziem polskich i samych Polaków. W dniu 5 listopada 1916 roku
      ogłoszony został akt obu cesarzy, niemieckiego i austriackiego by z ziem panowaniu ro-
      syjskiemu wydartych utworzyć państwo samodzielne, nazywane Królestwem Polskim. Po-
      wołano Tymczasową Radę Stanu, o działalności której rozpisywano się w gazetach. Sprawa
      polska nabrała przyspieszenia.
             21 listopada o godzinie dziewiątej wieczorem zmarł cesarz Franciszek Józef I.
      W drugiej dekadzie listopada monarcha zapadł na dość silny bronchit, z którego wywiązało
      się obustronne zapalenie płuc. Ponieważ nie znano jeszcze antybiotyków leczono władcę




      Cesarz Franciszek Józef I.

Strona 155

Rozdział III - Rodzina         153
metodami tradycyjnymi, które jednak okazały się nieskuteczne. Gazeta codzienna jakim
był „JKC” przynosiła wprawdzie niepokojące wieści o stanie zdrowia cesarza, ale ton tych
doniesień nie zwiastował najgorszego. Czytelnik dostawał ograniczoną dawkę stanu fak-
tycznego, z przegięciem w stronę zabarwienia optymistycznego. Prasa bazowała na infor-
macjach oficjalnych, ale te były okrojone i złagodzone w wymowie. Stąd śmierć potężne-
go dostojnika mogła być niemałym zaskoczeniem dla przeciętnych odbiorców. W końcu
jednak trzeba było tą hiobową wieść podać do wiadomości ogólnej. Wielkie czarne litery
i nagłówki, oprócz zaskoczenia wywołały uczucie głębokiego żalu u poddanych, zwłaszcza
wśród szerokich rzesz zwykłych ludzi. Wśród nich musieli być Wojtyłowie i ich najbliższe
otoczenie. Oto odchodził władca, który był od zawsze, gdy się narodzili i gdy żyli, trwał
niezmiennie wśród kilku pokoleń. Powszechnie lubiany i szanowany, znany ze swojego
spartańskiego życia, urzędujący nieprzerwanie mimo wojen, tragedii osobistych, zawiro-
wań politycznych. Konserwatywny w swych przyzwyczajeniach, uosobienie sztywnej obo-
wiązkowości, ojciec narodów, troskliwy i oddany ojczyźnie.
        Krakowski „JKC”, często wychodził z białymi plamami, które oznaczały ingerencję
cenzury, z reguły jednak prezentował wydarzenia i poglądy w zgodzie z galicyjskim wi-
dzeniem spraw, w opcji przyjaznej rodakom utożsamiającym się z przynależnością do mo-
narchii. Po śmierci cesarza przez kilka tygodni dziennik obfitował w informacje i artykuły
o osobie zmarłego. Opisywano drogi życiowe cesarza i jego rodziny, cytowano fragmen-
ty testamentu, podawano szczegóły z ostatnich godzin życia Franciszka Józefa. Po kilku
dniach ukazały się zarządzenia dotyczące żałoby, pogrzebu i pochówku. Pojawiły się też
szczegółowe relacje ze wszystkich ceremonii związanych z ostatnią drogą cesarza. Z do-
niesień wyzierała autentyczna żałość i smutek, co zepchnęło nawet bieżące informacje na
dalszy plan, gdyż w obliczu bólu narodów, wszystko było mniej ważne.
        W kilka dni po pogrzebie tematem numer jeden kuriera stała się osoba następcy
tronu Karola I. Publikowano życiorys, opisywano dotychczasowe zasługi, snuto przewidy-
wania co do polityki następcy tronu i obsady stanowisk. Niedługo później uwagę redakcji
zajmowały szczegóły przejmowania władzy, ceremonii koronacyjnej i pierwszych zarzą-
dzeń nowego cesarza. Postać Franciszka Józefa dość szybko odeszła w mrok niepamięci.
        W tym też czasie dużą uwagę poświęcano zmarłemu niedawno w Paryżu pisarzowi
Henrykowi Sienkiewiczowi. Opinia publiczna żywo zainteresowana była upamiętnieniem
polskiego narodowego twórcy. Liczne były notatki w prasie o jego twórczości, o zasługach
dla kraju, o okolicznościowych imprezach przywołujących osobę i podkreślających uznanie
jakim cieszył się za granicą. Społeczeństwa lokalne włączały się żywo, w ten nurt organizu-
jąc okolicznościowe wieczornice, wystawy, odczyty, nabożeństwa żałobne itp.
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 301 z dnia 27 listopada 1916
       Str.7 - Z Wadowic.
       Wadowice ku czci śp. Henryka Sienkiewicza.
       Rada gminna m. Wadowic podjęła na nadzwyczajnym posiedzeniu następujące
uchwały: 1) Rada m. Wadowic uchwala urządzić za spokój duszy śp. Henryka Sienkiewicza
w najbliższych dniach uroczyste nabożeństwo żałobne, na wypadek zaś, gdyby pogrzeb
zmarłego odbył się w Krakowie, wysłać tam delegacyę Rady. 2) Nazwać jedną z ulic miasta
ulicą Henryka Sienkiewicza. 3) Zamiast depeszy kondolencyjnej i wieńca przesłać na cele
Książęco- Biskupiego Komitetu niesienia pomocy w Krakowie datek 100 koron.

                                        rok 1917
      Prasa codzienna w dalszym ciągu zdominowana była informacjami wojennymi, za-
równo z frontu zachodniego, jak i wschodniego. Jednak w pierwszych miesiącach roku
1917 uwaga zaczęła w większym stopniu skupiać się na wydarzeniach w Rosji. Spły-
wały wiadomości o wrzeniu rewolucyjnym, o zmianach w rządzie, o odsunięciu cara od

Strona 156

154             Rozdział III - Rodzina

      władzy. Pojawił się polityk Kiereński, nowe twory współuczestniczące we władzy - rady ro-
      botnicze i żołnierskie. Trudno było wówczas wyrobić sobie opinię o sytuacji w Rosji. Czytel-
      nik dziennika gubił się w niedopowiedzeniach korespondentów, w zmieniających się z dnia
      na dzień, a nieraz sprzecznych doniesieniach. Nawet dzisiaj lektura gazety z tamtych lat nie
      pozwala na zrozumienie gwałtownych procesów społecznych. Zapewne dla ówczesnych
      odbiorców, takich jak małżeństwo Wojtyłów, napływające z Rosji wiadomości budziły nie-
      pokój i niedowierzanie, a nawet strach przed nieprzewidywalnym rewolucyjnym żywiołem.
      Rosjanie cieszyli się bowiem złą sławą, pędzących mas, zabiedzonych, zdolnych do okru-
      cieństwa i grabieży. Przypisywano im wiele negatywnych cech, nieraz opisywano niegodzi-
      wości jakich dopuszczali się rosyjscy żołnierze, zdziczenie w kontaktach z innymi nacjami,
      zacofanie cywilizacyjne. Gazeta osadzona ideologicznie jako proaustriacka, zorientowana
      na zachód z nasileniem wykorzystywała ujemne, negatywne, ilustrujące Rosjan wątki, któ-
      rych w warunkach wojennych i rewolucyjnych nie brakowało. W samym założeniu wojen
      i rewolucji jest przemoc, często usprawiedliwiana wyższymi racjami, koniecznością obrony,
      a zwycięzców i tak nikt nie sądzi.
              Wieści o wypadkach w Rosji odbijały się szerokim echem nie tylko na prowincji,
      ale przede wszystkim wywoływały piorunujące wrażenie wśród mieszkańców Warszawy
      i Krakowa. Pod redakcjami tłumy oczekiwały na komunikaty o dalszym rozwoju wypad-
      ków, a w kawiarniach i na ulicach grupki ludzi w ożywieniu wymieniały poglądy o aktual-
      nej sytuacji. Temat ten był gorący również na wiosnę i z nadejściem lata. Napływały infor-
      macje o poczynaniach Kiereńskiego, w doniesieniach pojawiało się też nazwisko Lenina,
      kryzys władzy nasilał się i przygasał. W lipcu wrzenie w Petersburgu narastało, a na ulicach
      słychać było strzały, trudno było przewidzieć co przyniesie następny dzień.
              „IKC” obfitował głównie w wiadomości z Krakowa i szeroko pojętych dawnych ziem
      polskich, szczególnie z terenów Galicji i Królestwa. Te ziemie, będące obecnie pod kontro-
      lą wojsk niemieckich i austriackich dostarczały najwięcej świeżych i ciekawych doniesień,
      one też budziły u odbiorców największe zainteresowanie, jako zasadnicza część przyszłej,
      rwącej się do wolności Polski. Zalążkiem przyszłego rządu była Tymczasowa Rada Stanu,
      która akurat borykała się z kryzysem przysięgowym w legionach. Część legionistów od-
      mówiła złożenia przysięgi zaborcom, a przywódcą tego protestu był brygadier Józef Pił-
      sudski. Legioniści z nim związani mieli być odsyłani do domów. Gazeta relacjonowała próby
      załagodzenia sytuacji przez Tymczasową Radę Stanu, niemniej napięcie utrzymywało się.
      Znamienne jest to, że informacje na temat legionów, kryzysu przysięgowego i aresztowań
      dochodziły do czytelnika w formie mało czytelnej, były niekompletne, a nawet dezinfor-
      mujące. Najpierw jako przyczynę aresztowania Piłsudskiego podawano: kompromitują-
      ce materiały, sfałszowany paszport, dogadywanie się z bolszewikami, by z czasem zarzucić
      brygadierowi tworzenie oddziałów zbrojnych (POW) na tyłach armii niemieckiej. W wia-
      domościach na ten temat w prasie wyczuwało się niechęć Niemców do pracy niepodległo-




      Zapis o przebiegu służby Karola Wojtyły.

Strona 157

Rozdział III - Rodzina                            155




                                              Zapis o przebiegu służby, pisany własnoręcznie przez Karola Wojtyłę.

ściowej Polaków. Intencje Piłsudskiego były, aż nadto czytelne dla zaborców, zdawali sobie
sprawę, że oddziały, które organizuje brygadier, wkrótce mogą obrócić się przeciwko nim.
Kurier zamieszczał wypowiedzi i oświadczenia opiniotwórczych niemieckich grup obywa-
teli, które popierały politykę retorsji wobec Polaków. Galicyjska gazeta jaką był „IKC” wyda-
wała się być zaskoczona rozwojem wypadków, wokół legionów. Naraz, ze współdziałają-
cych z armiami: austriacką i niemiecką, staliśmy się wrogami, a przywódcy zostali wtrąceni
do więzienia. Trzeba to było jakoś tłumaczyć, albo przemilczeć, czekając na dalszy rozwój
wypadków lub oficjalne stanowisko. W efekcie powstało niedoinformowanie i rozdwojenie
emocjonalne. Sympatia była po stronie legionistów, ale chyba nie można było jej osten-
tacyjnie okazywać, bo cenzura i tak odrzuci propolskie teksty, a zwłaszcza te krytykujące
państwa centralne. Godzi się w tym miejscu zauważyć, że do tej pory gazeta zamieszczała
wiele reportaży, wspomnień i relacji o legionach, o ich waleczności, apoteozując patrio-
tyzm ochotników i ich dowódców. Opisywano też uniesienia społeczne i aktywność w róż-
norodnych akcjach pomocowych, jak i propagandowych. Zbierano ciepłą odzież, upominki
świąteczne, książki i gazety. Przesyłano zebrane dary do obozów legionistów i do szpitali,
gdzie dochodzili do siebie ranni, walczący i cierpiący dla ojczyzny. Zbierano datki dla inwa-
lidów, sierot i wdów po legionistach, dla patriotów będących w rosyjskiej niewoli. Głośne
były, opisywane w „IKC”-u kwesty połączone z wbijaniem gwoździ na kolumnę legionów
i na tarcze legionowe. Publikowano nazwiska ofiarodawców, z dumą i z wykrzyknikami
ogłaszano zebrane sumy, fetowano, gdy padała granica kolejnego tysiąca. Pozytywne na-
stawienie redakcji nie zmieniło się, a jedynie klimat polityczny elit zaborczych, liczących na
trwałe podporządkowanie przyszłej Polski opcji niemieckiej.
         Ostatecznie zaborcy zdecydowanie zareagowali na odmowę przysięgi. Legioni-
stów pochodzących z Galicji wcielono do armii austriackiej i wysłano na front włoski, zaś
mieszkańców Królestwa Polskiego internowano w obozach w Beniaminowie i Szczypiornie.
W proteście Tymczasowa Rada Stanu podała się do dymisji, więc w jej miejsce utworzono
Radę Regencyjną. Czytelnik „IKC”-a musiał sam powiązać te fakty, gdyż wydarzenia te były
rozłożone w czasie, a piszący o nich często sami nie dostrzegali związków przyczynowo-
-skutkowych. W tym samym czasie gdy doszło do kryzysu przysięgowego, gazeta przynosi
ciekawe wiadomości z frontu wschodniego. Ciekawe o tyle, że coś drgnęło, gdyż 22 lip-
ca dochodzi do przerwania frontu pod Tarnopolem. Austriacy wykorzystują zwycięstwo
oskrzydlając „rewolucyjną armię” rosyjską z zamiarem zamknięcia jej w „worku”. Kolejne dni
przynoszą wiadomości o odbiciu Tarnopola, Stanisławowa, Kołomyji i wielu innych miej-
scowości, które zajęte były rok wcześniej podczas ofensywy Brusiłowa. Wycofujące się od-
działy rosyjskie rabują, palą i niszczą dobytek mieszkańców, w przekonaniu, że już ni-
gdy tu nie wrócą. Polscy ułani pułkownika Mościckiego ujmują się za ludnością, stają w jej
obronie, a nawet staczają formalne bitwy z rozpasanym kozactwem. Ułani będąc w składzie
armii rosyjskiej staczają 24 lipca historyczny bój pod Krechowcami. Pułk otrzymuje rozkaz
wstrzymania natarcia Niemców na Stanisławów i przez cały dzień broni dostępu wroga do
miasta, osłaniając w ten sposób odwrót II dywizji rosyjskiej. W uznaniu waleczności i godnej
postawy wobec bezbronnej polskiej ludności, zyskuje odtąd nazwę ułanów krechowieckich,
otrzymuje od miasta opiekę nad rannymi i jeńcami, wieczną pamięć i wdzięczność. Krakow-
ski dziennik sporo pisze o tych wydarzeniach, podkreślając zasługi polskich ułanów wal-
czących na dwa fronty: bohatersko, skutecznie i honorowo.

Strona 158

156         Rozdział III - Rodzina

             Doniesienia z Rosji dominują w krakowskim dzienniku, a równocześnie odżywa
      sprawa niepodległości Polski. Publikuje się dyskusje o koncepcjach przyszłego państwa
      polskiego. Głos zabierają różne znane osoby i gremia, wypowiadając się na temat granic,
      rządów, a zwłaszcza powiązań z państwami centralnymi, u boku których musiałby powstać
      autonomicznie zarządzany kraj. Tymczasem dochodzi do kryzysu przysięgowego w legio-
      nach. Niepokorni legioniści zostają internowani, a popierający ich Piłsudski pod nacią-
      ganymi zarzutami aresztowany. Jest koniec lipca 1917 roku, gazeta ukazuje się z biały-
      mi plamami bo cenzura tnie artykuły o Piłsudskim. W numerach z tego okresu informacje
      z frontu wschodniego, pisane są wielkimi czcionkami, o wyparciu Rosjan z Tarnopola, Sta-
      nisławowa, Kołomyji, Trembowli i Tłumacza.
             Ale mieszkańców Galicji Zachodniej bardziej interesują braki aprowizacyjne, o któ-
      rych pisze się prawie codziennie. Brak towarów spożywczych w Chrzanowie i okolicy, nie-
      dobór cukru w Kętach, brakuje ziemiopłodów i mąki. Do stanu fatalnego zaopatrzenia do-
      chodzi jeszcze nielegalne wywożenie żywności, a także rekwizycje siana, słomy, a nawet
      deficytowych ziemniaków. Napływają informacje o zakazie opalania mieszkań, o redukcji
      kursów pociągów z uwagi na konieczność oszczędzania węgla. Przy tej mizerii polskie
      społeczeństwo aktywnie uczestniczy w manifestacjach z okazji 100 rocznicy śmierci
      Tadeusza Kościuszki, o czym z satysfakcją donosi gazeta.
              Ilustrowany Kurier Codzienny nr 130 z dnia 12 maja 1917
              Str. 7 – Korespondencje
              Z Kalwarii Zebrzydowskiej.
              Odpustowa Kalwaria doprowadzona została pod względem aprowizacyjnym do
      stanu rozpaczliwego. W naszem miasteczku liczącym 2000 mieszkańców stałych, a obec-
      nie mającem u siebie i w najbliższej okolicy kilkaset rodzin uchodźców ze Stanisławowa
      i Kołomyji, nigdy nie było nadmiaru żywności, gdyż okolica tu górzysta, gleba mało uro-
      dzajna, a powtarzające się rekwizycye ogałacają ją z produktów tak, że zasiewy zostały już
      grubo naruszone.
              Samo miasteczko ma bardzo małą ilość gruntu ornego, a mieszkańcy to przeważnie
      bezrolni rękodzielnicy stolarze, to też zapasów żadnych między mieszkańcami nie ma, nie
      mówiąc już o uchodźcach, którzy również nic do jedzenia nie przywieźli i nie posiadają.
              Mimo tych braków, władze od których zarząd spraw aprowizacyjnych zależy nadsy-
      łały już od kilku miesięcy tylko minimalne ilości mąki i to najgorszego gatunku, przez cały
      zaś miesiąc kwiecień nie nadszedł ani jeden worek mąki, tak, że chleba w całym mieście już
      od 3 tygodni nie ma. A nie ma także i innych środków, jak: kaszy, pęcaku, krup, grochu itd.
              Wszelkie prośby do starostwa w Wadowicach, a nawet delegacye do namiestnic-
      twa nie odnoszą skutku, co jest tem dziwniejsze, że inne miasta w tutejszym powiecie
      przecież otrzymują mąkę przynajmniej na chleb.
              Natomiast ani władze powiatowe, ani miejskie nie stawiają tamy wykupywaniu
      jaj, masła itd. przez handlarzy i wywożeniu ich z kraju, a przez krótki czas nasze miasto
      było „uszczęśliwione” wyjątkowem rozporządzeniem, ustanawiającem racyę mięsa na jed-
      ną osobę 15 dkg na 2 tygodnie! Rozporządzenie to na szczęście uchylono – lecz stan apro-
      wizacyjny nadal przedstawia się u nas rozpaczliwie.
             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 145 z dnia 27 maja 1917
             Str. 7 - Z Wadowic.
             Rozpaczliwe stosunki aprowizacyjne w Wadowicach.
             Zwołana na nadzwyczajne posiedzenie Rada miejska stanęła przed sytuacyą dla
      mieszkańców miasta wprost groźną. Zupełny brak chleba, mąki i ziemniaków, znikomo
      mała ilość mięsa i innych środków spożywczych, jest dla miasta, wskutek wojny przelud-
      nionego i liczącego około 20000 mieszkańców, tem straszniejsza, że wszelkie starania ma-

Strona 159

Rozdział III - Rodzina                         157
gistratu skierowane do odnośnych władz celem uzyskania niezbędnych środków żywności
są bezskuteczne.
        Zarządzona w tych warunkach przez starostwo wadowickie ponowna masowa re-
kwizycya ziemniaków, celem wywozu ich poza granice powiatu i kraju, wywołała formalną
burzę w Radzie miejskiej.
        Wyrazem tego było natychmiastowe wysłanie depeszy do p. Namiestnika z prote-
stem i zaznaczeniem, że Rada miejska nie może wobec tego stanu rzeczy brać odpowie-
dzialności za spokój w mieście.
        Ponadto uchwaliła rada miejska wysłać deputacyę do Koła Polskiego z przedsta-
wieniem stanu sprawy i żądaniem obrony ludności miasta i powiatu przed tego rodzaju
postępowaniem starostwa.




                                      Budynek, w którym podczas I wojny światowej odbywały się pobory wojskowe.

      Ilustrowany Kurier Codzienny nr 191 z dnia 13 lipca 1917
      Str. 3 - Liczba ludności w powiatach galicyjskich.
      Wadowice 94.050 – dane z kwietnia 1917 r., dane zebrane przez namiestnictwo dla
celów aprowizacyjnych. Liczba ludności podana łącznie z obozami uchodźców i jeńców.
Dla porównania: Myślenice – 94.146; Żywiec – 120.154; Oświęcim – 68.508; Chrzanów –
121.440; Nowy Targ – 88.774.
       W jesieni 1917 roku tematem gorącym jest wciąż wrzenie w Rosji, gdzie na
czele zmieniających się rządów utrzymuje się Kiereński.
        W wydaniu gazety z dnia 10 listopada 1917 r. pojawia się notatka o rewolucji bolsze-
wickiej w Petersburgu. Jest to zryw robotników i żołnierzy, którzy zapowiadają w prokla-
macji, że nowa władza zaproponuje sprawiedliwy pokój, nadanie ziemi chłopom i zwołanie
konstytuanty. Istotnie po kilku dniach nadchodzą wieści o proponowanych warunkach za-
wieszenia broni na froncie wschodnim. Z początkiem grudnia rozejm wchodzi w życie, a tym-
czasem trwają negocjacje na temat trwałego rozwiązania pokojowego. Mimo niepewności,
mimo ciągłych walk o władzę w Rosji, koniec roku 1917 przynosi wiadomość o rozpoczę-

Strona 160

158         Rozdział III - Rodzina

      ciu rokowań pokojowych w Brześciu Litewskim. Pojawiają się wypowiedzi, że Polska też
      powinna uczestniczyć w tych ustaleniach, wzmaga się dążenie do niepodległości, włącznie
      z głosami na temat przyszłości ojczyzny, rządu, jej granic, powiązań z Niemcami i Austrią.
             Ilustrowany Kurier Codzienny przynosi jesienią 1917 serię artykułów o na-
      silającej się drożyźnie, brakach podstawowych produktów żywnościowych – m.in.
      w Wadowicach.
              Ilustrowany Kurier Codzienny nr 283 z dnia 13 października 1917
              Str. 5 - Dzień kosztuje tyle - ile dawniej tydzień.
              Kraków, 12 października.
              W zawrotnym tempie wzmagająca się drożyzna, oraz spadek wartości pieniądza
      cisną dręczące pytanie na usta:
              W jaki sposób zwykły śmiertelnik ze średniego stanu, żyjący ze stałej płacy, a nie
      posiadający majątku, zdoła wyżywić siebie i rodzinę?
              Dla tych nielicznych jednostek, które zbogaciły się na wojnie, jak w ogóle dla ludzi
      posiadających wielkie dochody - kwestya ta jest łatwa do rozwiązania. Za pieniądze dosta-
      nie obecnie wszystkiego, czego tylko zapragnie serce ludzkie, a raczej… żołądek. Również
      i robotnikom przeważnie nie najgorzej się powodzi. Płace robotników wzrosły w wysokim
      stopniu tak, że wystarczają na zaspokojenie najniezbędniejszych potrzeb życiowych. Tra-
      gicznie przedstawia się natomiast położenie wielkiej rzeszy niższych urzędników, emery-
      tów, jak w ogóle tych wszystkich, których dochody wydatnie się nie podwyższyły.
              Za wybrańców losu można uważać dzisiaj tych, którzy przy pomocy dawnych
      oszczędności mogą jako tako budżet domowy utrzymać w równowadze.
              Co jednak mają począć te dziesiątki tysięcy rodzin, które na żywność wydały resztę
      pieniędzy, a wszystko, co tylko z dobytku udało się spieniężyć - sprzedały lub musiały za-
      nieść do zakładów zastawniczych?
              Dla tych, którzy nie posiadają jakiejkolwiek gotówki na uzupełnianie swych stałych
      dochodów, by w ten sposób pokrywać codzienne wydatki na wyżywienie rodziny, pozo-
      staje jedyna ewentualność: głodować.
              Nie ma innego wyjścia z obecnej sytuacji gospodarczej dziesiątek tysięcy rodzin!
      I nie może być inaczej obecnie, gdy ta sama kwota która przed kilku laty wystarczała na
      pokrycie wydatków całego tygodnia, obecnie starczy zaledwie na zakupno żywności
      na jeden dzień.
               Ilustrowany Kurier Codzienny nr 285 z dnia 15 października 1917
               Str. 6 – Korespondencje.
               Z Wadowic piszą nam: Niedawne to czasy, gdy z łaski tutejszych „aprowizatorów”
      przez dwa miesiące przeszło (sic!) nie było ziemniaków, ni chleba, ni mięsa. Ludność mu-
      siała się zadawalniać wydawanemi wśród nieopisanych męczarni homeopatycznemi daw-
      kami (ćwierć kilo na 14 dni na głowę!!) jakiejś obrzydliwości, zwanej szumnie kukurydzą.
      Obecnie wraca się znowu do dawnych metod! Chleb (niejadalny) mamy tylko dwa - trzy
      dni w tygodniu, i to w ilościach, które nawet dla połowy ludności miasta na dzień nie wy-
      starczą; obecnie chleba nie ma już tydzień, czasem mąka i to jedna czwarta do pół części
      wyznaczonej. Ziemniaki po cenie 70 hal. za kg. (40h. dopłaca rząd) w ilościach minimal-
      nych! Cukier raz na miesiąc zdobywamy po funcie prawem pięści!
               Zapytać by się godziło, co na to nasz poseł p. Łazarski? Niedopuszczalnem jest, by
      ludność nasza miała ciągle tak cierpieć i była wystawiona na szykany.
            Ilustrowany Kurier Codzienny nr 290 z dnia 20 października 1917
            Str. 4 - Na nierównomierny rozdział nafty w Wadowicach.
            Otrzymujemy skargi od naszych czytelników w tem mieście. Jeśli stosunki się nie
      poprawią, zabierzemy głos w tej sprawie powtórnie.

Strona 161

Rozdział III - Rodzina                      159




          Wojtyła w gronie współpracowników w okresie I wojny światowej (czwarty z lewej, w środku w ciemnym mundurze)

      Ilustrowany Kurier Codzienny nr 302 z dnia 1 listopada 1917.
      Str. 4 - Na rozdział środków spożywczych żalą się mieszkańcy Wadowic. Ko-
respondent nasz donosi, że już nie kartami żywnościowemi, ale niezrealizowanemi
bonami możnaby rynek wyścielić!
        Ilustrowany Kurier Codzienny nr 319 z dnia 18 listopada 1917
        Str. 7 – „Głodówka” w Wadowicach.
        Wadowice 14 listopada.
        Sławna była niegdyś Abdera, Wadowice atoli „sławą” swego kołtuństwa przewyż-
szyły. Stosunki tak, jak się tu ukształtowały, przechodzą już dawno wszelką miarę cierpli-
wości, nawet u wadowickich „dziadów”. (…) celowo tak jest urządzone, by dla ogółu naszej
ludności sprawiać jak największą mękę i jak największe trudności, - Dotychczas jeszcze naj-
cięższego zarzutu złej woli naszym władzom nie robiliśmy, teraz jednak z całą i nieodpartą
stanowczością powiadamy, że gmina zadaniom swoim naturalnym idzie w poprzek, żąda-
my więc ustąpienia ludzi, którzy z całą świadomością i celowo robią wszystko, by było jak
najgorzej!
        Chleba i mąki jak nie było tak nie ma. Na ziemniaki czekają tłumy już trzeci tydzień,
czekając bezskutecznie całe trzy tygodnie w szeregu (sic!). Ludzie jednak znający się na
rzeczy „otrzymują je bez trudu i to wagonami.(…)”
        Ilustrowany Kurier Codzienny nr 323 z dnia 22 listopada 1917
        Str. 4 - Pan „komisarz cukrowy” w Wadowicach.
        Piszą nam ze sfer nauczycielskich: Pan „komisarz cukrowy” orzekł, że nauczy-
ciel(ka) mieszkający na wsi, ma otrzymać tyle cukru co i chłop. Protestujemy stanowczo
przeciw tej krzywdzie. Nauczyciela na wsi, nie posiadającego gruntu, ani bydła, tylko 91K
miesięcznie płacy, nie można porównać z chłopem, właścicielem: krów, kur, świń, królików
i kilku mórg gruntu, producentem: zboża, mleka, masła, słoniny i pobierającym nadto 100
do 300K zasiłku miesięcznie.

Strona 162

160          Rozdział III - Rodzina

             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 341 z dnia 10 grudnia w 1917
               Str. 3 - Z Wadowic piszą nam: Stosunki tutejsze wcale nie zmieniły się na lepsze. Zno-
      wu po kilkudniowej „epoce chlebowej” nastał głód. Jakby dla okrasy zarządzono wydanie
      zamiast mąki za pośrednictwem Rady gospodarczej po 20 dkg zatęchłych krup (jako dawkę
      dwutygodniową). Zamiast elementarnej choćby jakiejś organizacyi i porządku w aprowi-
      zacyi wszystko robi wrażenie celowo robionego zamętu, wszystko jest „urządzone” w ten
      sposób, by dawki przeznaczone dla ludności do rąk jej nie dochodziły, by je można wydać
      komu innemu, bądź też wywieźć gdzieindziej. Dowód z funduszem zapomogow. Ogół ciśnie
      się i tłoczy czekając już miesiąc na należne sobie i już zapłacone ziemniaki - nie dostaje ich
      jednak. Nie dostali ziemniaków najbiedniejsi, ci którym głód w oczy zagląda, ci którzy dzieci
      z powodu głodu do szkoły posyłać nie mogą, ci którym brak chleba, brak ziemniaków, brak
      mąki i cukru każe w rezygnacyi oczekiwać głodowej śmierci. - W każdym razie niepodobna
      tutaj zbyć milczeniem zaobserwowanego przez wszystkich faktu, że im większy głód nęka
      ludność, tym lepiej prezentują się pewne indywidua, tem większe i piękniejsze nabywają
      majątki ziemskie i rentowne przedsiębiorstwa.
               Katastrofalna sytuacja zaopatrzeniowa była wynikiem nieurodzajów, powodzi,
      rekwizycji, braku rąk do pracy na roli. Skoro już w miesiącach letnich, które są czasem żniw
      i pozyskiwania żywności, napływały zewsząd utyskiwania na głód, to co dopiero będzie
      się działo potem, jesienią, zimą i wiosną. Strach pomyśleć. Prowadzący kronikę karmelici
      skupiają się głównie na informacjach z miasta i najbliższej okolicy. Dlatego kreślony przez
      nich obraz jest bliski i wiarygodny, bo piszą po prostu o sobie, o odczuciach mieszkańców,
      o realiach codziennych, doświadczanych przez małą społeczność. Poniżej wybór zapisów
      z kroniki klasztornej z roku 1917.
               „Nie tylko ludności cywilnej lecz także i wojsku tak frontowemu jak poza-
      frontowemu dokucza bieda i głód. (…) Wojsko zgłodniałe chodzi po domach, żebrząc
      o kawałek chleba lub troszkę strawy jakiej bądź. (…) Bez karty żywnościowej, tj. na chleb,
      mięso, cukier itd. nikt nic nie dostanie. Polki, panie mniej zamożne i służące, tym bar-
      dziej jeszcze dzieci miejskie nauczyły się chodzić albo w sandałach z drewnianymi
      podeszwami albo całkiem boso.(…)
               W miesiącu ubiegłym (lipiec 1917) rząd zastrzegł dla siebie wyłączne prawo roz-
      porządzania płodami rolnymi, odbierając producentom prawo sprzedawania takowych
      komukolwiek, jak tylko samym rekwizytorom. Wskutek tego nikt nie sprzedaje zboża na
      rynku, ludzie nierolni nie mają żywności, tylko tyle, co im handlarze i piekarze (…) za wy-
      soką cenę i to tylko na kartę żywnościową sprzedają.(…)
               Wskutek braku żywności i drożyzny dzieje się we wszystkich krajach monarchii
      dużo kradzieży na polach. Przed żniwami obcinano kłoski zbóż (…) kradną ziemniaki
      niedorosłe jeszcze (…) Musi więc każdy swojego pola stróżować.(…)
               Po zarekwirowaniu wszystkich artykułów żywności ludzkiej: zboża, ziemniaków
      itd., zaczęła się teraz rekwizycja artykułów paszy dla bydła: słomy, siana, by zapewnić armii
      wojennej przetrzymanie niebezpieczeństwa głodu.(…)
               W roku bieżącym 1917 wszystko w przyrodzie dzieje się anormalnie: wiosna późna
      i zimna z śniegami jeszcze w maju (…) lato niepamiętnie suche i gorące nie dało połowy
      tyle chleba co innymi laty, kapusty prawie żadnej (…) ziemniaków tylko tyle, że trudno ich
      starczy do stycznia. Teraz jesień do 7 b.m. (październik) jeszcze gorąca, na raz się tak ozię-
      biła, że mokre zimno gryzie przez odzienie. (…)
               W nocy z 25 na 26 września spalił się dach wielkiego, piętrowego domu Żyda Hup-
      perta, na górnym końcu ulicy Zatorskiej, a róg rynku. Strych tego domu był tajemnym ma-
      gazynem artykułów życiowych (…) Cały wagon cukru, kilka czy kilkanaście worów mąki,
      zapasy kawy (…) ryżu, nafty, spirytusu itd., których dla katolików nigdzie nie ma, były tam
      nagromadzone w murowanych na ten cel komorach i tak więc zabezpieczone od ognia, nie

Strona 163

Rozdział III - Rodzina             161
zaraz się zapaliły. Dopiero kiedy cukier, ułożony koło komina zajął się ogniem i im bardziej
go lano wodą tym jaśniejszy ogień wydawał, wtedy ogniowa straż, nie wiedząc co to zna-
czy, weszła na palący się strych i zobaczywszy komórki składowe, zaczęła wyrzucać z nich
skrzynie, paki i worki z zapasami, które przy spadnięciu na ziemię rozbijały się, a ludność
uboga, rzucając się na rozrzucone na ulicy zapasy, pchała je do kieszeni lub worków i nosiła
do domu. Zrzucona została bezwiednie i skrzynka z pieniędzmi złotymi i srebrnymi, które
rozsypawszy się na ulicy, w wielkiej części zostały przez obcych pozbierane i zabrane. (…)”17

                                              rok 1918
        Lektura prasy z pierwszej połowy roku 1918 uświadamia nam po latach że ten czas,
był dla współczesnych okresem zamieszania, niepokojów i niepewności, upadku jednych
wartości kosztem drugich. Obok defetystycznych wieści napływających z Rosji, docho-
dzą doniesienia korespondentów terenowych, o strajkach w Austrii i Niemczech, a także
o rozruchach w naszej części Galicji, w Oświęcimiu, Bochni i Tarnowie, w sprzeciwie wobec
bezrobocia, braków aprowizacyjnych - ogólnie mówiąc na tle głodowym. Na domiar złego
w prasie pojawiają się notatki o starciach wojsk polskich, walczących dotąd w składzie armii
rosyjskich, z bolszewikami, którzy prześladują polskich oficerów i ziemiaństwo. Na czele
polskich oddziałów stoi generał Konstanty Dowbor-Muśnicki.
       W lutym 1918 napływają hiobowe wieści o ustaleniach w Brześciu Litewskim.
W ich myśl Podlasie i Chełmszczyzna będą przyłączone do Ukrainy, co zostaje określo-
ne jako IV rozbiór Polski, wywołując masowe demonstracje polskiej ludności. Całe nu-
mery IKC poświęcone są opisom zgromadzeń i manifestacji, wystąpieniom różnych
gremiów, autorytetów, cytatom z rezolucji uchwalonych m.in. w Krakowie i w innych
częściach Galicji Zachodniej, w tym w Chrzanowie, Makowie i w Wadowicach.
                                     15 III 1918 r. - Zawieszenie IKC
         Druga połowa roku 1918 przynosi sporo istotnych faktów politycznych. Trwa
rewolucja w Rosji, odbierana w Galicji jako zamęt na wschodzie. IKC donosi o walkach
między białymi, a bolszewikami, opisuje bestialstwa rewolucyjnej hałastry, zapowiadając
rychły koniec i upadek Lenina. Mijają kolejne miesiące i nic takiego nie następuje, chociaż
nie brak załamań i chwiania się fali rewolucyjnej. Kończy się wojna na zachodzie, gdzie
szala zwycięstwa, zdecydowanie przechyla się na stronę państw koalicji. Padają zaborcy;
zwyciężone Niemcy, pogrążona w zawierusze rewolucyjnej Rosja, ponosząca klęski Au-
stria i dynastia Habsburgów. Polacy, potrafią zdyskontować tą dziejową okazję, mimo róż-
nic, w jakim kształcie, na jakich podstawach, pod czyim przywództwem odbudowywać
ojczyznę.
        Ważne wyzwania pojawiają się na szlakach życiowych rodziny Wojtyłów. Se-
nior Karol Wojtyła zdaje sobie sprawę, że zanosi się na epokowe zmiany. Dotychczasowy
chlebodawca cesarz austriacki abdykuje, cała organizacja państwowa i wojskowa chwieje
się by lada dzień runąć, podobnie jak lokalne władze podległe wiedeńskiej administracji.
W pierwszej kolejności trzeba syna Edmunda zabrać i wypisać ze szkoły wojskowej
w Enns, jego miejsce jest wśród rówieśników Polaków, w wadowickim gimnazjum. Tu roz-
pocznie we wrześniu 1918 roku naukę w klasie trzeciej. Czasy są trudne gdy chodzi o co-
dzienne bytowanie. Mimo ciągłej drożyzny, brakuje wszystkiego, żywności, ubrań, opału,
artykułów codziennego użytku: nafty, mydła, zapałek, nici, skóry, tkanin itp.. Niezamożne
rodziny, a do takich zaliczali się Wojtyłowie, nie mogą przepłacać, muszą kombinować za-
dowalać się erzacem, stać w kolejkach by zdobyć niezbędne towary.

 17 - Wadowice w zapiskach klasztornych kronikarzy 1892-1945. Tekst wybrał i opracował Czesław Gil OCD,
      Wadowice 2002, s. 37-40

Strona 164

162           Rozdział III - Rodzina

              Senior Karol Wojtyła ma na szczęście pracę w komendzie uzupełnień. A ta dzia-
      ła nieprzerwanie, gdyż dopływ rekruta jest podstawową potrzebą tworzącego się państwa.
      Odpływają austriaccy urzędnicy, a ich miejsce powoli zajmują Polacy. Zmiany polityczne, ka-
      drowe i organizacyjne niosą niepewność jutra, konieczność przystosowania się do nowych
      warunków, zadań, oczekiwań. Wprawdzie nadchodzi Polska ale jest ona jeszcze nieokreślo-
      na, jeszcze nie zbudowała nowych struktur, jeszcze wszystko toczy się trochę po staremu.
      7 X 1918 r. - gazeta pisze: Losy wojny w rękach prezydenta Wilsona. W jego propozycjach
      punkt 13 brzmi: „Niezawisłe państwo polskie obejmujące w sobie niewątpliwie przez pol-
      ską ludność zamieszkane obszary, musi być stworzone. Musi ono posiadać wolny dostęp
      do morza. (…)
      1 XI 1918 r. - Polska Komisja Likwidacyjna obejmuje władzę cywilną i wojskową w Galicji.
      A w dniu następnym mianuje brygadiera Roję komendantem wojskowym zach. i środkowej
      Galicji. Ten zarządza: obejmuję z dniem dzisiejszym komendę nad oddziałami polskimi
      w Krakowie i powiatach Galicji zachodniej po Przemyśl. (…) W poszczególnych powiatach
      najstarsi rangą obecni tam oficerowie prowadzą komendy powiatowe. (…) Należy przede
      wszystkim: a) objąć komendę nad znajdującymi się tam oddziałami i zakładami wojskowy-
      mi, b) zorganizować dla powiatu oddział stały. (…) c) uruchomić komendę placu, powiato-
      we komisje asenterunkowe itd.
               Powstają Powiatowe Komisje Likwidacyjne, a na ich czele stają nominowani komi-
      sarze. Na powiat wadowicki powołano Moszyńskiego.
               Powyższe decyzje wyprzedzają o kilka dni formalne powstanie państwa polskiego,
      datowane po latach na dzień 11 XI, gdy Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsud-
      skiemu naczelne dowództwo nad siłami zbrojnymi. Odtąd wypadki toczą się lawinowo:
      18 XI - abdykacja Rady Regencyjnej, 21 XI powołanie gabinetu Jędrzeja Moraczewskiego.
      23 XI –Piłsudski tymczasowym naczelnikiem państwa, 2 XII - ogłoszenie wyborów do sej-
      mu na dzień 26 stycznia 1919 roku.
               Zachodnią Galicję podzielono na 11 okręgów wyborczych. Obwód nr 3 Wado-
      wice, Żywiec i Kęty - 5 mandatów. Komisarzem wyborczym na ten obwód zamianowano
      Dr Solaka. (informacja z IKC)




      Część miasta, z którą związani byli Wojtyłowie w pierwszym okresie pobytu w Wadowicach. Widać koszary, kaplicę na-
      zaretanek, a na pierwszym planie ulicę Młyńską (obecnie Legionów) z niską zabudową, gdzie mieściła się kiedyś szkoła
      powszechna im. Jachowicza, do której uczęszczał Mundek. Wszystko to na tle pasma Leskowca, a po lewej Dzwonka.

Strona 165

Rozdział IV


                                           Przedwiośnie


                               1. Zanim wybuchła niepodległość
       Gdy po wielu latach od odzyskania przez Polskę niepodległości w roku 1918, sta-
ramy się oddać atmosferę i realia tamtych lat, musimy cofnąć się do lat osiemdziesiątych
XIX wieku. Wtedy w Galicji kiełkowały swobody narodowe, rozluźniły się zakazy, dopuszczo-
no możliwość zrzeszania się i organizowania pod hasłami doskonalenia tężyzny fizycznej,
poznawania historii ojczystej, a w zamierzeniach dalekowzrocznych przygotowania młode-
go pokolenia do walki o wolność. Władze austriackie widziały inne cele, głównie gotowość
młodzieży do współdziałania z zaborcą w chwilach zmagań, na rzecz cesarza Habsburgów.
        O początkach działalności niepodległościowej w Wadowicach traktuje po-
zycja Władysława Hajewskiego: „Zarys historii pracy niepodległościowej powiatu
wadowickiego»1. Dowiadujemy się z niej, że u schyłku XIX wieku działał w Wadowicach
Związek Promienistych wśród młodzieży gimnazjalnej. Nieco później działała w tych sa-
mych kręgach uczniowskich Tajna Organizacja Młodzieży Narodowej. Obie organizacje
współdziałały ze sobą podejmując wiele spektakularnych akcji (np. „strajk pacierzowy”,
„strajk orkiestrowy” - bierny opór przeciw wiernopoddańczym gestom władz), a nawet
o charakterze aktywnym, jak podłożenie petardy pod drzwi kasyna urzędniczego, gdzie
urządzano zabawę, mimo żałoby z powodu wypadków w Królestwie w 1905 roku. Takie
były początki kształtowania świadomości narodowej w Wadowicach.
       Wiek XX przynosi gwałtowny rozwój organizacji paramilitarnych. Powyższa
praca przynosi wiele wiadomości o początkach Związków Strzeleckich, których aktywność
zwiększa się w miarę zbliżania I wojny światowej. W roku 1911 powstaje w Wadowicach




                                                                             Ćwiczenia drużyn sokolich (1913)
 1 - Władysław Hajewski: Zarys historii pracy niepodległościowej powiatu wadowickiego. Nakładem Zw. Legio-
     nistów Polskich – Wadowice 1937

Strona 166

164            Rozdział IV - Przedwiośnie




      Ćwiczenia drużyn sokolich (1913)
      Sekcja Związku Walki Czynnej. Głównym celem tej zakonspirowanej organizacji było przy-
      gotowanie ruchu zbrojnego i ćwiczenia z bronią.
               Znaczne osiągnięcia na niwie przygotowań paramilitarnych notują Sokole Drużyny
      Polowe. Odbywały one szkolenia terenowe, ćwiczenia z bronią i ekwipunkiem. Wspoma-
      gali je zamożni wadowiczanie dotując zakupy ekwipunku wojskowego, a także rzemieślni-
      cy, którzy udzielali warsztatów by produkować oporządzenie: skórzane pasy, chlebaki, tor-
      nistry. Uzupełnieniem poczynań o charakterze wojskowym były Drużyny Skautowe, które
      prowadziły zajęcia pod patronatem Sokoła, wśród młodzieży gimnazjalnej i wśród dziew-
      cząt. Przysposobienie wojskowe, wycieczki, biwakowanie, musztra, gawędy historyczne
      - to treści proponowane skautom, chłopcom, których było około 80. Dziewczęta udzielały
      się przy szyciu mundurów i bielizny, szkoliły w pierwszej pomocy medycznej, pomagały
      w zaprowiantowaniu i dożywianiu oddziałów. Tuż przed I wojną światową powstała zło-
      żona ze starszych uczniów gimnazjalnych Studencka Drużyna Strzelecka przy Sokole
      w Wadowicach.
               Z perspektywy lat można stwierdzić, że wymienione organizacje skutecznie
      przygotowały społeczeństwo do podjęcia efektywnej walki o niepodległość. Wynikiem
      tego była świadomość patriotyczna w latach próby, masowa rekrutacja do oddziałów le-
      gionowych, zdolność do poświęcenia życia na rzecz Ojczyzny. Rok 1914 przyniósł materia-
      lizację oczekiwań narodowych.
              Dnia 9 września 1914 roku, batalion legionistów o godzinie 7 rano stanął przed
      kościołem parafialnym w rynku. W jego szeregach, reprezentanci wszystkich warstw
      społecznych z terenów Podbeskidzia: Wadowic, Żywca, Białej i Bielska. Po mszy i ka-
      zaniu ks. Prałata Zająca, jeszcze kilka przemówień i batalion „rusza w pole”. Zgodnie z roz-
      kazem 15 IX 1914 legioniści docierają do Bochni. Dalsze dzieje tej formacji to kampania
      II Brygady zwanej Żelazną Karpacką - to kampania karpacka, bukowińska, besarabska, Wo-
      łyń, Kostiuchnówka, Polska Góra, Rarańcza , Kaniów, Kijów, Murmań i Kubań.
             Organizatorzy pracy niepodległościowej, dowódcy i żołnierze - legioniści, stali się
      w Polsce wolnej kadrą odradzającego się wojska. Wielu z nich pełniło najwyższe funkcje
      generalskie w odrodzonej Ojczyźnie, co świadczy dobitnie o dobrej szkole jaką otrzymali

Strona 167

Rozdział IV - Przedwiośnie            165
w galicyjskich Wadowicach. Sprawdzili się jako patrioci, jako świadomi Polacy, zapisując
chlubną kartę w dziejach legionów, wojska polskiego i naszej lokalnej, wadowickiej historii.
       Na kartach książek opisujących pracę niepodległościową w Wadowicach po-
wtarza się jedno nazwisko: Józef Pukło, wielokrotnie przywoływany jako organiza-
tor, dowódca, animator, przewodniczący, patronujący wszelkim poczynaniom któ-
rych celem jest niepodległe państwo polskie. Złotymi zgłoskami zapisała się też w tej
kronice Zofia Pukłowa, jego małżonka, komendantka drużyny skautek.
       Z tą rodziną spokrewniona była rodzina Kaczorowskich i Wojtyłów. Wolno więc
przypuszczać, że również Wojtyłowie, gdy zanosiło się na niepodległość podzielali patrio-
tyczne uniesienie i zaangażowanie. Dla uściślenia tych więzów sprecyzuję: siostra matki
papieża Emilii, Maria (późniejsza chrzestna matka papieża Jana Pawła II) nosiła po mężu
nazwisko Wiadrowska. Jej małżonek Leon Wiadrowski był rodzonym bratem Marii, po
mężu Osińskiej, która będąc mamą Zofii (żony inżyniera Józefa Pukły) łączyła w ten sposób
rodziny.
        Naszkicowane powyżej poczy-
nania organizacji niepodległościowych,
nasuwają kilka wniosków podsumowu-
jących, które po stu latach z górą, akcen-
tują niektóre okoliczności patriotycznych
ruchów.
        Podstawę pracy niepodległościo-
wej stanowiły aktywnie działające sto-
warzyszenia społeczno-kulturalne, które
rozbudzały świadomość patriotyczną
wśród ogółu mieszkańców Wadowic.
Stąd ich gotowość do pracy, skłonność
do poświęcenia, zrozumienie ideałów
narodowych, wychowanie gorliwych Po-
laków.
        Znaczne grupy członków or-
ganizacji rekrutowały się z młodzie-
ży, która wspierana, wychowywana
i prowadzona była przez zaangażo-
wane patriotycznie nauczycielstwo
i profesorstwo.
        Wyraźnie widać, że Wadowice,
jako byłe miasto obwodowe, stanowi-
ły centrum, ośrodek wiodący w pracy
niepodległościowej na Podbeskidziu.                                  Leon Wiadrowski w stroju sokolim.
Tu działały grupy związków i drużyn
strzeleckich z Żywca, Białej i Bielska, a także miast i gmin mniejszych jak Kalwaria, Andry-
chów czy Brzeźnica.
        Jedne organizacje działały w konspiracji, inne jawnie, mimo, że miały podobne za-
dania, cechowały się odrębnością i zróżnicowaniem.
        Często ogniwem łączącym różne grupy i związki były osoby kierujące, których na-
zwiska powtarzały się, a to w pracy Sokoła, a to w Związku Strzeleckim, a to w harcerstwie,
czy później w legionach.
     Wadowiczanie w znacznej masie przesiąknięci byli na wskroś uczuciami na-
rodowymi, co przejawiało się w dużej ofiarności, w powszechności zaangażowania
w pomoc organizacjom niepodległościowym, w udzielaniu wsparcia moralnego -

Strona 168

166          Rozdział IV - Przedwiośnie

      w gremialnym uczestnictwie w uroczystościach, mszach, zgromadzeniach, przysię-
      gach, kiedy to publiczność przesądza o doniosłości wydarzenia.
             Gdy przegląda się materiały źródłowe i opracowania, natrafiamy na znaczące póź-
      niej postacie w dziejach Polski jak: Olbrycht, Czuma, Dobrodzicki, a na niwie lokalnej, we
      wszystkich niemal działaniach powraca nazwisko Pukło.
               By jednak oddać atmosferę dni odzyskania niepodległości warto na chwilę zejść
      na ziemię, odejść od spraw górnolotnych, a posmakować codzienności. Opisuje ją autorka
      kroniki szkolnej, którą cytuję poniżej.
               Historia szkoły głównej i real-
      nej w Wadowicach. (Czerwona księga
      z archiwum ZNP) 1917/18 - nauka od-
      bywała się zwykłym trybem, natural-
      nie w skróconym wymiarze godzin, ale
      uczennice ospałe, ciężko pojmują, bo źle
      odżywione, a w szkole panują niemożli-
      we warunki higieniczne.
               W ogóle odżywianie nasze już od
      dłuższego czasu oparte jest na wszelkie-
      go rodzaju „namiastkach” inaczej „ersat-
      zach”. Zamiast cukru, który dostajemy
      w miniaturowych ilościach, używamy sa-
      charyny. Za kawę i herbatę jest cykoria
      i jakieś nieokreślone surogaty, do czego
      dodajemy palonego żyta lub jęczmie-
      nia, o ile go posiadamy, liście poziomko-
      we itp. To herbata. Chleb z przymieszką
      ziemniaków lub kory drzewnej, wstręt-
      ny i lepki lub rozsypujący się jak trociny
      w ograniczonej ilości, zależnie od liczby
      członków rodziny, kupujemy na kartki.
               C.K. Starostwo i Magistrat zajmu-
      ją się aprowizacją miasta. Trzeba więc tu
      i tam zabiegać by dostać kartkę na przy-
      dział nafty, świec, tłuszczów, białej mąki,
      grysiku lub cukru i to nieraz na świadec-
      two lekarskie, o ile rozchodzi się o grysik,                               Tarcza legionów (1916)
      białą mąkę i cukier. A trzeba stać godzi-
      nami czekając swej kolei na kartkę, tak samo przed sklepem, bo tłumy czekają uszerego-
      wane parami w tak zwane „ogonki”, pod opieką policjanta. W sklepie nic się nie kupi bez
      kartki, chyba za wielką protekcją, lub po wygórowanych cenach - wzbogacają się na tym
      producenci i kupcy żydowscy, magazynując towary, przez co wywołują brak takowych, po
      czym podbijają ceny albo szmuglują.
               Wobec tego obuwie, bielizna i odzież istnieją teraz w krainie marzeń. Dodziera się
      też i przerabia resztki, z dobrych przedwojennych czasów.
               (...) Orędzie prezydenta Wilsona z 8/1 1918 domagające się utworzenia niepodle-
      głej Polski, od morza do morza, podniosło nas znacznie na duchu. Przyszedł potem ohydny
      pokój w Brześciu Lit., który nareszcie otworzył nam oczy na przewrotność państw central-
      nych. Powstało też w całej Polsce oburzenie, którego wyrazem były w Galicji demonstra-
      cje przeciw Austrii. Zawrzało i w naszym miasteczku, ale, że wojsko będące w pogotowiu
      zamknęło kordonem rynek, skończyło się na zrzuceniu, gdzie się dało i zniszczeniu godeł

Strona 169

Rozdział IV - Przedwiośnie   167
austriackich i rozbiciu kilku szyb żydom. Uczennice przetrzymywano w szkole, dopóki nie
rozproszyły się tłumy, a że przez parę dni sytuacja nie była pewna, nie było nauki.
         Gdy nadeszła jesień 1918 roku ówcześni mieszkańcy Małopolski, zwłaszcza
„przeciętni zjadacze chleba”, nie zdawali sobie jeszcze sprawy, że nadeszła decydu-
jąca chwila, że przyszłe pokolenia będą przywoływać ten czas jako przełomowy dla
Polski. Zapewne dobrze zorientowane elity spodziewały się niepodległości, przeczuwa-
ły ją, ale nie były w stanie określić momentu, od którego zegar historii zacznie odliczać
wskrzeszenie Ojczyzny. Jeszcze niedawno gazety pisały, że wojna potrwa do 1920 roku,
a sytuacja polityczna i wojskowa może się szybko odwrócić. Czasy były niepewne, donie-
sienia niejasne, często sprzeczne i dementowane po kilku dniach. Napływające z frontu
informacje były różnie interpretowane, raz optymistycznie, raz pesymistycznie, a przy tym
nie brakowało propagandy aby zjednać sobie opinię publiczną. Nasze obecne wyobraże-
nie o dziejowych wydarzeniach jest sumą uogólnień wiedzy i badań gromadzonych przez
lata. Nasi dziadkowie postrzegali rzeczywistość inaczej, znali tylko jej lokalny wycinek, naj-
bliższe otoczenie, kierowali się osobistym doświadczeniem i indywidualną refleksją, bo
ówczesny obieg informacji, był powolny i niepełny.
      Jakie odczucia towarzyszyły wadowiczanom, gdy chwiały się państwa rozbioro-
we, gdy nadchodziły decydujące chwile dla Polski. Emil Zegadłowicz, nasz małooj-
czyźniany pisarz odmalował możliwy przebieg zachowania mieszczan.2
         „Szósty to był albo siódmy listopada; dnia dokładnie nie pamiętam. Po nabożeń-
stwie wysypał się tłum pobożny z kościoła wądołowskiego. Ale nie odchodził jak zazwy-
czaj, nie odpływał grupkami w ulicę; przeciwnie trwał tak jakoś nieruchomo i wyczekują-
co, zatarasował ujścia i zawalił sobą cały rynek. (...) Celem spojrzeń było starostwo (...) Nie
wiadomo jak, skąd i po co znachodziła się wsparta jednym końcem o bruk rynku wądołow-
skiego, a drugim o balkon starostwa - wcale pokaźna drabina; nie strażacka, zwyczajna, so-
lidna drabina (...) Oto ktoś zaczął się zręcznie wspinać po drabinie; ruchy jego były szybkie,
zwinne i sprawne.
         Grupa wyrostków, takich proszę łazików, jakich nigdy nie brak w okazjach niepo-
wszednich i jak ta w tej chwili, niestosownych - zaczęła wołać gromko: hura! brawo! hura!
– okrzykami tymi niejako dodając ducha wspinającemu się mężczyźnie (...)
         Był bez czapki; włosy bujne rozwiewał mu wiatr; usta miał zacięte, jak to bywa, gdy
zaczynamy działać po długim postanowieniu (...) Wspinał się zręcznie na balustradę, okro-
czył ją zgrabnym przerzutem nogi i - nie patrząc wcale w dół na ten tysiąc, licząc z grubsza,
oczu - cały pogrążony w zamiarze i szczegółach wykonania - począł obcęgami sprawnie
i celowo manipulować przy grzbiecie dwugłowego orła, który od tylu, tylu lat, w skwarze
i mrozie, w plucie i pogodzie, w ćmie i jasności rozpinał na tej balustradzie blaszane skrzy-
dła, wycięte w kształt tak charakterystycznych dla tego ptaka piór; można by powiedzieć
bez przesady, że się rozpierał; nic dziwnego, tyle lat to się i orzeł do posady przyzwyczai
i rozpanoszy się (...)
         I oto w tym momencie rozluźniła się jedna połowa emblematu austro-węgierskie-
go i przechyliła się na bok żałośnie i zrezygnowanie (...)
         Zachybotał się z rdzawym chrzęstem, zatrząsł, zatrzepotał, szczęknął blaszanie o ba-
lustradę, o koniec drabiny, o pierwszy szczebel – i chrymnął, koziołkując rechotliwie, na ka-
mienny bruk z hukiem i brzękiem (...)
         Ocknął się rynek – najpierw łaziki, a za nimi część publiczności zaczęła wznosić
okrzyki. Nieśmiałe i niewielogłose z początku wyrazy uczuć, poruszeń i wzburzeń urosły
do potężnego grzmotu: hura! hura! hura! (...)


 2 - Emil Zegadłowicz – Martwe morze, Wydawnictwo Literackie Kraków 1954, s. 58

Strona 170

168          Rozdział IV - Przedwiośnie

              Tłum podniecany ustawicznie uciechą i buńczucznością wyrostków przeszedł
      z ogólnikowego „hura” na zupełnie konkretne hasła; (...) część zaczęła wołać „niech żyje!”
      „niech żyje!” - inna natomiast grupa krzyczała: „precz!” „precz!” - Już nie wiadomo było, co
      się do czego odnosi – (...) tłum podchwycił melodię, rzuconą jak piłka z balkonu starostwa
      i odrzucał ją na mury domów, skąd odbijała się wraz z echem i pogłosem – dudniła i grzmia-
      ła, szumiała i grała wiatrem po skośnej drodze słonecznego światła (....)
               W drzwiach sklepów wszczął się ruch - kupcy wychodzili z długimi żerdziami, zakoń-
      czonymi żelaznym hakiem i ściągali z rumorem i hurkotem żaluzje karbowane, u dołu, tam
      gdzie się schodzą uszka, zakładali kłódki - po czym szybko zamykali drzwi sklepowe, zakła-
      dając deski i antaby. Przez czarne sienie zmykali co tchu. (...)
               W kącie rynku między magistratem, a plebanią stała grupka poważnych mężczyzn;
      jeden z nich zaczerwieniony i najeżony rzekł:
      - lepiej by Rotę śpiewali-
      Na to któryś odpowiedział:
      - radcuniu, przyjdzie i na to czas- (...)
      Rynek począł się powoli opróżniać. Cześć ludzi rozeszła się do swych domostw; to byli pe-
      symiści. Istotnie, mijając takie grupki domatorów słyszałem takie zdania:
      - co teraz będzie?-
      - świat się przewraca do góry nogami-
      - wszystko teraz podrożeje-
      - już nawet na kartki chleba nie dostanie-
      - diabli wzięli Austrię - co my teraz zrobimy-
      - żeby stary cesarz żył, to by do tego nie doszło-
      - młodemu się wszystko w rękach rozlazło-
      - nie ma porządku, nie było i nie będzie-
      - ale jakie pieniądze teraz nastaną?-
              Inni nie mówili nic, wzdychali tylko i rozglądali się trwożnie dookoła i ukradkiem
      zerkali na gmach starostwa. Czarnożółte okna milczały. (...)
              Część skłonniejsza do optymizmu udała się (...) przed dom znanego adwokata wą-
      dołowickiego dr Optułowicza, gdzie nad bramą tego właśnie domu umieszczona była mar-
      murowa tablica, na której złotymi literami (...) wypisane było, że w tym domu od 20 lipca
      do 14 sierpnia 1916 roku mieszkał arcyksiążę Karol wraz z żoną swoją arcyksiężną Zytą. I tę
      tablicę rozbito. (...)
              W dniu tym i z gmachu gimnazjum spadł emblemat państwowy. I z apteki rządo-
      wej. I z izby skarbowej. I z gmachu poczty. I ze sklepu kolonialnego, którego dostawca
      pysznił się przywilejem: „ c i k. nadworny dostawca”. Wszędzie.
              Został tylko na koszarach; wojsko bowiem z racji swojej funkcji zasadniczej musi
      bronić wszystkiego, co ustępuje.
            Tyle barwnego opisu, być może z elementami faktycznymi. Bo urodzony w 1888
      roku pisarz mógł być przecież naocznym świadkiem przełomowych wydarzeń. Więcej
      faktów historycznie udokumentowanych zawiera opracowanie Michała Siwca-Cielebona
      zamieszczone we fragmentach na następnych stronach. Poszerzają ten materiał teksty
      źródłowe wybrane z dokumentacji szkolnej i z archiwum księży pallotynów z klasztoru na
      Kopcu k/Wadowic.

Strona 171

Rozdział IV - Przedwiośnie            169
       Michał Siwiec-Cielebon: Powstanie garnizonu WP w Wadowicach – październik,
       grudzień 1918 r. Wadoviana 2012 r., nr 15.
56pp. uznawany był za pułk polski, gdyż około 90% jego żołnierzy mówiło po polsku. Od
początku I wojny światowej walczył na wschodzie; w latach 1916-17 na froncie bukowiń-
skim, a od czerwca 1917 na froncie włoskim. W gorących chwilach przejmowania władzy
wojskowej przez Polaków w Wadowicach, na czele stanął major kawalerii Adam Śmiałow-
ski, obdarzony autorytetem zarówno w kręgach wojskowych jak i cywilnych.
Już w październiku 1918 roku byli legioniści i członkowie POW próbowali organizować pol-
skie grupy wojskowe przygotowane do przejęcia władzy nad jednostkami zaborczymi lub
ich rozbrojenia. Zbierano informacje o magazynowanej broni, o wyposażeniu i stanie zało-
gi wojskowej.
13 października przybył z Krakowa łącznik polskich konspiratorów Grabowski. Pisze o tym
w swoim „Dzienniku” ówczesny dyrektor gimnazjum Jan Doroziński: „tworzy się Radę Na-
rodową celem likwidacji z państwem austriackim”. W dalszych dniach 30 X 1918 i 1 XI 1918
zapisuje: „Galicja przechodzi pod władzę polską”, „zaczynamy nowe życie jako obywate-
le Państwa Polskiego!! Radość powszechna! P. Komisja Likwidacyjna - zaczyna rządzić -
wszystkie orły pozrywane (...)”
31 października władzę w Krakowie objął brygadier Roja i rozesłał rozkazy do wszystkich
garnizonów galicyjskich, aby na ich czele jako dowódcy stanęli najstarsi stopniem oficerowie
narodowości polskiej. W tym duchu władzę wojskową nad powiatem powierzono majorowi
Śmiałowskiemu. Natomiast komendantem garnizonu pozostał pułkownik Lederer (str. 5/13).
W tym czasie major Śmiałowski zorganizował oddziały bezpieczeństwa czyli żandarmerię,
a z jeńców rosyjskich kompanię asystencyjną, która stała się zaczątkiem załogi garnizonu
Wadowice, pod dowództwem porucznika Jana Szczepkowskiego. Tymczasem pułkownik
Lederer koordynował akcję zabezpieczania mienia wojskowego w Wadowicach, sprawował
wojskowy nadzór nad dworcem kolejowym i organizował szkolenie nowych oddziałów. Ofi-
cerem placu został kapitan Franciszek Ksawery Alter. Służbę poborową objął niedawny cho-
rąży Legionów Polskich Władysław Hommè.
Już 31 października 1918 r. komendę dworca kolejowego z własnej woli objął kadet-aspi-
rant c.k. armii Adam Komorowski, przewodząc ochotnikom gimnazjalistom i członkom
POW. Ci udaremnili przejazd zbuntowanym, uzbrojonym jednostkom Rusinów, którzy
udawali się w rejon Lwowa, a także przeszkodzili wywozowi zasobów magazynów żywno-
ściowych w stronę Czech. Podobnie rzecz miała się z pociągiem sanitarnym, który z załogą
węgierską został zatrzymany, a po ewakuacji obsługi przekazany komendantowi szpitala
wojskowego. (7/13). Szpital ten, jak i obóz jeniecki w Wadowicach, zostały przejęte bez
większych trudności przez polskie służby w pierwszej połowie listopada.
23 listopada uregulowano ostatecznie sprawę utworzenia okręgów wojskowych, jako
pomocniczych organów administracji wojskowej (PKW – Polskiej Komendy Wojskowej)
w tym okręgu wadowickiego dla powiatów: bialskiego, chrzanowskiego, myślenickiego,
oświęcimskiego, wadowickiego i żywieckiego. Komendantem został pułkownik Celestyn
Brückner, któremu do pomocy przydzielono kilku oficerów, w tym kapitana Aleksandra
Kurmańskiego, który z czasem objął funkcję zastępcy komendanta PKUW w Wadowicach.
Zapoczątkowane zmiany strukturalne i personalne sięgały terenowych jednostek i porząd-
kowały organizację i funkcjonowanie oddziałów wojskowych przeznaczonych do różnych
zadań (m.in. pilnowanie bezpieczeństwa, zabezpieczanie mienia, czuwanie nad aprowiza-
cją itp.). Żołnierze z okręgu wadowickiego okryli się chwałą walcząc w różnych formacjach
o Lwów z Ukraińcami, na Śląsku Cieszyńskim, przy odpieraniu najazdu czeskiego, a zwłasz-
cza na froncie wschodnim z bolszewikami.

Strona 172

170          Rozdział IV - Przedwiośnie

             1918 r. Sprawozdanie Dyrekcji Gimnazjum Państwowego w Wadowicach za
             rok szkolny 1918/19 (fragmenty)
      (...) Od 15 października do 4 listopada zakład był zamknięty z powodu rozszerzania się
      groźnej epidemii (...)
      Od 1 listopada objęła Komisja Likwidacyjna zarząd zakładu (zawiadomienie burmistrza
      m. Wadowic z dn. 31 X 1918).
      Od 7 do 14 listopada był zakład zamknięty z powodu grożącego niebezpieczeństwa wy-
      wołanego rozruchami w Wadowicach.
      23 listopada odbyło się z powodu zjednoczenia wszystkich ziem polskich w jedno niepod-
      ległe Państwo Polskie, uroczyste nabożeństwo dziękczynne, poczem uczczono tę upra-
      gnioną w życiu naszego narodu chwilę, uroczystym porankiem w sali „Sokoła” (...)
      13 grudnia wzięła udział młodzież, wraz z gronem nauczycielskim, w zaprzysiężeniu Wojsk
      polskich w Wadowicach.
             1918 r. Kronika 7 kl. Szkoły Męskiej w Wadowicach. (Fragmenty)
      (...) W tym roku wojna światowa naprawiła krzywdę wyrządzoną Polsce przez państwa roz-
      biorowe. Sprawiedliwości stało się zadość. Wszystkie trzy państwa, które przyłożyły rękę
      do dzieła gwałtu i przemocy, jakim były rozbiory Polski, zostały rozbite. I spełniły się prze-
      powiednie wieszczów naszych: w prochu i pyle mocarstwa rozbiorowe, a Polska zmar-
      twychwstała w triumfie i chwale.
      Dnia 8 października Rada Regencyjna wydała manifest, ogłaszający niepodległe pań-
      stwo polskie, zjednoczone ze wszystkich ziem polskich zamieszkałych przez Polaków
      i złożyła swój urząd. Naczelną władzę w państwie oddano Józefowi Piłsudskiemu (...) Na-
      uczycielstwo polskie czeka wytężająca praca na niwie oświaty narodowej, którą wszel-
      kimi siłami tamowali zaborcy.
             1918 r. Pallotyni w Polsce, napisał ks. Dr Fr. Cegiełka P.S.M. Wydawnictwo Księ-
             ży Pallotynów, W-wa 1935 r. (Archiwum Klasztoru Pallotynów w Wadowicach)
      (...) W 1918 r. w listopadzie otrzymało Collegium Marianum oświetlenie elektryczne
      z Wadowic. W list. 1918 r. jest w zakładzie 7 chłopców. (...) Wraz z innymi wracali z tułaczki
      wojennej wychowankowie Collegium Marianum na Kopcu. Poczęli wracać z formacjami
      polskimi z Francji, z Włoch, z Rosji, studenci i braciszkowie, z polskimi orzełkami na czap-
      kach, żeby dalej służyć Polsce w najtrudniejszych dla niej chwilach. Inni z armii zaborczych
      wstępowali także do tworzącego się polskiego wojska, odbijając z bronią w ręku nasze zie-
      mie Prusakom. (...) W chwili powstania Polski byli na Kopcu tylko malcy. Ale i ci na pierwszą
      wieść o rewolucji w Austrii, pod wodzą swojego starszego kolegi – inwalidy z czterdziestu
      kilku ranami, Stan. Słaboszewskiego, dziś już zmarłego, zajęli najbliższy posterunek woj-
      skowy razem z przylegającą strzelnicą, oddając tam pierwsze polskie strzały.
             Fragment z kroniki „Historia szkoły głównej i realnej” w Wadowicach
      Str. 67 - mowa o ślubowaniu, które złożyła dziatwa szkolna: „W obliczu Boga, wskrzeszo-
      nej Ojczyzny i wyzwolonej szkoły Polskiej ślubuję Narodowi Polskiemu, że tę Ojczyznę
      i Wolność, którą Bóg zwrócić nam raczył, z całej duszy miłować będę i że w imię tej miłości,
      wszystkie obowiązki dobrego i godnego wolności Polaka karnie, ochotnie i z największą
      sumiennością wypełniać będę, bo w tem widzę najgłębszą patriotyzmu istotę. To dziś po
      długich latach niewoli i prześladowania Wolnej i Odradzającej się Ojczyźnie naszej ślubu-
      ję” 22 XI 1918.

Strona 173

Rozdział IV - Przedwiośnie                     171
                              2. Nowe rozdanie 1918-1920

                                          1918 r.
        Zanim doszło do listopadowych wydarzeń 1918 r. zaznaczył się schyłek monar-
chii austro-węgierskiej. Kto jak kto ale oficer komendy uzupełnień, działający w lokalnych
strukturach wojskowych zdawał sobie z tego dobrze sprawę. Wprawdzie działały jeszcze
biura i agendy na zapleczu frontu, przychodziły rozkazy, oddziały baonu zapasowego wy-
konywały bieżące zadania, niemniej entuzjazm zgasł, zapał nikł, pojedyncze trybiki zwal-
niały. Oficer Karol Wojtyła trwał na swoim stanowisku z wrodzoną i wpojoną lojalnością
wobec monarchii. Wypadki jakie zachodziły na frontach, niepokoje rewolucyjne na wscho-
dzie, organizujący się żywioł Polski i ożywiona dyplomacja na rzecz podnoszących się do
wolności narodów sprawiły, że senior Wojtyła myślał o najbliższej przyszłości. Nawykły do
subordynacji nie wychylał się, a raczej wyczekiwał na rozwój wypadków. Od lat był żoł-
nierzem zaangażowanym w służbie gospodarczej i administracyjnej. Nawet w momentach
największego zagrożenia nawałą rosyjską, nie był zmuszony do udziału w walkach, dzię-
ki czemu uniknął bezpośredniego zagrożenia życia. W tych ciężkich chwilach był razem
z rodziną, z żoną i z synem, chociaż nie miał dla nich zbyt wiele czasu. Był oddany służbie,
a w warunkach wojennych komendy uzupełnień były przeciążone zadaniami, bo ginących
musieli zastępować nowo powołani.
       Przed Wojtyłami, u schyłku monarchii, pojawił się pierwszy znak zapytania.
Co z edukacją syna Edmunda? Nauka w odległym Enss, gdy rozpada się dotychczasowy
układ, gdy chwieje się struktura państwowa Habsburgów, gdy pojawiają się niepokoje re-
wolucyjne - to może być niebezpieczne i niecelowe dla kilkunastoletniego chłopca. Nie
będzie przecież jak ojciec na żołdzie cesarskim. Zdecydowano, że Mundek od września
1918 r., pójdzie do wadowickiego gimnazjum. Zaliczył dwie klasy dlatego został przy-
jęty do klasy trzeciej, tyle tylko, że niektóre przedmioty będzie musiał nadrobić. Był zdolny
więc przewidywano, że z pomocą kolegów, pod kierunkiem profesora uzupełni materiał.




                                                                  Wadowicki rynek u schyłku monarchii.

Strona 174

172         Rozdział IV - Przedwiośnie

                                          Franciszek Gabryl urodzony w Wieprzu k/Andrycho-
                                    wa, uczęszczał do wadowickiego gimnazjum razem z Ed-
                                    mundem Wojtyłą.
                                            „Ze starszym bratem papieża Edmundem zetknąłem się
                                    w klasie III, w roku 1918. Edmund początkowo uczył się w szkole
                                    wojskowej – i musiał uzupełnić niektóre przedmioty. W wado-
                                    wickim gimnazjum, typu klasycznego, poziom nauczania łaciny
                                    i greki był bardzo wysoki. Wychowawca klasy, profesor Dama-
                                    siewicz, zwrócił się do mnie ze słowami: „jesteś prymusem, mu-
                                    sisz się zająć Wojtyłą, bo sam nie da rady.” Chodziłem więc do
                                    domu państwa Wojtyłów przez parę lat. Odrabialiśmy lekcje na
                                    bieżąco, ze szczególnym uwzględnieniem łaciny i greki.”
              Wspomnienia te, sprzed stu lat, posiadam w formie pisemnej, bo tak utrwaliła
      je siostra Franciszka Gabryla, Karolina, u schyłku życia brata. W uzupełnieniu życiorysu
      należy dodać, że autor wspomnień został księdzem, a losy wojenne rzuciły go do Dal-
      las w Teksasie. Na starość, po owocnym duszpasterstwie obfitującym w wiele dokonań pa-
      triotycznych i zasług w podtrzymywaniu polskości wśród polonii amerykańskiej, powrócił
      do Ojczyzny. Zmarł w Swoszowicach k/Krakowa.
              Sądzić należy, że okres wakacyjny Edmund spędzał w Wadowicach razem z rodzicami.
      Jak to kilkunastolatek, szybko przestawił się na inną rzeczywistość i otoczenie. Letnie mie-
      siące zachęcają do wycieczek, gry w piłkę, kąpieli w rzece, do dokazywania z rówieśnikami.
      Niestety pogoda była niesprzyjająca, a w drugiej połowie lipca wręcz deszczowa.

             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 116 z dnia 1 sierpnia 1918
             Str. 4 - Wisła wezbrała. Z powodu ostatnich opadów atmosferycznych stan wody
      na Wiśle podniósł się do 2 m 20 cm. O obawie wylewu obecnie mowy niema. Z powodu
      dopływów górskich woda na Wiśle z wolna, lecz stale się podnosi.
             Z okolicy donoszą, że Skawa wystąpiła z brzegów i zalała pola, co wyrządziło znacz-
      ne szkody, gdyż woda uniosła zboże, stojące w kopach.
             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 117 z dnia 2 sierpnia 1918
             Str. 4 - Niebywały wylew Skawy.
             Korespondencja specjalna „Ilustr. Kur. C.”
              Trwające od kilkunastu dni deszcze spowodowały znaczne wezbranie Wisły i jej
      dopływów. Wobec tego rolnictwu zagraża poważnie klęska wylewów, zwłaszcza rzek gór-
      skich. O wylewie Skawy otrzymujemy z Tarnawy Dolnej następujące informacje:
             Skawa wystąpiła z brzegów 29 lipca o godz. 6 rano, zalewając olbrzymie przestrze-
      nie pól i pastwisk. Stan wody ponad zwykłe koryto rzeki wynosi co najmniej 6 m. Z wody
      widać tylko wierzchołki drzew na pastwiskach, zaś na polach zżęte żyto i pszenica poszły
      z wodą. Wiele rodzin pozostało bez chleba. Szkoda wyrządzona w roli jest olbrzymia tak,
      że w jednej tylko wsi Tarnawie Dolnej (pow. Wadowice), wynosi kilkadziesiąt tysięcy koron.
             Miejscowości położone nad Skawą – jak Sucha, Zembrzyce, Tarnawa Dolna, Skawce -
      ucierpiały bardzo znacznie.
             Komunikacja między Tarnawą Dolną, a Zembrzycami przerwana, gdyż most na Ska-
      wie uniosły fale rzeki.
                                                                        Stanisław Floryan.

Strona 175

Rozdział IV - Przedwiośnie          173
       Powódź pogłębiła jeszcze zapaść żywnościową na terenie ziemi wadowickiej.
Nie dość, że permanentnie brakowało ziemniaków, zboża i innych płodów rolnych to rzeka
zabrała zżęte żyto i pszenicę z pól, unosząc je z wezbranym nurtem. Niektóre wsie dotknię-
te powodzią, położone nad Skawą będą cierpieć głód. Nie tylko rolnicy i ich rodziny były
w dramatycznej sytuacji. Z brakami aprowizacyjnymi nie radziła sobie lokalna administra-
cja. Gazeta codzienna donosi z Wadowic:

       Okólnik c.k. Starostwa w Wadowicach
       Wadowice, dnia 24 VI 1918
       Do wszystkich w powiecie Zwierzchności gminnych tudzież Przełożeństw obszarów
dworskich. Zarząd więzień przy c.k. Sądzie obwodowym w Wadowicach zgłosił się do mnie
przedstawiając, że dla wyżywienia więźniów nie posiada już żadnych zapasów ziemniaków.
        Gdy w obecnej porze zaopatrzenie zarządu więzień w drodze rekwizycji nie wyda-
je się do przeprowadzenia, przeto zwracam się do Zwierzchności gminnej i Przełożeństw
obszarów dworskich z gorącym apelem, aby w drodze dobrowolnej dostarczyły na cel po-
wyższy drobnych ilości ziemniaków np. po jednym cetnarze metrycznym z każdej gminy
i obszaru dworskiego.
       Zadość uczynienie tej potrzebie leży we własnym najistotniejszym interesie gmin
i obszarów dworskich, w braku środków żywności bowiem Prezydium c.k. Sądu obwo-
dowego zmuszone byłoby rozpuścić do domu wszystkich więźniów, a jak niedawne do-
świadczenie już pouczyło w wypadku takim ani c.k. Starostwo, ani c.k. Władze sądowe za
bezpieczeństwo powiatu nie mogą przyjąć odpowiedzialności.
        Zatem celem uchronienia ludności od tych różnych następstw wzywam usilnie,
o zadość uczynienie powyższemu mojemu wezwaniu i dostarczenie komisyonerowi Wo-
jennego Zakładu obrotu zbożem p. Maciejowi Jakubowiczowi w Wadowicach na cel po-
wyższy owych minimalnych ilości ziemniaków i to jak najrychlej, rzecz bowiem jest niezwy-
kle pilna, gdyż rozpuszczenie więźniów musiałoby nastąpić już w dniach najbliższych.
                                              C.k. radca Namiestnictwa: Pogłodowski w.r.

       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 137 z dnia 22 sierpnia 1918
       Str. 2 - Władze galicyjskie zrzucają z siebie odpowiedzialność za bezpieczeń-
       stwo ludności.
        Starostwo w Wadowicach rozesłało do Zwierzchności gminnych okólnik, zapowia-
dający, że jeżeli społeczeństwo samo na siebie nie weźmie wykarmienia więźniów, to sąd
obwodowy będzie zmuszony wypuścić zbrodniarzy i że wypadki morderstwa, rabunku,
podpalenia będą tego nieodzownym następstwem! Oczom się swoim wierzyć nie chce! Czy
my żyjemy w Europie? Czy też jest to tylko stan ilustrujący niesłychane wygłodzenie naszego
kraju. Co powie na to p. Namiestnik? Co powie Koło Polskie? Czy wyjdzie ludność naszego
kraju raz z biernej obojętności i chwyci się samoobrony?
                                                                 Z.c.k. Starostwa L.18279

       Rok 1918 obfitował w rozmaite nieszczęścia, które dotykały mieszkańców
Wadowic i okolicy. Kronika klasztorna nastawiona na opisywanie ważnych wydarzeń
lokalnych aż roi się od przygnębiających doniesień. Najpierw odnotowuje śmierć kilku
nazaretanek zmarłych na tyfus plamisty, potem samobójstwa młodych żołnierzy. To
w styczniu, a w lutym nadchodzą złe wieści o pokoju w Brześciu, o odstąpieniu Ukrainie

Strona 176

174         Rozdział IV - Przedwiośnie

      Podlasia i Chełmszczyzny, co wywołuje manifestacje i zamieszki w mieście. Podjęto strajk
      w dniu 18 II, tak, że cały aparat państwowy złożony z Polaków, włącznie z nauczycielstwem
      stanął nieruchomy. Protesty, pochody, ekscesy, zakończyły się w Wadowicach zrzuce-
      niem 13 austriackich orłów albo gdzie nie dały się oderwać, odtłuczono im głowy i skrzy-
      dła, powybijano okna w starostwie, obrzucono starostę kamieniami, a Żydom w rynku
      powybijano okna.
             Wiosna i lato przyniosły klęski żywiołowe, a to gradobicie (grad wielkości śliw)
      i opisywane uprzednio wylewy Skawy, której wody sięgały wierzchu mostu na gościńcu
      Wadowice-Kalwaria. Domki pomiędzy stawami, a Skawą stały w wodzie, a ludzie ponad
      kolana brodzili w wodzie, wyprowadzając bydło na miejsca wyżej położone. W sierpniu
      ponowiły się obfite deszcze powodując następną powódź i kolejne wystąpienie rzeki
      z brzegów, tak, że woda rozlała się aż po groble stawów tomickich, zaś obszary między
      Witanowicami, a Tomicami zmieniły się w jedno wielkie jezioro. Jesień przynosi epide-
      mię „hiszpanki”, która zbiera w Galicji obfite żniwo, nie omijając ziemi wadowickiej. Wieści
      utrwalone w kronice karmelitów zamykają rok 1918 opisami plagi bandytyzmu, w miejsco-
      wościach położonych między Wadowicami, a Spytkowicami.
              W takiej lokalnej rzeczywistości żyli Wojtyłowie. Byli obserwatorami, uczestnikami,
      komentowali bieżące wydarzenia, szukali sposobów by zagrożenie ich nie dosięgło, modlili
      się o pokój, pogodę, o uniknięcie chorób i zarazy, o codzienną strawę w gronie rodziny.
              Rodzina myślała o zmianie mieszkania, głównie z tej przyczyny, by dorastają-
      cy syn, miał swoje miejsce do nauki, a rodzice też chcieli czuć się swobodnie. Wybór padł
      na dom w pobliżu rynku, gdzie znalazło się dwupokojowe lokum, na pierwszym piętrze,
      w układzie amfiladowym. Właściciel, żyd Bałamuth, zajmował się handlem, a wolne lokale
      wynajmował. Na parterze, od strony podwórza, miał zakład introligator Zadora. Wejście do
      mieszkania znajdowało się przy bocznej ulicy, najpierw podwórko, potem kręte metalowe
      schody. Nieruchomość sąsiadowała z kościołem, na który wychodziły okna, za wyjątkiem
      jednego, z ostatniego pokoju, które zwrócone było na wschód, w stronę obecnej ulicy Woj-
      tyłów, wprost na jadłodajnię Banasiów.




  Dom, w którym zamieszkali Wojtyłowie w 1918 r., (stan w roku 1979).

Strona 177

Rozdział IV - Przedwiośnie                         175




                                                       Rynek w dzień targowy. Widok od strony magistratu
       Inne zalety nowego mieszkania, to bliskość rynku, niewielka odległość od gim-
nazjum, spokojne miejsce opodal plant.
       Rynek, jak i dzisiaj otoczony był sklepami, co znakomicie ułatwiało robienie zakupów
i prowadzenie domu. Na placu rynkowym odbywały się w czwartki targi, dlatego z łatwo-
ścią można się było zaopatrzyć w produkty rolne; ziemniaki, jarzyny, masło, jajka, wszystko
świeże i w konkurencyjnych cenach. Na targu można też było kupić wytwory rzemieślnicze,
przedmioty używane w gospodarstwie domowym, a także ubiory: chustki, czapki, tkaniny
ubraniowe, koszule i bluzki, buty, kapelusze itp. Krótko mówiąc odzież, jedzenie, przedmio-
ty codziennego użytku, książki, dewocjonalia, a nawet żywy inwentarz. Inna sprawa czy te
artykuły docierały na targ w dobie wszelkich braków rolnych i przemysłowych.

Strona 178

176            Rozdział IV - Przedwiośnie

              Jakie względy mogły jeszcze przesądzić o zmianie mieszkania, o przenosinach
      z ulicy Lwowskiej na późniejszą Kościelną. Może po prostu nadeszła pora na zmianę, a nowe
      otwarcie polityczne sprzyjało tej decyzji. Karol Wojtyła wraz z nadejściem niepodległości
      przestał być urzędnikiem austriackim, a stał się polskim oficerem. Naturalną rzeczą jest w ta-
      kich razach potrzeba zmiany otoczenia. Gdy mieszkał na Lwowskiej, przebywał dzień i noc w
      sąsiedztwie koszar, miał za sąsiadów wojskowych, chcąc, nie chcąc żył w rytmie i atmosferze
      służby, munduru i obowiązków. Gdy nastała Polska, wielu towarzyszy, znajomych, współ-
      pracowników spakowało się i wróciło do rodzinnych stron, a trzeba pamiętać że armia au-
      stro-węgierska była mieszanką narodów. Zarówno w wadowickim garnizonie jak i w samej
      komendzie uzupełnień następowały zmiany personalne. Nowi pracownicy P.K.U., nie zawsze
      zagrzewali miejsce na dłużej, byli przenoszeni rozkazami wojskowymi, a na ich stanowiska
      przychodzili inni. Dopiero po pewnym czasie można się było zorientować czy kandydat jest
      kompetentny. Jednym słowem permanentne zmiany. Sytuacja taka sprzyjała podejmowa-
      niu zmian w życiu osobistym. Może jakąś rolę odgrywał czynnik ekonomiczny. Za te same
      pieniądze mogły być lepsze warunki, ot zwykła konkurencja. Podejście do zakwaterowania
      oficerów w niepodległej, mogło dawać nowe możliwości. Z całą pewnością przysługiwał
      dodatek na zakwaterowanie, który niestety w ówczesnych realiach, sporej inflacji, mógł po-
      krywać tylko znikomą część wydatków na czynsz. Tak czy inaczej adres uległ zmianie. Nie
      wiadomo dokładnie, kiedy Wojtyłowie przeprowadzili się, możemy jedynie przypuszczać, że
      stało się to w połowie 1918 roku.
              Z początkiem roku 1919 w wadowickiej komendzie uzupełnień mają miejsce
      pierwsze przymiarki personalne, by przeorganizować służbę, stosownie do nowych zadań
      i zachowania ciągłości poborowej. Z akt tamtego okresu wynika, że oprócz komendanta
      i zastępcy, zatrudnieni byli oficerowie ewidencyjni w terenie, naczelnik kancelarii, pracowni-
      cy administracyjni (pisarze) i oficer gospodarczy.
             Dla lepszego zilustrowania sytuacji personalnej w tworzącej się dopiero nowej
      strukturze wadowickiej komendy uzupełnień, posłużę się źródłami, którymi będą dla nas
      fragmenty pism urzędowych traktujących o obsadzie stanowisk. Dokumenty te znajdują
      się w zasobach archiwalnych w Bielsku-Białej, w oddziale Archiwum Państwowego w Ka-
      towicach.




      Fragment spisu oficerów zatrudnionych w P.K.U. w 1919 r.

Strona 179

Rozdział IV - Przedwiośnie             177
                                           1919 r.

      Z ciekawszych dokumentów pierwszego okresu funkcjonowania PKU w Wado-
wicach, w wolnej Polsce, trzeba wymienić powtarzające się co miesiąc wykazy pracowni-
ków informujące o stanie osobowym komendy i jej organizacji.
„Z wykazu wszystkich oficerów (i aspirantów) oraz urzędników wojskowych przyję-
tych do P.K.U. w Wadowicach z byłej armii austriackiej, odnośnie do rozkazu (...) z dnia
8 I 1919.
       Przy nazwisku Wojtyła Karol następujące dane:
podporucznik, ranga 9, stopień oficerski od 1.9.1915 r. Lat służby oficerskiej 34/12. Dalej pod
nagłówkiem: zdolności specjalne wojskowe jest zapis: „prowadził przez 51/2 roku sprawy
stanowe (niemiecki termin na oznaczenie tych czynności – przyp. autora) przy 56 pp., przez
blisko 6 lat sprawy przy PKU w Wadowicach jest obeznany (...) w sprawach wojskowej ra-
chunkowości”. Ostatnio pełnił służbę przy Pow. Kom. Uzup. wspól. wojska w Wadowicach.
W rubryce: czy ma być przyjęty do wojska polskiego – tak. Obecny przydział – nie przy-
dzielony, a w uwagach: „proszę o przydzielenie do PKU w Wadowicach na (...) oficera
gospodarczego lub naczelnika kancelarii.”
       Pod tą uwagą podpisany ppł. Mikucki. (ówczesny komendant P.K.U.)
        Zbliżone dane zawiera zestawienie zatytułowane „Wojenna księga ewidencyj-
na dla oficerów PKU w Wadowicach”. Są to arkusze osobowe z różnymi danymi, gdzie
pod numerem 9 podane są informacje o Karolu Wojtyle. Przytaczam w kolejności wpisu:
urzędnik w randze podporucznika, wyznanie rz. katol., urodzony w Lipniku, Galicja, Bia-
ła 18 VII 1879 r. Wojskowy urzędnik czynny, zamieszkały w Wadowicach, żonaty z Emilią
z Kaczorowskich. Ma jedno dziecko, ojciec Maciej, matka nie żyje. Przydział taktyczny – nie
przydzielony, obecnie pełni służbę przy PKU w Wadowicach.
        Data wstąpienia do służby 5.10.1900, data dekretu oficerskiego 1.9.1915. Dalej
zapis: udział w bitwach i wybitne czyny: przebywał przez czas wojenny ze względów
służbowych przy PKU wspólnego wojska w Wadowicach. Ordery i odznaczenia: żelazny
krzyż zasługi z koroną na wstędze waleczności, znak służbowy dla żołnierzy II klasy, woj-
skowy krzyż jubileuszowy, krzyż pamiątkowy 1912/13. Przed mobilizacją - sierżant aspirant
na urzędnika ewidencyjnego przy PKU wspólnego wojska w Wadowicach. Po mobilizacji -
wojskowy urzędnik ewidencyjny w randze ppor. przy PKU w Wadowicach.
        Raporty personalne przesyłane do Okręgowej Komendy Uzupełnień w Krakowie
sporządzane są co miesiąc przez cały rok 1919, co świadczy o zmiennej obsadzie i kształto-
waniu się dopiero organizacji komend uzupełnień.
      Raport kwietniowy zawierał nazwiska oficerów ewidencyjnych i urzędników woj-
skowych PKU.
1) Komendant PKU, podpułk. Antoni Mikucki, zastępca, kapitan Aleksander Kurmański.
2) Referent gospodarczy, podporucznik Walenty Walczak, naczelnik kancelarii, urzęd-
   nik wojskowy w randze podporucznika. Karol Wojtyła: (mianowany naczelnikiem
   2.2.1919)
3) Oficerowie ewidencyjni: pow.. Wadowice, podchor. Tadeusz Geras, pow. Chrzanów,
   urzędnik wojskowy w randze kapitana Emil Jauernik, pow. Oświęcim, urz. wojsko-
   wy w randze podporucznika, Antoni Hrycykiewicz, pow. Żywiec, urzędnik wojskowy
   w randze porucznika Władysław Kiciński, pow. Biała, urzędnik wojskowy w randze po-
   rucznika Ignacy Gicała, miasto Bielsko, urzędnik wojskowy w randze podporucznika
   Abraham Prover.

Strona 180

178            Rozdział IV - Przedwiośnie




      Podporucznik Karol Wojtyła w polskim mundurze.

Strona 181

Rozdział IV - Przedwiośnie                   179
        Z powyższych raportów, wynika, że wadowickiej PKU podlegały powiaty My-
ślenice, Chrzanów, Biała, Żywiec, Oświęcim, Bielsko, a nawet chwilowo Cieszyn (do
czasu uregulowania stosunków granicznych). Struktura organizacyjna i zasięg teryto-
rialny ulegały ciągłym zmianom, jako, że dopiero tworzyły się. Podobnie było w tym okre-
sie z obsadą osobową. Trwała dopiero weryfikacja poprzednio zatrudnionych, zgłaszają-
cych się z byłej armii austriackiej, przybywających z innych terenów, którzy gotowi byli
pełnić służbę w nowym wojsku. Z drugiej strony potrzeby powoływania nowych rekrutów
były bardzo pilne z uwagi na toczące się walki o granice, prawie na wszystkich kierunkach
Rzeczypospolitej. Tacy doświadczeni urzędnicy wojskowi jak Karol Wojtyła, byli na wagę
złota. Przeszkoleni, o nienagannej opinii, z polskimi korzeniami, to oni mieli stać się pod-
stawą powoływanych organów, to oni dobierali współpracowników i organizowali pracę
biurową.
       Co tak naprawdę zmieniło się w życiu Wojtyłów, że można użyć kolokwialnego
zwrotu nowe rozdanie? Przede wszystkim w pracy Karola Wojtyły nastąpiły zmiany o cha-
rakterze służbowym i organizacyjnym. Nowe stanowisko naczelnika kancelarii wyma-
gało z pewnością większego zaangażowania, dużego nakładu czasu i pracy, by wszystko
ułożyć, podzielić obowiązki, zapewnić niezbędne wyposażenie, materiały biurowe, papier,
formularze itp. Rozpadający się stary, austro-węgierski aparat zostawił za sobą rozgardiasz
i dawną dokumentację nie pasującą do nowego. Z tym wszystkim musiał uporać się nowy
komendant PKU i podległe mu siły biurowe. Przeglądy wojskowe odbywały się nieprze-
rwanie.
         Podporucznik Wojtyła, pochłonięty pracą, rzadko bywał w domu, nawet
w niedzielę i święta zdarzało mu się, że zajmował się papierkową robotą. Po przeprowadz-
ce na późniejszą ulicę Kościelną miał do pracy około 10 minut spacerkiem. Może to i lepiej
dla niego, że przeniósł się kawałek dalej, gdzie na łonie rodziny mógł się oderwać od co-
dziennych, uciążliwych obowiązków. Trzeba
bowiem pamiętać, że komenda uzupełnień
to praca z ludźmi, to ciągłe przebywanie ze
współpracownikami i z interesantami, to
sytuacje obfitujące w emocje, a nawet kon-
flikty, zwłaszcza, gdy procedury są jeszcze
niedoskonałe, gdy nękają nas braki i niezro-
zumienie. Oprócz pracy trzeba też było
myśleć jak zapewnić swoim rodzinom
podstawowe warunki bytowe, gdy pie-
niądze z dnia na dzień tracą siłę nabyw-
czą.
        Przeprowadzka do nowego miesz-
kania przy rynku była wyzwaniem dla żony
Emilii. To ona urządzi pokoje i wyposaży
kuchnię, gniazdo rodzinne to domena ko-
biety. Wojtyłowie wielokrotnie zmieniali
mieszkania, nie przywiązywali do tego zbyt-
niej uwagi, gdyż wojskowy mógł zawsze
otrzymać rozkaz o przeniesieniu. Tym razem
mogło być inaczej. Liczyli na stabilizację po
długiej wojnie, w odzyskanej ojczyźnie, tym
bardziej, że pozycja męża, podporucznika,
na odpowiedzialnym stanowisku wzrosła.
Wynajęli mieszkanie większe, lepiej poło-                            Kuchnia w mieszkaniu Wojtyłów.

Strona 182

180          Rozdział IV - Przedwiośnie

      żone, w cywilnej części miasta. Pani Emilia, do skromnego umeblowania dodała drob-
      nostki, które nadawały smaku wnętrzom. Tu firanka, tu makatka, tam kwiatek, serwetka,
      kropielniczka przy wejściu. Kierując się wrodzonym gustem dopasowała kolory tych dodat-
      ków do mebli, podłóg i ścian. Fundusze na zagospodarowanie się w nowym miejscu były
      niewielkie, stąd ogólne wrażenie prostoty i skromności. Sądzę, że bardziej zwracała uwagę
      na klimat i nastrój tego miejsca oraz na jego funkcjonalność, niż na wyposażenie. To cechuje
      ludzi, którzy w życiu zwracają uwagę na wartości wyższe i im oddają się, traktując otoczenie
      materialne jako dodatek do życia duchowego.
               Nowi lokatorzy zagospodarowali się, poznali najbliższych sąsiadów i poczęli wieść
      żywot w miarę spokojny, na jaki pozwalała powojenna sytuacja. Panie domu gotowały,
      sprzątały, dbały o mężczyzn, o ich odzież i wygląd. Nie przelewało się, podaż towarów była
      ograniczona, wzmagała się inflacja - co by nie powiedzieć było lepiej niż podczas wojny.
      Wprawdzie nie ustały jeszcze zmagania o granice, ale nikt nie kwestionował Polski nie-
      podległej, co najwyżej jej kształt.
               Z radością i w pełni oczekiwań, przyjął nową rodzinną siedzibę, syn Mundek.
      Przede wszystkim wrócił do swojego podstawowego środowiska rówieśniczego z austriac-
      kiej szkoły wojskowej. Znowu spotkał się z kolegami ze szkoły ludowej, którzy podjęli dalszą
      naukę w gimnazjum. Chociaż musiał kilka przedmiotów nadrabiać nie martwił się, bo czuł
      przychylność profesorów, którzy liczyli na jego zdolności. Do gimnazjum było blisko, tylko
      przejście przez rynek i kawałek ulicy Mickiewicza. W okolicach rynku, gdzie teraz mieszkali,
      było dużo ciekawiej, z punktu widzenia 12 latka. Było to dla miasta miejsce centralne, plac
      otoczony sklepami, z kościołem i magistratem. W czwartki, w dzień targowy, rynek zapeł-
      niał się straganami, i wszelkimi towarami, których oglądanie, samo w sobie było zajmujące.
      A jeśli miało się parę groszy można było zjeść coś smacznego, np. ciastko, bułkę lub ogórka
      kiszonego. Mundek zauważył, że w cywilnej szkole nauka jest zajęciem przyjemniejszym
      niż w rygorze szkoły wojskowej. Mniej drylu, więcej uśmiechu i życzliwości, ciekawsze
      przedmioty i ich tematyka, a po lekcjach idzie się do domu, do mamy i taty. Czas wolny to
      zabawy, spacery, spotkania z kolegami, a nie musztra, ćwiczenia i dyscyplina.
             Styczniowy numer IKC przynosi wyniki wyborów do sejmu z okręgu Wadowi-
      ce – Żywiec. Wadowiczanie, w tym i Wojtyłowie żywo komentowali pierwsze wolne, pol-
      skie wybory.
              Ilustrowany Kurier Codzienny nr 20 z dnia 31 stycznia 1919
              Str. 5 - Wyniki wyborów. Okręg Wadowice – Żywiec.
              W okręgu Wadowice – Żywiec głosowało 73. 695 wyborców, z czego na stronnic-
      two soc. padło 21. 044, stapińczyków 19.634, kat. narodowe 16.961, ludowe (piastowców)
      16.432 głosów. P. Kiepura (stapińczyk niezależny) otrzymał 860, a stojałowczyk Trojan 22
      głosy. Unieważniono 711 głosów. Dzielnik wyborczy wynosił 13. 444 głosy. Wybrani zostali:
      1. K. Czapiński (soc.), 2. Józef Putek (stapińczyk), 3. Marek (kat. nar.), 4. Koczur (piastowiec), 5.
      Durczak (soc.).
             W listopadzie 1918 roku na fali entuzjazmu spadły austriackie orły z wielu bu-
      dynków. Po zachłyśnięciu się wolnością wadowiczanie zwolnili biegu, co wynika z ironicznej
      notatki prasowej, a nawet dwóch doniesień.
              Ilustrowany Kurier Codzienny nr 70 z dnia 30 marca 1919
              Str. 6 - kto chce nacieszyć oczy napisami i barwami nieboszczki Austrii - niech wy-
      bierze się do Wadowic. Tam w centrum miasta dochował się jeszcze: „C.K. Sąd obwodowy”
      - a nad tym napisem w pełnej chwale fruwa sobie dwugłowy orzeł czarny. Wychodzą z tego
      budynku ludzie w czapkach z żółtą obszywką – a wielu z nich mówi ruską mową „c.k. Tyrol-

Strona 183

Rozdział IV - Przedwiośnie          181
czyków Wschodu”. Zda się kiedy to widzisz, że czas stanął w miejscu, a wskazówka dziejowa
ugrzęzła w momencie, kiedy to „zwyciężyliśmy” nad Piawą. Kto lubi myślą sięgnąć w prze-
szłość, niech jedzie do Wadowic, ażeby podumać, potęsknić nad c.k. pomnikiem chwały.
         Ilustrowany Kurier Codzienny nr 148 z dnia 2 czerwca 1919
         Str. 9 Orły austriackie fruwają dotąd na skrzynkach pocztowych w Wadowicach.
Wstyd!
        Ilustrowany Kurier Codzienny nr 134 z dnia 19 maja 1919
        Str. 5 Powiatowa Komenda Uzupełnień w Krakowie ogłasza, że dn. 16 b.m. po-
wiat Myślenice został przydzielony do pow. Kom. uzupeł. w Wadowicach, wobec czego
wszelkie prośby, reklamacje i zawiadomienia z powiatu myślenickiego należy wnosić do
P.K.U. w Wadowicach.
       Rok 1919, zwłaszcza w drugiej połowie, był czasem porządkowania struktur or-
ganizacyjnych, dostosowywania istniejącej bazy do współczesnych potrzeb, zmian perso-
nalnych, poszukiwania nowych rozwiązań w sferze społecznej ale i krytycznej oceny niedo-
borów i niedociągnięć, jakich doświadczali żołnierze wadowickiego garnizonu.
       Sprawy te znajdują odzwierciedlenie w dokumentacji wojskowej i urzędowej kore-
spondencji, jaka dochodziła do PKU w Wadowicach, i która z niej wychodziła. Przytaczam
fragmenty wzmiankowanych pism by przybliżyć Czytelnikom zakres problemów, jakie opi-
sywała kancelaria pod wodzą Wojtyły i jakie przyjmowała z organów nadrzędnych.
        21 sierpnia 1919.
        Pismo z Ministerstwa Spraw Wojskowych (Departament I) S. PiU. No. 9404/IV P
do PKU w Wadowicach. (fragmenty)
        (...) Poszczególne PKU przydziela się do Dowództw baonów zapasowych piecho-
ty. Cały personel PKU przechodzi na etat tego pułku do którego PKU została przydzielona,
o który to personel zwiększa się etat pułku, zaś w czasie wojennym: etat baonu zapasowe-
go. Oficerowie, podoficerowie i szeregowcy pełniący służbę w PKU noszą mundur i odznaki
tego pułku piechoty do którego PKU jest przydzielona.
        PKU otrzymują nazwę z wymienieniem pułku, który ma PKU uzupełniać i siedziby
dowództwa Baonu zapasowego tegoż pułku np.: Pow. Kom. Uzup. 1pp Warszawa (...)
        Zadaniem PKU jest w pierwszej linii uzupełnianie tych pułków piechoty, do których
są przydzielone (...)
        W myśl pisma i załączonej do niego tabeli podzielono Polskę na obszary zarządza-
ne przez Dowództwa Okręgu Generalnego. Było ich sześć: Warszawa, Łódź, Kielce, Lublin,
Kraków, Lwów. PKU w Wadowicach podlegała Krakowowi obejmując powiaty: wadowicki,
oświęcimski, bialski, żywiecki, myślenicki, uzupełniała 12pp, a pierwszym komendantem
był pułkownik Antoni Mikucki. Na obszarze Dowództwa Okręgu Generalnego Kraków były
jeszcze PKU w Krakowie (20pp), Tarnowie (16pp), Rzeszowie (17pp), Nowym Sączu (1 p. strz.
Podh.), Sanoku (2p strzelców Podh.)
        Wadowice, dnia 22 sierpnia 1919. Do Komendy Obozu Jeńców w Wadowicach.
        „Donosi się, że dnia 27 bm. ludzie posłani do łaźni i odwszalni po powrocie zamel-
dowali co następuje: w rozbieralni jest bardzo brudno i robactwo wszelkiego rodzaju łazi
nie tylko po podłodze lecz i po ścianach i ławkach, tak że rozbieranie się tam jest absolutnie
niemożliwem. Prócz tego meldują, że oddane przez nich rzeczy do dezynfekcji zostały im
zwrócone nie tylko, że nie odwszone ale wręcz przeciwnie, zabrudzone i zawszone.
Uprasza się przeto o odpowiednie zbadanie sprawy i zakomunikowanie o wyniku.”
       Kolejne pismo do Sekcji Poborowej i Uzupełnień w Warszawie P.K.U. Wadowice,
dnia 28 sierpnia 1919.
       W myśl rozkazu (...) melduje się, że w obrębie PKU znajdują się następujące urządze-
nia sanitarne: w powiecie wadowickim: 1) w obozie jeńców w Wadowicach: zakład dezyn-

Strona 184

182         Rozdział IV - Przedwiośnie

      fekcyjny, obejmujący łaźnię, dezynfekcję i pralnię parową i dwie łazienki oficerskie, jedna
      o 7 wannach, druga o jednej wannie. 2) w szpitalu załogi w Wadowicach: 6 łazienek (26
      wanien), 1 dezynfektor wozowy, 1 komora dezynfekcyjna (w przeróbce), 1 krematorium do
      spalania słomy i bandaży, jeden aparat do preparowania wody do picia wozowy i pralnia
      (maszyny do prania, wyżymaczka, szwalnia i prasownia).
              Pismo Dowództwa Okręgu Generalnego w Krakowie.
              Wskazówki dla lekarzy poborowych. (poufne)
              Do Dowództwa Garnizonu w Wadowicach z dnia 11 września 1919 r.
              Powtarzają się wypadki uznania za zdatnych do służby wojskowej ludzi, którzy do
      tej służby fizycznie absolutnie się nie nadają. – Częstokroć braki fizyczne tych ludzi ude-
      rzają wprost w oczy np. porażenie kończyn, wielkich rozmiarów przepukliny pachwinowe,
      przypuścić więc trzeba, że (…) badanie było zupełnie powierzchowne, (…) ludzie ci zale-
      wają w końcu szpitale wojskowe czekając na superwizyę, wywołuje się u danych osobni-
      ków zupełnie zrozumiałe rozgoryczenie i uprzedzenie do władz wojskowych. –
              Pod osobistą odpowiedzialnością lekarzy do komisyi poborowych przydzielonych,
      mają poborowi być jak najdokładniej badani według przepisów o ocenie zdolności do służ-
      by wojskowej. – Zwraca się uwagę lekarzom, że każdy wypadek widocznego lekkiego trak-
      towania powierzonych sobie obowiązków traktowany będzie na przyszłość sądownie. –
              Powyższy rozkaz należy podać do wiadomości wszystkich lekarzy pełniących
      służbę w wojsku polskim. – Symon gen. por. mp. –
              Otrzymują do wiadomości celem dalszego zawiadomienia podkomendnych lekarzy:
      Baon zapasowy 12.p.p., P.K.U, Szpital zapasowy i Dr Bąkowski
                                                                                   w Wadowicach
                                                                                Brückner płk. mp.
             Do Starostwa w Wadowicach
             PKU, Wadowice 4 października 1919.
             W myśl zarządzenia (...) z 13 września b.r. popisowi uznani za zdatnych będą w obec-
      ności władz administracyjnych i wojskowych i jeżeli to możliwe również Duchownych za-
      przysięgani.
             Uprasza się przeto uprzejmie o odpowiednie zaproszenie władz duchownych do
      wzięcia udziału przy zaprzysiężeniu rekrutów.
                                                            Podpułkownik Komendant PKU

                                 1919 r. Tło polityczno – społeczne.
              Analizę tę opieram na doniesieniach Ilustrowanego Kuriera Codziennego. Powinna
      ona dawać obraz przeżyć ówczesnych mieszkańców Małopolski. Ze zrozumiałych względów
      gazeta miała najwięcej informacji lokalnych z Krakowa, a sporadycznie tylko pojawiała się
      prowincja. Jeżeli jednak wyobrazimy sobie codzienną lekturę prasy przed stu laty to może-
      my zbliżyć się do odczuć czytelnika, który mieszkał jak Wojtyłowie w Wadowicach. Pierwsze
      strony IKC zajmowały tematy światowe i ważne ogólnokrajowe. Na dalszych tematyka była
      bliższa przeciętnym odbiorcom, lżejsza w formie, krótsza i bardziej bezpośrednia.
              Doniesienia, przez cały rok 1919, zdominowane były walkami o granice Rzeczy-
      pospolitej. Punkty zapalne były wszędzie, na wschodzie i na styku z Niemcami. Utarczki
      zbrojne zdarzały się na południu, gdzie ścierały się graniczne ambicje Czechów i Polaków.
      Najostrzej problem ten występował w Księstwie Cieszyńskim, chociaż także Spisz i Orawa
      były terenem konfliktowym.
              Decydenci ociągali się, bo sytuacja była napięta. Zapowiadali plebiscyty, a tymczasem
      wojna propagandowa w prasie przybierała na sile. Czytelnik czuł, że nie możemy dogadać
      się z Ukraińcami, ani z bolszewikami, ani z Niemcami, ani z Czechami. Nastrój ciągłych walk,

Strona 185

Rozdział IV - Przedwiośnie         183
potyczek, propagandowych przepychanek, sprzecznych doniesień i domysłów trwał przez
cały rok 1919. Raz napływały wiadomości optymistyczne, kiedy indziej odwrotnie. Sytuacja
była niepewna, niejasna, daleka od stabilizacji. W połowie roku najgłośniejszymi tematami
były: Górny Śląsk i Gdańsk. Pod koniec sierpnia (20 VIII) nadchodzą wieści o wybuchu
powstania śląskiego, a potem opisy zmagań, wezwania do pomocy ze strony Polski, opisy
akcji solidarnościowych, ogłaszanie zbiórek pieniężnych na pomoc walczącym itp. Pisze
się o okrucieństwach Niemców, naruszaniu przez nich granicy w rejonie Dziedzic, a nawet
o tym, że krążą samolotami nad Wadowicami.
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 235 z dnia 29 sierpnia 1919 r.
       Str. 1 - Samoloty niemieckie krążą nad Wadowicami rekognoskują okolicę. Kra-
ków - (PAT) Mieszkańcy Wadowic zaniepokojeni są częstym pojawianiem się niemieckich
samolotów, które zapuszczają się stale w głąb kraju i krążąc nad Wadowicami rekognoskują
teren.
        Oczywiste jest, że język gazetowy bierze w obronę Polaków i staje po ich stronie.
Dawny nasz władca – Austria i jej sojusznik Niemcy, są teraz naszymi wielkimi wrogami. Przy-
pisuje się tym narodom najgorsze cechy; nieuczciwość, hipokryzję, okrucieństwo, zachłan-
ność, fałszerstwa, grabieże etc. W podobnym tonie, chyba słusznie, pisze się o postępowaniu
bolszewików. Dziś, już po stu latach okazuje się, że prawda była jeszcze straszniejsza. Ton do-
niesień o zmaganiach z bolszewikami jest daleki od obiektywizmu, roi się od tytułów: bliski
upadek bolszewików, zamachy na Lenina, morderstwa w Rosji, ruina gospodarcza, okrucień-
stwa komuny itp.
       Tymczasem z doniesień krajowych wyziera bieda, braki w aprowizacji, powtarzające
się napady, kradzieże, lichwa i pasek.
        W końcu 1919 roku nadchodzi przesilenie rządowe. Nowym premierem zostaje
Skulski. Tak wyglądały doniesienia krajowe, a w środowisku lokalnym, po euforii roku 1918,
wyzierała twarda rzeczywistość.
        Tak naprawdę zmiany zaczęły się w roku 1919. Sytuację starają się uporządkować
władze miejskie, wydając stosowne zarządzenia w różnych dziedzinach. Niektóre sfery życia
trzeba ułożyć od podstaw, inne funkcjonują po staremu, coś trzeba przywrócić, coś trzeba
uruchomić. By zapoznać się pobieżnie z problematyką, z mechanizmem działania, z formami
regulowania działalności gospodarczej posłużę się krótkimi cytatami z wadowickich ksiąg
cechowych z tego okresu. Źródła te dostępne są w zbiorach archiwalnych w Bielsku-Białej,
które stanowią Oddział Archiwum Państwowego w Katowicach.
       Sygnatura ACW 5, Dziennik podawczy Stowarzyszenia, piekarzy, piernikarzy
i cukierników w Wadowicach.
5/4 1919. Magistrat Wadowic donosi, że wstrzymanie subwencjonowania rękodzielników
na nowo zostało podjęte. Zgłoszenia przyjmuje p. Tadeusz Adamczyk w Starostwie w Wa-
dowicach.
4/6 1919. Starostwo w Wadowicach zwraca się o desygnowanie do rady powiatowej apro-
wizacyjnej 1 członka i zastępcę. Desygnowano p. Wincentego Prażmowskiego, na zastępcę
p. Józefa Liskę.
17/7 1919. Ministerstwo Aprowizacji w Krakowie zawiadamia, że przydzielono 400 kg cukru
melasy – przysłano p. Zembatemu kilo 200, - Wciśle 200 kilo, gdyż oni obydwaj należącą się
kwotę po 700 kor. Za 100 kilo zapłacili.
26/10 1919. Krajowy Patronat Rękodzieł i Drobnego Przemysłu we Lwowie donosi, że we
wszystkich powiatach tworzy komitety w celu pomocy dla zniszczonych wojną rękodziel-
ników. Magistrat zaproponował na członków komitetu: Albertego, Grządziela, Münza, Wy-
sogląda, Kuzię Stanisława, Zająca Stefana, Suknarowskiego Antoniego, Suknarowskiego
Karola - przyjęto do wiadomości i zawiadomiono ustnie członków Stowarzyszenia.

Strona 186

184          Rozdział IV - Przedwiośnie

             Sygnatura ACW - 27. Księga uchwał Cechu krawców, kuśnierzy, kapeluszników,
      fryzjerów i golarzy w Wadowicach.
             Str. 57 „Protokół spisany w dniu 15/5 1919 na posiedzeniu Walnego Zgromadzenia
      w sprawie następującej: na prośbę trzech członków golarzy uchwalono jednogłośnie usta-
      lenie godzin otworu i zamykania sklepów golarzy, a to: zamykanie sklepów golarni o go-
      dzinie siódmej wieczór codziennie, zaś natomiast w wigilię świąt i w sobotę o dziewiątej
      wieczór, w niedzielę o godzinie 12:00 w południe i codziennie od godziny 12:30 do 1:30
      jako godzina obiadowa.”
             Str. 60 „Protokół zgromadzenia odbytego w stowarzyszeniu krawców, kuśnierzy etc.
      w Wadowicach dnia 20/7 1919 w sprawie zawiązania spółki celem samopomocy w zaopa-
      trzeniu członków w artykuły spożywcze. Obecni: 26 członków, a zatem większa połowa sto-
      warzyszenia.
               Zgromadzenie zagaił zwołujący p. Wiktor Dobrowolski przedstawiając zebranym ko-
      nieczność łączenia się w stowarzyszenie mające na celu dostarczanie członkom swoim po-
      trzebnych do codziennego użytku artykułów po możliwie najtańszych cenach, ze względu
      na braki towarów, niezwykłą drożyznę i nadzwyczajne trudności w nabyciu tych towarów.
      (...) Wszyscy jednogłośnie zgadzają się na utworzenie Stowarzyszenia pod nazwą „Spółka
      Konsum Stowarzyszenia Krawców etc.(...)”
             Zachowała się też księga miejska za rok 1919 dokumentująca głównie wydatki
      magistratu, która przy tej okazji wymienia nazwiska, funkcje, działy na które przeznaczano
      fundusze. Przytaczam wybrane fragmenty tych wpisów.
              W pierwszej części tej księgi podane nazwiska i pobory burmistrza, zastępców, urzęd-
      ników magistrackich. 26 III 1919 r. jako burmistrz pojawia się dr Wodziński Władysław, a jako
      zastępca Wysogląd Teofil. Od 1 VII pierwszy z nich otrzymuje pensję w wysokości 6000 kor.
      rocznie, drugi 3000 kor. rocznie.
              Poniżej wyszczególniono wydatki zarządu: koszty podróży i strawne, wyjazdy do
      Krakowa i Warszawy, zakupy, pożyczki, opał, praca robotników, zlecenia prac drukarni Fol-
      tina, roboty introligatorskie, przybory do pisania, naprawa maszyn, prenumerata wydaw-
      nictw urzędowych.
              W dalszych częściach mowa o wydatkach na: emerytury, utrzymanie wiklin i grun-
      tów, utrzymanie budynków miejskich (rzeźnia, konserwacja domu oprawcy, domu gościn-
      nego „Mengerówka”, stajni, zakładu miar i wag), asekuracja budynków, czynsze i dzierżawy,
      raty za zakupy gruntów itp.
              W dziale „bezpieczeństwo publiczne” odzwierciedlone są nakłady na płace i umun-
      durowanie policjantów, których łącznie było kilkunastu. W tym miejscu mowa też o subwen-
      cjach na straż pożarną - konserwacja sprzętu, budowa strażnicy.
              Miasto ponosiło też wydatki na lekarza miejskiego i weterynarza, oglądacza bydła
      i rakarza, na konieczne środki sanitarne.
              Organizacji i środków wymagała troska o utrzymanie czystości; m.in. koszty zwią-
      zane z utrzymaniem studni i wodociągów, pobory dla woźniców i obrok dla koni, zakup
      bryczki. Płacono też: za oświetlenie (nafta i elektryczność), za utrzymanie dróg, ogrodów,
      alei i parków, za stróżowanie nocne i dozorcom targowym, za nowe wychodki. Dotowano
      dobroczynność publiczną (TSL, przytulisko, fundusz ubogich, związek turystyczny, bursę,
      tanią kuchnię i stowarzyszenia charytatywne).
              Wreszcie bardzo ważne wydatki na oświatę i szkolnictwo, wydatki mobilizacyjne,
      a nawet datek na mieszkanie organisty.3


       3 - Archiwum Państwowe w Katowicach. Oddział w Bielsku-Białej. Sygnatura nr MW 12

Strona 187

Rozdział IV - Przedwiośnie             185
       Z tego okresu pochodzi opis turystyczny nadskawskiego grodu:
„Wadowice (...) 272 m. n.p.m. Miasto o 8000 m. (1300 Żydów) oddalone od dworca 500 m.
dorożka 1 K. Hotele Wysogląda i „Pod Sobieskim” (pokoje od 2,40 K.) Restauracje w hotelach
i na dworcu. Cukiernia i kawiarnia J. Lisko. Pokoje do śniadań Kluk i Hołojewski.
        Miasto istnieje od XII w. (skąd ta data? – dop. Z.B.). Pierwotnie należało do Śląska
(ks. Zatorskie). Na rynku kościół farny, odnowiony w stylu rokoko. Nadto nowe kościoły
Karmelitów, Nazaretanek i Pallotynów. Zabytków żadnych. Piękna okolica, od południowej
strony pasmo dość wysokich gór (Garncarz 802 m, Jawornica 843 m, Magórka 819 m,
Potrójna 888 m, Łamana Skała 934 m), które są celem pięknych wycieczek. Doliną Skawy
biegnie kolej do Suchej. (...)4
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 102 z dnia 14 kwietnia 1918
       Str. 9 – Z Wadowic. Założone tu w grudniu z.r. Koło Polek liczy obecnie ponad 500
członków. Rozwija ono żywą działalność aprowizacyjną w całym powiecie, wspomagane
przez Koła w Andrychowie, Kalwarii i Wieprzu. Urządza nadto zbiórki na cele narodowe, ota-
cza opieką uchodźców i żołnierzy, w której znajdują posiłek materyalny i moralny. Troszczy
się również inwalidami, których w powiecie jest około 2000.
        Ilustrowany Kurier Codzienny nr 118 z dnia 3 maja 1919
        Str. 6 – Z Wadowic. Raut urządzony tutaj 7 ub. m. na dochód inwalidów, przyniósł
15 tysięcy kor. Komitet dziękuje wszystkim, którzy przyczynili się do tak świetnego wyniku
finansowego, a w szczególności zarządowi browaru w Okocimiu i Żywcu oraz p. Wysoglą-
dowi za bezpłatne odstąpienie sali.
        Po pokryciu wydatków przeznaczono 3 tysiące kor. na „święcone” dla żołnierzy,
a 8757 koron na fundusz inwalidów.
        Ilustrowany Kurier Codzienny nr 206 z dnia 31 sierpnia 1919
        Str. 5 – Z Wadowic. Na rzecz funduszu dla ociemniałych inwalidów tutejszego okrę-
gu odbędzie się dnia 2 sierpnia wielki raut, którego przygotowaniem zajmuje się liczny
komitet. Na czele stanęły panie: hr. Romerowa, starościna Moszyńska i drowa Zarembowa
oraz p. pułk. Brückner, major Śmiałowski, komisarz starostwa dr Pawik i dr F. Lasiota.
       Inwalidzi i uchodźcy nie pozostawali w Wadowicach bez zabezpieczenia socjalnego
i wsparcia. Miejscowe środowisko uruchomiło działalność charytatywną by udzielać po-
mocy pokrzywdzonym. O tych kilku inicjatywach pisze krakowski dziennik, ale było tych
ludzkich odruchów znacznie więcej, nie tylko tych zaplanowanych i zorganizowanych, ale
i spontanicznych, jednostkowych, które nie doczekały się opisania na łamach prasy chociaż
były równie cenne, wypływające z serca przepojonego patriotyzmem i współczuciem.
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 297 z dnia 31 października 1919
       Str. 5 – Odpowiedź na list pasterski i uwagi księdza zawarte w materiale „Nie sądźcie
ich wszystkich wedle ich pasterzy” zamieszczonym w Ilustrowanym Kurierze Codziennym
numer 293 z dnia 27 października 1919.5
        Ilustrowany Kurier Codzienny nr 293 z dnia 27 października 1919
        Str. 1 i 2 – Nie sądźcie ich wszystkich wedle ich pasterzy.
        Duchowieństwo ruskie a inwazja ukraińska. (...)
                                                                  Kraków 26 października

 4 - Dr Mieczysław Orłowicz: Ilustrowany przewodnik po Galicji. Lwów 1919, s. 485
 5 - Wypowiedzi te zamieszczam jako znak czasów by przybliżyć czytelnikom różne aspekty funkcjonowania
     obozu jenieckiego w Wadowicach. Poza tym w materiałach tych mówi się nie tylko o postawie Polaków,
     kadry dowódczej, kapelanów ale i o walkach i moralności żołnierzy 12 pułku piechoty związanego niero-
     zerwalnie z Wadowicami.

Strona 188

186          Rozdział IV - Przedwiośnie

             (odpowiedź księdza naocznego świadka)
              List pasterski „biskupów ruskich” na pewno otrzyma stosowną odpowiedź ze strony
      odpowiednich czynników, od siebie jako naoczny świadek wojny chcę uczynić kilka uwag.
      Nie powinni chyba skarżyć się na nasze wojska oni, którzy na prawdziwe i nie dające się
      wysłowić okrucieństwa Ukraińców, znane, ustalone i sfotografowane, przy bezstronnych
      świadkach, nie mieli słowa nagany. Jeżeli dziwić się czemu, to chyba temu, że nasz polski
      żołnierz tak wzorowo zachowywał się w czasie całej wyprawy, że tak prędko zapomniał,
      czy też pamiętać nie chciał o okrucieństwach wroga, o czem miałem sposobność prze-
      konać się będąc z 12 pułkiem piech. w okolicach Złoczowa, Zbaraża, Tarnopola i Brzeżan,
      które były widownią największych okrucieństw ukraińskich.
              Duchowieństwo grecko-katolickie przyjmowało wszędzie prawie nasze wojska życz-
      liwie, nie tając, że cieszą się, że nastanie spokój i ustaną rozboje ukraińskie (...).
      Nazywają nas autorowie listu obcymi (..). Rozpływają się nad dolą jeńców internowanych
      swoich, a porównują obozy nasze dla internowanych w Dąbiu i w Wadowicach z tymi, które
      były w Stryju, Kosaczowie, pod Kołomyją i w Tarnopolu, gdzie tysiące umierały na tyfus, bez
      żadnej pomocy; u nas ludność stale skarżyła się na zbytnią słabość dowódców obozów i na
      to, że jeńcom jest za dobrze. W Wadowicach był dowódcą oficer Polski (już przeniesiony),
      o którym nie wiadomo właściwie czy jest Polakiem czy Ukraińcem, a ucieczki z obozów
      w biały dzień stały się wprost skandaliczne. Starał się on nawet o kapelana grecko-katolic-
      kiego dla obozu. (...)
              List pasterski robi wrażenie, że wydany został przez ludzi, którzy tracą wzięcie i chcą
      dalej siać niezgodę, aby na niej wyrosnąć. Chrystus uczył inaczej.
                                                                                             Ks. dr Krusz
             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 297 z dnia 31 października 1919
             Str. 5 – Wojskowość w obozach jeńców.
              Z powodu artykułu naszego p.t. „Nie sądźcie ich wszystkich wedle ich pasterzy”,
      otrzymujemy z D.O.G. następujące wyjaśnienia, podpisane przez gen. Piaseckiego:
              „Sposób postępowania władz wojskowych polskich i dowódców obozów jeńców
      i internowanych, nawskroś humanitarny, określają postanowienia konwencji międzynaro-
      dowej w Hadze i Zurychu oraz regulaminy i instrukcje ministerstwa spraw wojskowych. Do-
      wódcą w Wadowicach był przez długi czas kap. Kopystyński, Polak religii rzymsko-katolickiej
      od pradziadów, któremu wyrządziło się krzywdę, niesłusznie podejrzewając go o pochodze-
      nie ruskie, lub słabość czy sympatye do Ukraińców.
              Ucieczki z obozów zdarzały się zawsze i we wszystkich obozach, nigdy nie dochodziły
      jednak do cyfr, jakie uważano za normalne w obozach austriackich, niemieckich lub rosyj-
      skich. Zarządzenia zaradcze wykluczają już od kilku miesięcy ucieczkę z obozów tak dalece,
      że poza sporadycznymi wypadkami, ucieczki dokonywane jedynie zpoza obozu, np. z partyi
      przydzielonych do robót. Dzięki sprężystości władz bezpieczeństwa w większości wypad-
      ków odstawiono zbiegów z powrotem do obozu.
              O opiekę duchową dla jeńców i internow. obrządku gr.-kat. postarały się najwyższe
      władze wojskowe polskie w samych początkach istnienia obozów i służbę w nich pełni od
      lutego br. starszy kapelan W.P. grecko-katolickiego obrządku mianowany przez biskupa
      polowego.”
              Minął zaledwie rok od momentu, gdy w Krakowie doszło do epokowych wy-
      darzeń, które rozpoczęły proces odzyskiwania niepodległości przez Polskę. U schyłku
      roku 1918, w nastroju euforii społecznej, nie opisano dokładnie przebiegu wypadków. Ilu-
      strowany Kurier Codzienny wrócił na krakowski rynek by przywołać postacie bohaterskich
      patriotów, którzy odważyli się w tych dniach wystąpić zbrojnie, chociaż bezkrwawo i przejąć
      władzę w imieniu powracającej Ojczyzny. Zrobili to rozumnie, a jednak z sercem, na oczach

Strona 189

Rozdział IV - Przedwiośnie                          187




                         IKC wraca do wydarzeń sprzed roku - wydanie z 1 listopada 1919, (źródło http.mbc.malopolska.pl)
tłumu, wzbudzając entuzjazm krakowian. Za ich przykładem poszedł w następnych dniach
teren, gdzie dziesiątki bezimiennych patriotów zabezpieczało mienie, środki transportu,
ważne obiekty i strategiczne punkty.
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr 299 z dnia 2 listopada 1919
       Str. 2 – Dzień 31 października 1918 roku w Krakowie.
        Któż z mieszkańców Krakowa, przechodząc koło odwachu w Rynku, gdzie na znak
władzy cesarskiej stała zawsze warta austriacka i rozbrzmiewała niemiecka komenda - któż
z nas nie myślał o tym, czy danem mu będzie kiedy oglądać w tem miejscu znaki polskie?
        A jednak szczęście to stało się naszym udziałem i dzisiaj święcimy rocznicę radosnego
i cudownego faktu.
        Odbyło się wszystko błyskawicznie, wśród niezwykłego entuzjazmu i podniosłego
nastroju, bez rozlewu krwi i walk.
        Nie była to rewolucya, lecz spokojne przejęcie władzy. Austria była na marach,
wiekowe łańcuchy pękły, a ludy wyszły z niewolniczych oków, by włodarzyć na swych
ziemiach.
        Był to niezwykły dzień w Krakowie. Już rano ukazała się na ulicach miasta muzyka
kolejarzy i oddział żołnierzy, z tradycyjną rozsuwaną drabiną, która była niezwykle pomocna,
przy zrzucaniu z gmachów rządowych dwugłowych ptaków.
        Zdarzały się przy tem i komiczne epizody. Stary urzędnik, wychowany w tradycjach
austriackich widząc jak tłum zrzuca austriackiego orła z gmachu, nie bez żalu zapytał:
- Co wam ten orzeł zawinił?
- Za dużo jadł, miał dwie głowy - rzucił ktoś z tłumu.

Strona 190

188         Rozdział IV - Przedwiośnie

              Austriaccy generałowie wpadli w ratuszu w pułapkę, na koszarach, szpitalach, wa-
      rowniach, arsenałach, komendzie placu, wszędzie zatknięto polską chorągiew.
              Zastępy polskich oficerów i żołnierzy ukazały się na ulicach mając na czapkach pol-
      skie orzełki, na piersiach kokardki narodowe.
              Wojskowym obcej narodowości zdejmowano bez pardonu „bączki” z czapek.
              W południe odbyło się uroczyste zaciągnięcie pierwszej warty polskiej na odwachu
      udekorowanym chorągwiami polskiemi, zielenią i znakiem władzy naszej: białym orłem.
      Szeregi dziarskich wojaków wmaszerowały do wnętrza pod wodzą bohatera dnia gen. Roji.
              Z odwachu wyrzucono na bruk podarte w strzępy portrety cesarskie, Roja przemówił
      krótko, po żołniersku, poczem wzniósł się okrzyk:
      - Niech żyje Polska!
              W czasie deszczu i niepogody, ogromne tłumy ludu brały udział w uroczystości.
              W koszarach przy ul Rajskiej rozpoczął się masowy zaciąg ochotników ze wszystkich
      warstw ludności.
              Kraków po długich dniach niewoli oddychał wolnością.
                                                                                           Rybałt

             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 299 z dnia 2 listopada 1919
             Str. 5 – Bezimienni bohaterowie. W czasie zeszłorocznego przewrotu w dniu 31
      października i dniach następnych tak w Krakowie, jak i na prowincji (np. Rzeszów, Jarosław,
      Nowy Sącz, Tarnów, Wadowice) odznaczył się legion bezimiennych, nieznanych szerszemu
      ogółowi oficerów polskich i żołnierzy, którym zawdzięczamy uratowanie w znacznej mie-
      rze majątku wojskowego. Do takich zasłużonych ludzi np. w Krakowie należeli porucznicy
      Praszałowicz i Radłowski, wreszcie kapitan Turowski. Ten ostatni zorganizował z młodzieży
      szkolnej gwardyę, pilnującą przez dłuższy czas magazynów. W Krakowie zasłużyła się też
      ogromnie w pracy młodzież akademicka obojga płci.

                                               1920 r.
             Najbardziej interesują nas zmiany organizacyjne i stosunki służbowe, jakie za-
      chodziły w komendzie uzupełnień. Bo tu pracował nieprzerwanie od połowy 1913 roku
      Karol Wojtyła, senior. Ciekawe są informacje, jak funkcjonował w zespole pracowników wa-
      dowickiej PKU, czym się zajmował, jakich miał współpracowników. Z czym się borykał jako
      naczelnik kancelarii, jak był uposażony? Na te pytania, po części odpowiedź przynoszą za-
      mieszczone poniżej fragmenty pism, jakie przechodziły przez kancelarię PKU w Wadowicach
      w roku 1920.
       Wykaz legitymacji oficerskich przedłożonych celem wizowania z dnia 1 III 1920 r.
            (Dotyczy zatrudnionych w PKU oficerów i urzędników wojskowych).
         1. Major Ostrowski Józef (komendant)
         2. Kapitan Peitzker Adolf (zastępca)
         3. Porucznik Zegarski Edward
         4. Podporucznik Geras Tadeusz
         5. Urzędnik wojskowy XI r. Święcicki Jan (oficer ewidencyjny na Myślenice)
         6. Urzędnik wojskowy X r. Gicała Ignacy
         7. Urzędnik wojskowy X r. Wojtyła Karol
         8. Urzędnik wojskowy XI r. Prower Adolf (oficer ewidencyjny na Białą)
         9. Urzędnik wojskowy XI r. Hrycykiewicz Antoni (oficer ewidencyjny Oświęcim)
         10. Urzędnik wojskowy XI r. Poradzisz Jan
         11. Urzędnik wojskowy XI r. Spyra Karol

Strona 191

Rozdział IV - Przedwiośnie            189
                 Sprawozdanie z przebiegu prac organizacyjnych.
             Do Dowództwa Okręgu Generalnego, Oddział I w Krakowie.
Wadowice, dnia 9 maja 1920 r.
Na podstawie rozkazu L. 114/III w rozkazie byłej Polskiej Komendy Wojskowej w Krakowie
(obecna D.O.G) Nr 6 z 6 listopada 1918, zostały celem uproszczenia demobilizacji, dotych-
czasowa Komenda Uzupełniająca (Ergänzungsbezirkskommando) i Komenda Uzupełniająca
obrony krajowej (Landwehr- Ergänzungsbezirkskommando) w Wadowicach (...) zespolone
w jedną Komendę Uzupełniającą w Wadowicach.
Komendę tejże objął jako najstarszy rangą oficer, major Józef Ostrowski, dotychczasowy Ko-
mendant byłej komendy uzupełniającej obrony krajowej.(...)
Dziennikiem Rozkazów Wojskowych Nr 14 z 1918 roku (rozkaz nr 444) została ustanowiona
Powiatowa Komenda Uzupełnień w Wadowicach, obejmująca powiaty: Wadowice, Chrza-
nów, Oświęcim, Żywiec, Biała, Bielsko i miasto Bielsko (...)
Etat P.K.U.: komendant – pułk. lub ppułk., Z-ca komendanta-major lub kapitan,
             Naczelnik kancelarii - kapitan lub oficer niższej rangi,
             Referent do prowadzenia - kapitan lub oficer niższej rangi,
             Referent gospodarczy - kapitan lub oficer niższej rangi,
             Sierżant sztabowy lub sierżant,
             4 pisarzy w randze sierżanta,
             16 pisarzy w randze podoficera lub szeregowców,
             2 woźniców, 4 konie, 1 bryczka, 1 wóz ciężarowy.
Etat oficera ewidencyjnego obejmował - porucznika lub podporucznika, 2 podoficerów
plutonowych lub sekcyjnych, 1 szeregowiec.
P K.U. 12 pp. Wadowice obejmuje powiaty: (stan na dzień 31 XII 1919) wadowicki, oświę-
cimski, bialski, żywiecki i myślenicki z oficerem ewidencyjnym w poszczególnych powiatach
i czasowo ustanowionym oficerem ewidencyjnym w Cieszynie.
P K.U. w Wadowicach jest przydzielona do Dowództwa Baonu Zapasowego 12 pp. I pozosta-
je w stosunku zależności służbowej przez D.O.G w Krakowie do M.S. Wojsk.
                                                                       podpisał: Ostrowski
               Wykaz pracowników cywilnych przy P.K.U w Wadowicach
                           z datą 27 stycznia 1920 roku
Ramzówna Stanisława, Durdówna Maria, Zajickowa Alina. „ W P.K.U. w Wadowicach pracują
trzy kobiety, obowiązki spełniają pilnie, wyniki jednak pracy ich nie stoją w stosunku pro-
stym do wymagań stawianym im ze względu na rozliczne i zawiłe obowiązki przez P.K.U.
Siły żeńskie przyjęto z braku podoficerów – pisarzy, z konieczności. Służba kancelaryjna
cierpi bardzo z powodu braku sił rutynowanych, siły żeńskie bowiem, jak praktyka oka-
zała nie nadają się do prac ścisłych, wymagających pedanterii, osobliwie w prowadzeniu
dokładnym zawiłej ewidencji. W instytucji P.K.U. bardzo pożądanym byłoby obsadzenie
sił pisarskich po części żołnierzami dłużej służącymi, niefrontowymi, po części zaś siłami
męskimi cywilnymi, które by stale, przez dłuższy czas w fachu tym pracować mogły.”
        Poniżej kilka tekstów źródłowych określających położenie materialne urzędników
wojskowych, których uposażenie w warunkach szalejącej inflacji było zdecydowanie nie-
wystarczające. Zwłaszcza dla rodzin pracowników, które zmagały się nie tylko z drożyzną ale
i z brakami zaopatrzeniowymi. Źródła poniższe pokazują przeciążenie pracą w PKU oraz brak
stabilizacji w zakresie przydziału obowiązków.

Strona 192

190         Rozdział IV - Przedwiośnie

            Pismo z PKU Wadowice do Dowództwa Garnizonu, Wadowice 7 marca 1920,
              w odpowiedzi na ankietę w sprawie materialnego wyposażenia oficerów
              W części liczbowej dane - ilość oficerów w PKU – 10, 1 major (komendant Józef
      Ostrowski, który objął komendę 14 I 1920, po Zegarskim, który jako p.o. po Mikuckim od-
      szedł w XI), 1 kapitan, 1 podporucznik, 1 urzędnik w IX randze, 2 urzędników w X randze,
      4 urzędników wojskowych XI rangi.
              „Wyposażenie materialne oficerów nie jest wystarczające. Ceny targowe różnych
      towarów są tak olbrzymie, że oficerowie ich płacami - zwłaszcza oficerowie obarczeni ro-
      dziną - żadną miarą nie mogą ciężarom utrzymania rodziny podołać. Zarządzone podwyż-
      szanie gaż nie prowadzi do celu, a przynajmniej nie na dłuższą metę. Z chwilą podniesienia
      bowiem gaż ceny targowe, w dwójnasób idą w górę i pod tym względem wskazane jest
      przyjść rodzinom oficerów w pomoc, w artykułach niezbędnej potrzeby tj. poza artykuła-
      mi spożywczymi, także z wydatnym wyposażeniem co do materiałów na ubrania, bieliznę
      i obuwie - te bowiem artykuły po cenach targowych w wolnym handlu - dla oficerów i ich
      rodzin są z powodu ogromnie wysokich cen niedostępne. Co do ostatniego ustępu - na
      razie tak (chodziło o to czy są w stanie pełnić swe obowiązki bez uszczerbku z powodu
      słabych płac), chodź z uszczerbkiem dla służby - wobec bowiem niedostatków wiele czasu
      pochłania troska o byt rodziny. W najbliższej przyszłości położenie oficerów pod tym wzglę-
      dem będzie bardzo krytyczne.”
                                                        Podpisał major Ostrowski, komendant PKU
               Z tego też okresu pochodzi tabela wykazująca należytości pieniężne
                               oficerów i urzędników wojskowych.
              W tej tabeli etatowi porucznika odpowiada X ranga urzędnika wojskowego. (W tym
      czasie Karol Wojtyła był podporucznikiem lecz w X randze urzędnika wojskowego. Można
      więc przypuścić, że był na etacie porucznika – dop. autora Z.B.)
              W tej grupie wynagrodzenie wynosiło: gaża 300 mk, dodatek sejmowy z czerwca
      1919 r. 300 mk, dodatek sejmowy z lutego 1920 r. 600 mk, dodatki rodzinne dla żonatych
      400 mk, na każde dziecko 100 mk, na mieszkanie 200 mk, strawne z dodatkiem 12 mk + 4 lub
      6 marek, dodatki szczególne dla żandarmów 200 mk, dla lotników 250, polowy 6,66 lub eta-
      powy 3,33 (polowy i strawne podane jako dodatki dzienne), dodatek na wyekwipowanie
      przy nominacji na porucznika 1500 mk, dozwolone potrącenie z poborów oficerów i urzęd-
      ników wojskowych w przypadku porucznika, urzędnika wojskowego X rangi kwota potrą-
      ceń wynosi 400 mk.
               Pismo z PKU w Wadowicach do Okręgu Generalnego w Krakowie,
             Oddział Va. Stosunki służbowe w PKU Wadowice, 1 IV 1920. (fragmenty)
              „Zastępca komendanta Kap. Peitzker (przydzielony tu na miejsce porucznika Zegar-
      skiego, który z dniem 7 III br. oddany został do SPiU) z powodu nieznajomości języka polskie-
      go w słowie i piśmie, nie jest w stanie obowiązkom związanym z tym stanowiskiem podołać.
      Czynność jego przy Komendzie ogranicza się najwyżej na podpisywaniu zastępczo wojsko-
      wych arkuszów ewidencyjnych, przybijaniu pieczęci na tychże, wertowanie w rozporządze-
      niach, których nie rozumiejąc załatwić nie może itp. czynności podrzędnych, z których to
      powodów zmuszony byłem natychmiast po odejściu porucznika Zegarskiego, funkcje przez
      tegoż spełniane rozłożyć na trzech urzędników wojskowych i tak już pracami swoimi zbyt-
      nio obarczonych. Urzędnik wojskowy Spyra, oficer gospodarczy, oprócz swych zajęć objąć
      musiał od urz. wojsk. Wojtyły funkcje naczelnika kancelarii jak: otwieranie wpływu, rozdział
      pracy, przestrzeganie terminowego przedkładania rozlicznych wykazów, doniesień, nadzór
      nad dziennikiem podawczym, ekspedycją etc. Urz. Wojsk. Wojtyła prócz referatu spraw
      małżeńskich, przyznawania prawa służby jednorocznej, spraw zaopatrywania wdów
      i sierot etc. jeszcze bardzo rozległy dział reklamacyjny i odroczeń, wreszcie urzęd. woj-
      skowy Poradisz prócz olbrzymiej pracy prowadzenia całej ewidencji objąć musiał jeszcze

Strona 193

Rozdział IV - Przedwiośnie                 191




 Banknot 2 korony austriackie.                                         Banknot 100 marek polskich.
referat poboru i przeglądu etc. - Wszystkie zatem agendy po poruczniku Zegarskim sprawo-
wać muszą urzędnicy, prócz swoich zajęć. Kpt. Peitzker zaś urzęduje tylko w powyżej okre-
ślonym zakresie, nie będąc w stanie z powodu braków językowych najprościejszej sprawy
załatwić.”
        I dalej po wyliczeniu własnych czynności komendant pisze: „Także ustanowione
zmiany w personelu pomocniczym, przez przeniesienia na rozkaz władz przełożonych (...)
stale się powtarzają - utrudniają bardzo tok służby, przeciążają innych pomocników, uzu-
pełnianie zaś personelu pomocniczego natrafia, wobec braku odpowiedniego materiału
na wielkie trudności.
        Z powodu stosunków powyższych i przeciążenia przez to poszczególnych pomoc-
ników kancelaryjnych, wytworzyła się przy Komendzie atmosfera zniechęcenia, tak u osób
wojskowych, jak też i cywilnych, które widząc iż przy innych instytucjach wojskowych poza
przepisanemi godzinami, wytchnąć mogą, w PKU zaś często czasu nie mają na spożycie po-
siłku, używają wszelkich sposobów, by się z PKU na inne stanowiska wydobyć i przez to stwa-
rzają dla komendanta ciągłą troskę i walkę o utrzymanie niezbędnych sił kancelaryjnych.
        Wobec tych okoliczności, zdając sobie jasno sprawę, iż czas obecny wymaga od
każdego żołnierza zdwojonej pracy i wytrzymałości, zmuszony jestem D.O.Gen. o spieszne
wyjednanie wymiany zastępcy komendanta prosić, którą to prośbę li tylko dla dobra i su-
miennego wykonywania służby ośmielam się przedłożyć.”
        Przydzielony 24 XI 1919 dotychczasowy Komendant Obozu Jeńców w Wadowicach -
                                                                     Józef Ostrowski major.
           Pismo Dowództwa Garnizonu w Wadowicach do PKU Wadowicach
                                  z dnia 28 stycznia 1920.
        Robię uważnym, że kontrolę nad jadłodajniami oficerskimi ma wykonywać stała ko-
misja wybrana z grona stołowników. Prezesem tej komisji, który nie jest wybieranym tylko
przeznaczonym do tej czynności przez dotychczasowego Dowódcę, ma być oficer sztabowy,
w braku tego kapitan. Inni dwaj członkowie komisji, a mianowicie kasjer i kontroler mogą
być subalterni oficerowie i są wybierani przez grono oficerów.
Funkcje tej komisji są:
a) Miesięczna kontrola wszystkich ksiąg kasowych, inwentarza etc.
b) Nadzór ogólny nad gospodarką pieniężną i artykułami żywnościowymi.
c) Utrzymanie względnie remontowanie serwisu, bielizny stołowej, urządzenia kuchennego
   etc.
d) Przedkładanie kwartalnego bilansu odnośnemu Dowódcy.
        Powyższe wywody tyczą się ściśle internej instytucji dotyczącej formacji i nie wcho-
dzą wcale w zakres działania mego. Dowództwo Garnizonu podaje je jednak do ogólnej wia-
domości, ażeby ewentualne zaniechanie tej kontroli nie pociągało za sobą nieprzyjemnych
następstw.
                        Rozkaz ten otrzymują wszystkie tutejsze oddziały, formacje i zakłady.
                                                                  Podpisał dow. garnizonu.

Strona 194

192            Rozdział IV - Przedwiośnie




      Pismo z podpisem naczelnika kancelarii Karola Wojtyły.
                       Pismo Dowództwa Garnizonu do PKU Wadowice, 1 lutego 1920.
             Wojskowy Urząd Gospodarczy, względnie tutejsza rzeźnia wojskowa wzbraniała się
      wydać mięso oficerom na dzień 1 i 2 lutego motywując się brakiem dotyczących wykazów
      od komisji kasowych.
             Ponieważ ja jako Dowódca Garnizonu nie mogę na to pozwolić ażeby oficerowie dwa
      dni bezpotrzebnie byli bez mięsa, nakazuję by mięso zarówno 1 jak i 2 było wydane ofice-
      rom i ich familiom, nie oglądając się czy zaraz 1-ego rano wpłyną wykazy do Wojsk. Urz.
      Gosp. od komisji kasowych.
             Dalsze robienie trudności w tej sprawie uważam już z góry za niestosowne i biorę
      wszelką odpowiedzialność, ażeby skarb państwa nie był poszkodowany, odpowiadam za to
      moją szarżą i moim skromnym, prywatnym majątkiem, który wystarczy na zapłacenie paru
      kilo mięsa.
             Komisje kasowe mają natychmiast dotyczące wykazy przesłać Wojsk. Urz. Gospod..
      Poszczególni Dowódcy formacji i zakładów mają wywrzeć odpowiedni nacisk, ażeby temu
      rozkazowi zaraz uczynić zadość.
                                                                           Kom. (Brückner) płk
             Dwa ostatnie pisma, dowodzą, że oficerowie mieli możliwość stołowania się w jadło-
      dajniach, co nie było bez znaczenia, gdy niemal przez cały dzień przebywali w pracy. Także
      troska o zaopatrzenie w mięso rodzin wojskowych ze strony komendanta garnizonu zasłu-
      guje na podkreślenie, tym bardziej, że rzuca on na szalę cały swój autorytet i ręczy swoim
      majątkiem. W tej grupie była z pewnością rodzina Wojtyłów.
                Ilustrowany Kurier Codzienny nr 32 z dnia 1 lutego 1920
             Str. 10 - Pasek rzeźniczo – masarski kwitnie - jak nam piszą - w Wadowicach. Mięso,
      tłuszcze i wędliny magazynują tutejsi masarze i rzeźnicy, i wywożą nocami za granicę, rzecz
      prosta nielegalnemi drogami. W mieście sprzedaje się mięso brzydkie, pełne kości i bardzo
      drogo, bo ta kategorya ludzi nic sobie nie robi z rozporządzeń.

Strona 195

Rozdział IV - Przedwiośnie                193
       Głównym zadaniem PKU była rekrutacja poborowych. W jakich warunkach się
odbywała, na jakie problemy się natykała. Jak starano się utrzymać ład i dyscyplinę pod-
czas przeglądów? Przekrój społeczny popisowych z końca roku 1920. Niżej kilka informacji
z tego zakresu.
        Pismo Dowództwa Garnizonu w Wadowicach do PKU z dnia 26 lutego 1920.
        W ślad za rozkazem garnizonowym (...) zarządzam: Dowództwo Dyonu żandarmerii
wojskowej 5 pluton dostarczy na dzień 3 i 4 marca br. cztery patrole. Pierwszy patrol na
ulicy Sienkiewicza przed szkołą wydziałową żeńską, celem utrzymania komunikacji, spokoju
i porządku na ulicy. Robię uważnym, że ulicą tą przechodzi większa część przyjeżdżających
koleją. Dalszym zadaniem tego patrolu jest uważać aby rekruci nie łamali sąsiednich płotów,
drzew, dachów e.t.c. i nie rozniecali na podwórzu lub na ulicy ognia.
        Drugi patrol na ganku, na parterze szkoły żeńskiej. Trzeci patrol na ganku I piętra
szkoły żeńskiej. Czwarty patrol na ganku II piętra szkoły żeńskiej. Zadaniem 2, 3 i 4 patrolu
jest absolutne niedopuszczanie do jakichkolwiek włamań, kradzieży, dalej utrzymanie spo-
koju i porządku na gankach.
        W budynku szkoły żeńskiej znajduje się skład rzeczy Wojskowego Nadzoru Budow-
lanego, mieszkanie tercjana szkolnego oraz zbiory zoologiczne i fizyczne szkoły żeńskiej.
Za wszelką ewentualną kradzież popełnioną 3 i 4 marca br. w szkole wydziałowej żeńskiej
robię odpowiedzialną w pierwszej linii, żandarmerię wojskową. Wszystkie cztery patrole są
permanentne, to znaczy że pełnią służbę bez przerwy, w dzień i noc.
        Podczas prezentowania rekrutów dnia 3, 4 i 5 lutego br. byli zakwaterowani rekruci
w klasztorze OO Karmelitów, a do utrzymania ładu i porządku była odkomenderowana
patrol żandarmerii wojskowej. Pomimo tej patroli udało się rekrutom z magazynu szpital-
nego, znajdującego się w klasztorze skraść 6 koszul amerykańskich i 12 prześcieradeł. Ten
fakt dowodzi mi, że służby bezpieczeństwa nie pełniono należycie i wytykam tę opiesza-
łość w pełnieniu służby przez żandarmów. Przed rozpoczęciem służby w dniu 3 i 4 marca
br. należy pouczyć żandarmów o ich powinnościach i zakomunikować im dla orientacji
dokładnie rozkaz Dowództwa Garnizonu (...) z dnia 26 lutego br.
            Otrzymują Dyon żandarmerii wojskowej 5 pluton w Wadowicach do wykonania,
                         PKU i Wojskowy Nadzór Budowlany w Wadowicach do wiadomości.
        Wykaz statystyczny z danymi popisowych, którzy stawili się do poboru
                                       z końcem 1920 r.
15.10.1920 - z powiatu Wadowice, ogółem uznanych za zdatnych 155.
1.11.1920 - ogółem zdatnych 170, w tym handlowcy 4, studenci wyższych zakładów nauko-
wych 1, uczniowie szkół średnich 2, rolnicy 128, rzemieślnicy 18, z armii austriackiej 170,
analfabeci 13, nieukończone średnie 153, ukończone średnie 3, nieukończone wyższe 1, wy-
znania katolickiego 165, izraelitów 5.
       Podobnie wyglądają dane z poboru grudniowego. Przeważają poborowi rolnicy,
służący uprzednio w armii austriackiej, wyznania rzymsko-katolickiego.
        Potwierdzeniem uciążliwości związanych z nowymi zaciągami rekrutów jest za-
pis z kronik klasztornych z tego samego okresu. Przytaczam go w całości jako, że dotyczy
bezpośrednio wojska, w tym PKU, w której pracował podporucznik Wojtyła.6
       „6 II. W dniach od 3 do 6 bm. włącznie władza wojskowa zakwaterowała w klasz-
torze tutejszym (w ubikacjach przez szpital zarekwirowanych, lecz przez zimę próżnych)
rekrutów, tj. popisowych wojskowych, którzy w tutejszej komendzie wojskowej się z ca-
łego okręgu wadowickiego gromadzili, by do swych pułków być odesłanymi, a nie mając

 6 - Wadowice w zapiskach klasztornych kronikarzy 1892-1945. Opracował: Czesław Gil OCD, Wadowice 2002,
     s. 52

Strona 196

194          Rozdział IV - Przedwiośnie

      w mieście dosyć miejsca na nocleg i na kilkugodzinny pobyt przed swym odjazdem do puł-
      ku, bywali do tutejszego klasztoru wielką częścią, to jest w takiej liczbie, jak we wspomnia-
      nych ubikacjach zmieścić potrafiła (300-600-800) przypędzeni codziennie ku wieczorowi,
      następnego zaś dnia ku wieczorowi ustępując miejsca tego rodzaju przybyszom, na kolej
      odstawiani. Była też to banda ci ludzie bydlęcych obyczajów i pojęć, wyzuci z wszelkiego
      szacunku dla Boga i bliźniego i dla wszystkiego, co wyższym jest zwierzęcia. Nie wiadomo,
      czy to wskutek własnego zepsucia, czy też wskutek podburzenia ze strony gorszych między
      nimi, okazywali oni wszyscy lekceważenie i wzgardę jak dla osób, tak dla zabudowań klasz-
      tornych i kościelnych. (II.176)
              Przez całe 6 lat zajęcia klasztoru na cele wojenne nie widziano w tym domu takiej
      ohydy, jak w tych 4 dniach. Zepsucie tych ludzi (19-to i 20-to letnich chłopców) było tak wiel-
      kim, że ludność ich gmin cieszyła się z tego, że w końcu już ich posłano do wojska i gminy
      dotyczące od ich plagi uwolniono, gdyż nikt nie był wolny od ich zniewagi słownej i czynnej
      w gminie. Zanieczyszczony był nie tylko budynek, lecz i cały ogród klasztorny tak, że nie było
      miejsca, gdzie by można nogę bezpiecznie postawić i musiała służba, po odejściu tej hołoty,
      cały ogród czyścić. Spalono nam też płot sztachetowy w ogrodzie, gdzie się takowy znalazł.
      Szczęście wielkie dla klasztoru, że wyszynki napojów nie mogły tych ludzi upajać, gdyż wte-
      dy może ani jeden piec w celach przez nich zajętych nie byłby pozostał cały.
              Nie więcej uczucia ludzkości i poszanowania okazały także i względem nich władze
      wojskowe, albowiem zapędziwszy ich licho odzianych i zziębniętych do Przemyśla i tamże
      ich albo w gęstą masę w szczupłych schroniskach zbitych trzymając, albo bez dachu nad
      głową po mieście błądzących, jak jednych, tak drugich głodnych pozostawiając, spowodo-
      wały między nimi wybuch różnych chorób, szczególnie tyfusu plamistego, wskutek których,
      jak również z głodu i zimna, wielka część ich wymarła w przód, niż umundurowana zobaczy-
      ła nieprzyjacielski front. (II.177)”
             Cytaty z pism urzędowych informują nas o zakresie czynności zleconych urzędni-
      kowi Wojtyle. Wynika z nich, że między innymi zajmował się sprawami reklamacji od służby
      wojskowej. Ten ważny z punktu widzenia społecznego dział stanowił obszerny i trudny odci-
      nek zadań, wykonywany w bezpośredniej styczności z interesantami. Z odpowiedzi na skar-
      gę dowiadujemy się przy okazji o okolicznościach załatwiania reklamacji, o czasie pracy ko-
      misji odwoławczych, o warunkach pracy w koszarach i w pomieszczeniach PKU. Przy okazji
      komendant PKU podkreśla zaangażowanie pracowników, poświęcenie z jakim pracują, stale
      poza godzinami urzędowymi, w niedzielę i święta.
               Protokół w sprawie skargi górali myślenickich na PKU w Wadowicach.
                                      Pismo z dnia 3 V 1920
              Urzędowanie komisji reklamacyjnej odbywa się w każdy wtorek od godziny dzie-
      wiątej. Dowództwo garnizonu przydziela każdorazowo dzień przedtem jednego z lekarzy
      wojskowych, zjawiają się też w tym czasie przedstawiciele tutejszego Starostwa, komisarz
      rządowy i lekarz powiatowy. Oględziny odbywają się w ubikacjach PKU, które mieszczą
      się w koszarach im. Kościuszki, w głównym frontowym budynku na pierwszym piętrze.
      Wchodzi się do nich z korytarza, we wzorowej czystości utrzymanego, którego podłoga
      wzorzystymi kafelkami jest wyłożona. Z przeciwnej strony na wskos od wchodu do P.K.U. -
      w końcu korytarza znajdują się ustępy, które możliwe iż w owym czasie z powodu zatkania
      nienależycie funkcjonowały, nie mogły jednak w takim stanie się znajdować, w jakim go
      w anonimie „górale myśleniccy” przesadnie przedstawiają. Stan defektowy ustępów w ca-
      łych koszarach odziedziczonych po Austriakach zmienia się stopniowo w normalny, dzięki
      znacznym wkładom pieniężnym i zapobiegliwej pracy tutejszego Zarządu Budowlanego.
      Do celów przeglądowych członków rodzin jak też dodatkowego przeglądu popisowych
      w każdą środę są przeznaczone 2 obszerne pokoje, z których jeden służy jako rozbieralnia,
      drugi zaś mieści kancelarię, w której przegląd się odbywa. Połączona jest ona z szeregiem

Strona 197

Rozdział IV - Przedwiośnie       195
pokoi mieszczących P.K.U. Obydwa pokoje odpowiadają w zupełności celowi, do jakiego
przeznaczone zostały. Poczekalnia zawiera kilka ławek, trudno na razie o lepsze umeblowa-
nie w obecnych czasach. Nie jest prawdą jakoby komisja rozpoczynała swoje czynności do-
piero o godzinie jedenastej - urzędowanie rozpoczyna się najpóźniej o dziewiątej, kończy
się zaś o dwunastej lub trzynastej, w miarę potrzeby przedłuża się urzędowanie po porze
obiadowej.
        Co do erotycznych zapędów żołnierzy z tutejszego P.K.U. względem „naszych matek,
naszych żon i naszych córek jeszcze niewinnych - tych prawdziwych pereł naszego społe-
czeństwa” – jak je żalący się górale myśleniccy określają - twierdzenie to nazwać się musi
drastycznym mianem wierutnego kłamstwa. Nic podobnego nie zaszło i zajść nie mogło
wobec rygoru w jakim personel pomocniczy jest utrzymywany, wreszcie ze względu na
szczelne zaludnienie koszar, w których postępek taki w dzień biały natychmiast wykrytym
by być musiał. „Igrzysk tych niemoralnych” według słów oskarżycieli, żołnierze tutejsi nie
mieliby zdaje się ochoty urządzać chociażby z powodu „ostrzeżeń”, które licznie w kosza-
rach są afiszowane, a które także nie spodobały się „góralom myślenickim”. Zmyślone skargi
te co do kobiet mają jedynie za cel niebadania tychże przez lekarzy komisji lecz oceniania
ich zdolności do pracy na podstawie podanych w odnośnych reklamacjach „prawdach”. Nie
doszła widocznie do biednych „górali myślenickich” wiadomość, iż kobiety nie poddają się
już oględzinom lekarskim przy komisji, lecz według najnowszych rozporządzeń, żąda się
tylko dołączenia przez starostwo świadectwa lekarskiego lekarza powiatowego, czującej
się niezdolną do pracy kobiety.
        W końcu nadmienić się musi iż z wrażeń otrzymanych po przeczytaniu tego nie-
udolnego pisma anonimowego, przychodzi się do przekonania iż autorem jego jest mal-
kontent, którego nieuzasadniona reklamacja nie uwzględnioną została, tą też ludziom tego
rodzaju właściwą drogą, planując naiwnie zemstę usiłuje we władzach naczelnych zdobyć
posłuch i satysfakcję.
                                                                            Kom. Ostrowski
     Pismo PKU w Wadowicach do Dowództwa Okręgu Generalnego w Krakowie,
                         Wadowice 27 czerwca 1920.
       (Dop. autora Z.B.) - jest to odpowiedź na zarzuty posła Tadeusza Tabaczyńskiego
o nieterminowym załatwianiu reklamacji.
        „Jak już kilkakrotnie w przedkładanych wyjaśnieniach i usprawiedliwieniach mel-
dowano zastój w załatwianiu próśb reklamacyjnych był i jest w PKU bardzo znaczny. Zastój
ten spowodowały następujące okoliczności:
a) Od początku swego istnienia nie miała PKU Wadowice rutynowych i fachowo wykształco-
   nych sił kancelaryjnych (...)
b) Po przeglądzie jesiennym 1919 wpłynęły do tutejszego PKU prośby reklamacyjne w prze-
   rażającej ilości (...)
c) Wkrótce po ukończeniu przeglądu jesiennego wystąpił ponowny przegląd w lutym
   1920, trwający do 20 marca br. Z poboru tego wpłynęła jeszcze większa ilość próśb
   reklamacyjnych (...)
        „Niecierpliwi petenci nie rozumiejąc przebiegu dochodzeń i nie chcąc pojąć tej
okoliczności, że PKU zasypywana jest prośbami ze wszystkich stron, nie jest więc w stanie
z czysto fizycznych względów, naraz wszystkich próśb rozstrzygnąć - urgują w międzycza-
sie załatwienia nie w PKU, lecz wprost w DOGen., a nawet w M.S. Wojsk., używając często-
kroć interwencji swych posłów, którym przedstawiają swe „tragiczne” położenie, winę zaś
przypisują zawsze PKU (...)”
        „Tu się nadmienić musi, że do kompetencji PKU Wadowice należy pięć większych
powiatów, a to: Biała, Myślenice, Oświęcim, Wadowice i Żywiec (…)”

Strona 198

196         Rozdział IV - Przedwiośnie

             (Dop. autora Z.B) - w dalszych wywodach komendant PKU wspomina jeszcze
      o przedłużającej się procedurze sprawdzania stanu faktycznego w jakim znajdują się re-
      klamujący (sprawdzanie czy jest jedynym żywicielem, ile ma ziemi itp.), a także o ciągłych
      zmianach na stanowiskach zastępcy komendanta (Zegarski, Peitzker, Chitry).
             „Imienia, nazwiska i szarży winnego podać nie mogę, bo wszyscy tu z podziwu god-
      ną pilnością, z zaparciem się i poświęceniem pracują, nawet stale poza godzinami urzędo-
      wymi, w niedzielę i święta. Przeciwnie podnieść w tym miejscu muszę, iż zasługują raczej na
      uznanie i awans za pracę dobrze pojętą dla dobra Ojczyzny.”
                                                                        podpisał ppłk Ostrowski
             W urzędowej korespondencji znaleźć można też „kwiatki” o wydźwięku humory-
      stycznym. Wybrałem kilka, które ilustrują braki dyscyplinarne kadry, pewien rodzaj zacho-
      wań towarzyskich nieprzystających oficerom, jak też niski poziom podporządkowania się
      zarządzeniom i rozkazom ogółu żołnierzy.
           Pismo Dowództwa Garnizonu do PKU w Wadowicach z dnia 29 stycznia 1920 r.
              Pomimo, że D.O.Gen. Kraków (...) wydało zakaz nadużywania alkoholu, zdarzyły się
      w ostatnich czasach wypadki, które mnie utwierdziły, że wyżej wymienionym rozporządze-
      niom nie dają żadnego posłuchu oficerowie tutejszego Garnizonu.
              Oficerowie w nietrzeźwym w stanie wchodzą do publicznych lokali i tam swoim
      zachowaniem się wywołują ostrą krytykę, słowne zatargi z cywilną publiką, a nawet pod-
      oficerami.
              Przed kilku dniami przyszedł pijany oficer do kina, zasnął tam i swoim chrapaniem
      drażnił publikę, wśród której było dużo żołnierzy – co sobie pomyślą o nas żołnierze, któ-
      rym my oficerowie mamy przyświecać przykładem? Żołnierza każe się za pijaństwo, a oficer
      pijany może bezkarnie pokazywać się w publicznych lokalach?
              Wzywam PP. Dowódców, ażeby wpłynęli odpowiednio na podwładny korpus oficer-
      ski, by położyć tamę pijaństwu w myśl wyżej przytoczonych rozporządzeń, a tym samym
      nie narażać na szwank reputacji i honoru oficera.
              W przyszłości będę bezwzględnie karał każdy wiadomy mi wypadek pijaństwa,
      ewentualnie oddam sprawę sądowi honorowemu, względnie sądowi wojennemu w Kra-
      kowie.
               Rozkaz ten otrzymują wszystkie oddziały, formacje i zakłady garnizonu Wadowice.
                                                                           Podpisał Komendant
           Dowództwo Garnizonu do wszystkich podległych jednostek (w tym do PKU)
                             Wadowice dnia 27 maja 1920 r.
              Ukarałem pewnego oficera tutejszego garnizonu 6-cio dniowym aresztem za to,
      że chodził po ulicach miasta w nieprzepisowym umundurowaniu, bez pasa głównego
      i broni bocznej, pomimo licznych w tym względzie wydanych rozkazów poufnych D.O.G.
      Kraków, a w końcu za lekceważenie sobie rozkazu Dowództwa Garnizonu, L. 199/ pouf.
      z dnia 9 maja br., w którym upomina się wszystkich oficerów, ażeby przestrzegali przepisy
      umundurowania.
              Upominam po raz ostatni wszystkich oficerów ażeby sami przestrzegali liczne, w tym
      względzie wydane przepisy i wpływali w tym kierunku na podwładnych żołnierzy.
              Niech zapanuje wreszcie wzorowa dyscyplina we wszystkich oddziałach Garnizonu
      Wadowice. Wszelkie przekroczenia pod tym względem będę bezwzględnie karał.
                                                                     Ogłosić wszystkim oficerom
      Otrzymują: Baon zapasowy 12pp., Obóz jeńców, Szpital wojskowy, PKU, Wojskowy Urząd
      Gospodarczy, Wojskowy Nadzór Budowlany, Dyon żandarmerii wojskowej 5 pluton w Wa-
      dowicach, Sędzia śledczy Sądu Wojskowego O. Gen. w Wadowicach.

Strona 199

Rozdział IV - Przedwiośnie            197
          Pismo, odpowiedź z PKU w Wadowicach do Dowództwa Batalionu
                  Zapasowego 12pp. Wadowice dnia 5 maja 1920 r.
        W związku z dzisiaj odbytą rozmową dotyczącą nieporządku w lokalu przeznaczo-
nym do pomieszczenia żołnierzy PKU donoszę, iż po zbadaniu istoty rzeczy okazało się, że
podłogi nie zamieciono i w ogólności przepisanego ładu na czas nie uczyniono ponieważ
właśnie dzisiaj ma się odbyć bielenie wapnem tych ubikacji.
W rzeczywistości znalazłem przygotowane wapno i szczotki, czekano tylko na murarza.
        W celu osiągnięcia lepszego jakiegoś wyglądu w tych pokojach rozkazałem sam,
przed kilku dniami pobielenie ścian. Nie wykonano tego dotychczas, gdyż z trudnością
można było trochę wapna i koniecznie potrzebnych szczotek dostać. Nieporządek dzisiaj
spostrzeżony znajduje w rzeczywistości usprawiedliwienie w powyżej podanych okoliczno-
ściach. Nie chcę przez to uniewinniać mego, podległego mi personelu, który poza godzinami
urzędowymi wygodny, cywilny żywot prowadzić zamierza, przeciwnie chciałbym żołnierzy
tych wziąć w silniejszy rygor wojskowy i w tym celu upraszam Dowództwo Batalionu Zapa-
sowego o pomoc, a mianowicie o przydzielenie mi na przeciąg jednego miesiąca od 10 bm.
do 10.6. jednego energicznego, dobrze umiejącego musztrę polską sierżanta, któryby na
dziedzińcu, przez jedną godzinę dziennie, od 7 do 8, z oddziałem musztrował. Mam zamiar
wszystkich podoficerów i szeregowych do brania udziału w tych ćwiczeniach spowodować
i samemu poprowadzenie dozorować. W jednomiesięcznym czasie tym wyszkoliłbym sobie
starszego podoficera, któryby później samodzielnie ćwiczenia takie prowadził.
        Oczekuję pomyślnego załatwienia niniejszej prośby, bo nie mając sił odpowiednich,
nie mogę sobie w inny sposób zaradzić.
                                                                                 Ostrowski
              Dowództwo Garnizonu pisze do PKU i do innych zakładów
                         Pismo z dnia 10 kwietnia 1920
        Zarządzone odprowadzenie bagnetów Mannlichera i Mausera dało marny wynik,
gdyż ze wszystkich oddziałów i zakładów całego garnizonu oddano zaledwie 26 bagnetów.
Wobec tego zmuszony byłem wydać polecenie Baonowi zapasowemu 12pp. ażeby odbiera-
ły żołnierzom oryginalne bagnety mannlicherowskie.
        Panów oficerów i urzędników wojskowych robię uważnymi, że odprowadzenie
oryginalnych bagnetów Mannlichera zostało zarządzone przez M.S. Wojsk. z powodu braku
tej broni na froncie - zatrzymanie więc dalsze tych bagnetów jest ze szkodą bitności naszej
armii połączone.
                              Otrzymują wszystkie oddziały i zakłady tutejszego garnizonu
                                                                            Kom. Brückner


       Zapisy źródłowe z roku 1920 przynoszą też pojedyncze, krzepiące informacje o bu-
dzącej się do aktywności społeczności miejskiej. Hipotetycznie można założyć, że i Wojtyło-
wie otarli się o wieczorki artystyczne i uroczystości patriotyczne.
       Ilustrowany Kurier Codzienny numer 182 z dnia 5 lipca 1920
       Str. 6 – Dn. 28 czerwca br. Odbył się w Wadowicach popis gry na fortepianie
uczniów i uczennic p. Rimstowej. Podnosimy zasługi p. Rimstowej na tym polu. (popraw-
nie winno być Kinstowej - dop. Z.B.) Zasłużyła na uwagę gra p. Datkównej, Waligórskiej-
Czechowskiej. Współudział biorącej p. Basi Gutowskiej, adeptce sztuki śpiewackiej od-
znaczającej się wybitnie melodyjną i niezwykłą koloraturą i dźwiękiem naturalnym
obdarzonym głosem rokujemy piękną przyszłość i zachęcamy do dalszej pracy.

Strona 200

198          Rozdział IV - Przedwiośnie

              Ilustrowany Kurier Codzienny nr 303 z dnia 5 listopada 1920
             Str. 5 – Rocznicę wyzwolenia Polski w Wadowicach, obchodzono dnia 31 paź-
      dziernika nader uroczyście mszą świętą i pochodem przy udziale wojskowości i mieszkań-
      ców miasta. Wieczorek uroczysty z odpowiednim programem zakończył tą uroczystość.
      Składka na żołnierza w tym dniu przyniosła przeszło 5 tysięcy mkp.
           Pokrzepiający był zapewne przemarsz jeńców bolszewików, którzy musieli
      przemaszerować przez miasto, idąc ze stacji kolejowej do klasztoru karmelitów.
              „18 X. Dziś pod wieczór został nam po raz pierwszy wkwaterowany do klasztoru
      jako do szpitala wojskowego oddział bolszewików – jeńców, przesłany od Warszawy w licz-
      bie 110 chłopa. Niepodobne to do wojska, w ubraniu cywilnym, jakie który mógł zedrzeć
      z obywateli zajętych przez nich okolic, częścią podartym, częścią prawie bez odzienia, bo
      w spodniach tylko, bluzce i czapce, jeden tylko w spodniach, kamizelce, koszuli i czapce,
      inny jeszcze w spodniach, koszuli i czapce, wielu zaś odziani wprawdzie, chodź licho, ale
      boso, z głowami zwisłymi od głodu i wyczerpania sił, wlokło się to przez miasto pod ko-
      mendą jednego żołnierza polskiego bez broni na przedzie, a drugiego w tyle za nimi, jak
      gromada szkieletów, ku klasztorowi, nie myśląc nawet o jakim oporze lub ucieczce. Jaka zaś
      ich kultura, takie też i obyczaje i prowadzenie się w klasztorze! (...) Zostali tu umieszczeni
      tylko zdrowi, chorzy zaś, których całe pociągi przychodzą, bywają umieszczani w barako-
      wym (obozowym) szpitalu, obok szpitala wojskowego za miastem, przy gościńcu Zator-
      skim. Mrze ich wielka liczba, dziennie koło 20, tak że gdy przyjdzie kiedyś czas do wymiany
      jeńców między Polską a Rosją bolszewicką, mało ich powróci do domu. (II. 199)7




        Klasztor OO. Karmelitów Bosych w Wadowicach na początku XX w.
             Podporucznik Karol Wojtyła z zaciekawieniem i rosnącym zadowoleniem czy-
      tał w gazecie zapowiedź regulacji płac oficerów.
             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 295 z dnia 27 października 1920
             Str. 4 - Regulacya płac oficerów.
             (...) Wkrótce przedłożony będzie sejmowi projekt regulacji płac oficerów, urzędników
      wojskowych i szeregowców, obowiązujący wstecz od 1 lipca b.r. (...) Projekt opracowany jest
      jako ustawa o uposażeniu osób wojskowych na czas pokoju.

       7 - Wadowice w zapiskach klasztornych kronikarzy 1892-1945. Opracował: Czesław Gil OCD, Wadowice 2002,
       s. 52

Strona 201

Rozdział IV - Przedwiośnie                199
       Według projektu płaca podstawowa wynosi dla kapitana 1500 Mk, porucznika 1200
Mk i podporucznika 1000 Mk. Oprócz płacy zasadniczej istnieć będą dodatki: za wysługę lat,
drożyźniany, na umundurowanie, strawne, rodzinne oraz dodatki funkcyjne.
      W listopadzie 1920 r. mnożyły się niepokojące wiadomości o zaistniałych w Wa-
dowicach przypadkach cholery wśród jeńców.
      Ilustrowany Kurier Codzienny nr 308 z dnia 10 listopada 1920
      Str. 5 – Cholera azyatycka w Przegorzałach pod Krakowem. Dwa wypadki
śmierci. Źródłem zarazy jest obóz jeńców w Wadowicach.
        (...) Jak się dowiadujemy w Przego-
rzałach tuż pod Krakowem zachorowała
dn. 2 bm. rano Franciszka Kuskowa lat 35
i tego samego dnia wieczorem zmarła. Dnia
3 bm. zachorował jej 3 letni synek i umarł
po 9 godzinach.
        O wypadkach tych zawiadomiono
lekarza powiatowego, który zarządził sekcję
zwłok. Sekcja wykazała cholerę azyatycką.
Całą rodzinę złożoną z ośmiu osób, przewie-
ziono natychmiast do szpitala epidemiczne-
go.
        Według krążących pogłosek - epide-
mia przywleczoną została z obozu jeńców
w Wadowicach, gdzie choroba ta szerzy się
w zastraszający sposób.
        Wobec nadchodzącej zimy, nie ma                           Obozy jeńców bolszewickich w Polsce.
powodu do zbyt wielkiej obawy, aby epide-
mia cholery przybrała większe rozmiary. Jednakowoż władze sanitarne powinny przedsię-
wziąć wszystkie środki ostrożności, celem zgniecenia epidemii w zarodku.
        „Listopad. Między bolszewikami ulokowanymi w szpitalu w klasztorze w dniu 18
zeszłego miesiąca wybuchła w miesiącu bieżącym cholera, o której wiadomość ukry-
wały władze wojskowe przed publicznością i przed zakonnikami, twierdząc, że wy-
padki zachorowania dotyczących bolszewików są nie cholerą, lecz zwykłą gorącz-
ką wysokiego stopnia. Gdy jednak takich wypadków „gorączki wysokostopniowej”
bywało w klasztornym w szpitalu dużo i takich chorych przewożono do szpitala (bara-
kowego) obozowego przy ul. Zatorskiej, za miastem, gdzie marło dziennie koło 20 (jeń-
ców) bolszewików, a pomiędzy nimi i ci z klasztoru tam przewiezieni na otwarcie przy-
znaną i wyznaczoną „cholerę”, i gdy rodzina pewnej praczki obozowej, mieszkającej
w mieście, na cholerę zachorowała i częścią wymarła, wtedy publiczność przestraszona za-
częła przez gazetę krzyczeć o niebezpieczeństwie tej epidemii, tak że Ministerium o tym
dosłyszało i dość ostro władzę tutejszych szpitali wojskowych zapytali, jaka to epidemia mo-
gła ze szpitala bolszewickich jeńców przedostać się do miasta? Skutek tego zapytania był
ten, że postanowiono przyprowadzić do szpitala klasztornego bolszewików zdrowych, a wy-
wożono stąd w dalszym ciągu „wysokostopniowych gorączkujących”, tak że powoli klasztor
pozbywa się bolszewickich gości.
        Gdy na wieść, że z bolszewickiego obozu w Dąbiu pod Krakowem wydostała się
także cholera na zewnątrz, gazety również zaczęły bębnić gwałt, musiały władze szpitali
tamtejszych wojskowych postarać się o zlokalizowanie epidemii i zachowanie tamtejszej
okolicy od niej”. (II. 200)8

 8 - Wadowice w zapiskach klasztornych kronikarzy 1892-1945. Opracował: Czesław Gil OCD, Wadowice 2002,
     s. 53

Strona 202

200   Rozdział IV - Przedwiośnie




                              Szpital wojskowy przy ulicy Zatorskiej.




                             Przed szpitalem (lata I wojny światowej).

Strona 203

Rozdział V


                                           Dzieciństwo


                                1. Matka i jej synowie 1920-1926

       Karol Wojtyła, ojciec papieża, pochłonięty był bardzo absorbującą go pracą w Po-
wiatowej Komendzie Uzupełnień. Komórka poborowa działa na najwyższych obrotach.
Naczelnik kancelarii pracuje całymi dniami. Żona Emilia spodziewa się kolejnego dziecka,
ale w domu musi radzić sobie sama. W zakupach może jej pomagać Mundek. Zostaje go-
towanie, sprzątanie, pranie.
         Jak dowiadujemy się z książki „Matka papieża”1 Wojtyłowie dowiedzieli się od po-
łożnika, doktora Jana Moskały, że ciąża jest zagrożona. Według autorki mąż sprowadził do
Emilii lekarza wojskowego Samuela Tauba i ten zgodził się poprowadzić zagrożoną ciążę do
rozwiązania. Tę wersję potwierdziła po latach akuszerka Tatarowa, poród odbierała Jadwiga
Pawłęga.
       Historyk, regionalista Michał Siwiec-Cielbon stwierdza: przed laty, gdy Karol Woj-
tyła był jeszcze kardynałem, byłem świadkiem rozmowy sąsiadek z ulicy Kościelnej. W tej
rozmowie brała udział współpracująca z doktorem Taubem położna p. Tatarowa, która
przytaczała okoliczności związane z ciążą Emilii Wojtyłowej.
        Doktor Moskała uznał, że ciąża jest zagrożona dlatego Wojtyłowie udali się do dok-
tora Tauba by ocenił stan zdrowia pacjentki. Lekarz, izraelita, współpracujący z wojskiem,
podjął się opieki nad przyszłą matką, stwierdzając, że przewiduje pomyślny przebieg po-
rodu. I tak prowadzona przez niego Emilia Wojtyłowa, chociaż wątła, urodziła zdrowego
chłopca. Okoliczności związane z ciążą, porodem i wzmiankowaną rozmową nabrały po
latach dodatkowego znaczenia, kiedy Wadowiczanin został wybrany papieżem.
       Syna Jadwigi Pawłęgowej, wiekowego już wówczas człowieka, odwiedziłem z po-
czątkiem lat osiemdziesiątych. Przed laty był marynarzem, a w Wadowicach znany był
z wypożyczalni książek „Kultura i Sztuka”, a później jako handlujący wraz z żoną na miejsco-
wym targowisku warzywami i owocami. Tadeusza Pawłęgę, jego wypożyczalnię opisuje Ro-
man Antoni Gajczak 2. Gdy ja dorastałem rzeczona wypożyczalnia znajdowała się na uliczce
łączącej rynek główny, ze zbożnym rynkiem. Jako dziecko chodziłem po kajzerki i plecionki
do piekarni Sadowskiego, obok której na wystawie sklepowej przyciągały moje oko książki
przygodowe, z kolorowymi okładkami i obwolutami, z sugestywnymi ilustracjami. Kiedyś
zaciekawiony wszedłem do środka, gdzie w półmroku, za ladą, stał potężny facet, przyglą-
dając mi się zza okularów. Spytałem ile kosztuje wypożyczenie książki, po czym padła jakaś
nieosiągalna dla mnie kwota, a właściciel zajął się porządkowaniem księgozbioru, jakby
wiedział, że jestem goły. Bąknąłem coś i wyszedłem, miejsce było jednak magiczne, bo za-
wsze przechodząc tamtędy zatrzymywałem się przy wystawie i napawałem oczy kolorowy-
mi, krzykliwymi okładkami książek i równie przyciągającymi, a zagadkowymi ich tytułami.
       Z lat późniejszych, sześćdziesiątych, ubiegłego wieku, postać Tadeusza Pawłęgi
jawi mi się, gdy energicznym krokiem przemierza rynek, ciągnąc w stronę Placu Bohate-
rów Getta, na targowisko. Korpulentny, siwy, z kręconymi włosami, w archaicznych me-
talowych okularach, w podkoszulce w paski, niczym marynarz z wytatuowanym torsem,
dziarskim krokiem, pogwizdując pod nosem, przemierza rynek, z mesztach. Oryginalnego
obrazu dopełnia broda, siwa i zmierzwiona.

 1 - Milena Kindziuk: „Matka papieża”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013, s. 135-141
 2 - Roman Antoni Gajczak: „Kultura i Sztuka” Nadskawie, TMZW Wadowice 1985/6, s. 83

Strona 204

202          Rozdział V - Dzieciństwo

             Wspomnienia wróciły, gdy teraz,
      po latach, szedłem do Tadeusza Pawłęgi
      by zapytać, o jego matkę, która odbie-
      rała poród Emilii Wojtyłowej. Hedwig
      Pawłęga, obstetrix, zapisano w „Liber
      natorum” po łacinie, co tłumaczy się
      akuszerka. „Wielu już przed panem pyta-
      ło mnie o mamę, o dzień narodzin Karola
      Wojtyły. Tym dziennikarzom z telewizji
      dałem zeszyt, w którym matka odnoto-
      wywała wszystkie porady, ale nie było
      w nim żadnych szczegółów. Pamiętam
      jak matka mówiła o ulicy Kościelnej, że
      była u pani Wojtyłowej, o której mówi-
      ła „bidusia”. Miała może na myśli to, że
      pani Emilia była wątłą i chodziła z gło-
      wą trochę przekrzywioną w bok. Czy
      był to wynik schorzeń reumatycznych,
      albo skrzywienia kręgosłupa, nie wiem,
      niemniej wyglądało to na jakąś wadę
      w budowie. Mimo to chłopiec urodził
      się zdrowy, a poród przebiegł pomyśl-
      nie. Moja matka jeszcze przez kilka dni                             Tadeusz Pawłęga, syn akuszerki.
      zaglądała do nich. Może przez tydzień.
      Przeważnie w tym czasie, po porodzie, uczyła młode matki pielęgnacji niemowlęcia, kąpała
      noworodki. Moja mama chodziła tylko do zaprzyjaźnionych osób, nie chodziła do wszyst-
      kich. Chodziła tam, gdzie jej oczekiwano, gdzie czuła się potrzebna, stąd kilkakrotnie sły-
      szałem, że idzie do Wojtyłów. Mama Lolka była szczęśliwa i pełna zapału, ale słabowita”.
               Warto zatrzymać się chwilę by przybliżyć niektóre aspekty psychologiczne towarzy-
      szące porodowi. Poprzednie dziecko córka Olga, zmarło kilkanaście godzin po urodzeniu.
      Po tej traumie matka musiała przeżywać dodatkowy stres przed zbliżającym się porodem.
      Może było to jednak motywem wyjątkowej mobilizacji organizmu, by przezwyciężyć za-
      grożenia i dać nowe życie. Zapewne Emilia Wojtyłowa pochodząca z rodziny wielodzietnej,
      upatrywała w rodzicielstwie naczelne zadanie kobiety, pomimo niepewnych rokowań zde-
      cydowała, że będzie kolejny raz matką. Mężczyźni niewiele wnoszą w ostatnią fazę porodu
      dlatego porucznik Wojtyła z synem Edmundem, gdy przyszła akuszerka udali się do kościo-
      ła. Ale wcześniej mogło to wyglądać tak:
      Mundek! - krzyknął otwierając drzwi, - leć po akuszerkę, mama rodzi!
      Chłopakowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Porucznik usłyszał tylko trzaśnięcie drzwi
      i tupot nóg. Wkrótce Mundek był już z powrotem i wetknął głowę przez drzwi sypialni.
      - Zaraz tu będzie! - wyrzucił z siebie - jak mama?
      - Dobrze synku, nie martw się – uspokoiła go Emilia.
      - Mam nadzieję, że to będzie chłopak! - Mundek starał się trzymać fason, choć niepokoił się
      równie mocno jak ojciec. Mama jest taka słabiutka, myślał. Jak ona da radę?
      Jadzia Pawłęga, znana w Wadowicach akuszerka, przyszła pół godziny później.
      - No panowie, nic tu po was! – zakomenderowała,
      - I tak chciałem wyjść - powiedział Wojtyła - zaraz zacznie się majowe. Chodź Mundek, bę-
      dziemy pomagać mamie po naszemu (...)

Strona 205

Rozdział V - Dzieciństwo           203
W domu czekała na nich rozpromieniona akuszerka.
- Ma pan syna gratuluję – powiedziała (...)
Emilia spała, ręką obejmując zawiniątko, z którego wyglądała malutka buzia. Zrobił kilka kro-
ków i ukląkł przy łóżku.
- Witaj w domu - powiedział cicho
Emilia otworzyła oczy - A jesteś już – szepnęła,
- To dobrze, jestem taka zmęczona. Znowu zasnęła.3
        Jak zgodnie podają autorzy różnych opracowań, przyszły papież rodził się przy wtó-
rze pieśni maryjnych, których dźwięki dobiegały do mieszkania przez otwarte okno.
                                                          Suche fakty są takie: Karol Józef Woj-
                                                      tyła urodził się 18 maja i został zapisany
                                                      w księdze urodzin jako syn Karola i Emi-
                                                      lii Kaczorowskiej. W miesiąc później, 20
                                                      czerwca został ochrzczony przez księdza
                                                      Franciszka Żaka, kapelana wojskowego.
                                                      Rodzicami chrzestnymi zostali: siostra
                                                      matki Maria Anna Wiadrowska i Józef
                                                      Kuczmierczyk, szwagier Emilii (wdowiec
                                                      po dwóch siostrach Kaczorowskich, Oldze
                                                      Mariannie (1879-1902) i po Helenie Marii
                                                      (1876-1905). Mieszkał w Krakowie i u zbie-
                                                      gu ulic Wiślnej i Świętej Anny prowadził
                                                      jadłodajnię. Matka chrzestna Maria Anna
                                                      Wiadrowska też mieszkała w Krakowie,
                                                      przy ulicy Floriańskiej, gdzie jej mąż Leon
                                                      miał zakład oprawy obrazów.4
                                                       Możemy przypuszczać, że tak zacne gro-
                                                    no rodzinne spotkało się na małym przyję-
                                                    ciu w mieszkaniu Wojtyłów. Rodzice mieli
                                                    powód do szczęścia i do tego aby się nim
                                                    dzielić. Niepewna, groźna wręcz sytuacja
                                                    przedporodowa zmieniła się za zrządza-
    Helena Szczepańska z papieżem (Wadowice1979 r.) niem bożym w radość z posiadania zdrowe-
go synka. Co do imion: Karol Józef, najprostsze skojarzenie to nawiązanie do cesarzy au-
striackich, ostatniego i przedostatniego. Ojciec przy tym utrwalał ciągłość rodu Wojtyłów,
bo nadał potomkowi swoje imię.
        Emilia Wojtyłowa, gorliwa katoliczka, chciała z pewnością podziękować Stwórcy
za szczęśliwe rozwiązanie. Gdy nieco nabrała sił udała się do kościoła. Boczne wejście do
świątyni widać było z okien jej mieszkania, a z drugiej strony znajdowała się kaplica Mat-
ki Boskiej, przed którą było kilka rzędów ławek. W półmroku, na uboczu, można się było
w skupieniu oddać modlitwie dziękczynnej. Z prawej strony, tuż przy drzwiach, znajdował
się ołtarz z dostojną twarzą Zbawiciela, wpatrującego się w modlących. Do modlitwy za dar
rodzicielstwa zachęcała kaplica Świętej Rodziny. Zresztą wdzięczność Bogu można wyrażać
wszędzie.
       Wyjątkowe, pamiętne dni majowe i czerwcowe minęły, po czym nastała codzienna
krzątanina, ale już z jednym domownikiem więcej.

 3 - Paweł Zuchniewicz: Młode lata papieża. Pruszyński i S-ka, 2005
 4 - Adam Boniecki: Kalendarium życia Karola Wojtyły, Wydawnictwo Znak, Kraków 1983, s. 30

Strona 206

204            Rozdział V - Dzieciństwo




      Wpis w parafialnej księdze urodzeń.




        Józef Kuczmierczyk, ojciec chrzestny Karola Wojtyły.    Maria Anna Wiadrowska, matka chrzestna papieża.

                                 Ten czas wspomina Helena Szczepańska, sąsiadka,
                                           wówczas czynna nauczycielka.
      -„Cóż to za radość była w rodzinie. Pani Wojtyłowa znosiła wózek z dzieckiem na nasze podwó-
      rze, ponieważ u nich nie było gdzie się bawić, nie było drzew. Przed naszą kamienicą było tro-
      chę zieleni, nie tak jak dziś. Na środku stała studnia. Więc pani Wojtyłowa przywoziła dziecko,
      siadała przy tej studni, a ja wychodziłam na ganek. Bardzo często prosiła mnie żebym zeszła
      i przypilnowała Lolusia, bo ona musi iść dopilnować obiadu albo wyjść po sprawunki. Wtedy
      schodziłam i woziłam jej synka, a on wyciągał rączki do mnie i uśmiechał się. Nie wiedziałam,
      że przyjdzie kiedyś taka chwila, kiedy ja te rączki zapragnę, z szacunkiem i pokorą ucałować.
      Pani Wojtyłowa bardzo często mówiła do mnie: zobaczy pani jakim wielkim człowiekiem bę-
      dzie mój Loluś. Ja się na to nic nie odzywałam, bo co można o małym dziecku powiedzieć. Ale
      to dobrze, że każda matka pragnie aby z jej syna wyrósł jak najlepszy i jak największy człowiek.
      Ona jednak przeczuła, przeczuło jej serce matczyne i spełniło się jej marzenie. Tylko ona tego
      nie doczekała. Nie dożył tej szczęśliwej chwili też ojciec. Właściwie to tylko ja się doczekałam
      spełnienia tej przepowiedni. Przy znoszeniu wózka po tych stromych, krętych schodach, po-
      magał matce jej starszy syn – Edmund. Do tego jeszcze matka ciągle go posyłała po pieluszki,
      po flaszkę z mlekiem, po ubranka. Biedny Mundek biegał wciąż na górę, do mieszkania. Nieraz
      było mi go nawet żal. Ja wtedy myślałam - cóż z tego dzidziusia wyrośnie? Skaczą koło niego
      jak koło królewicza”.

Strona 207

Rozdział V - Dzieciństwo                           205
       W tym czasie, w kraju zachodziły istotne zmiany ekonomiczne. Sejm przyjął
regulację waluty w stosunku 100 koron = 70 marek polskich (1 korona = 70 fenigów).
W związku z tą decyzją trwały zażarte dyskusje w sejmie i wśród społeczeństwa, nic dziw-
nego, gdyż skutki przewalutowania były odczuwalne w każdej rodzinie. Ustalenia zapada-
ły dość szybko, rynek reagował gwałtownie. W zaopatrzeniu, zwłaszcza w żywność, wciąż
występowały braki. Szerzyła się spekulacja, lichwa i pasek. Zjawiska te najbardziej dotyka-
ły środowisk ubogich i pracowników państwowych o niskich uposażeniach, nie nadąża-
jących za inflacją: urzędników, nauczycieli, kolejarzy, pocztowców, wojskowych i innych
funkcjonariuszy zaliczanych do sfery budżetowej.
      Zimą, w miesiącach styczniu i lutym, pojawia się w prasie sporo informacji o obejmo-
waniu prastarych ziem polskich na północy. Wojsko Polskie obsadza miejscowości: Toruń,
Bydgoszcz, Chojnice, Grudziądz, Chełmno, a nawet nadmorski Sopot. 10 II 1920 r. ma miej-
sce podniosła uroczystość patriotyczna Zaślubiny Polski z Morzem w Pucku. Na tę chwilę,
skwitowaną wzmianką prasową, czekały pokolenia Polaków. Jesteśmy nad Bałtykiem; ten
komunikat znany był na pewno wadowiczanom, a w tym i Wojtyłom.
       Maj 1920 r. oszołamia rodaków wiadomością ze wschodu, o tym, że wojska polskie
wkroczyły do Kijowa, odnosząc wspaniałe sukcesy w walkach z bolszewikami. Niebawem
jednak wiadomości z frontu przybierają ton minorowy. Z początkiem lipca 1920 roku gazety
codzienne zamieszczają informacje o wycofywaniu się wojsk polskich. Czytając dziś te do-
niesienia, odnosi się wrażenie, że wydarzenia te są zaskakujące dla czytelników. Ni stąd ni
zowąd grozi nam klęska, gdy jeszcze niedawno trzymaliśmy Kijów. Być może wiadomości
napływały z opóźnieniem, być może, że były łagodzone ze względów propagandowych
bądź cenzurowane z powodów strategicznych. Dość na tym, że w końcu twarda rzeczywi-
stość przebijała się na pierwsze strony. Docierają wieści o zbliżaniu się bolszewików do
Warszawy od strony północnej. W związku z tą sytuacją pojawiają się liczne publikacje
związane z obronnością. Wzywa się ochotników do wojska, zbiera się fundusze na różne cele
paramilitarne, na wspieranie żołnierzy. Mnożą się apele by wstępować do armii i dodatkowo
pracować na rzecz Ojczyzny.




                                                 Podwórko, na które przychodziła z wózkiem Emila Wojtyłowa.

Strona 208

Widok na Wadowice od strony
kleczańskiego Kopca.
(po lewej koszary 56 pp)




  SZLAKAMI
Jana Pawła II
  Wadowice
przed stu laty...




             Pozdrowienie z Wadowic.
U góry - kantyna przy ulicy Młyńskiej.
 Niżej - koszary dragonów, w pobliżu
                    torów kolejowych.

Strona 209

Spojrzenie na miasto od strony północnej. Na tle Góry Jaroszowickiej widać kościół, synagogę i gimnazjum.



Powódź często nawiedzała Wadowice. Wody Skawy zalewały wtedy pradolinę rzeki dochodząc, aż do pierwszych zabudowań.

Strona 210

208            Rozdział V - Dzieciństwo




      Ołtarz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy w wadowickiej świątyni.

              I tak np. Ilustrowany Kurier Codzienny z dnia 10 lipca 1920 r. (nr 187) donosi
      na stronie 2: „oddziały ochotnicze piechoty tworzą się: (...) przy baonie zapasowym
      12 pp. w Wadowicach dla powiatów: Wadowice, Oświęcim i północnej części powiatu My-
      ślenice.” A numer 198 I.K.C. z dnia 21 VII 1920 r. publikuje na stronie 5 apel gimnazjali-
      stów. Cytuję zamieszczoną notatkę:
             „Wiec uczniów gimnazjum w Wadowicach uchwalił onegdaj, co następuje: ucznio-
      wie klas 8, 7 i 6 mają się zgłosić do zaciągu, a klasy te mają być zamknięte aż do rozwiązania

Strona 211

Rozdział V - Dzieciństwo           209
armii ochotniczej. Uczniowie powyżej wymienionych klas, którzy nie zgłoszą się do komi-
sji zaciągowej, nie mają prawa wpisu do żadnej szkoły średniej w całej Rzeczypospolitej.
Ochotnicy zgłaszają się w Wadowicach do czwartku 22 bm.”
        Społeczeństwo jest ofiarne, demonstracyjnie popiera Naczelnika Państwa i dowódz-
two wojskowe. Nie brak heroizmu w postawach żołnierskich, mnożą się opisy bohaterskich
potyczek, a także materiały potępiające okrucieństwo bolszewickiej nawały. Polacy zjed-
noczeni i zdeterminowani by bronić wiary i niepodległości. W natłoku informacji pojawia
się optymizm, bo oto w połowie sierpnia wrogowie zaczynają się w popłochu cofać
na wszystkich kierunkach. Następuje bezładny odwrót, okupiony przez nieprzyjaciela
ciężkimi stratami, pospieszny i bezpowrotny.
        W pościgu za bolszewikami uczestniczyli również żołnierze wadowickiego
12pp. Jeden z ważniejszych epizodów, stoczoną walkę z bohaterskim udziałem tej forma-
cji, pod Leszniowem, opisuje w okolicznościowej publikacji por. 12pp. Józef Kiecoń, której
fragment cytuję poniżej. Upamiętnieniem tej bitwy było wręczenie sztandaru jednostce
i ufundowanie pomnika przed wadowickimi koszarami.
                                 Dwunasty Pułk Piechoty
      „W dniu wręczenia mu chorągwi przez obywateli ziemi wadowickiej i ku uczczeniu
pamięci bitwy pod Leszniowem dnia 1 sierpnia 1920 roku jako w dniu swojego święta puł-
kowego poświęca
                                   Praojcom na chwałę –
                                 sobie i braciom na otuchę
                                w Wadowicach w roku 1924.
       W tomie II tego okolicznościowego opracowania autor Józef Kiecoń opisuje śmierć
Jana Hernicha, który zginął 1 sierpnia 1920 roku w bitwie pod Leszniowem.
       Urodzony 10 marca 1899 roku w Wadowicach był jedynym wadowiczaninem ofi-
cerem 12pp. Autor tak opisuje to wydarzenie. Porucznik Hernich był posępny i zadumany,
wyglądało na to, że ma jakieś złe przeczucia. Rozpoczęła się walka. Artyleria nieprzyjaciela
prażyła zbierając obfite żniwo. Żołnierze rosyjscy bronili się na wzgórzach, które znajdowały
się na przedpolach miasta. Polacy opanowali węzłowe punkty obrony na szczytach. Woj-
ska bolszewickie rzuciły się do kontrataku. Sytuacja żołnierzy polskich stawała się krytyczna.
Wtedy pojawił się z oddziałem porucznik Hernich z zadaniem wzmocnienia zdobytych na
wzgórzach pozycji. Sytuacja była złożona, jedynie udany kontratak mógł oddać inicjatywę
Polakom.
       Ogarnięty zapałem i wolą walki porucznik Hernich poderwał żołnierzy do ata-
ku. Biegnąc z karabinem, wśród świstu kul, wydawał rozkazy i osobistym przykładem po-
budzał żołnierzy do wysiłku i desperacji. W pewnym momencie padł śmiertelnie ugodzony,
co pobudziło jeszcze impet natarcia wojsk polskich. W efekcie ciężkich walk opanowano
Leszniów ponosząc przy tym znaczne straty. 12pp. obchodząc rocznicę tej krwawej bitwy,
oddaje cześć i hołd Bohaterowi dnia, który życiem przypieczętował to zwycięstwo”.
       Po kilku miesiącach walk strona pokonana negocjuje w Rydze warunki pokojowe.
Ustalono wschodnie granice Rzeczypospolitej, a niebawem podpisano traktat ryski, które-
go ustalenia były kontrowersyjne ale prasa nie kontestowała go.
       W czasie walki z bolszewikami Wojtyłowie przeżywali jak wszyscy huśtawkę na-
strojów. Mieli żywo w pamięci walki w 1914 roku pod Krakowem i późniejszą ewakuację
na Morawy. Teraz, gdy byli w czwórkę, z niemowlęciem, czuli się jeszcze bardziej bezsilni
niż wtedy. Tym bardziej, że teraz mieli do czynienia z czerwoną zarazą, a ta w porównaniu

Strona 212

210          Rozdział V - Dzieciństwo

      z „białymi” budziła zdecydowanie większy strach w społeczeństwie. Bolszewicy byli bez-
      względni i zdziczali. Przedstawiani w prasie jako banda niedożywionych obszarpańców,
      złodziei i gwałcicieli, żądna łupów, gotowa mordować dzieci, starców i kobiety, zmierzająca
      po trupach do celu. Chcieli zawładnąć Europą by zaprowadzić nieludzkie rewolucyjne po-
      rządki. Pod Warszawą zatrzymano ten kataklizm.
             W pierwszych latach życia Karola, nazywanego przez matkę Lolusiem, Emilia była
      zdana niemal wyłącznie na własne siły. Po pierwsze prowadziła dom dla czterech osób, co
      wiązało się z codziennym gotowaniem, sprzątaniem i opieką nad niemowlakiem. Senior
      Wojtyła pochłonięty był pracą zawodową, a ta przysparzała ciągłych problemów. Oprócz
      niestabilnej obsady kadrowej i wdrażających się dopiero do obowiązków pracowników,
      codzienność utrudniały braki zaopatrzeniowe, przeciążenie, niekompetencja, trudne
      warunki lokalowe, ustalane dopiero procedury służbowe.
              Okres największej aktywności Emilii Wojtyłowej jako kapłanki ogniska domo-
      wego, matki, gospodyni i opiekunki dzieci, datować trzeba na lata 1920-1926. Potem
      aktywnie włączył się ojciec, który zdecydował się na wcześniejszą emeryturę. Miał już wte-
      dy zaliczonych 25 lat służby wojskowej.
            Spróbujmy prześledzić losy rodziny w tym okresie i poszukać śladów matki
      papieża w okolicach rynku wadowickiego.
              Po urodzeniu Lolusia i po jego ochrzczeniu, niebawem nadeszły miesiące letnie i wa-
      kacje starszego syna Mundka, który właśnie ukończył czwartą klasę gimnazjalną. Mógł więc
      ochoczo pomagać matce, tak w czynnościach domowych, jak i zajmując się małym bra-
      ciszkiem. Znajduje to potwierdzenie w cytowanych powyżej wspomnieniach Heleny Szcze-
      pańskiej. Mundek starszy był od przyszłego papieża o czternaście lat, mógł więc również
      zastępować matkę przy usypianiu dzidziusia, kołysaniu go, mógł wychodzić z wózkiem na
      spacer, ewentualnie pomagać w czynnościach pielęgnacyjnych jak kąpanie czy ubieranie.
      Prozaiczne czynności pielęgnacyjne przy niemowlęciu wymagały wiele wysiłku, jako, że
      mieszkanie pozbawione było wygód. Wodę nosiło się w wiadrach, potem grzało lub goto-
      wało na piecu opalanym węglem. Kąpiel w balii, w odpowiednio ciepłym pomieszczeniu,
      by dziecko się nie przeziębiło. Pieluszki wielokrotnego użycia, z tetry, prało się i prasowało,
      a do tego trzeba było wody, miejsca do prasowania i suszenia upranych rzeczy. W tych
      prostych warunkach, w kuchni z piecem kaflowym, gdzie buzował stale podtrzymywany
      ogień, gotowało się obiady ale i odpowiednie dla niemowlęcia odżywki. By radzić sobie
      z tak różnymi czynnościami, w prymitywnych warunkach trzeba było umiejętnej organiza-
      cji zajęć, sprawności, cierpliwości, a zwłaszcza pracowitości. Dzień mamy wypełniony był
      krzątaniną od rana do wieczora. W pracach najtrudniejszych, wymagających siły fizycznej,
      mogli pomagać Mundek i mąż, o ile byli w domu. Noszenie wiader z wodą, drzewa i węgla
      na opał, wynoszenie nieczystości, znoszenie wózka po schodach, w to najczęściej byli za-
      angażowani. Reszta była na głowie pani Emilii, której nadwątlone chorobami siły trzeba po-
      dziwiać. Chart ducha, bezgraniczne oddanie rodzinie, zawierzenie opatrzności, że podoła,
      niezwykła mobilizacja organizmu kobiety wątłej i osłabionej ciągłymi dolegliwościami – te
      cnoty pozwalały ufnej w bożą opiekę matce radzić sobie skutecznie z codziennym trudem.
             Brak bezpośrednich źródeł z pierwszych lat życia Lolusia, ale przynajmniej udało
      się utrwalić nieliczne wspomnienia. Cytowany już Franciszek Gabryl, wówczas chodzą-
      cy z Mundkiem do jednej klasy, przebywał często w mieszkaniu Wojtyłów, pisze o tym
      w liście: „pewnego razu usłyszałem płacz dziecka, a potem z drugiego pokoju wyszła
      mama Edmunda, z niemowlęciem na rękach. Był to mały Karol, późniejszy papież. Gdy
      uczyliśmy się, a mama Lolka była zajęta, kiedy płakał, opiekowaliśmy się nim. Kołysaliśmy
      go na rękach - bawiliśmy go, tak się wówczas mówiło”.

Strona 213

Rozdział V - Dzieciństwo                    211




             Emilia Wojtyłowa z Lolusiem.

Strona 214

212         Rozdział V - Dzieciństwo

              Pani Wojtyłowa, co już wiemy, przychodziła na podwórko, po drugiej stronie ulicy,
      gdzie można było pod drzewem, wśród zieleni, siąść na studni i kołysać wózek, by synuś
      usnął. Wtedy mogła pogwarzyć z sąsiadkami i pochwalić się swoją pociechą. Była dumna
      i spełniona i taka właśnie jest na jedynym zdjęciu jakie ma ze swoim, wielkim w przy-
      szłości, potomkiem.
              W kamienicy na parterze mieszkał fotograf Franciszek Łopatecki. Być może, to wła-
      śnie on wykonał fotografię, tę niepowtarzalną, unikalną, która nawet po latach wiele mówi
      o matczynej miłości do synka. W zasadzie widać jedynie głowę pani Emilii, z krótko przy-
      strzyżonymi, lekko falującymi włosami. To co zwraca uwagę, po bliższym przyjrzeniu się
      to rozpromienione oczy i uśmiechnięta twarz, emanująca szczęściem, dumą i satysfakcją.
      Trudno słowami opisać radość i uniesienie jakie bije z twarzy pani Emilii, która podtrzymuje
      synka. Ten słabo jeszcze siedzący niemowlak patrzy ze zdziwieniem w obiektyw. Wygląda
      na to, że nie ma jeszcze roczku. Może nawet w tym ubranku był do chrztu, a uszczęśliwiona
      mama chciała taki właśnie wizerunek utrwalić. Chłopczyk wygląda na zadbanego, dobrze
      odżywionego malca, który w poczuciu bezpieczeństwa, w objęciach matki, przygląda się
      z zaciekawieniem fotografowi i jego dziwnej maszynie.
              W pierwszym roku życia z dzieckiem dużo się chodzi na spacery. Wyobraźmy so-
      bie, że w słoneczny, ciepły dzień, letni lub jesienny Emilia Wojtyłowa wybiera się na prze-
      chadzkę z wózkiem. Może skierować się do rynku, przeciąć plac, a następnie pójść ul. Mic-
      kiewicza w stronę gimnazjum albo na zbożny rynek, który podobnie jak rynek główny
      można okrążać. Przy okazji przechodzimy obok sklepów, zatrzymujemy się przed wysta-
      wami, a spotykając osoby znajome możemy porozmawiać, a nawet pochwalić się dorod-
      nym, przeważnie śpiącym bobaskiem. W roku 1920 i 1921, gdy Lolek jeździł w głębokim
      wózku, nie było w Wadowicach ruchu samochodowego, można było do woli przemierzać
      miasto wzdłuż i wszerz. Gdy pani Emilia pragnęła spokoju w cieniu drzew kierowała swe
      kroki na planty i ewentualnie dalej na ul. Sienkiewicza, która kiedyś nazywała się Długą.
      By uniknąć schodów z poziomu kościoła na planty, mogła zejść na dół Kościelną, a po-
      tem w lewo Ogrodową. Wariant powrotny mógł wieść, z plant w prawo, a potem stromo
      w górę, wąską uliczką, pomiędzy plebanią a magistratem. Utrudnieniem szlaku na planty,
      była konieczność pokonywania wzniesienia rynkowego, najpierw w dół, potem w górę, co
      z wózkiem dziecinnym mogło sprawiać trudność, zwłaszcza osobie słabowitej. Ostatecz-
      nie można było jeszcze pójść ulicą Lwowską stronę koszar i Skawy, co jednak wydłużało
      spacer, a dzidziuś miał dobry apetyt i domagał się karmienia. W takim razie wybór padał
      najczęściej na rynek i przyległe doń ulice, bądź na sąsiednie podwórko.
              Do połowy 1922 roku Emilia Wojtyłowa praktycznie sama zajmowała się młodszym
      synem. Do takiego stwierdzenia upoważnia kilka niezbitych przesłanek. Po pierwsze wro-
      dzone umiejętności matki do zajmowania się maleństwem. Ona urodziła, ona bezgranicznie
      kocha, ona czuje i wie czego oczekuje jej latorośl, gdy jeszcze nie potrafi mówić, a jedynie
      płacze. Matki, wszystkie kobiety żyją rodzicielstwem, przeważnie bawią się w dzieciństwie
      lalkami, a później opiekują się młodszym rodzeństwem, zwłaszcza, gdy pochodzą z rodzin
      wielodzietnych, a tak właśnie było z Emilią. Po drugie w okresie wczesnego dzieciństwa za-
      chodzą istotne procesy rozwojowe, które trzeba znać i delikatnie wspierać, by przebiega-
      ły one prawidłowo. To siadanie, raczkowanie, chodzenie, nauka mowy. Najlepiej wiedzą to
      matki, które już odchowały wcześniej potomstwo, bo korzystają z uprzednich doświadczeń.
      Taki roczny, bądź dwuletni berbeć wymaga ciągłej uwagi, bo może zrobić sobie krzywdę.
      Może się potłuc, może ściągnąć obrus, może przewrócić kwiatek lub naczynie z gorącą po-
      trawą. Nie można go całkiem ograniczyć, gdyż musi się rozwijać ale trzeba go bardzo tro-
      skliwie doglądać. Do dziecka w tym wieku trzeba mówić, a nawet mu śpiewać na przykład
      kołysanki, bo to stymuluje procesy poznawcze. Kobiety instynktownie sprzyjają wzrostowi
      dziecka, bo to wynika z predyspozycji biologicznych. Ojcowie i chłopcy mogą też to robić

Strona 215

Rozdział V - Dzieciństwo                          213
pod warunkiem, że ktoś ich nauczy i że starczy im cierpliwości. Bratu, kilkunastoletniemu,
jakim był wówczas Mundek potrzeba w takim przypadku zwłaszcza poczucia odpowiedzial-
ności. Zapatrzona w swojego wyjątkowego synka (bo tak przecież myśli każda matka) pani
Emilia nie spuszczała go z oka. Zapewniała mu wszelkie warunki bezpiecznego rozwoju pod
swoimi skrzydłami. Gdy minął okres kiedy dziecko wszystkiego chce dotknąć, gdy wszystko
bierze do buzi, gdy nie uznaje zakazów, ani napomnień, wtedy stopniowo wciągała syna
Mundka w opiekę i zajmowanie się bratem.
       Senior Karol Wojtyła był człowiekiem zrównoważonym, uporządkowanym, z wy-
obraźnią i opiekuńczością ale z początkiem lat dwudziestych pełnił służbę i utrzymywał
rodzinę, z konieczności najczęściej bywał poza domem, w pracy. W żadnych relacjach są-
siadów, znajomych czy kolegów Mundka, we wczesnym dzieciństwie Lolka jego postać nie
pojawia się. A jeżeli ktoś napomknął to zazwyczaj stwierdzał: chodził zawsze w mundurze,
poważny, skupiony, widywano go najczęściej samego jak szedł i wracał z pracy. Znajduje to
w pełni potwierdzenie w materiałach źródłowych ówczesnej Powiatowej Komendy Uzupeł-
nień w Wadowicach. Z uprzednio cytowanych dokumentów wynika, że porucznik Woj-
tyła pełniąc funkcję naczelnika kancelarii, został dodatkowo obarczony czynnościa-
mi związanymi z reklamacjami. Ten obszerny i niewygodny dział przysparzał mnóstwo
problemów, bo wymagał współdziałania wielu osób, urzędników, lekarzy, a także udziału
zainteresowanych, którzy wnosili skargi i zażalenia.




                                                             Władysław Pollner, jeden ze wspominających.




Edmund Wojtyła gimnazjalista.                        Janina Krupska (z domu Urban) gimnazjalna koleżanka
                                                          Edmunda, współuczestniczka górskich wędrówek.

Strona 216

214         Rozdział V - Dzieciństwo

             Kroniki klasztorne karmelitów przynoszą za rok 1921 zapiski pogodowe.
             „Sierpień. Posucha, pomimo licznych modłów i Mszy świętych o deszcz, nie ustaje.
      Żniwa przy pięknych i gorących dniach idą gładko i prędko, wszystkie zboża prawie naraz
      dojrzewają, tak że nie można nastarczyć z koszeniem. Słomy pięknej dają one dosyć, lecz
      ziarna niezbyt wiele [II.215]
               W całej Europie nastały prawdziwe „psie dni” (kanikuła) i od końca pierwszego ty-
      godnia b.m. gorącość atmosfery trzyma się stale około i ponad +20 R; kilka dni, choć nie
      jeden po drugim, było +27–28 R = +34–36 Cels. Na udar mózgu padało w zachodnich kra-
      jach Europy, tj. w Anglii, Francji, Włoszech dużo ofiar; także z Ameryki dochodziły podobne
      wieści. Wody w studniach brakło w całych Wadowicach, naturalnie także i gdzie indziej, tak
      że i ta ludziom drogo przychodziła, przeważnie ze Skawy, która także prawie wyschła. Nam
      w klasztorze jednak nie brakło wody w studni wielkiej przy rogu kuchni, choć w innych
      naszych studniach i tam za klauzurą w domostwie służby naszej jej brakło, tak że dla bydła
      i służby dostarczano wody z klasztornej studni. [...]
              Wrzesień. Początek bieżącego miesiąca przyniósł upragniony deszcz przez 3 dni
      z przerwami [...] Woda w studniach po tymże deszczu znalazła się znowu, choć nie wszędzie,
      ale w niewystarczającej ilości, gdyż np. tutejszy szpital powszechny jeszcze dotąd wozi wodę
      ze studni przy ul. Wiedeńskiej [=Mickiewicza], opodal zachodniej strony Gimnazjum. [II.215]”
             Uruchamiamy wyobraźnię i widzimy panią Emilię Wojtyłową w latach 1920 –
      1922, matkę i gospodynię domową, która wybiera się na zakupy. Były to lata trudne
      pod względem aprowizacji. W wielkich miastach, na przykład w Krakowie nadal racjonowa-
      no chleb, cukier, mięso. Były to pozostałości czasów wojennych. Szalała drożyzna, szerzyła
      się spekulacja, czyli sprzedawanie towarów chodliwych po dużo wyższych cenach. Zwal-
      czano te zjawiska ale nieskutecznie. Prasa stale donosiła o ściganiu i karaniu nieuczciwych
      handlarzy. W mieście mniejszym, czyli w Wadowicach łatwiej było się zaopatrzyć w artykuły
      spożywcze. Nieco większa była podaż, a mniejszy popyt. Jednak rodziny urzędnicze, a taką
      była rodzina Wojtyłów musiały wszystko kupić, bo nie miały nawet ogródka z warzywami.
      Dochody osób pracujących na państwowych posadach wciąż nie nadążały za inflacją. Do-
      wodem są informacje z kroniki szkolnej.
             Fragment tekstu z kroniki szkoły męskiej im. Marcina Wadowity.
      1922 r. – „w tym czasie wskutek dewaluacji pieniądza wzrosły niepomiernie płace nauczy-
      cieli. Kiedy w roku 1914 nauczyciel obarczony średnią rodziną pobierał 170 koron austr.,
      to w roku 1920 płaca jego miesięczna wynosi 3 340 Marek, w roku 1921 – 50000 Mk, zaś
      w roku 1922 – 225 000 Mk.
      1923 r. – „z końcem tego roku płaca miesięczna nauczyciela wynosi około 500 milionów Mk,
      a 2 kg chleba kosztuje 900 000 Mk.”
               Trzeba było więc szukać towarów tanich, a mimo to dobrej jakości. Pani Emilia kieru-
      je się na zbożny rynek, gdzie w czwartek odbywa się targ, na którym chłopi z okolic sprze-
      dają jarzyny, owoce i inne produkowane przez naturę artykuły żywnościowe. Można kupić
      w zasadzie wszystko co potrzebne jest do obiadu. Torba z zakupami zapełnia się, a coś
      niecoś można upchnąć do wózka, w którym Loluś przebiera nóżkami. Przy zbożnym rynku
      można też kupić pieczywo i wiele innych towarów spożywczych jak: mąka, cukier, sól, ka-
      sze, przyprawy itp. Można mieć jednak wątpliwości czy tak zwyczajnie dało się kupić chleb.
      Skłania do nich urywek z kroniki pallotynów.
               „(...) W lutym w roku 1920 z powodu braku chleba musieli uczniowie opuścić Col-
      legium Marianum na Kopcu. Pozostali tylko nowicjusze, z których jeden (Chudziński) tak
      opisuje w owej kronice biedę kopiecką: „chleb składa się z 1/3 ziemniaków, reszta żyto,
      jęczmień itd. (owies). 3 razy w tygodniu na rano jest zupa, a dziesiątka składa się z ziem-

Strona 217

Rozdział V - Dzieciństwo                            215




                                                 Banknoty markowe, jakimi posługiwano się na początku lat 20-tych.




niaków i kapusty. Mimo to każdy dobrze się trzyma i jest dobrej myśli. Snać znoszenie
trochę dolegliwości w imię Chrystusa tak działa, jak zachowanie prawa dla młodzieńców
w niewoli babilońskiej.”
         Kolejny cytat z tego samego źródła (str. 155 i 156) „W pierwszych latach zaraz po woj-
nie, płacili wychowankowie pensję w artykułach spożywczych, jak masłem, smalcem, zbo-
żem i mąką. W sierpniu 1921 r. wyjechało nawet paru starszych wychowanków na Pomorze
w celu zebrania u znajomych zboża, którego w byłej Galicji tak bardzo brakowało. Jednemu
z nich, (…) uczniowi z klasy V, powodziło się wprost świetnie. Los zawiódł go na Pomorze, do
parafii sampławskiej, gdzie mieszka ksiądz proboszcz Majka, serdeczny przyjaciel naszego
domu i gorliwy patriota. Z jego parafii otrzymał tyle zboża, że będzie z niego dla nas chleb
na dwa lub trzy miesiące.”5
         Sklepy spożywcze, piekarnie, masarnie znajdowały się przy rynku głównym i przy
ulicach do niego przylegających, oraz przy zbożnym rynku. Dlatego pani Emilia zaopatry-

 5 - Pallotyni w Polsce, napisał ks. Dr. Fr. Cegielka P.S.M. Wydawnictwo Księży Pallotynów, Warszawa
     1935, s. 131

Strona 218

216            Rozdział V - Dzieciństwo




      Zbożny rynek, na którym Emilia Wojtyłowa robiła zakupy.

      wała się głównie na tych dwóch rynkach. Bez przeszkód można było dojechać do sklepów
      i punktów usługowych, wózkiem dziecinnym. Dziecko nieraz trzeba było zabrać na ręce,
      chyba, że ktoś był do pomocy, kto pilnował pociechy, na przykład Mundek, ale ten był do-
      stępny dopiero po lekcjach.
              Zwykle chodziło się na zakupy do tych samych sprawdzonych sklepów, z przyzwy-
      czajenia, kierując się jakością towaru, miłą obsługą, przystępnymi cenami. Sklepy były
      wówczas jednorodne: rzeźnik, piekarnia, mleczarnia, masarnia. Dziś wszystko można kupić
      w jednym miejscu, tyle, że nie o takim smaku jak wtedy.
              Od czasu do czasu senior Wojtyła wyręczał żonę w porannych sprawunkach, o ile
      pozwalały mu na to obowiązki służbowe. Nawykły do wczesnego wstawania mógł jeszcze
      przed pracą zrobić najważniejsze zakupy. Potem bywał już zajęty, może nawet zjadał obiad
      razem z żołnierzami w koszarach, a do domu wracał późnym popołudniem.
              Trudno określić dokładnie wszystkie wydeptane przez Emilię Wojtyłową ścieżki,
      gdyż sklepy zmieniały właścicieli i asortyment. Chociaż w latach dwudziestych życie toczy-
      ło się wolniej, nowinki na prowincję docierały później, powolne zmiany jednak następowały.
              Żeby hipotetycznie prześledzić codzienność wybranych jednostek trzeba posłużyć
      się domysłami, uprawdopodobnić je w miarę możliwości znanymi realiami i faktami, bo
      inaczej nie wczujemy się w atmosferę i okoliczności życia tych, których już nie ma. Mając
      na względzie powyższe założenie posiłkuję się pisząc ten tekst nie tylko wspomnieniami
      dawnych wadowiczan, którzy już wiele lat temu odeszli (ale których odszukałem w la-
      tach osiemdziesiątych i w miarę możliwości utrwaliłem ich wypowiedzi) ale też korzystam
      z opracowań o Wadowicach.
              W szczególności czerpię z książki mojego przyjaciela Zbigniewa Jurczaka „Wadowi-
      czanie”. Pisze on o ludziach i miejscach, o domach i ulicach, o sklepach i firmach, o zmia-
      nach jakim ulegały, o czasach ich powstania i rozwoju, nieraz i upadku. Gdy zatopimy się
      w tej lekturze możemy z dużym prawdopodobieństwem odtworzyć szlaki Emilii Wojtyłowej
      - matki papieża.

Strona 219

Rozdział V - Dzieciństwo                     217
        Np. produkty nabiałowe kupowało się od wieśniaków na targu, ale również w kilku
mleczarniach wadowickich, w tym w najbardziej znanej u Banasia, naprzeciw domu Woj-
tyłów. Na ul Zatorskiej było kilku rzeźników np. Zawiłowie, Banasiowie. Sklepy spożywcze
z mąką, cukrem, przyprawami, z artykułami kolonialnymi znajdowały się na Mickiewicza, na
3 Maja, na Zatorskiej, ale i w obrębie obu rynków, a także niżej na Tatrzańskiej. Pani Emilia
zmuszona była coraz częściej korzystać z apteki. W pobliżu na rynku były trzy, pod adresem
Rynek 3, Rynek 12 i Rynek 7 – Pod Orłem. Ważnym dla kobiet sklepem była drogeria Kazi-
mierza Homme, gdzie również był skład apteczny, Rynek 6. Z innych sklepów korzystało się
rzadziej, okazjonalnie np. z wyrobami gospodarczymi i szklanymi, z tekstyliami, z księgarni,
z materiałami papierniczymi. Były zlokalizowane na rynku lub na ulicach sąsiadujących, do-
stępne w każdej chwili. A trzeba pamiętać, że Mundek był już w wyższych klasach gimna-
zjalnych więc potrzebował podręczników, zeszytów, przyborów szkolnych itp. Chłopcu, co
jakiś czas trzeba było kupić obuwie, a nieraz i inne części garderoby. Coś niecoś uszyło się
w domu, coś się przerobiło, bo i ojciec i matka mieli podstawowe przygotowanie krawieckie,
ale nie ze wszystkim tak się dało. Wojtyłowie dokonywali tylko najpotrzebniejszych zaku-
pów. Musieli zwracać uwagę na cenę. A pani Emilia przywiązywała dużą uwagę do stroju
i uzupełnień takich jak torebka, kapelusz czy eleganckie buty. Jej mąż chodził stale w mundu-
rach, czego dowodzą fotografie. Warto przypomnieć, że czwartek był w Wadowicach dniem
targowym. Rynek główny zapełniał się handlującymi. Kupić można było sprzęty gospodar-
stwa domowego, jak i narzędzia do pracy na roli, ubrania, obuwie, niektóre mniejsze części
garderoby jak nakrycia głowy, chustki, drobne meble, naczynia. Dużo wyrobów z drewna,
z materiałów pozyskiwanych w przyrodzie, takich jak wiklina, z której wyplatano kosze itp.
        Muszę jeszcze raz podkreślić, że początek lat 20 charakteryzował się brakiem wszel-
kich dóbr, które w minionym okresie wykorzystywano w celach wojskowych. Skóry, mate-
riały na ubrania, metale np. miedź, mosiądz, a nawet nici i zapałki oraz wiele innych surow-
ców i produktów. W latach wojennych zastępowano je erzacami, czyli podróbkami. Mimo to
targowisko na rynku w istotny sposób zaspokaja potrzeby mieszkańców miasta i wsi. Emilia
Wojtyłowa, kobieta z wrodzonym gustem, lubiła tu przychodzić, by coś dla siebie znaleźć
ale i nacieszyć oko rozmaitością wyrobów ich ludową estetyką zaczerpniętą ze zdobnictwa
góralskiego, z wzorów krakowskich, a nawet śląskich.




                                                                       Jedna z kilku aptek na rynku.

Strona 220

218         Rozdział V - Dzieciństwo

              Poza czwartkiem na rynku było spokojnie, można było okrążyć go wózkiem dziecin-
      nym i zajrzeć do sklepów galanteryjnych, zatrzymać się w pasmanterii. Pani Emilia coś niecoś
      szyła, haftowała, cerowała i reperowała. O ile były dostępne to nabywała: igły, nici, guziki,
      kordonki, tasiemki. Galanteria zaś oferowała wytwornej kobiecie: torebki, rękawiczki, paski,
      chustki, a także popularną biżuterię czyli korale, broszki, spinki itp.
             Każda pani domu musi od czasu do czasu skorzystać z warsztatów rzemieślniczych.
      Usługi krawieckie dostępne były po drugiej stronie ulicy u Cichonia, który wyczekiwał
      na klientów, a razem z nim gromadka dzieci, które lepiej się miały, gdy tata miał pracę.
      Na rogu ulicy Poprzecznej (która nosiła przed wojną nazwę Teofila Kluka) mieszkał i szył
      krawiec Tomasz Kęcki. Każda rodzina musiała korzystać z usług szewskich, tych punktów
      w pobliżu rynku było kilka. Na początku 3 Maja - Franciszek Gzela, na ul Mickiewicza - Piotr
      Dzikowski, na jej odgałęzieniu, na Piaskowej, warsztat szewski Jana Białka, poza tym kil-
      ku innych. Konkurencja duża, rękodzielnicy chętni do pracy, byle tylko do nich chodzić,
      by mogli zarobić parę groszy. Podobnie było z fryzjerami, którzy też starali się ulokować
      w pobliżu rynku, bo tu był największy ruch. Hiczkiewicz, Borger, Firczyk - każdy z nich
      mógł ostrzyc Mundka i Lolka, a nawet zrobić fryzurę pani Wojtyłowej. W tym czasie mama
      chłopców nosiła krótkie włosy, naturalnie pofalowane. Korzystała też z usług modystki, bo
      nakrycie głowy traktowała jako dodatek do urody. Jedna z nich ulokowała się w kamienicy
      „pod lwem” (dziś Rynek 9), to Józefa Mandlowa, do której pani Emilia zachodziła aby obej-
      rzeć kapelusze, w których lubowała się w młodości.
            Pani Emilia Wojtyłowa, w razie potrzeby mogła liczyć na pomoc lekarską, ze stro-
      ny doktora wszech nauk medycznych Jana Moskały. Ten był najbliższy. Zaraz przy rynku,
      mieszkał i pomagał w okresie zagrożonej ciąży, Żyd Samuel Taub, pierwszy lekarz izraelita
      w Wadowicach. Koło koszar mieszkał i leczył zasłużony dla miasta Franciszek Opydo.
              Ślady pobytu Emilii Wojtyłowej moglibyśmy znaleźć w kilku miejscach na ul.
      Lwowskiej (po odzyskaniu niepodległości nazywała się 3 Maja). Wszak tędy chodzi-
      ło się do koszar, nad Skawę, do ochronki Nazaretanek i na pocztę. Z pewnością matka
      z wózkiem, z Mundkiem i mężem wielokrotnie przemierzała główny wadowicki trakt z za-
      chodu na wschód i z powrotem. Niemniej ważną trasą pieszą była droga z rynku na stację
      kolejową. Najkrócej było schodkami na planty, a potem aleją, chyba, że szło się z wózkiem
      dziecinnym, wtedy trzeba było omijać schody i jechać Wesołą, a stąd dopiero na planty.
      Miała rodzeństwo w Krakowie i dalszych krewnych w Białej, więc szlak na stację kolejową
      dobrze znała.
              Jeśli mama Karola i Edmunda chciała się spotkać z przyjaciółkami, żonami innych
      oficerów, z którymi znała się jeszcze z czasów mieszkania na Lwowskiej, to mogła wybrać
      chociażby jedną z cukierni przy rynku np. Liski lub niewiele dalej na Mickiewicza rodziny
      Hernichów. Kobiece ploteczki, przy kawie i ciastku, obok tematów z własnego życia, nie po-
      mijały lokalnych wadowickich problemów i sensacji z życia notabli, a zwłaszcza komentarzy
      związanych z funkcjonowaniem garnizonu.
              Drugi rok życia Karola Wojtyły, czyli stawiającego pierwsze kroki Lolusia, nie przy-
      niósł żadnych spektakularnych wydarzeń. Brak z tego okresu relacji ze strony znajomych
      i sąsiadów, nie ma żadnych dokumentów, poza jedną fotografią dziecka w sukience. Tym
      razem matka mogła ustawić malucha, by samodzielnie pozował. Myślę, że na tę okazję
      przygotowała mu strój, jako żywo przypominający sutannę, która będzie mu w przyszło-
      ści przypisana. Kupiła w sklepie bławatnym tkaninę, usiadła do maszyny i uszyła sukienkę,
      czy koszulę, sięgającą aż do stóp dziecka. Widać tak się wtedy nosiło, a zważywszy, że pani
      Emilia chciała mieć córeczkę, wszystko staje się jasne. Tak czy owak, mimo wielu domowych
      obowiązków, znalazła czas by pójść do fotografa, zapewne na ul. Mickiewicza. Ten, zgodnie

Strona 221

Rozdział V - Dzieciństwo               219




                       Roczny Loluś.

Strona 222

220          Rozdział V - Dzieciństwo

      ze sztuką, utrwalił roztropnego, spokojnego i skupionego chłopczyka, który bez lęku i bez
      ruchu, w obecności mamy pozuje do zdjęcia. Bacznie przygląda się, bez uśmiechu i bez gry-
      masów. Niebawem, w wieku dwóch i trzech lat będzie już wychodził z bratem, na spacery
      i na mecze piłkarskie drużyn dzikich i bardziej zorganizowanych.
               Bliski kolega szkolny Edmunda Władysław Pollner, syn profesora gimnazjalne-
      go z Wadowic, wspomina: „z Edmundem Wojtyłą chodziłem razem do szkoły ludowej. Po jej
      ukończeniu ja rozpocząłem naukę w gimnazjum, a brat Lolka w szkole wojskowej w Austrii.
      Gdy wrócił stamtąd w 1918 roku znowu znaleźliśmy się w jednej klasie. Odnowiła się też nasza
      przyjaźń, a ta polegała na częstych odwiedzinach. Ja bywałem u niego, a on u mnie. Cieszyła
      ta zażyłość również mojego ojca Jana Pollnera, który był profesorem w wadowickim gimna-
      zjum. W latach dwudziestych założyliśmy swój klub piłki nożnej pod nazwą „Czarni” składają-
      cy się z kolegów gimnazjalnych, przeważnie z naszej klasy. Ja grałem na lewym skrzydle, zaś
      kolega Edmund Wojtyła był bramkarzem, bardzo dobrze bronił. Graliśmy w piłkę nad rzeką
      Skawą, na dzikim boisku, a obok było boisko do piłki nożnej 12 pułku piechoty. Gdy rozgry-
      waliśmy mecz lub trenowaliśmy, oznaczaliśmy bramki czapkami studenckimi, rogatywkami,
      a wtedy Edmund sadzał na tych czapkach Lolka. Mówiliśmy do kolegi: „Mundziu posadź Karol-
      ka na czapkach, a ty graj w bramce. Prócz mnie i Mundka grali koledzy: Bętkowski na obronie,
      Krok na centrze, Krzysztoforski – center pomoc i Lisko”. Wspomnienia otrzymałem listownie.
             Franciszek Gabryl dodaje:
             „Kiedy podrósł i miał 2,3 latka chodził z Mundkiem na boisko. Podczas, gdy brat grał,
      najczęściej jako bramkarz, Lolek siedział w bramce, bo tam było najbezpieczniej. Mimo to pew-
      nego razu został uderzony piłką i głośno płakał, nie dał się uspokoić i w takim stanie zanieśli-
      śmy go do mamy. Gdy wracaliśmy z boiska, często osobiście nosiłem go „na barana”, aż do
      domu.”
              Władysław Pollner kontynuuje:
              „Edmund zawsze brał Lolka ze sobą, czy szliśmy grać w piłkę, czy na spacer. Gdy byłem
      z nimi nieraz, na tych spacerach trzymałam za rączkę Karolka. To chodzenie Edmunda z młod-
      szym bratem rzucało się w oczy. Pamiętam jak nasz gospodarz klasy Zygmunt Damasiewicz,
      znakomity wychowawca i pedagog, który uczył nas greki aż do matury, wyraził się w klasie:
      „mnie to się bardzo podoba, że Wojtyła tak tego młodszego braciszka prowadzi za rączkę i z nim
      chodzi na spacery.” Wydarzenia te miały miejsce w siódmej klasie, wiosną. Był rok 1923, a po wa-
      kacjach musieliśmy już zacząć myśleć o maturze, tak, że piłka poszła w odstawkę.”
             Te wydarzenia dokumentuje amatorska fotografia z 1923 roku, na której wi-
      dać drużynę piłkarską i małego Lolka. Nie jest to wspomniana drużyna uczniowska KS
      „Czarni”, tylko pamiątkowe zdjęcie po jakimś meczu, na którym był Edmund wraz z bratem.
      Niewykluczone, że zdjęcie wykonuje właśnie Mundek, który natenczas powierzył Lolka,
      jakiemuś dryblasowi. Tak opisał go Władysław Pollner, który zdecydowanie zaprzeczył ja-
      koby to była ich drużyna KS „Czarni”. Na poparcie tych słów dodam, że na rok przed maturą
      Edmund Wojtyła sprawiał wrażenie młodzieńca o krępej budowie ciała, który nie wyróżniał
      się wzrostem w gronie rówieśników. Jakość zdjęcia nie pozwala na precyzyjne odczytanie
      rysów twarzy. Nie ma wątpliwości tylko co do Lolka, który z uśmiechem pozuje w ubranku
      domowej roboty.
             W roku 1922, od 1 sierpnia do 1 listopada, Karol Wojtyła senior odbył trzymie-
      sięczny kurs w Centralnej Szkole Oficerów Piechoty nr 2 w Grudziądzu. Ta lakoniczna
      informacja mówi nam, że w tym czasie Emilia Wojtyłowa samodzielnie zajmowała się do-
      mem i dziećmi przez kilka miesięcy. Mimo że była szczupła i wątła, ale za to zaradna i spraw-
      na. W opracowaniu jej poświęconym Milena Kindziuk pisze, że wówczas chorował Maciej
      Wojtyła, teść Emilii, że przebywał w Wadowicach, a żona męża zapewniała mu opiekę. Moi

Strona 223

Rozdział V - Dzieciństwo                              221




                                                                                            Lolek na boisku piłkarskim około 1923 r.




     Fotografia z kursu w Grudziądzu. Urzędnik wojskowy Wojtyła siedzi trzeci od lewej, w drugim rzędzie, w okrągłej czapce.

rozmówcy nie wspominali o tym, ale jeśli tak było to trzeba chylić czoła przed postawą mat-
ki Lolusia. Nikt nie wspomniał też nigdy by Wojtyłom ktoś pomagał np. siostry, czy córka
Macieja, jednak ich pomocy nie można wykluczyć. Mundek miał dobrotliwe usposobienie,
jak mógł to włączał się w obowiązki domowe i pomagał przeciążonej obowiązkami matce.
       Podczas kursu, urzędnik wojskowy Karol Wojtyła, wraz z innymi uczestnikami
został uwieczniony na pamiątkowej fotografii. Starszy, poważny, otoczony szacun-
kiem młodszych siedzi w centrum grupy. Kursanci wzięli udział w wycieczce nad Bałtyk
wojskowym transportem samochodowym. Porucznik kupił żonie Emilii sznur bursztyno-
wych korali.

Strona 224

222          Rozdział V - Dzieciństwo

              W tym czasie, gdy senior Wojty-
      ła szkolił się w Grudziądzu, w powiecie
      toczyła się ostra walka przedwyborcza.
      Oddany sprawie ludowej, poseł Józef
      Putek, założył w Choczni, koło Wado-
      wic, pismo pod nazwą „Chłopski Sztan-
      dar”. Na jego łamach starał się pozyskać
      wyborców, na rzecz ludowej lewicy. Działał
      na rzecz włościan, a w bezkompromisowej
      opozycji wobec posiadaczy, kleru i zwolen-
      ników innych partii. Przy okazji odsłaniał
      hipokryzję władz lokalnych, komentował
      bieżące wydarzenia krajowe, powiatowe
      i miejskie. Niektóre ze spraw, były głośne
      w mieście, komentowane przez wadowi-
      czan, oplotkowywane przez panie w cukier-
      niach i na ławeczkach, a także odbijały się
      głośnym echem w kazaniach miejscowego
      duchowieństwa. Możemy przypuszczać, że
      porucznik Wojtyła rozmawiał ze współpra-
      cownikami na te tematy, a potem przynosił
      je do domu. Żona Emilia będąc nieco dalej                Józef Putek, działacz ludowy, prawnik, wydawca
      od polityki, z ciekawością kobiecą chłonęła                                      „Chłopskiego Sztandaru”.
      najnowsze sensacyjki. Niektóre chociaż pośrednio dotyczyły i ich rodziny i ich osobiście,
      bo przecież głosowali i wybierali swoich reprezentantów. Stykali się z chłopstwem zjeż-
      dżającym furmankami do Wadowic na targi, obserwowali pochody i zgromadzenia ludo-
      we, może byli na jakimś festynie przedwyborczym.
              Redagujący „Chłopski Sztandar” Józef Putek donosił w jesiennych wydaniach
      o przebiegu akcji przedwyborczej w okręgu nr 43, a potem o wynikach głosowania, które
      były pomyślne dla Lewicy PSL. Przystępując do wyborów z „trójką” ugrupowanie uzyska-
      ło w Choczni 842 głosy, podczas gdy piastowcy zdobyli zaledwie 27 głosów. Cześć wam
      chłopi z wadowickiego - zakończył notatkę autor, główny animator chłopskiej aktywności
      w podwadowickiej Choczni.
              Po zakończeniu akcji wyborczej gazeta ukazywała się nadal przynosząc co rusz ma-
      teriały lokalne, z Wadowic i okolicy. Opisywano między innymi uciążliwości dla przedmie-
      ścia Zaskawie, w związku z brakiem odpowiedniej drogi i mostów przez rzekę.
              „Chłopski Sztandar” nr 15 z dnia 10 grudnia 1922 roku.
              Str. 6 „Sprawy gminne”
              Wadowice. Jaki jest los ludności rolniczej zamieszkałej po miastach tego dowo-
      dzi traktowanie przez władze miejskie ludności mieszkającej na przedmieściu „Zaskawie”.
      Ludność ta na równi z innymi obywatelami płaci podatki miejskie na bruki, elektryczne
      oświetlenie, parki, kanalizację itd., atoli nie tylko, że nic z tego nie ma ale jeszcze nawet
      nie może doczekać się poszanowania i uwzględnienia konieczności życiowych. Od setek
      lat prowadziła na „Zaskawie” droga publiczna obok strażnicy kolejowej, od niepamiętnych
      też czasów na drodze tej były mosty. W roku 1921 magistrat sprzedał te mosty w dro-
      dze publicznej licytacji za kwotę 82.414marek 40f. Nadto sprzedano też i wierzby obok
      tej drogi rosnące, za kwotę około 40 000 mk. Mosty zostały rozebrane, a skutkiem tego 79
      domów pozostaje dotąd bez dogodnej komunikacji, co zwłaszcza odbija się na dzieciach,
      które muszą do szkoły brnąć po błocie i wodzie. Księdza czy lekarza wprost niepodobna

Strona 225

Rozdział V - Dzieciństwo                     223
dowieźć, a pogrzeb sprawia zainteresowanym prawdziwe utrapienie. Każdy idąc do mia-
sta natrapić się musi, zwłaszcza w nocy, jak przebyć przez to bagno, żeby rąk i nóg nie
połamać. Władze miejskie krzyczą, że brak im pieniędzy, targowe z tygodnia na tydzień
rośnie, z rolników się już siódmą skórę zdziera, ale za te pieniądze - jak widać - nic się nie
robi. Jest to zaprawdę wstydem, że miasto zabrało za sprzedane wierzby i mosty gotówkę
i zupełnie nic nie zrobiło za nią, aby ludności dostęp do miasta ułatwić. Za to dla urzędni-
ków podwyżki się znajdą, mieszkańcy śródmieścia trotuary mają, elektryka im świeci, ale
„dziady” na przedmieściach niech się topią w wodzie i błocie i niech płacą podatki gminne
i cicho siedzą, a zresztą na „Zaskawiu” sami „putkowcy” za ósemką i czternastką nie głoso-
wali, to niech za to niedolę cierpią. Na każdym prawie posiedzeniu Rady Miejskiej radny
Józef Kułaga prosi i grozi, aby zrobić jakiś porządek, wszystko nic nie pomaga. Ciągle się
tylko zwleka, albo przed posiedzeniem Rady Miejskiej pośle się ludzi, aby coś podłubali, by
można było na radzie powiedzieć: „patrz narodzie, magistrat już coś z drogą robi.” Mieliśmy
stąd asesora, to przeniósł się do miasta, bo się boi bagna, które także spowodował, bo sam
jako asesor sprzedawał mosty. Tą drogą zmuszeni więc jesteśmy zwrócić się jeszcze raz do
Magistratu, Władz Rządowych i Posłów, aby przecież nareszcie obowiązek wobec ludności
miejskiej władze miejskie spełniły.
        Ogół ludności przedmieścia Wadowic „Zaskawie”
       Utrudnienie to dotykało też chyba mieszkańców centrum, gdy chcieli udać się np.
na „Wenecję”, bo mieli wtedy ten sam problem co zaskawianie. Sprawa ta wraca na łamach
gazety w kwietniu 1923 roku.
       Chłopski Sztandar nr 18 z dnia 29 kwietnia pisze na stronie 18:
        „Wadowice – Zaskawie. W roku 1921 sprzedała gmina Wadowice mosty na Zaska-
wiu, za które miała wystawić nowy mostek i przywrócić komunikację z miastem. Po upły-
wie dwóch lat Rada gminna w Wadowicach jednogłośnie uchwaliła dnia 21 marca br. roz-
poczęcie budowy mostku, na co p. burmistrz Kluk przyrzekł, że do 3 dni zostanie robota
rozpoczęta; praca ta powierzona została
budowniczemu miejskiemu. Gdy już bu-
downiczy począł zawierać umowy z robot-
nikami i murarzem nagle zarząd gminny
odmówił pomocy, wyrażając się aby obywa-
tele przedmieścia Zaskawia prestacją z pod
numeru wybudowali. Znów mamy nowy
powód, że ludność przedmieść traktuje się
niżej psa, bo w śródmieściu psy chodzą po
trotuarach, na przedmieściu zaś komunika-
cji należytej dla ludzi się nie robi.
       Chyba nie było z tym przejściem
przez Skawę aż tak źle skoro w lipcu urzą-
dzono na Zaskawiu festyn o czym donosi
„Chłopski Sztandar” numer 30 z dnia 22
lipca 1923 roku, str. 10. „Staraniem ludo-
wców PSL „Wyzwolenia” urządzony został
w Wadowicach na Zaskawiu festyn ludowy,
który udał się znakomicie. Czysty dochód
w kwocie ponad milion marek przeznaczo-
ny został na założenie czytelni ludowej i bi-
blioteki.”
                                                                 Strona tytułowa „Chłopskiego Sztandaru”

Strona 226

224         Rozdział V - Dzieciństwo

            W numerze grudniowym z roku 1922 opis reakcji wadowiczan na wieść o zamordo-
      waniu prezydenta Gabriela Narutowicza.
             Chłopski Sztandar nr 16 i 17 z dnia 24 grudnia 1922, str.4.
               „Wadowice. Na wieść o zbrodni popełnionej przez endeckiego faszystę na oso-
      bie prezydenta Rzeczypospolitej, zawrzał oburzeniem lud wiejski i miejski w Wadowicach
      i w całym wadowickim powiecie. Poseł dr Putek, który prawie przyjechał z Warszawy ogło-
      sił, aby wszyscy zeszli się na wiec protestujący do sali „Domu Robotniczego”. Na wezwanie
      to przybyło kilka tysięcy ludzi. Po wyborze prezydium, do którego weszli ob. Wyrwiak,
      Malata, Kułaga, zabrał głos poseł dr Putek i w godzinnym przemówieniu napiętnował
      szkodliwą, spiskową robotę „hieny”, wśród ostrych okrzyków zgromadzenia skierowanych
      przeciw endeckim zbrodniarzom, a następnie przedstawił do uchwalenia rezolucję: lud
      ziemi wadowickiej uroczyście protestuje przeciw zbrodniczej robocie prowadzonej przez
      żywioły reakcyjne i zapowiada, że jeśli władze państwowe nie stłumią wywrotowych spi-
      sków, knowanych przez „hienę” przeciw ludowi i państwu, lud sam zniewolony zostanie do
      zrobienia porządku i obrony Konstytucji. Rezolucje uchwalone zostały jednomyślnie. Na-
      stępnie przemówił jeszcze ob. Papla P.P.S. i poseł Roman imieniem piastowców, protestując
      imieniem swoich stronnictw przeciw zbrodniom i bezprawiu prawicy, poczem całe zgro-
      madzenie uszykowało się w pochód i na czele z posłami i prezydium wiecu przeszło ulicą
      3 Maja i rynkiem pod starostwo, śpiewając pieśni rewolucyjne. Wybrana na wiecu delegacja
      z 25 obywateli ze wsi i miasta udała się do biura starosty, gdzie imieniem manifestantów
      poseł dr Putek złożył na ręce starosty słowa głębokiego współczucia z powodu ohydnego
      mordu dokonanego na osobie prezydenta Rzeczpospolitej, a następnie zwrócił uwagę na
      agitację nie przebierającą w środkach, a prowadzoną przez obszarników, burżuazję miej-
      ską, a zwłaszcza księży, rozwijającą się coraz bardziej dzięki poparciu władz administra-
      cyjnych i rządowych. W szczególności poseł dr Putek zażądał od starosty, aby podał do
      wiadomości księży agitatorów, którzy są moralnymi sprawcami zawichrzeń i zbrodni, aby
      się odsunęli od odprawiania nabożeństw żałobnych za duszę prezydenta, skoro go ogłosili
      za żyda. Niech mszę odprawiają ci duszpasterze, którzy ambon i ust swoich nie splamili
      podłą agitacją polityczną. Ob. Wyrwiak zwrócił uwagę na zajadłą agitację urzędników po-
      pierających „Chjenę”, a poseł Roman przyłączył się do wywodów poprzednich mówców.
      Starosta przyrzekł podać do wiadomości rządu życzenia i uwagi przedstawione przez de-
      legację. Po złożeniu sprawozdania i odśpiewaniu „Gdy naród do boju” manifestacja została
      zakończona.
                                                                                       J. Kułaga
             Porucznik Wojtyła, urzędnik wojskowy, bądź co bądź funkcjonariusz państwowy,
      musiał być wraz z rodziną głęboko poruszony tragedią całego narodu. Życie jednak, nawet
      tu na prowincji toczyło się nadal, co widać chociażby po materiałach prasowych z Chłop-
      skiego Sztandaru informujących o interpelacji posła Putka w sprawie opłat targowych
      w powiecie wadowickim.
             Chłopski Sztandar nr 5 z 1923 roku, str. 2
               „Poseł dr Putek wniósł do Ministra Spraw Wewnętrznych następującą interpelację
      w sprawie nadużyć przy pobieraniu opłat targowych przez magistraty i urzędy miejskie
      w powiecie wadowickim i żywieckim. „Z kół ludności włościańskiej dają się słyszeć skargi
      i żale z powodu pobierania zbyt wygórowanych opłat targowych (...)
               Najwyżej wyśrubowane zostały opłaty w Wadowicach. Opłata na przykład za konia
      prowadzonego na targowicę wynosi 3000 marek, tyleż od wozu naładowanego słomą.
      Nawet od próżnych wozów pobierane są opłaty targowe, a rygor ten jest stosowany wy-

Strona 227

Rozdział V - Dzieciństwo            225
łącznie do ludności wiejskiej, albowiem wjeżdżający do miasta w bryczkach i powozach
właściciele większych obszarów, opłat targowych od swoich pojazdów nie płacą (...)
      Wobec tego zapytujemy Pana Ministra:
    1) czyby nie zechciał tych praktyk magistratu i urzędów miejskich w powiecie (...)
       ukrócić (...)
    2) czyby nie zechciał wezwać kompetentnych czynników do przeprowadzenia do-
       kładnej lustracji gospodarki miejskiej (...) tak pod względem jej zgodności z pra-
       wem jak i celowości i użyteczności ogólnej.
                                                              Interpelant: dr Józef Putek
       Opłaty targowe odnoszą się do osób spoza Wadowic, przybywających na cotygo-
dniowe targi, w czwartki, co powodowało najazd furmanek, zwiększony ruch w rynku, tłu-
my na ulicach, ciżbę w rozmaitych „handelkach”. Odgłosy inwentarza, zapachy swojskie,
ludzka wrzawa - te zjawiska utrudniały codzienność mieszkańcom, a z drugiej strony po-
prawiały aprowizację i przynosiły miastu dochody.
       Numer 16 pisma z dnia 15 kwietnia 1923 roku przynosi na str.7 informację:
dr Franciszek Opydo były poseł do parlamentu oraz burmistrz miasta Wadowic umarł 31
marca 1923 roku. Był on jednym z twórców Stronnictwa „Centrum Ludowego”, a znany był
przede wszystkim jako dobry lekarz. Niech odpoczywa w pokoju.
       Aktywność posła Putka wyrażała się w ciągłym podejmowaniu nowych wyzwań,
tak na szczeblu lokalnym jak i poprzez działalność sejmową. I tak w swojej gazecie, wyda-
wanej w Choczni, donosi o podjęciu starań w kwestii otwarcia w Wadowicach seminarium
nauczycielskiego. Sedno sprawy najlepiej oddaje cytat: Chłopski Sztandar nr 25 z dnia
17 czerwca 1923 roku, str. 6.
       O seminarium nauczycielskim w Wadowicach.
        W sprawie otwarcia państwowego seminarium nauczycielskiego w Wadowicach
zgłosił w sejmie poseł dr Putek następujący wniosek:
        Gmina miasta Wadowic, uznając niezbędną potrzebę otwarcia seminarium nauczy-
cielskiego żeńskiego (...), a to tak ze względu na liczną młodzież miejscową, jak i powia-
tu, czyni od szeregu lat wnikliwe zabiegi u władz szkolnych o otwarcie takiego zakładu
szkolnego (...). W zabiegach tych popierają wadowicką reprezentację gminną zarządy mia-
sta Kalwarii, Suchej, Zatora, Andrychowa, jako zainteresowane (...), dzięki doskonałej ko-
munikacji kolejowej. O konieczności założenia tej uczelni w Wadowicach świadczy także
fakt, że na I i II kurs założonego przez gminę (...) prywatnego seminarium żeńskiego na
rok szkolny 1922/23 zapisało się 80 uczennic, mimo, że wpisy urządzano równocześnie
z wpisami do powiatowego seminarium żeńskiego w Kętach. Zaznaczyć należy, że gmina
miasta Wadowice zobowiązała się do wszelkich świadczeń na rzecz seminarium (...). Budy-
nek uznany w swoim czasie przez władze szkolne za odpowiedni (...) gotowy jest do odda-
nia go na potrzeby seminarium. Również gmina (...) zobowiązuje się ułatwić profesorom
uzyskanie mieszkania na wypadek zwinięcia seminarium w Kętach i przeniesienia grona
nauczycielskiego do Wadowic.
        Wobec powyższego Wysoki Sejm uchwalić raczy: Sejm wzywa Ministerstwo Oświe-
cenia Publicznego i Wyznań Religijnych do otwarcia państwowego seminarium nauczy-
cielskiego żeńskiego w Wadowicach z początkiem roku szkolnego 1923/24.
        Wniosek ten skierowany został do Komisji Oświatowej.
      Przy innej okazji Józef Putek upomina się o świadczenia dla rezerwistów powoła-
nych na ćwiczenia, który to zasiłek winno wypłacać starostwo w Wadowicach.

Strona 228

SZLAKAMI
                         Jana Pawła II
           Wadowice. Spacery po mieście.




                                                              Ulica Lwowska (3 maja) wiodła od
                                                              koszar w stronę Skawy, wśród parterowej
                                                              zabudowy po obu stronach.




Wojtyłowie często odwiedzali rodzinę Pukłów mieszkającą
na ulicy Mickiewicza, która była wylotową w stronę Choczni.
(żółty domek, po współczesnej przebudowie)




Planty, miejsce zabaw i wypoczynku dla dzieci.

Strona 229

Aleja kolejowa - szlak podróżnych od stuleci.




    Przy ulicy Zatorskiej znajdowała się pracownia
  Wicka Bałysa, przyjaciela Lolka, a nadto trakt ten
prowadził nad Choczenkę, która wówczas stwarzała
                            możliwości rekreacyjne.




 Ulica Tatrzańska stanowiła naturalne przedłużenie
          ulicy Kościelnej w kierunku południowym,
           prowadziła w stronę miejskiej nekropolii.

Strona 230

228          Rozdział V - Dzieciństwo

             Chłopski Sztandar nr 38 z dnia 16 września 1923 roku, str. 5
             Jak rząd wypłaca zasiłki wojskowe. Z wadowickiego.
              W imieniu wszystkich tutejszych rezerwistów, którzyśmy odbyli ćwiczenia wojsko-
      we w tym roku, upraszam Szanowną Redakcję „Chłopskiego Sztandaru” i naszych panów
      posłów o zajęcie się sprawą naszego zasiłku. Już pół roku mija od czasu kiedyśmy ukończyli
      ćwiczenia, a zasiłku przyznanego przez rząd Sikorskiego do tego czasu jeszcze nam Staro-
      stwo w Wadowicach nie wypłaciło. Prosimy o upomnienie się o naszą krzywdę. Bo przecież
      my jesteśmy i tak po prostu żebrakami. Skarb Państwa miał nam wypłacić zaraz ten marny
      zasiłek, tymczasem do tej chwili Starostwo wymawia się brakiem pieniędzy. Przecież już te-
      raz ściągnięto podatki, to może się znajdzie tych marnych parę tysięcy, żebyśmy mogli sobie
      chociaż jaką koszulinę (...) kupić. Kiedy trzeba było iść na ćwiczenia, to musieliśmy wszystko
      zostawić, a żony musiały się pożyczać na wyżywienie, ale myśmy spełnili obowiązek. Tak
      o nas dba nowy rząd.
                                                               Czytelnik „Chłopskiego Sztandaru”




             Wujostwo Wiadrowscy, Maria i Leon.

Strona 231

Rozdział V - Dzieciństwo                 229
        Niewiele jest bezpośrednich źródeł z pierwszej połowy lat 20 opisujących życie
i sprawy wadowiczan. Dlatego zdecydowałem się na cytaty in extenso, by przybliżyć czytel-
nikowi realia w jakich żyło się w mieście. Każdy może sam dokonać porównań i wyciągnąć
wnioski. W ten sposób możemy po części zasmakować ówczesnej rzeczywistości. Senior
Wojtyła związany z wojskowością mógł nawet pośrednio być włączony w sprawy, które wią-
zały się ze służbą, opisane powyżej. Czy znał posła Putka? Czy się z nim kiedy zetknął? Jest
to prawdopodobne, bo działacz ten był postacią głośną w mieście, a nawet i w kraju. Z całą
pewnością znał się z rodziną Pukłów o czym wiem z innego źródła, a u Pukłów bywali prze-
cież Wojtyłowie. Mogli się więc spotkać, a nawet rozmawiać o sprawach miasta czy kraju.
Prawnik, działacz, ludowiec, orędownik sprawy chłopskiej, był nieprzejednany w krytyce
warstw posiadających i środowisk klerykalnych, a także roszczeniowy w imieniu klas uboż-
szych w stosunku do władz lokalnych i rządu.
        W latach wczesnego dzieciństwa Loluś z rodzicami bywał właśnie u państwa
Pukłów. Mieszkali oni nieco na uboczu, w jednorodzinnym domu z ogrodem, przy
drodze z Wadowic do Choczni. Córka ich Danuta była rówieśniczką chłopca, on jednak
wolał braci, z którymi mógł dokazywać, a zwłaszcza Adama. Pani Danuta opowiadała mi
o tych zabawach, a nieco później wspomnienia jej zostały utrwalone w książce. Pasują chro-
nologicznie by zamieścić jej właśnie w tym miejscu.
        Wadowiczanka, powiązana rodzinnie (poprzez wuja Leona Wiadrowskiego, który
był mężem siostry Emilii Kaczorowskiej, Marii, matki chrzestnej późniejszego papieża) Da-
nuta z domu Pukło, przyjaźniła się z Karolem Wojtyłą w latach szkolnych, a ich ro-
dziny utrzymywały ze sobą bliskie kontakty. Dom Pukłów przesiąknięty był polskością
i patriotyzmem we wszystkich aspektach. Tej atmosfery doświadczał też dorastając Lolek,
znajdując oparcie w rodzinie Pukłów, gdy zabrakło matki, a potem brata. Wspomnienia
p. Danuty zebrałem w latach 80. Teraz przytaczam je wzbogacone o wersję pisemną za-
mieszczoną w książce: „W Wadowicach wszystko się zaczęło”. Wyd. Apostolicum, Ząbki
2001, autorstwa Danuty Gruszczyńskiej.
       „(...) Odkąd pamiętam bliskie kontakty łączyły moją mamę z mamą Lolka. Obie prze-
żywały podobne radości i smutki matczyne - maleńka siostra Lolka też zmarła. (trójka dzieci
Pukłów zmarła podczas epidemii w 1917 roku – dop. autora). Z moim młodszym bratem
Adamem i Lolkiem uczęszczaliśmy do ochronki, którą prowadziły siostry nazaretanki.”
        Zgromadzenie Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu już z początkiem XX wieku
czyniło starania o wybudowanie obiektu na terenie Wadowic. Ostatecznie dom został wy-
budowany i poświęcony w roku 1913. Zarówno kaplica sióstr nazaretanek, jak i kaplica
księży pallotynów na Kopcu posiadają status kaplic publicznych. Zakonnice posługiwały
w szpitalu, prowadziły ochronkę, a w latach powojennych zakład wychowawczy dla dziew-
cząt.6 W małym domku u zbiegu ulicy Młyńskiej i 3 Maja funkcjonowała interesująca nas
ochronka czyli przedszkole. Po II wojnie światowej siostry nadal opiekowały się dziećmi,
czego również doświadczyłem, gdy w latach pięćdziesiątych chodziłem do tej ochronki.
Pamiętam jej skromne wyposażenie, ogródek z piaskownicą i huśtawkami.
       Pora wrócić do wspomnień pani Danuty Gruszczyńskiej:
         „Często wspominam nasze wspólne zabawy z Lolkiem, zwłaszcza z okazji imienin mo-
ich i rodzeństwa. Pamiętam taki obrazek: na środku pokoju koń na biegunach. Mój brat Adam
ciągnie go do siebie za ogon, Lolek za grzywę. Obaj przeraźliwie krzyczą i płaczą. Nad nimi
moja mama usiłująca ich uspokoić i pogodzić. Jak wytłumaczyć dzieciom? Mały Adaszek miał


 6 - Andrzej Nowakowski: Z dziejów miasta i parafii Wadowice. Polskie Towarzystwo Teologiczne, Kraków
     1985

Strona 232

230             Rozdział V - Dzieciństwo




      Klasztor sióstr Nazaretanek.
      wtedy lat trzy, a Loluś cztery i pół. Pamiętam, że wrócił z mamą do domu zapłakany.” Inny epi-
      zod ze wspomnień D. Gruszczyńskiej: „z okien z mieszkania Wojtyłów, których odwiedzaliśmy
      w dni świąteczne patrzyliśmy na przechodzące z modlitwą i śpiewem procesje i cieszyliśmy się
      widząc dziewczynki sypiące kwiatki i małych chłopców z dzwoneczkami. Z lat poprzedzają-
      cych edukację w pamięci mojej zachowały się te dwa wspólne przeżycia. Resztę zatarł czas.”
              Być może, że dzieci chodziły wspólnie do przedszkola pod opieką kogoś dorosłego.
      Idąc od Pukłów do ochronki przechodzi się przez rynek, można przy okazji zabrać Lolka.
      Czy była to jesień 1923 roku, czy wiosna 1924 roku tego nie udało się ustalić. Próbowałem
      w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia dowiedzieć się czegoś więcej w tej sprawie.
      Przejrzałem przechowywane przez siostry dokumenty w Wadowicach, jak i w Krakowie na
      ul. Warszawskiej w ich nadrzędnym odpowiedniku. Jedynie ze wspomnień wiem, że zajęcia
      prowadziła ówcześnie siostra Filotea. Może Lolusia odprowadzała mama, a może ojciec, gdy
      szedł do pracy tą samą drogą, ulicą 3 Maja, przechodząc obok ochronki. Mogło być różnie,
      raz tak, a raz tak. Nie mógł tego robić brat Edmund, który w 1924 roku zdał maturę i jako
      nadzwyczaj zdolny zapisał się na studia medyczne w krakowskiej wszechnicy.
              Niewiele szczegółów z działania przedszkola u nazaretanek da się ustalić. Może-
      my jednak przywołać wspomnienia samego papieża, który zapamiętał pewne epizody
      z ochronki. Zachowała się jedyna fotografia z tego okresu, a to ojca Wojtyły ze swoim
      synem Karolem. Porucznik w okularach, w mundurze oficerskim, a syn w bluzie z ma-
      rynarskim kołnierzem, niby w mundurku przedszkolaka. Siedzą na ławeczce w atelier
      fotograficznym. Twarz dziecka niestety jest nieostra. Może poruszył się w momencie odsło-
      nięcia obiektywu, bo rysy ojca są wyraźne.
               Milena Kindziuk w swojej książce „Matka papieża” cytuje Ojca Świętego „(...) Wyraź-
      nie mi się rysuje Nazaret wadowicki i siostry nazaretanki (...). Kiedy widziały nas wałęsa-
      jących się po ulicach w środku miasta, zaczęły nas do siebie zapraszać, jak to się wtedy
      mówiło do ochronki. Więc ja trafiłem wtedy, w czasie wakacji do tej ochronki nazaretańskiej
      (...) W takim wieku kiedy się jeszcze mówi o człowieku maluch (...). Bardzo dobrze sobie za-
      pamiętałem ten Nazaret, siostry i tą ochronkę. To jest jedno ze wspomnień, które najdłużej
      mi zostało w pamięci z pierwszych lat mojego życia, jeszcze przed szkołą”.

Strona 233

Rozdział V - Dzieciństwo                   231




                                                                      Ochronka Sióstr Nazaretanek.

        Biografowie papieża przytaczają epizod z tych lat, który utkwił naszemu rodakowi
w pamięci. Mały Lolek był kiedyś niegrzeczny i dostał klapsa od siostry Filotei. Po la-
tach jako metropolita, będąc u nazaretanek zapytał: „czy jest między wami siostra, która się
mną opiekowała? Pamiętam jak dała mi cztery klapsy i postawiła w kącie.” Gdy zmieszana
siostra zaczęła przepraszać arcybiskupa ten odrzekł: „droga siostro, proszę mnie nie prze-
praszać. To ja chciałbym serdecznie podziękować siostrze za te klapsy! O, jak mi się przydały.
Wyklepała wtedy siostra ze mnie wiele zła. Dzięki temu dużo spokojniejsze miałem życie...”
Takie zdarzenie przetrwało tyle lat w pamięci, bo było niecodzienne. Sądzę, że żywy nad
wyraz chłopczyk był w rodzinie traktowany pobłażliwie i chyba nigdy nie spotkał się z karą
fizyczną. A do tego jeszcze stał w kącie. Ambitny, wrażliwy dzieciak przeżył tę niecodzienną
sytuację i wryła się ona w jego pamięć, gdyż silne było jej podłoże emocjonalne. Chodzenie
na zajęcia do sióstr było też odmianą, wobec codzienności ulicznej wśród rówieśników. Bo
to i inne miejsce, przystosowane do zajęć z dziećmi, inne otoczenie z ogródkiem do zabaw,
więcej kontaktów społecznych z rówieśnikami i dorosłymi. A jeszcze zorganizowane zaba-
wy, zabawki do użytku uczestników, czytanie bajek, śpiewanie piosenek, wspólne spacery
i modlitwy. Coś odmiennego się zjadło w grupie głodomorów, może jakieś słodycze, bądź
owoce, co w domu mogło być rzadkością. Tyle domysłów i przypuszczeń, bo mimo prób
poszukiwań nie udało się odnaleźć żadnej dokumentacji, by powyższe uwagi uwiarygod-
nić. Na moje zapytania, po latach, kiedy takie szczegóły nabrały wagi, siostry niezmiennie
odpowiadały, że cokolwiek przetrwało wojnę to zostało zniszczone w latach stalinizmu. By
nic nie wpadło w niepowołane ręce, by nikomu nie zaszkodzić, wszelkie archiwalia, nawet
spisy dzieci, dzienniki zajęć i programy edukacyjne, spalono by nie został żaden ślad. Pozo-
stała tylko pamięć ludzka, zniekształcona latami i subiektywizmem.
        U źródeł pobożności chłopca, a później gimnazjalisty i młodzieńca jest na pewno
wychowanie domowe. Matczyne powtarzanie modlitwy z dzieckiem, śpiewanie nabożnych
pieśni i częste chodzenie do kościoła, przy różnych okazjach i bez okazji. Skutecznie dzia-

Strona 234

232             Rozdział V - Dzieciństwo

      ła przykład dorosłych. Sądzę, że od najmłodszych lat dawała go matka Emilia swojemu
      młodemu synowi, a gdy już coś niecoś rozumiał, uczyła go by klękać rano i wieczorem i od-
      mawiać pacierz. Tak robił więc zawsze bez względu na otoczenie i okoliczności, włączając
      w to południowy Anioł Pański. Rzucone ziarno kiełkowało wzmacniane przez wychowanie
      przedszkolne sióstr nazaretanek. Obcowało się ze świętymi obrazami, z krzyżem, z modli-
      twą i pieśnią, obok kaplicy, dzwonów i sióstr w zakonnych strojach. Tu rytm tygodniowy
      wyznaczały niedziele i święta, a w szerszym kontekście - rok liturgiczny. Krótko mówiąc
      wychowanie religijne od najmłodszych lat.




      Ojciec z przedszkolakiem Lolkiem, ok. 1924 r.
              Rok 1924 przyniósł ważne wydarzenie dla Wadowic, a zwłaszcza dla tutejszego
      garnizonu, poświęcenie sztandaru pułkowego. Chłopski Sztandar zamieścił krótką rela-
      cję z tej uroczystości.
                Chłopski Sztandar nr 32 z dnia 10 sierpnia 1924 roku, str. 8
              „Uroczystość poświęcenia sztandaru pułkowego obchodziła ziemia wadowicka
      w dniu 3 sierpnia. Uroczystość rozpoczęło nabożeństwo na rynku wadowickim, po czym
      odbyło się poświęcenie sztandaru i wręczenie go pułkowi. Na uroczystość przybyli marsza-
      łek Sejmu Rataj, marszałek senatu Trąmpczyński, posłowie i senatorowie, wojewoda Kowali-
      kowski, generał Szeptycki oraz reprezentanci władz wojskowych i cywilnych. Następnie pułk
      12 gościnnie podejmował uczestników uroczystości. Wracając z uroczystości, p. marszałek
      Sejmu Rataj zabawił parę chwil w Choczni u posła Putka.”
              Ten wyjątkowy dzień, był zapewne uroczysty i dla Wojtyłów. Byli na mszy,
      uczestniczyli w ceremonii, a może i w spotkaniu wojska z zaproszonymi gośćmi. Kto
      wie czy porucznik Wojtyła nie był włączony w organizację tej rzadkiej, a podniosłej uroczy-
      stości, a nawet czy nie reprezentował ważnej agendy 12pp. jaką była Powiatowa Komenda
      Uzupełnień.

Strona 235

Rozdział V - Dzieciństwo                            233




                                                 Poświęcenie sztandaru pułkowego 12 pp - 3 sierpnia 1924 roku.
        W tym samym numerze Chłopskiego Sztandaru tragikomiczny opis kościelnej kra-
dzieży, komentowany potem przez wadowiczan i przez sąsiadki pani Emilii.
        „Modlił się pod figurą - a diabła miał za skórą niejaki Grabowski, inwalida z Wadowic.
Sprzedawał on przez kilka lat na rynku klerykalne gazety, a w szczególności „Lud katolicki”.
W parafialnym kościele, w którym codziennie się nabożnie modlił i omiatał prochy z ołtarza,
pewnego razu tak zręcznie omiatał te prochy, że „zmiótł” do worka monstrancję i kielichy.
Z temi przedmiotami schował się na chórze, tu jednak przyłapał go kościelny. Oczywiście
dla uniknięcia kompromitacji nie oddano go w ręce władzy. Grabowski miał jednak więcej
poczucia honoru, niż ci co go osłaniali, bo poszedł na planty i na kasztanie się powiesił. Wy-
dało się, że miał on jeszcze kilku pobożnych wspólników, których przymknięto.”
        Gazety lubowały się zawsze w opisach zdarzeń niecodziennych, w tematyce bul-
warowej, w ubarwionych historyjkach i sensacyjkach, które przyciągały czytelników. Na-
tomiast kroniki szkolne, protokolarze, sprawozdania i notatki służbowe utrwalały zbyt su-
chym językiem podejmowane decyzje, uchwały, głosy dyskusyjne, rzadko tylko przetykane
odniesieniami lokalnymi, bądź subiektywnymi odczuciami. Oto próbka zapisów źródło-
wych z księgi cechowej i z kroniki szkolnej.
       Archiwum Państwowe w Katowicach - Oddział Bielsko-Biała. Sygnatura ACW 27
       Księga uchwał Cechu Krawców, kuśnierzy, kapeluszników, fryzjerów i golarzy
       w Wadowicach. Str. 88 – „protokół spisany na posiedzeniu Komitetu sprawienia
       sztandaru w dniu 9 X 1924 r.
        „(...) następnie po dłuższej dyskusji uchwalono urządzić zabawę taneczną w Czytelni
mieszczańskiej w dniu 8 listopada 1924 roku o godzinie 8:00 wieczór. Czysty dochód prze-
znaczono na cel sprawienia Sztandaru Cechowego. Co do muzyki pozostawiono przełożo-
nemu wolną rękę o ile nie będzie wygórowana cena. Komitet ma się postarać o udzielenie
sali w Czytelni Mieszczańskiej. Zaproszeniami ma się zająć sekretarz Struzik. Wstęp na salę
za zaproszeniami. Bilet wstępu od osoby 1 zł 50 gr (...)”

Strona 236

234          Rozdział V - Dzieciństwo

              1923/24 Kronika szkoły żeńskiej w Wadowicach, fragmenty wybrane – „ Dzięki
      Min. Sk. P. Grabskiemu mamy od 1/5 stałą walutę: 1 zł = 100 groszom; w stosunku do Mk
      według relacji: 1 zł = 1.800 000 Mk. Obok zł. będą jeszcze do końca roku 1924 i Mk, któ-
      rymi też zastępować musimy grosze. Wobec opartego na realnych podstawach „złotego”
      jest uzasadniona nadzieja, że i ceny artykułów do życia ustalą się niebawem. Wzrastając
      z dnia na dzień dosięgały już kwot fantastycznych np. 1 kg chleba kosztował w maju 480000
      Mk, a jajo 100 000 Mk. Pobieraliśmy wprawdzie płace w setkach milionów, ale te nieraz po
      połowie miesiąca były wyczerpane i nie byłoby żyć z czego dalej, gdyby nie przyznawano
      nam procentowych dodatków.” Na emeryturę odchodzi dyrektorka szkoły (prowadząca tę
      kronikę) Rozalia Szewczykówna - sierpień 1924 roku.
             Poniżej ciekawostki z kroniki karmelitów. W takim wydarzeniu mogli uczest-
      niczyć także Wojtyłowie, zwłaszcza że festyn uświetniało wojsko.
               „10 VIII. W dniu tym po południu odbył się festyn i loteria fantowa, aby zebrać trochę
      pieniędzy na zakup nowych dzwonów w miejsce zabranych na wojnę. W tym celu zawiązał
      się komitet obywatelski z emerytowanym generałem wojskowym panem [Juliuszem] Bija-
      kiem na czele, który zajął się urządzeniem festynu i loterii fantowej. Dzięki energicznej akcji
      pana generała Bijaka i osób życzliwych dla klasztoru zebrało się fantów wartościowych bar-
      dzo wiele. Samych kur i kurcząt zniesiono ponad 200, królików 120, prosiąt 7, cieląt 2, gęsi
      13, kaczek 10 i wiele innych pożytecznych rzeczy. Festyn odbył się w parku miejskim, przy
      udziale muzyki wojskowej, którą z życzliwości komendanta pułkownika Franka dostaliśmy za
      darmo. Pogoda dosyć sprzyjała, choć w poprzedni dzień bardzo lało, dlatego festyn się udał
      i loteria miała wielkie powodzenie, w przeciągu godziny rozprzedano wszystkie 20 000 przy-
      gotowane losy, w których 2000 było wartościowych. Kilka grubych fantów zostawiono na
      tak zwaną licytację amerykańską, ale ta nie bardzo się powiodła, gdyż z powodu spóźnionej
      pory nie można jej było doprowadzić do końca, dlatego resztę przywieziono do klasztoru,
      aby sprzedać na targu. Cały dochód z tej akcji obywatelstwa, które w tym względzie okazało
      bardzo wielką życzliwość, wynosił prawie 5000 zł, czego nigdy się nie spodziewaliśmy. Było-
      by jeszcze więcej, gdyby te grubsze fanty, z wyjątkiem dwóch lub trzech, dano do zwyczaj-
      nej loterii, a losy sprzedawano po 15 gr. Zabawa przeciągnęła się do 10 wieczór spokojnie
      i bez żadnych ekscesów. O. Sylwester i o. Augustyn, którzy funkcjonowali jako rachmistrze,




                    Absolwenci z profesorami po maturze w 1924 r. Edmund Wojtyła, drugi od lewej w środkowym rzędzie.
                          Od lewej siedzą profesorowie: Pollner, ks. Karaś, dyr. Doroziński, Damasiewicz, Sokólski.

Strona 237

Rozdział V - Dzieciństwo          235
wrócili z łupem o godz. 11. Skutkiem tak pomyślnego i niespodziewanego wyniku można
było zaraz dzwony zamówić, co też uczyniono 19 VIII w firmie Karol Schwabe w Białej, gdzie
nas skierował osobny komitet rzeczoznawców, którym dzwony parafialne Felczyńskich nie
podobały się. Oprócz tego nasza siostra Anna Michałkówna, przełożona trzeciego Zakonu,
kwestowała po wsiach, gdzie dość ochotnie [brak orzeczenia], mimo wielkich braków i ubó-
stwa. Jak zwykle, ubodzy najchętniej dawali. Owocem tej akcji będą dzwony, które będą
rozbrzmiewały chwałą Bożą, a więcej jeszcze pocieszającym owocem jest to powszechne
uznanie naszej cichej pracy w konfesjonale, bo tam tylko wchodzimy w styczność z ludno-
ścią najdalszych okolic [II, 250-251]”.
        Skoro Karol Wojtyła, czterolatek chodził do ochronki, to spotkał tam rówieśników,
z którymi nawiązał dziecięce relacje, a to z kolei stymulowało jego współdziałanie w gru-
pie. Tych procesów nie można niczym zastąpić, trzeba emocje zdobyte w rodzinie poszerzać
o kontakty społeczne. Każda matka musi w którymś momencie wypuścić swoją pociechę
z gniazda i dać jej szansę na samodzielność, dać jej możliwość sprawdzenia się w gronie
rówieśników, porównywania i równania do nich. Moment ten bywa ryzykowny, bo nieraz
wyniesione z rodziny sposoby działania, zderzają się z innymi, może dochodzić do agresji
i do próby wykorzystywania młodszych lub naiwnych. Podobne rozterki przeżywała pani
Emilia matka 4,5 latka. Lolek był dzieckiem ruchliwym, rozbieganym, lgnącym do rówieśni-
ków z podwórka. Trwały więc gonitwy, słychać było krzyki i śmiechy, a nieraz płacz. Zgraja
kilkulatków to przycichała, to dawała o sobie znać ze zdwojoną siłą. W rękach patyki udające
baty lub karabiny, a innym razem kopanina jakąś szmacianką czy puszką, zastępującą piłkę.
Zabawy w wojsko, kryjówkę i tak przez całe popołudnie, aż mama nie zawołała do domu.
         Odwiedzając w latach 80 sąsiadów i znajomych m.in. p. Helenę Szczepańską, Fran-
ciszka Zadorę, Mariana Cichonia czy Zenona Kęckiego pytałem ich jakim dzieckiem był Lo-
luś. Zwykle mówili, był grzecznym ułożonym, nad wyraz żywym chłopczykiem. Gdy szedł
z ojcem lub matką na spacer, trzymany za rękę podskakiwał, podrygiwał. Syn krawca, wy-
bitny wadowicki gimnastyk Zenon Kęcki wspominał, że Lolek skakał u ojca w warsztacie
po krzesłach i stołach. To co zapamiętali z dzieciństwa papieża było na tyle ogólne i nie-
sprawdzalne, że nawet tego nie nagrywałem. Szukałem głównie konkretnych epizodów,
w których uczestniczył Lolek, a gdy takich pojedynczych wydarzeń zabrakło, odnosiłem
wrażenie, że wspominających zawodzi pamięć. Teraz po latach, gdy piszę te słowa, mam
nieco inny pogląd. Sądzę, że można wyszukać w pamięci pewne, charakterystyczne zacho-
wania jakiejś postaci, powtarzające się zwroty językowe, gesty właściwe tylko tej osobie.
Mogą one wiele wnosić do obrazu opisywanej postaci mimo, że nie dotyczą konkretnej
sytuacji. Ci, którzy coś zapamiętali z czasów dzieciństwa późniejszego Jana Pawła II, mu-
sieli mieć przynajmniej kilka lub kilkanaście lat więcej od niego. W latach osiemdziesiątych
ubiegłego wieku, mieli od 70 do 80 lat. Zadora i Cichoń byli starsi od papieża około 10 lat
i z tej perspektywy obserwowali młodsze rodzeństwo i ich towarzystwo, natomiast Szcze-
pańska i Kęcki patrzyli na Lolka oczami dorosłych. Jednym i drugim jawił się jako jednostka
szczególna, przebojowa, zwracająca na siebie uwagę.
        Gdy Loluś poszedł do przedszkola, żona porucznika Wojtyły miała trochę
mniej obowiązków domowych. Edmund studiujący w Krakowie pojawiał się w domu
tylko od czasu do czasu, głównie w niedzielę. Studiował medycynę w latach 1924–1929.
Najpierw mieszkał na stancjach, a po trzech latach trafił do bursy na ul Garbarskiej 7. Przez
cały okres studiów cierpiał na niedobory materialne, bo ani pensja ojca, ani tym bardziej
późniejsza emerytura, nie wystarczały na pokrycie kosztów studiów i utrzymanie w Krako-
wie. Z relacji wspominających nie wynika aby otrzymywał w tym czasie wsparcie ze strony
krewnych z rodziny matki. Ale nie jest to wykluczone, o ile skromność pozwalała mu zabie-
gać o pomoc i ujawniać problemy. Generalnie Wojtyłowie nie utrzymywali zbyt zażyłych
kontaktów z kuzynostwem, ciociami, a nawet z rodzeństwem, co pośrednio można tłu-

Strona 238

236           Rozdział V - Dzieciństwo

      maczyć aspiracjami rodziny z Wadowic. Krewni ze strony matki bez wyjątku związani byli
      ze środowiskiem rzemieślniczym i kupieckim, podczas, gdy ambicje Wojtyłów z prowincji
      sięgały dużo dalej, co dobitnie potwierdziła przyszłość.
             Lato w 1925 roku przyniosło znowu powodzie, wezbraną Skawę, która niszczy-
      ła dorobek rolników, zabierając lub zalewając plony. Informacje o tym znajdziemy w kar-
      melickiej kronice klasztornej.
             „17 VII. Tegoż samego dnia przybyła procesja z Graboszyc z księdzem proboszczem
      do naszej św Tereni, za jej pośrednictwem uprosić pogodę, gdyż w tym roku Pan Bóg na-
      wiedził nas częstymi deszczami i powodziami, tak dalece, że woda pozabierała lub znisz-
      czyła plony rolników. Skawa wylała szeroko, zatapiając okoliczne niżej położone zabudo-
      wania. Mówiono, że jeszcze nie pamięta nikt tak wielkiego zniszczenia przez wylewy, jak
      tegoroczne. [II. 264]”




      Powódz w Wadowicach (ul. Legionów)
              Najmłodszego syna trzeba było odebrać z ochronki w godzinach wczesnopopołu-
      dniowych co było przyjemnym urozmaiceniem dnia, o ile tylko zdrowie dopisywało Emilii.
      Ulica 3 Maja z rynku w stronę nazaretanek, była miejskim deptakiem. Zawsze można było
      kogoś spotkać, zajrzeć do mijanych sklepów, zamienić kilka słów z obsługą salonu fry-
      zjerskiego Borgera, czy zapoznać się z repertuarem kina, które mieściło się obok hotelu
      Wysogląda. Po powrocie do domu mama podawała obiad, a po nim Lolek wybiegał na
      podwórko. Potem pozostawała codzienna krzątanina, czytanie gazet, robótki ręczne pani
      Emilii, a także rozmowy o sprawach zwykłych i o wielkiej polityce.
              Porucznik Wojtyła niewiele mówił o pracy w domu. Nie był wylewny, chyba, że żona
      dopytywała się jak minął dzień. Praca w P.K.U. była absorbująca, niosąca ze sobą napięcia,
      a przy tym jak to w wojsku otrzymywało się rozkazy, które trzeba było bez gadania wy-
      konywać. Ich treści mogły być poufne, przeznaczone tylko do obiegu służbowego. Pisma
      nie zawsze były jasne, a gdy chodziło o sprawy finansowe trzeba było dopytać. Naczelnik

Strona 239

Rozdział V - Dzieciństwo             237
kancelarii odpowiadał za sprawne funkcjonowanie urzędowej korespondencji czyli obieg
pism, terminowość przesyłania materiałów, prawidłowy rozdział poleceń pisarzom, goń-
com i siłom pomocniczym. Zdarzały się sprzeczne wytyczne, wtedy kierowano zapytania.
Oto przykład:
       Pismo z dnia 6 lutego 1925 roku z PKU w Wadowicach do Dowódcy Okręgu
Korpusu Nr V (oddział ogólny) z zapytaniem w sprawie biletów kolejowych.
        Rozkaz (...) przewiduje, że rekruci przeznaczeni do wcielenia do formacji ewi-
dencyjnych, ulokowanych w odległości do 25 km od miejsca ich stałego zamieszkania,
udają się do formacji ewid. marszem pieszym (...) Według pkt. 15 wyżej wspomnianego
rozkazu (...) do imiennej karty powołania należy dołączyć kredytowany bilet kolejowy trze-
ciej klasy dla pociągów osobowych, o ile miejsce postoju formacji ewidencyjnej odległe
jest ponad 50 km od miejsca zamieszkania powoływanego rekruta.
        Wobec sprzeczności wyżej przytoczonych dwóch punktów oraz dla uniknięcia
ewentualnego, niepotrzebnego wystawiania biletów kredytowych dla niektórych rekru-
tów (jak to miało miejsce przy powołaniu we wrześniu 1924 roku) - proszę o zasadnicze
rozstrzygnięcie na jaką odległość (ponad 25 czy ponad 50 km) należy wydać powołanym
rekrutom kredytowane bilety kolejowe, jak również, o spowodowanie najrychlejszego
przydzielenia tutejszej komendzie potrzebnej ilości biletów kredytowanych, względnie
z uwagi na zapowiedziane zniesienie biletów kredytowanych od 1 marca br. - o nadesłanie
innych dokumentów, lub kart powołania uprawniających rekrutów do wolnego przejazdu
koleją.
                                                              Kom. PKU Olszewski ppułk
       Sporo zachodu ze strony PKU wymagały tzw. „zebrania kontrolne”, które organi-
zowano dla szeregowych rezerwy i pospolitego ruszenia, jak i dla oficerów rezerwy i po-
spolitego ruszenia. Problemy jakie pociągnęły za sobą te przeglądy ukazują kolejne pisma
i sprawozdania.
       Pismo z PKU do Dow. Garnizonu w Wadowicach z dnia 1 października 1925
        (...) przesyłam w załączniku jeden egzemplarz obwieszczenia o powołaniu do ze-
brań kontrolnych szeregowych rezerwy i pospolitego ruszenia z bronią, wraz z planem sta-
wiennictwa na powiat Wadowice.
        Zebrania kontrolne odbędą się w miejscu i lokalu ustalonym i zapodanym przez Ko-
mendę Garnizonu i proszę o zarządzenie urządzenia tego lokalu stosownie do celu, przez
zaopatrzenie w sprzęt nieodzowny.
        W sprawie dostarczenia asysty policyjnej w czasie trwania urzędowania Komisji kon-
trolnej zwróciło się Dow. Okr. Korpusu V do województwa.
                                                                Wz. Kom. Major Służewski
      Pismo z PKU Wadowice do Dowództwa Okręgu Korpusu nr V w Krakowie. Wa-
dowice 16 listopada 1925.
        Sprawozdanie z raportu kontrolnego odbytego z oficerami rezerwy i pospolitego
ruszenia w dniu 4 XI 1925 w PKU w Wadowicach.
        Kontrolę przeprowadził komendant PKU - podpułkownik Witold Olszewski z do-
danym mu do pomocy porucznikiem administracyjnym Ludwikiem Kurnickim z D-twa
6 Dyw. Piechoty w Krakowie. Raport rozpoczęto o godzinie 9:15, a ukończono o 11:30. Do
raportu powołano 58 oficerów i dwóch urzędników wojskowych. Jawiło się 22, nie jawiło
się 38.
        Po nakazanym ogłoszeniu rozkazów i pouczeń przystąpiono do właściwej kontroli,
która po uregulowaniu usterek natury formalnej wykazała że:

Strona 240

238          Rozdział V - Dzieciństwo

       1) Oficerowie, którzy w wojsku polskim nie służyli umundurowania, ekwipunku i uzbro-
          jenia nie posiadają – 6 przypadków
       2) Z 15 oficerów i urzędników wojskowych, którzy w wojsku polskim służyli
          a) 4 posiada kompletne umundurowanie i ekwipunek
          b) 7 posiada częściowo umundurowanie i ekwipunek
          c) 5 nie posiada umundurowania i ekwipunku
              Warstwy społeczne 38 oficerów nie przybyłych do kontroli (…): urzędnicy prywatni
      – 12, aptekarze – 3, emeryci – 1, urzędnicy państwowi – 10, lekarze – 2, adwokaci – 1, rolnicy
      – 1, studenci – 6, kupcy – 1, właściciele dóbr – 1.
              Powód nie zjawienia się do kontroli należy przypuszczalnie przypisać w znacznej
      mierze istniejącym ciężkim stosunkom gospodarczym i materialnym, znaczny bowiem od-
      setek (85%) nie przybyłych są to urzędnicy, studenci itp., dalej w części niedokładnemu czy-
      taniu ogłoszeń o mającej się odbyć kontroli, w części zaś niezupełnemu stosowaniu się do
      wymogów przepisów meldunkowych.
              U przybyłych do kontroli oficerów zaobserwowano odpowiedni duch i zaintereso-
      wanie się wojskiem.
                                                                       Kom. PKU Olszewski ppułk
            Pismo z PKU do Dow. Okręgu Korpusu nr V w Krakowie, Wadowice 3 grudnia
      1925 roku.
             (...) Wobec, nastałych w ostatnim okresie czasu anormalnych stosunków ekono-
      micznych wywołanych spadkiem waluty proszę (...) o wzięcie pod uwagę następujących
      okoliczności:
      1) Pozostała część szeregowych rezerwy i pospolitego ruszenia mająca zjawić się do do-
      datkowej kontroli, zaniedbała swego obowiązku dotychczasowego stawienia się, z wyjąt-
      kiem znajdujących się za granicą tj. nieobecnych, prawie wyłącznie z powodu braku środ-
      ków pieniężnych lub odległego zajęcia przy robotach; ostatecznie chociażby i bezrobotni
      się między tymi znajdowali, to jeśli otrzymują oni w ogóle jakieś regularne wsparcie, jest
      ono na skutek drożyzny tak znikomym, że osobnik taki posiadając rodzinę trudno z niego
      wyżyć może i jazdy koleją na swój koszt uskutecznić nie jest w stanie. Że tak jest dowodzą
      takie pisma oficerów rezerwy, w których zgłaszający się podają wprost, że nie są w sta-
      nie zgłosić się do raportu kontrolnego, jak i to, że zawezwani lub doprowadzeni popisowi
      jak i rezerwiści z odleglejszych miejscowości każdorazowo żebrzą wprost o udzielenie im
      wsparcia na powrót do domu, na co Komendant PKU żadnych środków nie posiada.
      Okoliczność ta daje więc już z góry powody do przewidywania, że tylko bardzo nieliczna
      ilość odnośnych szeregowych rezerwy i pospolitego ruszenia do dodatkowych zebrań
      kontrolnych zgłosi się w siedzibie PKU - dokąd ma przecież dalej niż do miejsca w których
      Komisje K. urzędowały.
      2) Na skutek tego wypadałoby po myśli „Szczególnych Wskazówek” - wszystkich takich
      opornych doprowadzić i ukarać, a za uchylającymi się robić dochodzenia, gdy tymcza-
      sem: doprowadzenie opornych, wobec teraźniejszego kryzysu walutowego sprowadzi
      niezmierne rozgoryczenie ludności na Państwo, a więc i Wojsko, koszta zaś jego przez do-
      prowadzenie przez Policję Państwową, po obliczeniu podróży i diet wprowadzą nowe wy-
      datki, a i tak doprowadzenie wszystkich uchylających się jest wykluczone.
      Ponadto wypadnie odbywających karę aresztu utrzymywać kosztem Skarbu, co znów ob-
      ciążenie przyniesie. Reasumując wszystko powyżej przytoczone, proszę o spowodowanie
      u M. S. Wojsk. zaprzestania w br. całej akcji za opornymi uchylającymi się, z pozostawie-
      niem jej na rok 1926, do następnych zebrań kontrolnych.

Strona 241

Rozdział V - Dzieciństwo                       239




         Pieczątki używane w kancelarii PKU.

Strona 242

240          Rozdział V - Dzieciństwo

             W latach 1924 – 1926, zdecydowanie spadło zagrożenie konfliktami wojennymi. Za-
      potrzebowanie na rekruta nie było gwałtowne, pobory mogły się odbywać planowo, acz
      nie przebiegały bezproblemowo. Świadczy o tym pismo z PKU w Wadowicach do Inspekto-
      ra Poborowego przy Dowództwie Okręgu Korpusu nr V w Krakowie.
             PKU do Inspektora Poborowego D.O.K.V w Krakowie. 3 października 1925 roku.
               W wykonaniu rozkazu (...) melduję, że najlepszym środkiem przeciw wszelkim nad-
      użyciom jest:
      1) Możliwie ścisła kontrola przeprowadzana przy każdej sposobności, tak przez Komen-
      danta - jako też i referentów PKU.
      2) Doborowy materiał pisarski, odpowiedzialny również za swoje czynności - gdyż prze-
      ważna część tychże czynności z powodu ogromu pracy musi polegać na zaufaniu.
      (...) W sprawie nadużyć przy poborze i zwalniania poborowych to personel PKU nie może
      takich popełnić, ale mogą się dziać nadużycia w komisjach poborowych, a Komendant
      PKU w myśl obecnych przepisów nie ma prawie żadnego głosu, gdyż właściwie decydują-
      cy głos posiadają lekarze.
      Muszę w końcu zaznaczyć, że zupełnie niewystarczające uposażenie nie wpływa dodat-
      nio na moralną siłę pracowników. Dla sanacji stosunków w PKU pewne, stałe dodatki dla
      wszystkich pracowników, a specjalnie za godziny poza urzędowe - miałyby ogromne zna-
      czenie.
      Lotnicy mają dodatki za narażanie życia – słusznie. Ale do życia potrzebne jest zdrowie,
      a ciągła praca poza godzinami urzędowymi, złe odżywianie się oraz ciągła zmora odpowie-
      dzialności nie przyczyniają się chyba do zdrowia.
                                                            Wz. Komendanta Służewski – major
               W tym czasie w wadowickiej PKU w porównaniu z okresem 1919 – 1920, nastą-
      piła dostrzegalna stabilizacja personalna. Jak wynika z fragmentarycznych dokumentów
      w latach 1924 – 1926 funkcję komendanta PKU w Wadowicach pełnił ppułk. Witold Olszew-
      ski, zaś od 1927 roku Ludwik Trznadel. Zastępcą tego pierwszego był major Służewski.
             Informacje te jak i cytowane powyżej materiały źródłowe zaczerpnąłem z doku-
      mentacji przechowywanej w archiwach. W tym przypadku chodzi o zasoby Archiwum
      Państwowego w Katowicach - Oddział w Bielsku-Białej. Gdy przeglądałem je przed laty,
      jeszcze w Oświęcimiu, nie miały sygnatury, dlatego kluczowe były nagłówki i daty. W takim
      porządku je cytuję.
              Pismo „Chłopski Sztandar” wydawane w Choczni było w owym czasie organem
      Z.P.S.L. Wyzwolenie, przynosiło trochę wiadomości o wydarzeniach w Wadowicach.
      Wprawdzie głównie ze swojego środowiska politycznego, ukazywanego w tonie pozytyw-
      nym, a krytycznie pisano o konkurujących ugrupowaniach i o mieście. Niemniej te źródła,
      mimo, że subiektywne, są bardzo cenne, bo jedyne. Ziemia wadowicka nie miała wówczas
      żadnych innych pism lokalnych.
              Władze miejskie i mieszkańcy Wadowic dostrzegali siłę ruchu ludowego skupionego
      wokół osoby posła Józefa Putka, odczuwali bliskość aktywnej politycznie Choczni, bo raz
      po raz oglądali chłopskie pochody i manifestacje, dowiadywali się słuchając mówców o ich
      programach i żądaniach.
             Chłopski Sztandar numer 8 z dnia 22 lutego 1925, str. 3
             Olbrzymi wiec ludowy w Wadowicach.
              W ostatnim 30-leciu sporo wieców odbyło się na terenie ziemi wadowickiej, ato-
      li najstarsi działacze ludowi nie pamiętają, aby kiedykolwiek tak licznie zeszedł się lud na
      wiec polityczny, jak zeszedł się w dniu 15 lutego na publiczny wiec Z.P.L. „Wyzwolenie”. Wiel-

Strona 243

Rozdział V - Dzieciństwo              241
ka sala wadowickiego „Sokoła”, mogąca pomieścić kilka tysięcy ludzi, tudzież dwie boczne
sale, korytarze i galeria i scena nabite były szczelnie ludem. Furmanki, które zwiozły lud
z najdalszych okolic powiatu wadowickiego, żywieckiego, bielskiego, oświęcimskiego, ma-
kowskiego i myślenickiego zapełniły cały plac przed „Sokołem” niby w dzień jarmarczny.
Punktualnie o godzinie 12:00 rozpoczął się wiec. (...) Wiec ten stanowi dowód, że jedyną
prawdziwą siłę polityczną stanowi na terenie okręgu wadowickiego Z.P.S.L. „Wyzwolenie”.
Toteż nic dziwnego, że biurokracja, która zaangażowała się w protekcyjki dla piastowców
nosy spuściła na kwintę. Wykazało się, że ani łazikowstwo polityczne posła Romana po
gminach, ani protekcja i przydziały rządowe nie zdołały zatrzeć zdrowego rozsądku poli-
tycznego i uczciwości chłopa, który poznał się na piastowskich dobrodziejach i dał im do
zrozumienia, jak ocenia całą działalność trabantów Witosa.
        Na łamach choczeńskiego wydawnictwa pisano też o zebraniu Rady Chłopskiej i jej
nowym składzie, co odnosiło się do wadowickich przedmieść, gdzie żyli i pracowali chłopi
i rolnicy.
       Chłopski Sztandar nr 14 z dnia 5 kwietnia 1925 roku, str. 6
       Organizacja ludowa w Wadowicach.
       W niedzielę dnia 22 marca odbyło się Walne Zgromadzenie organizacyjne Rady
Chłopskiej ze wszystkich przedmieść miasta Wadowice, a to z Miejskiego, Gotowizny, Pod-
stawia, Niw itd. Posiedzenie odbyło się u ob. Jana Kowalskiego. Na posiedzeniu tym ob.
Józef Markielowski złożył sprawozdanie z Kongresu Z.P.S.L. w Warszawie, w którym jako
delegat uczestniczył. Następnie omówiono sprawę walki o gminną reformę wyborczą. (...)
Wreszcie dokonano wyboru nowego zarządu Rady Chłopskiej na rok 1925. Prezes: Józef
Poradzisz, wiceprezesi: Jan Walas, Ludwik Guzdek, sekretarz: Józef Markielowski, skarbnik:
Jan Jarczak.
         Aktywność Józefa Putka i związanych z nim działaczy „Wyzwolenia” czyniła z Chocz-
ni silny, liczący się w kraju ośrodek opozycyjny wobec stronnictw tworzących rząd i trzyma-
jących władzę. Bezkompromisowa postawa ludowców z Wyzwolenia, skuteczność z jaką
oddziaływali na chłopów, inteligentna, sarkastyczna i dociekliwa akcja propagandowa,
zwracały uwagę liderów obozu rządzącego. Do tego stopnia, że do Wadowic przybył przy-
wódca piastowców Wincenty Witos.
       Chłopski Sztandar nr 16 z dnia 18 kwietnia 1926 roku.
       Spowiedź Witosa w Wadowicach.
        Szanowni Czytelnicy! Przyznaję się, że udało mi się dostać na powiatowy poufny
zjazd piastowców w Wadowicach, który urządzili sobie dnia 28 marca br. Zjazd ten zaszczy-
cił obecnością swojej czcigodnej osoby, prezes stronnictwa Piasta, były prezydent mini-
strów, słynny z drukowania wielkiej ilości marek papierowych, pan Wincenty Witos. Po raz
pierwszy w swoim życiu miałem sposobność poznać tego „chłopa z krwi i kości”, słyszeć jego
mowę o której chcę wszystkich czytelników poinformować w krótkim jej scharakteryzowa-
niu. Piastowcy jak wszędzie tak też i w Wadowicach nie mają stałego gruntu pod nogami,
a świadczy najlepiej o tym to, że nie zwołali wiecu publicznego ażeby dać możność kry-
tyki ludziom z innych stronnictw i żeby Witos jako prezes stronnictwa zdał jasno i otwarcie
sprawozdanie z polityki swojego klubu, tylko zjazd ten był za legitymacjami. W zebraniu
obok „żelaznych piastowców” wzięli udział wszyscy obszarnicy, urzędnicy ze starostwa
i z podatku, kilku księży i kierowników szkół oraz profesorów, a wreszcie różne gapie z Wa-
dowic, ciekawe zobaczyć, czy Witos będzie w krawatce czy bez krawatki. Cała masa Policji
Państwowej, która była w służbie, uwydatniła ten zjazd, dając dużo dobrego do myślenia,
jasno oświetlała czyste sumienia tych panów.

Strona 244

242            Rozdział V - Dzieciństwo




      Wylot ul. Kościelnej w stronę Lwowskiej
             Niedługo później, bo 12 maja Józef Piłsudski podjął akcję, która przeszła
      do historii pod nazwą zamachu majowego. Zmiany, których chciał dokonać duchowy
      przywódca narodu, aby ustabilizować rządy w państwie i utemperować podzielony sejm,
      a jednocześnie wpływać po swojemu na sytuację, poszły w stronę konfrontacji prze-
      ciwstawnych sił. Oddane naczelnikowi oddziały starły się z wojskiem wiernym obozo-
      wi prezydenckiemu. Niespełna 400 osób poniosło śmierć, po czym władzę przejął obóz
      piłsudczykowski. Powołano prezydenta, wyznaczono innego premiera, powstał nowy
      rząd. Nastroje Polaków były podzielone, społeczeństwo było rozdarte. Wadowicki garni-
      zon, wierny prezydentowi Wojciechowskiemu chciał przyłączyć się do walki z zamachow-
      cami ale tu wkroczyli kolejarze, którzy zastrajkowali i w ten sposób uniemożliwili trans-
      porty wojskowe w rejon toczonych walk. Wydarzenia majowe były komentowane we
      wszystkich środowiskach, zarówno mieszczańskich, jak i chłopskich, a szczególnie żywym
      echem odbiły się w siłach zbrojnych. Co myślał o tym porucznik Wojtyła, z którą stroną
      sympatyzował. Do tej pory zawsze był lojalny wobec władz, którym służył, cechował się
      postawą wyczekującą, nie miał zresztą żadnego wpływu na bieg wydarzeń, ale zdanie od-
      rębne mógł mieć. Faktem jest, że nawet w prowincjonalnych Wadowicach odczuwało się
      w tym czasie napięcie.
                Chłopski Sztandar nr 21 z dnia 23 maja 1926 roku, str. 5
                Olbrzymia demonstracja ludowa w Wadowicach.
             Na wieść o wyrzuceniu rządu Witosa zapanowała w powiecie wadowickim wielka
      radość. Toteż wyrazem tej radości, a zarazem protestu przeciw kalumniom różnych ga-
      dzin endeckich z Wadowic była olbrzymia demonstracja chłopsko robotnicza w Wadowi-
      cach, w niedzielę 16 maja. Kilkutysięczny pochód chłopów ze sztandarem „Wyzwolenia”
      na czele, wkroczył o 10:00 rano od strony Choczni do rynku wadowickiego, tu przyłączył
      się do pochodu ludności ze wszystkich okolicznych gmin, po czym pochód przeszedłszy
      przy dźwiękach muzyki, śpiewów i okrzyków na cześć Piłsudskiego przez rynek, plac Ko-

Strona 245

Rozdział V - Dzieciństwo              243
ściuszki, ulicą 3 Maja, Sienkiewicza, przystanął przed „Sokołem”. Tutaj do pochodu tego
dołączyła się organizacja P.P.S. ze swym sztandarem. Ustawiwszy sztandary na stopniach
przed” Sokołem” rozpoczęto wiec pod gołym niebem. W półtoragodzinnej mowie poseł
dr Putek przedstawił ostatnie wypadki i sytuację w Polsce. Burza oklasków i okrzyków co
chwilę przerywała mówcy, co było świadectwem, jak znienawidzone są rządy piastowskie
wśród ludu. Imieniem P.P.S. przemówił Papla, zachęcając do współdziałania politycznego
stronnictwo „Wyzwolenie” i P.P.S. Po tych przemówieniach pochód podążył z powrotem na
rynek. Na czele niesiono 2 sztandary „Wyzwolenia” i P.P.S., a pochód zamknął obraz Witosa,
któremu szlachcic wprawił witkę w nos i potrząsa nim jak niedźwiedziem. Na ul. Mickiewi-
cza pochód chłopski, żegnany przez P.P.S. odmaszerował w kierunku Choczni, gdzie przed
domem gminnym został rozwiązany. Zaś robotnicy odmaszerowali do swego domu, gdzie
pochód został rozwiązany.
     Manifestacja ta zrobiła wielkie wrażenie. Przerażona kołtuneria miejska spo-
wodowała zbrojne pogotowie wadowickiego garnizonu wojskowego.
        Wydarzenia brzemienne w skutki o skali krajowej, przeplatały się z lokalnymi realia-
mi, z doniesieniami o klęskach żywiołowych, a także o zasługach obywateli, darczyńców na
rzecz kościoła, czy uhonorowaniu długoletniego dziekana.
       Wybrane zapisy z dokumentacji cechowej.
       Fragmenty pochodzą z Księgi Uchwał Stowarzyszenia Cechu Szewskiego w Wado-
wicach. Archiwum Państwowe w Katowicach Oddział Bielsko-Biała, sygnatura ACW-13
       „Protokół z Walnego Zgromadzenia w dniu 10 stycznia 1926 roku, które zagaił
cechmistrz Andrzej Zając wyjaśniając powody dzisiejszego kryzysu gospodarczego, jak
również zdał sprawozdanie z odbioru ksiąg i kasy, od dawnego zarządu (...) „Przy ożywio-
nej dyskusji postanowiono powołać do życia t.zw. kasę bracką, wyznaczając 20 gr. składki
miesięcznej od każdego członka, a to celem przyjścia z pomocą niezamożnym członkom
Stowarzyszenia.
       W końcu uchwalono jednogłośnie podwyższyć taksę wpisową uczni z 5 zł na 8 zł,
wypisową z 10 na 15 zł oraz wpisowe na majstrów z 30 na 50 zł
       Wybrane fragmenty z kroniki karmelitów. (1926)
       „Kwiecień. Pierwsze dni kwietnia były bardzo piękne i ciepłe, tak że spodziewano
się wczesnej wiosny i urodzajnego roku. W drugiej połowie była pierwsza powódź, [która]
wyrządziła w okolicy Wadowic duże szkody. Zaraz po pierwszej powodzi przepowiadano,
że w tym roku będzie 19 powodzi, co rzeczywiście dosłownie się spełniło. Skawa wylewała
bardzo często, tak że domy zalewała, a mieszkańcy uchodzili na miejsca wyżej położone.
Mówiono ogólnie, że już dawno nie było tak wielkiej wody jak w tym roku. [I, 270]
       Maj. Miesiąc maj jest dla społeczeństwa nader smutny i przygnębiający, gdyż mar-
szałek Józef Piłsudski, na czele zbuntowanego wojska, podniósł krwawy bunt przeciwko
nowo utworzonemu rządowi prawicowo–centrowemu i po dwudniowej walce bratniej ten
rząd obalił, a sam według swojej woli nowy rząd utworzył, składający się z samych buntow-
nika pochlebców, lewicowców, nieprzyjaciół państwa i Kościoła. [II, 271]
       19 IX. Dnia 19 września odbyła się kongregacja dekanalna w Wadowicach, na której
złożył dziekański obowiązek Przew. Ks. Prałat [Andrzej] Zając, który ten obowiązek spra-
wował przez 25 lat bez przerwy, a teraz objął Przew. Ks. Dr [Paweł] Ryłko, proboszcz z Wi-
tanowic. Księża dekanalni ofiarowali byłemu długoletniemu Dziekanowi piękny zegarek
złoty wartości 300 zł. Na tę kongregację z naszego klasztoru wydelegował o. Przeor W.O.
Sylwestra, gdyż klasztor otrzymał zaproszenie na toż zgromadzenie. [II, 274]”

Strona 246

244          Rozdział V - Dzieciństwo

             ACW -13 Archiwum Państwowe w Katowicach Oddział Bielsko-Biała
              „protokół z posiedzenia Wydziału odbytego w dniu 5 grudnia 1926. Na posiedzeniu
      tem, p. Piotr Dzikowski z własnej inicjatywy ofiarował kwotę 50 zł na odmalowanie ołtarza
      w kaplicy cechów w kościele parafialnym. Wydział dziękując ofiarodawcy uchwalił wybrać
      komitet, któryby się zajął odmalowaniem. (...) Również uchwalono kwotę 25 zł złożoną przez
      Franciszka Barana dla stowarzyszenia i procenta pobierane od członków za wypożyczone
      kwoty, obrócić na ten cel.”
              Powyższy protokół odnosi się do posiedzeń zarządu cechu szewskiego w Wadowi-
      cach, a świadczy o trosce z jaką dbano o kaplicę cechową w kościele.
              Powyżej wspomniałem o akcji kolejarzy, którzy mogli wywierać znaczący wpływ na
      bieg wypadków w kraju. Tematem połączeń kolejowych zajął się też „Chłopski Sztandar”,
      w aspekcie ich synchronizowania, chyżości - jak napisano w materiale i niepotrzebnych
      postojów. Warto ten temat przybliżyć z uwagi na ówczesną powszechność poruszania się
      pociągami. Wojtyłowie, jako rodzina urzędnika państwowego korzystali ze zniżek cen na
      bilety. A, że mieli rodziny w Białej i w Krakowie chętnie korzystali z kolei, nie mówiąc już
      o studiującym Edmundzie, który przyjeżdżał do Wadowic, a potem wracał do Krakowa.
             Chłopski Sztandar nr 28 z dnia 11 lipca 1926 roku, str. 7
             O dogodniejsze połączenia kolejowe.
               W swoim czasie głośno była reklamowana dążność Rządu, a w szczególności Mini-
      sterstwa Kolei do zwiększenia chyżości pociągów, zmniejszenia terminu postojów i w ogóle
      do skracania czasu potrzebnego na przebycie w pewnej przestrzeni. W praktyce te zapo-
      wiedzi - o ile chodzi o linię kolejową Bielsko – Kalwaria, nie tylko, że się nie spełniły, ale
      przeciwnie nawet stosunki pogorszyły się.
               W szczególności pasażerowie wyjeżdżający od strony Andrychowa i Wadowic
      obecnie muszą większą część czasu poświęcić na podróż kolejową do Krakowa niż to było
      w roku kolejowym poprzednim. Wynika to stąd, że pociągi ze wspomnianych stacji wyjeż-
      dżają wcześniej, skutkiem czego znaczne są postoje na stacji w Kalwarii. Przeglądnięcie
      rozkładu jazdy na tej linii i porównanie go z rozkładem jazdy z roku poprzedniego wskazu-
      je, że prawie wszystkie pociągi dojeżdżają niepotrzebnie wcześnie do Kalwarii.
               Jeżeli chodzi o połączenie z Krakowem, to nie wiedzieć dlaczego, pociąg wieczorny
      w stronę Suchej wychodzi o 19:00, skoro wypuszczenie go o 3 kwadranse później, żadnych
      powikłań nie wytworzyłoby, a publiczność przyjeżdżająca tym pociągiem do Kalwarii, nie
      potrzebowałaby na połączenie czekać aż 45 minut.
               Również połączenia między Andrychowem a Wadowicami są niedogodne (...) Po-
      południowy pociąg w stronę Andrychowa wychodzi za wcześnie, wieczorny za późno. (...)
      Gdyby do pociągu towarowego, odchodzącego z Wadowic o godzinie 19:50 dodano ja-
      kie dwa wagony osobowe (...) Wadowice zyskałyby połączenie z pociągiem mieszanym
      (...) wychodzącym z Andrychowa o godzinie 21:28 do Bielska, a przez pociąg numer 2142
      i 2203 połączenie nawet do Warszawy. Wagony zarząd kolejowy ma w dyspozycji, gdyż
      garnitury mitrężą na stacji w Wadowicach.
               Zwracając uwagę na powyższy stan rzeczy, zapytujemy, czyby Pan Minister nie uznał
      za wskazane polecić podwładnym organom przeprowadzenia reform rozkładów kolejowych
      w kierunkach w interpelacji niniejszej wskazanych?
             Jest połowa roku 1926, roku, który przyniósł znaczące rozstrzygnięcia i zmia-
      ny. Niedługo potem Karol Wojtyła senior podjął decyzję o przejściu na emeryturę. Czy
      sugerował się stanem zdrowia żony, ogólną sytuacją polityczną, która niosła wiele niewia-
      domych. Może uznał, że bardziej zajmie się domem i rodziną. Młodszy syn, który był teraz
      oczkiem w głowie familii Wojtyłów miał od września rozpocząć naukę w szkole powszech-

Strona 247

Rozdział V - Dzieciństwo                         245
nej. Tak czy tak ojciec postanowił rozstać się ze służbą, a zająć domem. Do tej pory robiła
to skutecznie matka i to ona wywarła przemożny wpływ na rozwój i życie przyszłego pa-
pieża. Psychologowie uważają, że matryca osobowości powstaje do 6 roku życia, a potem
w oparciu o nią właśnie kształtuje się dojrzała jednostka. Podkreślają, że te pierwsze lata
mają wpływ decydujący. Kto ma optymalną opiekę, czułość i miłość rodzicielską, rozum-
ną stymulację rozwojową, dopływ różnorodnych, właściwej intensywności, bodźców ze
środowiska zewnętrznego, ten ma szansę być kimś. Matka, Emilia, instynktownie trafiła
w punkt. Troskliwa, zapewniała bezpieczeństwo emocjonalne i zaspokajała potrzeby bio-
logiczne, a o byt materialny zabiegał ojciec. Teraz stery przejmował ojciec i sam podmiot,
który rwał się do samodzielności, do wiedzy, do wyzwań wieku szkolnego.




            Kiedy porucznik Wojtyła przechodził na emeryturę, komendantem P.K.U. w Wadowicach był major Ludwik Trznadel.
                                                                                     Na fotografii rodzinnej z żoną i córką.
                                         2. Dom, szkoła, podwórko
                                                    1926 – 1929

        Gdy Karol Wojtyła sposobił się do nauki w szkole powszechnej nabór do klasy
pierwszej odbywał się po ukończeniu szóstego roku życia. Miał 6 lat i trzy i pół miesiąca
kiedy w towarzystwie ojca przestąpił szkolne progi. Do szkoły, która mieściła się w magi-
stracie miał tak blisko, że nie potrzebował aby go ktoś odprowadzał. Dlatego w następnych
dniach, podskakując to na jednej nodze, to na drugiej sam wkroczył do szkoły.
        Na moment ten musiał wraz z rówieśnikami nieco poczekać, bo w roku 1926, nauka
po wakacjach rozpoczęła się dopiero 15 września, a to z powodu epidemii szkarlatyny.
        Siedmioklasowa szkoła męska im. Marcina Wadowity w Wadowicach była spad-
kobierczynią długiej tradycji szkolnictwa ludowego w mieście. Jej zamierzchłe począt-
ki sięgają pierwszej połowy XVI wieku, kiedy jako szkoła parafialna wzmiankowana jest
w księgach kontrybucji i retaksacji duchowieństwa diecezji krakowskiej. Pisze o tym w swo-
jej rozprawie doktorskiej Andrzej Zapart7. Powołując się na te księgi autor wyznaczył
datę istnienia szkoły w Wadowicach w roku 1539, pisząc, że nic więcej z tego wyczytać
się nie da, jedynie potwierdzić fakt istnienia w tym roku szkoły.

 7 - Andrzej Zapart: Szkolnictwo parafialne w archidiakonacie krakowskim od XVI do XVIII wieku. RW KUL
     Lublin 1983

Strona 248

SZLAKAMI
    Jana Pawła II
Skawa przez pokolenia.
       Błonia.




                                                 Skawa w pobliżu mostów - drogowego i kolejowego.
                                                 (lata trzydzieste XX w.)




  Rzeka powyżej Wadowic. (zdjęcie współczesne)




  Kładka przez Skawę
  pod Jaroszowicką Górą.
  (lata osiemdziesiąte XX w.)

Strona 249

Droga w stronę dworku „Mikołaj” i błoni.
                     (lata trzydzieste XX w.)




                                   Plac ćwiczeń wojskowych - błonia wadowickie.
                                                         (lata trzydzieste XX w.)




Obok błoni, wzdłuż Skawy, biegły tory
                     w stronę Suchej.

Strona 250

248             Rozdział V - Dzieciństwo




      Szkoła powszechna mieściła się w wadowickim magistracie (na lewo od kościoła).
              Szerzej o dziejach oświaty i szkolnictwa w Wadowicach pisze Gustaw Stud-
      nicki . Autor dokonuje przeglądu różnych form szkolnictwa od czasów najdawniej-
            8

      szych do współczesnych. Opracowanie przynosi wiele istotnych informacji, których do-
      tąd nie można było znaleźć w jednej zwartej publikacji, a jedynie rozproszone w różnych
      źródłach. Ponadto autor, z cechującą go skrupulatnością, zamieszcza szereg porównań, da-
      nych statystycznych, jak i opisy sylwetek ludzi zasłużonych dla wadowickiej edukacji.
      Publikacja porządkuje informacje o różnych formach kształcenia na poziomie elementarnym i
      ponadelementarnym. Przynosi cenne dla regionalistów wiadomości o formach oświatowych,
      o przygotowaniu nauczycieli, o programach nauczania, o pracy pozalekcyjnej.
            Ja również byłem uczniem „jedynki” w czasach PRLu i skreśliłem popularny szkic
      obrazujący historię tej szkoły9.
              Gdy najmłodsza latorośl Wojtyłów rozpoczynała edukację, rodzina przeżywała ten
      fakt, bo trzeba wiedzieć, że o Lolka zabiegano w domu wyjątkowo. Wychowywany był
      niemal jak jedynak. Edmund był przecież o 14 lat starszy, na drugim roku medycyny, też
      zatroskany o to by Lolkowi niczego nie brakowało. Młodszy syn Wojtyłów lgnął do rówie-
      śników, nie mógł wprost doczekać się chwili, gdy pójdzie do szkoły. Tak dzieje się wte-
      dy, gdy brak jest rodzeństwa, z którym można się bawić, bo nie zawsze jest pogoda by
      biegać po ulicach i podwórkach z dziećmi sąsiadów. Jednostki zdolne, ambitne, cechuje
      naturalny pociąg do grupy, gdzie można się wykazać, sprawdzić, popisać. Potrzeba kon-
      taktów społecznych z młodymi i dorosłymi jest bardzo duża. Gdy słyszy się pochwałę,
      gdy czuje się akceptację - młody człowiek rośnie. Wiele zależy od środowiska, w które się
      wchodzi, czy jest życzliwe, przyjazne, czy pomaga w rozwoju, w naturalnych procesach
      poznawczych, w zaspokajaniu ciekawości, aktywności ruchowej, w poczuciu bezpieczeń-
      stwa i akceptacji emocjonalnej. Młody Lolek czuł się w środowisku szkolnym spełnio-
      ny. Brylował w nauce, był przebojowy w zabawie, potrafił pociągnąć za sobą rówieśników.


       8 - Gustaw Studnicki: Zarys dziejów oświaty i szkolnictwa w Wadowicach. Nakładem Zbiorów Historycznych
           im. Marcina Wadowity, Wadowice 1996
       9 - Zbigniew Bieniasz: Najstarsza szkoła w Wadowicach; w: Nad Skawą nr 4 (7/27) wrzesień 1995, s. 8-9

Strona 251

Rozdział V - Dzieciństwo            249
Znał dobrze otoczenie rynku, tajemne przejścia, ciekawe miejsca, znał ludzi, tych co spa-
cerowali i tych co sprzedawali. Mógł kolegom zaimponować obyciem w tej części miasta
bo wiedział, gdzie co jest i jak działa, np. policja, wojsko, urzędy, sklepy, kościół.
          Klasa I była bardzo liczna, zróżnicowana jeśli chodzi o status społeczny, wy-
znania, a nawet wiekowo. Wśród 68 uczniów, 55 było wyznania rzymskokatolickiego,
a 13 mojżeszowego. W drugim półroczu ogólna liczba uczniów wzrosła do 71. Dziś trudno
to sobie wyobrazić, gdyż najmłodsze klasy liczą po 20 uczniów. Właśnie na tym początko-
wym etapie kształcenia liczebność grup ma duże znaczenie. Zachodzi bowiem potrzeba
indywidualizacji, tak w procesie dydaktycznym, jak i wychowawczym. Uczniowie przy-
chodzą z różnych środowisk, rozmaicie rozwinięci, nie prezentują jednolitości. Ci bardziej
zadbani, o większych predyspozycjach intelektualnych, radzą sobie dobrze, szybciej przy-
stosowują się do grupy i wymagań nauczyciela. Inni, czują się gorzej, niepewnie, bywa, że
zostają z tyłu, bo w takiej masie, są niewidoczni, utykają. Karol Wojtyła był prymusem
od pierwszych chwil pobytu w szkole. Pozytywy, które wnosił do klasy czerpał z domu
rodzinnego. Tu dbano o jego rozwój fizyczny i umysłowy. Nadto cechowała go chłonność
i plastyczność edukacyjna, bo wpajano mu wartość nauki, cnotę poszanowania uczących,
słuchania ich rad i napomnień. W kontaktach z rówieśnikami był otwarty i miły. Przy tym
wobec wszystkich ułożony i tolerancyjny. Nie dzielił kolegów na lepszych i gorszych, nie
różnicował ich w zależności od wyznania. Zasady wiary, mówiąc górnolotnie miłości bliź-
niego, umiał wprowadzać w życie. Mimo, że miał niewiele ponad sześć lat już wiele
wyższych wartości sterowało jego postępowaniem. Obok niego w klasie byli syno-
wie rzemieślników, robotników, kupców, rolników, żołnierzy i policjantów, sędziów,
nauczycieli i urzędników.
          W pierwszych latach nauki uczniowie i nauczyciele wzajemnie się obserwowali i po-
znawali. Pierwszym gospodarzem klasy (wychowawcą) był starszy pan Józef Koman. To on
przekazywał rodzicom uwagi o ich dzieciach, o ich postępach w nauce. To od niego porucz-
nik Wojtyła słyszał pierwsze pochwały, co napawało go dumą. Druga znacząca postać dla
pierwszoklasisty to katecheta ks. Franciszek Barańczyk. Sądzę, że zdumiewała go postawa
moralna, tak już wtedy dojrzała u 6-letniego Wojtyły. Był wyjątkowy w kontakcie z ludźmi
i z Panem Bogiem.
                          Szczepan Mogielnicki to jedyny ze szkolnych kolegów Karola Woj-
                       tyły, który był z nim w jednej klasie od I klasy szkoły powszechnej aż
                       do matury (jedyny spośród tych, którzy doczekali, że ich kolega został
                       papieżem). Pan Szczepan w latach osiemdziesiątych XX wieku, miesz-
                       kał w Zatorze, a pracował w Oświęcimiu jako urzędnik. Zaprosił mnie
                       do biura i udzielił mi wywiadu. Oto jego wspomnienie:
                          „W owym czasie duchowieństwo upowszechniało wśród uczniów
                       obyczaj aby przed i po lekcjach wstępować do kościoła na modlitwę.
                       Niespełna siedmioletni Karol Wojtyła, był już na tyle świadomy w wie-
                       rze, że potrafił odmówić sobie spontanicznej zabawy, zanim nie pomo-
Szczepan Mogielnicki   dlił się w świątyni. Tę postawę wyrobili u niego rodzice, a pogłębił kate-
cheta. To odróżniało go od zagonionych i żądnych zabawy urwisów, już wtedy kontrolował
swoje postępowanie”.
          „Pierwsze koty za płoty”, niebawem rozpoczęło się drugie półrocze. Kierownikiem
szkoły był od 1912 roku Kazimierz Romański. Klasy mieściły się na I piętrze magistra-
tu, a w dni pogodne dzieci wybiegały na rynek. Porucznik Wojtyła nosił się z zamiarem przej-
ścia na wcześniejszą emeryturę, co spowodowane było tym, że żona niedomagała. On sam
czuł się dobrze, był w pełnej kondycji fizycznej, o czym najlepiej świadczy jego późniejsza
aktywność turystyczna, uprawianie pływania, wyjazdy z klasą w charakterze opiekuna na
wycieczki, a także organizowanie rodzinnych wyjazdów do Kalwarii, Krakowa i Częstocho-
wy. Liczył się z tym, że jego dochody spadną, a sytuacja materialna i tak nie była wesoła.

Strona 252

250            Rozdział V - Dzieciństwo




      Ołtarz główny w wadowickiej świątyni.

      Edmund był dopiero na półmetku studiów i stale brakowało mu gotówki na utrzymanie
      i na opłaty związane z nauką. Senior Wojtyła wiedział, że żona nie może podołać obowiąz-
      kom domowym, postanowił przejąć na siebie część cięższych zajęć. Chciał być blisko syna,
      kierować nim, pomagać mu, spędzać z nim więcej czasu. W kwietniu 1927 roku przeszedł
      w stan spoczynku.
             Odkąd Lolek został uczniem, w rodzinie Wojtyłów wzrosło zainteresowanie spra-
      wami szkolnymi. Chłopak przynosił do domu różne wiadomości z życia klasy, odrabiał
      zadania, przygotowywał się do różnych przedmiotów, bywało, że razem z ojcem.
              Kronika szkolna jest dziś uzupełnieniem wydarzeń z pierwszego roku nauki Ka-
      rola Wojtyły. I tak możemy śledzić kolejne zapisy:
              „Szkoła 4-ro klasowa męska im. Stanisława Jachowicza wchodzi definitywnie w skład
      szkoły 7 kl. męskiej im. M. Wadowity, jako oddziały równorzędne z ważnością od 1 września
      1926 roku.
              W dniu 18 maja 1927 roku zwiedził tutejszą szkołę Metropolita ks. Adam Sapie-
      cha, przy wizytacji dekanalnej. W tym samym dniu dostojny gość odwiedził szkołą żeńską
      im. M. Konopnickiej. Powitany przez kierowniczkę szkoły (od 31 VIII 1925) Helenę Adamcza-
      kównę, a następnie przez uczennicę kl. VII. Marię Zapałowiczównę. „Książę metropolita po
      pięknym przemówieniu udzielił nam błogosławieństwa (...) Wspólna fotografia zakończyła
      podniosłą uroczystość” - to cytat z kroniki szkoły żeńskiej.
            Dalsze informacje możemy czerpać z katalogu klasowego za rok szkolny
      1926/27.
            I tak dowiadujemy się, że na 71 uczniów, za uzdolnionych (czyli promowanych)
      uznanych zostało 54, a nieuzdolnionych 14. Z tego wynika, że trzech uczniów było nieklasy-
      fikowanych. W tymże katalogu pod numerem 60 zapisany Karol Wojtyła, który otrzymał

Strona 253

Rozdział V - Dzieciństwo               251
oceny końcoworoczne z góry na dół bardzo dobre. Liczba opuszczonych dni nauki: I pół-
rocze – 20, II półrocze – 1. Podpisali: Dyr. K. Romański, katecheta ks. Barańczyk, nauczyciel
religii mojżeszowej Chaim Reiter (miał w klasie 13 uczniów Izraelitów) i gospodarz klasy
Józef Koman.
        Ocenie podlegały: zachowanie się i pilność w nauce oraz przedmioty: religia, język
polski, rachunki z geometrią, rysunki, roboty, śpiew, gry i gimnastyka.
        Wśród kolegów naszego wielkiego ziomka byli synowie: szewców, krawców, pie-
karzy, murarzy, dozorców, policjantów, wojskowych etc. Wymienione są też osoby, których
zawody, a raczej zajęcia były rzadziej występujące: właściciel mleczarni, prokurator, wyrob-
nica, nauczyciel religii mojżeszowej, profesor gimnazjalny, stróż kamieniczny, cieśla itp. Był
też wspomniany poniżej syn sąsiada, krawca, Stanisław Cichoń i późniejszy gimnazjalista
Józef Wąsik, który zginął zgładzony przez hitlerowców, już w pierwszych miesiącach wojny
z grupą artysty Wincentego Bałysa.
      Wielokrotnie cytowany „Chłopski Sztandar” ukazuje się nadal i z początkiem 1927
roku przynosi ciekawe, a rzadkie opinie o władzach samorządowych w Wadowicach.
       Chłopski Sztandar nr 1 z dnia 2 stycznia 1927 r., str. 9
       Rolnicy, a wybory do Rady Miejskiej w Wadowicach.
        W połowie stycznia 1927 r. odbędą się wybory do Rady miejskiej w Wadowicach.
Wybory te odbędą się na podstawie starego prawa wyborczego. Według tego prawa każdy
obywatel, który w mieście płaci podatki, ma prawo głosowania, choćby nawet poza mia-
stem mieszkał. W mieście Wadowicach na blisko 4 tysiące wyborców jest około 600 samych
rolników. W III kole wyborczym stanowią rolnicy najsilniejszą grupę. Musimy dołożyć sta-
rań, aby i rolnicy w nowej radzie miejskiej mieli też swoich przedstawicieli. Rolnicy mieszka-
jący na przedmieściach i poza Wadowicami, płacą podatki miejskie, ale nie korzystają z tych
wygód jakie mają inne warstwy ludności. Gdy rolnicy będą zorganizowani i solidarni, wtedy
z nimi wszyscy będą się liczyć i ich żądania uwzględniać.
        W Wadowicach sprawą wyborów miejskich zajmuje się stowarzyszenie „Wyzwole-
nie”. Każdy rolnik i chcący z rolnikami współdziałać rzemieślnik, czy kupiec, powinien do-
pomóc do zwycięstwa naszej wspólnej sprawy. (...) Mamy nadzieję, że przy tych wyborach
miejskich ani jeden rolnik nie będzie głosował za kiełbasę lub chleb, jak to było przy daw-
niejszych wyborach. Gdyby się gdzie taki sprzedawczyk znalazł, zapamiętamy go sobie, wy-
rzucimy go z naszego grona i opublikujemy w gazecie jako zdrajcę sprzedawczyka. Żadnym
plotkarzom i plotkom nie dawać wiary, ale z zaufaniem słuchać rad i wskazówek, których
udzieli zarząd stowarzyszenia „Wyzwolenie”.
       Chłopski Sztandar nr 13 z dnia 27 marca 1927 r., str. 6.
       „Z pola walki o gminę”. Ludowcy w magistracie miejskim. Z Wadowic.
       Protest wniesiony przeciw wyborom przez koalicję „100% - owych socjalistów”
z „Towarzystwa króla Jagiełły” został przez województwo krakowskie odrzucony, gdyż był
nieuzasadniony. Nowa rada miejska objęła urzędowanie i wybrała magistrat. Burmistrzem
wybrany został ponownie p. Teofil Kluk, wiceburmistrzem dr Kubiczek, a na asesorów wy-
brano między innymi Józefa Kułagę i Władysława Westfalewicza, obu że stow. „Wyzwolenie”.
       Porucznik Wojtyła z zainteresowaniem czytał doniesienia z Wadowic. Znał wiele
osób z tzw. świecznika i ciekawiło go kto wejdzie do władz, z kim się zwiąże i jakie będą
poczynania nowego, magistrackiego zarządu. Komentarze w gazecie Putka były ciekawe,
chociaż kontrowersyjne. Ojciec Lolka czytał wszystko co wpadło mu w ręce i chociaż sam nie
przejawiał ciągot politycznych, ani organizacyjnych, z uwagą śledził inicjatywy innych.

Strona 254

252           Rozdział V - Dzieciństwo

            Bliskie były mu zainteresowania turystyczne, o których pisał właśnie Przegląd
      Turystyczny.
              Przegląd Turystyczny nr 5,6 z 1927 r., str. 20
            „W dniu 5 maja 1927 r. utworzone zostało nowe „Koło Wadowickie” które zajmie się
      szczególnie gospodarką turystyczną Beskidu Małego (Kocierskiego).
              Przegląd Turystyczny numer 7, 8 z 1927 r., str. 13
             „Nowopowstałe Koło Wadowickie ukonstytuowało się wybierając przewodniczą-
      cym p. Stefana Zapałowicza, wiceprezesa sądu okręgowego, zastępcą jego p. Franciszka
      Thetschla, sekretarzem p. prof. Tadeusza Szantrocha, skarbnikiem p. Mieczysława Dihma,
      dalszymi wydziałowymi p. Zdzisława Łodzińskiego i p. Romana Hawigera. Obecnie liczy
      Koło to 47 członków i 17 uczestników”.
              Senior Wojtyła, człowiek uporządkowany, powoli przyzwyczajał się do roli emery-
      ta. Przejmując wiele obowiązków niedomagającej żony nie miał zbyt wiele czasu, jednak
      myślał jak urozmaicić czas wolny, zwłaszcza dorastającemu synowi. Chodzili na spacery,
      na ogólnie dostępne uroczystości, na zawody, nad Skawę, do lasu. Porucznik kibicował
      wadowickiej inteligencji, która zamierzała zagospodarować szlaki i zbudować schronisko
      na Leskowcu.
              Nadeszły pierwsze i ostatnie beztroskie wakacje w ży-
      ciu Lolka Wojtyły. Nareszcie będzie można się do woli bawić na
      podwórku. Pochwalony przez rodziców za bardzo dobre świa-
      dectwo, rzucił się w wir dokazywania, razem z paczką sprawdzo-
      nych kolegów z sąsiedztwa. Te przyjaźnie górowały na razie nad
      koleżeństwem z ławy szkolnej. Tam więzy sympatii dopiero się
      tworzyły. Rodzice byli zadowoleni, że ich najmłodsza latorośl
      bawi się w pobliżu. Mieli na niego oko i w każdej chwili mogli
      go przywołać. Najwięcej barwnych wspomnień z tego okresu
      usłyszałem od Tadeusza Cichonia.
              Wspomnienia utrwaliłem w 1986 roku, gdy spotkałem się
      z emerytem p. Tadeuszem Cichoniem. Rozmawialiśmy w Katowi-
                                                                                                Tadeusz Cichoń,
      cach, gdzie przed emeryturą pracował mój rozmówca,w Centrali                     sąsiad z ulicy Kościelnej.
      Produktów Naftowych.
              Urodzony w 1917 roku, przebywał w Wadowicach do roku 1934. Ciekawe były jego
      losy okupacyjne. „W 1939 roku, wraz z kolegą postanowiliśmy przedostać się na zachód. Po-
      jechaliśmy do Przemyśla i przekroczyliśmy w nocy San”. Zatrzymani przez wojsko radziec-
      kie, osadzeni w więzieniu, zostali zesłani do Workuty. W 1942 roku, po podpisaniu umowy
      Sikorski – Stalin p. Tadeusz przedostał się na południe i wstąpił do wojska polskiego. Ewaku-
      owany do Persji wstąpił do brygady spadochronowej. Po przeszkoleniu brał udział w opera-
      cji Market-Garden w Holandii. Do kraju powrócił w 1947 roku.
              „Rodzina moja była bardzo liczna, bo nas było 6 chłopaków i 2 siostry. Ojciec był kraw-
      cem, nie zawsze miał pracę i w domu była bieda. Sąsiedzi nasi to byli tak: p. Szczepańska - miesz-
      kała u góry, nad nami, A my mieszkaliśmy u dołu. W tym samym domu mieszkał jeszcze sierżant,
      którego nazwiska nie pamiętam, ale oni byli bezdzietni. Następny był dom p. dr Moskały. To był
      bardzo duży dom i tam mieszkali państwo Banasiowie, mieli dwóch chłopaków w naszym wie-
      ku, on prowadził jadłodajnię. Obok w tym samym domu mieszkała rodzina Werdanów. Tam były
      same córki. Troszkę dalej od naszej kamienicy był budynek okazały. Na dole była policja, a u góry
      mieszkali Popkowie, którzy też mieli dwie córki i dwóch synów. Rodzinę Wojtyłów pamiętam
      z czasów, gdy on był jeszcze bardzo malutki. Nazywaliśmy go Lolkiem, bo jego matka tak
      się do niego zwracała. Ojciec służył w wojsku, był wysokim mężczyzną, szczupły. Pamiętam ta-

Strona 255

Rozdział V - Dzieciństwo                253
kie binokle nosił, a matka była moim zda-
niem taka troszeczkę ułomna, bo taką
jakby głowę przekrzywioną miała, ale
to była bardzo dobra kobieta. Nigdy żadnej
zabawy nam nie odmówiła. W jego rodzin-
nym mieszkaniu zawsze się bawiliśmy w co
tylko chcieliśmy. Ona była zawsze dla nas
uprzejma, bo bardzo nas lubiła. Nieraz nam
i dawała pojeść chleba ze smalcem, bo jak
u nas była bieda, to nas zawsze podkar-
miała. Brata Lolka, Edmunda, nie pamię-
tam bo on był dużo starszy. Wiem tylko, że
uczył się na lekarza, a później zachorował
i zmarł. Ojciec jego u mojego ojca zawsze
szył i dla siebie i dla Lolka garnitury. Matka
Lolka bardzo się przyjaźniła z naszą mat-
ką ponieważ to były sąsiadki. Na naszym
podwórku były przed bramą dwa takie
duże kamienie i tam siadały, i gwarzyły,
a my tymczasem się zabawialiśmy na na-
szych podwórkach. Lolek stale przychodził
na nasze podwórko, ponieważ ono było ta-
kie centralne do zabawy. Na to podwórko
jeszcze przychodził Popek, Banaś i Werdan-
ki – dziewczyny. Najlepszą naszą zabawą
to była po prostu piłka. Ale ta piłka to nie
wyglądała tak jak teraz piłka, to była szma-                 Podwórko za domem doktora Moskały, gdzie Lolek
cianka. Do pończochy szmat się napychało                                               bawił się z kolegami.
i tą szmacianką się grało. Lolek zawsze był jako bramkarz. On inaczej nie grał, on zawsze był
bramkarzem. Nawet my mu za to dokuczali, bo jak my grali na dwie bramki, jak puścił gola, to
my go nieraz poszturchiwali, bo on był taki dość szczuplutki, ale on sobie nic z tego nie robił, za-
wsze chciał być jako bramkarz.
         Drugą naszą zabawą to było wojsko. Obok tej kamienicy z tyłu, gdzie mieszkali Wer-
danowie, to była kamienica doktora Moskały, tam z tyłu nawet dzisiaj jeszcze można zobaczyć,
tam jest taka podmurówka, pod schodami, tam mieliśmy koszary. Oczywiście ładnie wysprzą-
tane, naniesione zawsze było trawy, siana i stamtąd my wychodzili na tzw. wojny. A uzbrojenie
nasze to były przeważnie łuki i szable porobione z wikliny, która nad Skawą rosła. Później taką
dobrą zabawą, którą zawsze zaczynał Lolek, bo on jakieś ciągoty do tego miał, to my mieli
pogrzeby. Na naszym podwórku rosły dwie duże, piękne akacje. Jedna była kolorowa, jak dziś
pamiętam. Pod tymi akacjami mieliśmy cmentarz. Jak my jakiegoś ptaszka gdzieś znaleźli to
Lolek zawsze mówił: nie, musimy mu zrobić pogrzeb. Nieśliśmy w pudełku jakimś tego ptaszka,
wykopywaliśmy pod tą akacją dół i tam my zakopywali, robiliśmy z patyków krzyżyk, a Lolek
zawsze był tym księdzem, zawsze on ten pogrzeb odprawiał. Dzisiaj to może być śmieszne, ale
według mnie to on tam miał coś z tego. Następną zabawę to my mieli teatry.
         On od początku był taki młody artysta. Mimo, że byliśmy od niego trochę starsi to
on umiał na nas wpłynąć, mimo, że był dużo młodszy. Teatr wyglądał w następujący sposób.
Zgromadziło się pięciu, czy sześciu maluchów, takich po sześć, siedem lat, a on grał główną rolę.
To była zabawa w pszczółkę. On brał wodę do ust, nakrywał się kocem albo jakimś przeście-
radłem, od mamy przyniesionym. My wołaliśmy pszczółko, pszczółko daj mi miodu, a on nas
tą wodą pryskał. Nawet żeśmy na drugą stronę Wadowic tę zabawę przenieśli. Chodziliśmy na
zbożny rynek, tam też była szopa u niejakiego Banasia i tam też te przedstawienia się odbywały.

Strona 256

254           Rozdział V - Dzieciństwo

               W okolicy naszych budynków, tam
      gdzie mieszkaliśmy były dwa ogrody. Jeden
      ogród, tam gdzie była policja, miał pnące
      się po murze winogrona. Chodziliśmy
      więc podkradać te winogrona, ale Lo-
      lek nigdy tam z nami nie szedł. Mówił nie
      chodźcie – raz, że to nie jest wasze, to jest
      brzydko tak robić, a po drugie jak was po-
      licja złapie, to nie popuści wam tego. Stał
      z boku, przyglądał się, ale udziału nie brał.
               Drugi ogród należał do doktora
      Moskały. Myśmy ten ogród uważali bar-
      dziej za własny niż doktora Moskały. Za-
      wsze my tam chodzili na jabłka, na śliwki,
      na gruszki, na orzechy, ale on nie chodził.
      Jak się mu dało jabłko to zjadł, ale zawsze
      był przeciwny. Nie chodźcie tam bo to jest
      nieładnie. On miał inne wyczucie moral-
      ności jak my łobuzy. On był chyba inaczej
      wychowany przez matkę, przez rodziców.
      Do takich rzeczy to się on nie nadawał,
      chciał się z nami kolegować, ale nie zawsze
      we wszystkim brał udział.
               Koło plant były takie małe bu-
      dynki i między tymi domami, Żydzi wy-
      najmowali jeden taki dom i tam mieli Kościół parafialny widziany od wschodu, z podwórka przed budynkiem
      chajder, to była taka popołudniowa                             policyjnym, miejsce zabaw Lolka z Cichoniami.
      szkoła małych żydków. Polowaliśmy na nich, bo oni chodzili z takimi pejsami. Jak oni wy-
      chodzili z tego chajderu, to żeśmy ich łapali i ciągnęli za pejsy i wołali (...) tiszne gure (fone-
      tycznie) samolot, a oni wrzeszczeli. Lolek ich zawsze bronił mówiąc: nie róbcie tego bo ich to
      boli, w tym wypadku nie miał na nas wpływu, bo nas była cała zgraja, a on był jeden, sam. Nie
      brał nigdy w tym udziału.
               Pamiętam mieszkanie rodziców Lolka. Wchodziło się przez betonowe podwórze,
      ciasne, ciemne. To było takie przejście, na schody żelazne kręte i wzdłuż balkonu do kuchni.
      A z kuchni wchodziło się do dwóch pokojów, a jego pokój był ostatni. W tym pokoju Lolek miał
      zrobiony ołtarzyk, na tym ołtarzyku była Matka Boska, taka loretańska i tam zawsze miał świecz-
      ki. Jego zabawa to było odprawianie mszy. A my byliśmy ministrantami. Od mamy zabierał,
      mama mu dawała koszulę, ubierał się, nam dawał też koszule, a on był księdzem, modlił się. Chy-
      ba od młodości coś w sobie miał, że on tym księdzem lubił być. Najlepsza jego zabawa to była
      modlitwa i ksiądz. W mieszkaniu były święte obrazy: Pan Jezus i Matka Boska z otwartym
      sercem.
               Bawiliśmy się też w mieszkaniu w żołnierzy. Lolek miał dość dużo żołnierzy i oło-
      wianych, i z papieru wycinanych. Najwięcej papierowych. Kulkami papierowymi się rzucało.
      Układało się te żołnierzyki na podłodze i strzelało się jeden do drugiego. Ale on nie przepadał
      za tą zabawą. Lolek był później ministrantem i my byliśmy ministrantami. My byliśmy
      takimi lewymi ministrantami, bo nas jakoś nie ciągnęło do tego kościoła. Ale jego to ciągnę-
      ło. On codziennie musiał być na mszy, co dzień musiał być ministrantem (dopisek autora, to
      wspomnienie dotyczy już czasów późniejszych, po śmierci matki).
               Był też taki obowiązek, żeby chodzić na chór kalikować. Z tyłu organów była taka
      deska, na nią się stawało, gdy opadała to pompowała powietrze do instrumentu. Dzięki temu
      organista mógł grać.

Strona 257

Rozdział V - Dzieciństwo                         255
        Chodziliśmy też na dzwonnicę i jak ksiądz Prochownik dał znać to dzwoniliśmy
tymi dzwonami. Proboszczem był wówczas ksiądz Zając. A ja najlepiej pamiętam księdza
Barańczyka, ponieważ on nas uczył religii i przychodził do ojca grać w szkata. Nie tylko, że
grał ale jeszcze naszej rodzinie pomagał. Ojciec nieraz mówił, że znów dostał od księdza Ba-
rańczyka 5 czy 10 złotych. To było dużo pieniędzy jak na te czasy, a nas było ośmioro w domu,
ojciec był krawcem i nie zawsze miał robotę bo ludzie tak nie szyli jak teraz. Ksiądz Barańczyk
był dobrze zbudowany, był fest, przy tuszy był. Miał taki zwyczaj, że jak ktoś nie umiał religii,
to go brał za frak i stawiał go na piec i na tym piecu musiał przez całą religię siedzieć. Nie było
wtedy centralnego tylko kaflaki. Dodatkowo musiał taki uczeń napisać karę, np. 50 razy: „będę
zawsze pilnie uczył się religii”. Uważam, że to skutkowało, a ksiądz Barańczyk był naprawdę
takim człowiekiem jakim powinien być ksiądz.
        Z zabaw na naszym podwórku pamiętam jeszcze zabawę w Zorro. Jeden drugiego
brał na szyję, na barana, po czym jeden drugiego spychał. Kto kogo pokonał ten został Zorro.
Ponieważ brat mój był z tego samego rocznika co i Lolek, ale był dobrze zbudowany zawsze my
go nazywali „gruby”, to on brał Lolka na „barany”, a ja brałem Popka młodego Tadka, on też był
taki szczupły. Oprócz tego pamiętam, że bardzo często chodziliśmy nad Skawę. Chodziliśmy
w pobliże mostu kolejowego. Tam się kąpaliśmy, skakaliśmy do wody, ale Lolek nie skakał, bo
on był taki trochę lichutki, ale chodził z nami pływać.
       Był taki bogaty wadowiczanin, mnie się wydaje, że on się nazywał Ripper. Miał jako
jedyny z mieszkańców samochód wyścigowy i bardzo lubił po mieście jeździć. A to był bar-
dzo głośny samochód. Dochodziło do tego, że ksiądz oburzył się, że ryk tego samochodu
przeszkadza ludziom w kościele. Prosił go żeby zjechał z rynku.
       W roku 1926 była taka powódź w Wadowicach, że woda podchodziła niemal pod
rynek. Masarz Siwek był trochę niżej to jego sklep został zalany.
        W Wadowicach stał 12pp. Co niedzielę wojsko chodziło do karmelitów na mszę. Woj-
sko szło z orkiestrą do klasztoru „na górce”. Orkiestra miała kucyka, który ciągnął wózek, na
którym był bęben, w który walił pałką grający na tym instrumencie. Nasza największa uciecha
to było z orkiestrą i wojskiem iść do karmelitów. Za to dostawaliśmy burę, bo zamiast iść na
swoje nabożeństwo, chodziliśmy z wojskiem do klasztoru. Orkiestra przechodząc przez miasto
grała, a my jako dzieciaki w kółko wokół tego wojska szli.”




                                                                       Orkiestra 12pp na dziedzińcu koszar.

Strona 258

Pagórki, wzniesienia nad miastem,
                                                               gdzie jeździło się na sankach.

        SZLAKAMI
     Jana Pawła II
Park miejski i klasztor
karmelitów „Na Górce”.




 Widok na miasto z drogi do parku
 (lata siedemdziesiąte XX w.)




 Kapliczka za parkiem przy drodze na Niwy (lata 30-te XX w.)

Strona 259

Altana w parku, pośród zieleni i alejek.
                       Na pierwszym planie grupa działaczy
                       Towarzystwa Upiększania Miasta Wadowic i Okolicy.
                       (lata 20-te XXw.)




                                                          Klasztor karmelitów „Na Górce”,
                                                        ujęcie od południowego zachodu.
                                                                        (lata 90-te XXw.)




       Przed przyklasztornym kościołem p.w. św. Józefa, który był miejscem patriotycznych
zgromadzeń i nabożeństw z udziałem wojska i organizacji niepodległościowych. (ok. 1916r.)

Strona 260

258          Rozdział V - Dzieciństwo

             Język wspomnień zachowałem prawie bez zmian by nie odbierać im auten-
      tyczności. Starszy pan mówił płynnie lecz zestresowany przy nagraniu nie dbał o po-
      prawność językową. Pokazał jednak wspaniałą pamięć i znacznie wzbogacił naszą wiedzę
      o dzieciństwie późniejszego papieża.
             Po wakacjach oddział drugi przejął jako gospodarz klasy p. Ludwik Krzyszkow-
      ski. Obok Lolka w ławkach zasiadło 60 uczniów. Z jednym z nich, synem nauczycielskim
      Tadkiem Ziębą, polubili się i razem siedzieli w ławce.
             O tej przyjaźni mówi brat Tadeusza Jan Zięba – pedagog, długoletni dyrektor
      Liceum Ogólnokształcącego w Pszczynie. Nagrania dokonano w 1982 roku.
              „Ojciec otrzymał w Wadowicach posadę na-
      uczyciela matematyki, a następnie objął kierownictwo
      szkoły, po śmierci swojego poprzednika. Miałem jeszcze
      dwóch braci - Tadeusza i Zdzisława. Tadeusz o sześć lat
      młodszy ode mnie, uczęszczał do tej samej klasy i przez
      szereg lat siedział w tej samej ławce, co obecny papież
      Jan Paweł II. Przyjaźnili się z sobą i stosunkowo czę-
      sto Wojtyła przychodził do nas bawić się na podwórzu
      albo w pokoju, w którym wszyscy trzej bracia mieszkali.
      O jego charakterze czy usposobieniu trudno mi coś po-
      wiedzieć, ponieważ różnica sześciu lat w tym młodym
      wieku, to już jest różnica ogromna. Tym niemniej bardzo
      lubiła go moja matka i często, jak zresztą wszystkich
      kolegów przyjmowała go herbatką, ciastkami. Ale naj-
      częściej wychodzili na podwórze żeby nie przeszkadzać,
      ponieważ ja przygotowywałem się do matury.                             Jan Zięba, brat Tadeusza, z którym
              Karola Wojtyłę matematyki uczył mój ojciec                        Karol Wojtyła siedział w ławce.
      i była to o tyle ciekawa szkoła, że ojciec po połączeniu obu szkół powszechnych w jedną,
      zorganizował pierwszą chyba w południowej Polsce pracownię matematyczno-fizyczną, na
      20 stanowisk, według najbardziej nowoczesnych wzorów, z której korzystało ówczesne semi-
      narium nauczycielskie. Jeśli chodzi o postać mojego ojca to zasłużył się on bardzo prowadząc
      przez wiele lat kursy dla analfabetów w jednostce wojskowej 12pp. tzn. on je organizował
      i sam też uczył. Otrzymywał za to dyplomy, był zapraszany na rauty wojskowe, jako że włożył
      tam bardzo dużo pracy, razem z zespołem nauczycieli, którymi kierował.
              Uzupełniając moją wypowiedź chciałem stwierdzić, że mieszkaliśmy przy ul. Marci-
      na Wadowity 16, w domu państwa Kamińskich, właścicielem był szewc. Dość duże podwórze
      służyło nam do zabaw i tam właśnie Karol Wojtyła, kiedy przychodził do Tadka, mojego brata,
      bawił się. Na czym polegały te zabawy. No gra w piłkę, taka kopanina. Mieliśmy, zbudowaną
      przez siebie prowizoryczną skocznię w dal oraz wiatrówkę na bolce, z której strzelali również Ta-
      dek z Karolem. Jak ktoś jeszcze do nich przychodził trzeci, czy czwarty z kolegów, to urządzali
      zawody strzeleckie na najlepszy wynik. Jeśli idzie o kontakty szkolne, wiem, że przez cały czas
      pobytu w gimnazjum Tadek przyjaźnił się z Karolem Wojtyłą, a siedzieli razem przez pierwsze
      trzy lub cztery lata nauki”.
              Lolek był chłopcem, który przyjaźnił się z wszystkimi kolegami z klasy. Nikogo wy-
      raźnie nie wyróżniał. Jak powiedzieli po latach bracia Piotrowscy: „nie miał jednego ko-
      legi, bo wszyscy byli jego kolegami”. Niemniej w klasach młodszych, szkoły powszech-
      nej, z niektórymi rówieśnikami spotykał się, bawił, grał w piłkę, a z innymi widywał się
      tylko w szkole. Sądzę, że dobierał sobie jednostki, które były w stanie mu sprostać, a do
      tego jeszcze w czymś zaimponować. Ojca cieszyły te wybory, bo najlepsi koledzy syna po-
      chodzili z rodzin inteligenckich, przeważnie o wysokim statusie społecznym, znaczniejsi
      wadowiczanie. Ze zrozumiałych względów propozycje „kolegowania się” przesuwały się

Strona 261

Rozdział V - Dzieciństwo       259
z kontaktów sąsiedzkich, w stronę przyjaźni szkolnych. Oprócz Tadka Zięby, który cho-
dził z Lolkiem od pierwszej klasy, bliższą znajomość zawarł z Jurkiem Klugerem. Ten
w spisach uczniów występuje od klasy drugiej. Jak się potem okazało była to postać zna-
cząca, syn wadowickiego adwokata, pochodzenia żydowskiego. Miał w przyszłości stać się
ogniwem zbliżającym państwo watykańskie z Izraelem. Na razie jednak wychowywał się
w zamożnej i światłej żydowskiej rodzinie, znanej i poważanej przez wadowiczan. O po-
czątkach znajomości mówi tak: „w wieku pięciu czy sześciu lat chłopcy nauczyli się, razem
z resztą ich pierwszej klasy jeździć na nartach. Na pobliskich pagórkach doskonalili jaz-
dę na drewnianych, modelowanych deskach. W tej części Polski dzieci uczyły się jeździć
na nartach, jak tylko umiały dobrze chodzić i było to równie naturalne jak fakt, że po
listopadzie przychodzi grudzień. Właśnie przewracając się w śnieżnym puchu i na lodzie,
Lolek i Jurek poznali się.”10
       Przechadzając się po rynku ojciec Lolka przystanął na chwilę przed wystawą księ-
garni Foltina. Spośród ułożonych tam książek jego uwagę przykuł przewodnik narciarski
po górach. Wszedł do sklepu i przekartkował niepozorne wydanie. Pomyślał, że książeczka
może stanowić dobry prezent dla synów. Mundek interesował się turystyką, a niedługo,
gdy będzie lekarzem, uniezależni się finansowo i aktywnie zajmie się swoimi zamiłowa-
niami. Młodszy Lolek przejawiał zaś ciągoty do nart, sanek i łyżew, to i jemu przyda się
w przyszłości fachowa literatura.
       Po powrocie do domu zagłębił się w lekturze.
        Władysław Midowicz - Michał Augustynowicz
        Przewodnik narciarski po Beskidzie Zachodnim - Kraków 1928 r.
        Nakładem Koła Narciarzy przy Oddziale Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego
        w Żywcu.
        Str. 51 „Beskid Mały”
        Dość silnie rozczłonkowane pasmo górskie graniczy od południa z pasemkiem Pe-
welskim, a od zachodu przez Bramę Wilkowicką z Beskidem Śląskim, od wschodu przez
przełom Skawy, z Pogórzem, a na północy wznosi się stromo wprost ponad dolinami.
        Przez Beskid Mały przełamuje się Soła, dzieląc go na dwie grupy: wschodnią, czy-
li tzw. Zasolskie Góry i zachodnią – grupę Magórki. Przez sam górotwór przechodzą dwa
gościńce, jeden z Kęt do Żywca wzdłuż przełomu Soły, z odgałęzieniem w Międzybrodziu
Lipnickiem, do Białej, drugi zaś z Andrychowa do Żywca, przewijający się serpentynami
przez przełęcz Kocierską (718 m). Poza tym od gościńca, wiodącego z Wadowic do Suchej,
odgałęzia się za Zbywaczówką licha droga do Ponikwi, a w Mucharzu do Jaszczurowej.
        (...) Zasolskie Góry dopiero „odkryte” niedawno, posiadają już kilka wyznaczonych
szlaków i stację turystyczną na Żarze (761 m) nad Porąbką (...)
        Dobre tereny narciarskie posiadają przede wszystkim – Kiczera i Leskowiec, poza tym
cały Beskid Mały w zimie jest krajobrazowo bardzo ciekawy.
        Dalej autorzy opisują trasę na Leskowiec i zjazd z niego do Wadowic.
        63. Z Wadowic sankami przez Gorzeń do wsi Ponikwi, aż do rozdziału doliny pod
kotę 390 (około 11km, 1 ½g.). Stąd w kierunku południowo-wschodnim (...) stokiem śred-
nio stromo na boczny grzbiet, po którym wzdłuż brzegu lasu dość połogo, poczem ścieżką
leśną w kierunku północnym, nieco bystrzej, aż do zetknięcia się ze znakami (1g.)
        64. Za znakami jeszcze przez chwilę lasem, po czym zakosami po stromym stoku, na
główny grzbiet Leskowca (około 10 minut). Stąd w prawo za szl. 62 na szczyt.
        Opis wyjścia na Leskowiec i zjazdu dotyczy oczywiście wędrówki narciarskiej.

 10 - Darcy O’Brien: Papież nieznany. Wydawnictwo: Jacek Santorski end CO, Warszawa 1998, s.84

Strona 262

260          Rozdział V - Dzieciństwo

             Zjazdy z Leskowca (cytuję opis trasy do Wadowic, przez Królewiznę, Żar, Czar-
      tak, Gorzeń).
             Autorzy piszą: „Ze szczytu zjazd za szlakiem 62, przez Królową Wyżną (3/4g) (nazwa
      błędna, winno być Królewizna – dop. autora)
             70. Za jej wzniesieniem (...) w kier. płn. – wsch dość ostry, lecz krótki zjazd łąką po
      stoku, po czym już łagodniej wzdłuż grzbietu szeroką ścieżką przez lasy i niewielkie polany,
      pod zarośnięty krzakami szczycik Żaru, po obejściu go z prawej strony, otwarty zjazd łukiem
      po malejącym szybko grzbiecie, pod samotną kapliczkę ze świątkiem (około ½ g). Stąd już
      całkiem połogo w kier. płn. – wsch. przez zarośla po czym lekki zjazd polami wzdłuż wąwozu
      do osiedli, przez które (...) do gościńca (1/2g). – Gościńcem (...) do Wadowic (5km).
              Senior Wojtyła z lubością odnajdywał w książce opisy znanych mu tras i ścieżek.
      W duchu obiecywał sobie, że wybierze się w opisane miejsca z chłopakami. Lubił przyrodę
      i wędrówkę. Być może odzywały się geny odziedziczone po przodkach, którzy zajmowali
      się pasterstwem w Beskidach. Właśnie czytał o przebiegu szlaków w okolicy Porąbki, Żaru
      i Kocierzy, a stamtąd miał przecież tak niedaleko do siedzib swoich protoplastów z Czańca.
              Gdy powstawały te opisy nie było jeszcze schroniska na Leskowcu (obecnie Groń
      Jana Pawła II), a jedynym obiektem turystycznym była stacja turystyczna na Żarze nad Po-
      rąbką. (Wcześniej wymieniony Żar leży nad Ponikwią, przy trasie do Czartaka, w stronę do-
      liny Skawy). Poniżej opis tego schroniska:
              „dom góralski z dobudowaną izbą - pomieszczenie dla 5-10 narciarzy. Stacja otwar-
      ta przez cały rok. Punkty wyjściowe. Kęty, schludne miasteczko opodal północnych sto-
      ków Beskidu Małego. Hotelik „Pod Białym Orłem” - punkt wyjściowy na Kiczerę i Leskowiec.
      (Kiczera, powyżej Żaru, wówczas z ładnymi polanami, gdzie działała szkoła szybowcowa.
      Obecnie w tym miejscu jest zbiornik elektrowni dop. autora). Porąbka (jako punkt wyjścio-
      wy, dop. Z.B) wieś u końca przełomu Soły. Gospoda Knapfa i kantyna zakładu wodno-elek-
      trycznego. Warta obejrzenia budująca się tama na Sole. – Pw. na Kiczerę i Leskowiec.
              Wadowice, małe miasto powiatowe nad Skawą, dość czyste i miłe. Przyzwoity
      hotel Wysogląda (ulica 3 Maja) i „pod Sobieskim” – Pw. na Leskowiec.”
              Zimowa aura jaka panowała w 1928 roku być może sprzyjała narciarzom ale dla
      wadowiczan była uciążliwa. Lakoniczny zapis w kronice Karmelitów z lutego donosi o tym
      i o posłudze zakonników wobec żołnierzy 12pp.
              2 II. Obecna zima jest niesłychanie ostra. Mrozy u nas stałe od 30-40°. Najstar-
      si ludzie takiej zimy nie pamiętają. W ciągu trzech miesięcy nie było ani jednej odwilży.
      W kanalizacjach i urządzeniach wodociągowych szkody ogromne. Szczególniej te sybir-
      skie mrozy odczuliśmy w naszym świeżym i niezupełnie wyschłym domu. Sal nie można
      było należycie ogrzać. [A, cz. 4.77–78]
              Luty. Dnia 29 lutego były rekolekcje dla żołnierzy w naszym kościele. Dwie nauki
      rano i po południu miał ks. kapelan [Antoni] Miodoński, proboszcz wojskowy z Białej. Tego
      samego dnia po południu odbyła się spowiedź żołnierzy. Było do spowiedzi 400 żołnierzy.
      Księża nie przybyli nam na pomoc. Było nas czterech ojców i dwóch księży pallotynów,
      więc spowiadaliśmy do późnego wieczora. [II, 291]”.
             Odkąd Wojtyła przeszedł na emeryturę przestały do niego docierać informacje, które
      przedtem, gdy pracował, spływały kanałami wojskowymi. Luki dotyczyły zarówno wydarzeń
      ogólnokrajowych, jak i lokalnych. Niektóre wydarzenia były wprawdzie głośne w mieście
      i komentowane, ale brak było jakiejś miejscowej gazety, z doniesieniami o poczynaniach
      magistratu, z towarzyskimi ploteczkami, z wiadomościami z własnego podwórka, żywotny-
      mi dla mieszkańców nadskawskiego miasteczka. Porucznik skonstatował, że gdy pracował
      brakowało mu czasu na czytanie i poszukiwanie lokalnych ciekawostek. Teraz, gdy jest już
      emerytem, ta pustka informacyjna zaczęła mu doskwierać. Sięgnął po sterty nieprzejrza-

Strona 263

Rozdział V - Dzieciństwo            261
nych jeszcze gazet, które przyniósł od państwa Pukłów. Głowa rodziny Józef Pukło był nadal
aktywnym patriotą, a przy tym wiedział o wszystkim co się dzieje w magistracie, bo tam
pracował.
       Porucznik zajrzał do „Chłopskiego Sztandaru”, bo tam często można było znaleźć coś
o Wadowicach. Numery Ilustrowanego Kuriera Codziennego rzadko publikowały materiały
o sprawach prowincjonalnych. Tymczasem „Chłopski Sztandar” pisał:
        Chłopski Sztandar nr 14 z dnia 25 marca 1928 r., str. 4
        Jak p. gen. Galica przegrał wojnę w Wadowickiem.
        „Było to oczywiście przed wyborami. Starosta wadowicki zwołał dla generała Gali-
cy pismem urzędowym sesję wójtowską. Policjanci w nocy obchodzili mieszkania wójtów
i wzywali ich pod rygorem, aby na drugi dzień stawili się w Wadowicach „bo będzie generał
Galica”. Ponieważ było to przy jarmarku, więc zeszła się duża gromada chłopów. Rzeczy-
wiście zjawił się p. generał, przybrany w mundur, przy szabli, prowadząc dwóch pajaców,
przebranych za górali. Na sali było pełno chłopów. P. Galica wygłosił odczyt o działalności
swojej własnej i o działalności Legionów. Przyznać trzeba, że p. generał jako mówca jest
nieświetny.
        Przemawiał drugi kandydat „jedynkowy”, p. Gwiżdż z Warszawy. Przedstawił się
również i trzeci „kurjerkowy” kandydat Walewski. Po nich zażądał głosu ob. Szczepan Fi-
delus z „Wyzwolenia”. Na to prezydium oświadczyło, że „dyskusja jest już zamknięta”,
a na ob. Fidelusa rzucił się z lagą „profesor” wadowickiego gimnazjum, Teofil Klima, za nim
zaś niejaki Ziemba. Ten chuligański napad podziałał jak piorun. Wszystek lud rzucił się
w kierunku sceny, kulisy straciwszy podpory, zawaliły się na generała Galicę, który spadł ze
schodów. To dobrze wpłynęło na „jedynkarzy” i uspokoili się, a ob. Fidelus wygłosił mowę
i napiętnował ich niecną robotę. Wtedy p. Galica ze starostą i komisarzem policji „wycofali
się w porządku” oglądając się tylko, gdzie się im zapodział kandydat Gwiżdż, kamienicznik
warszawski, który zniknął z sali jak gen. Zagórski z Polski. Nie każdą wojnę można wygrać.”
       W kwietniu periodyk podsumował ostatnie wybory w tonie zwycięstwa chło-
pów.
       Chłopski Sztandar nr 15 z dnia 1 kwietnia 1928 r.
       Str. 12 - Pobojowisko wyborcze.
       W roku 1922 przy wyborach „trójka” w okręgu nr 43 uzyskała 14394 głosy, przy tych
zaś wyborach (1928 – dop. autora) uzyskała „trójka” 25591 głosów, a więc o 11197 głosów
więcej niż przy poprzednich wyborach. Toteż arcykatolicki „Głos Narodu” z bólem serca
stwierdził, iż wieś zradykalizowała się bardzo. Jeśli chodzi o poszczególne powiaty to na
pierwszym miejscu postawić należy powiat wadowicki. Sieć stowarzyszeń „Wyzwolenie”,
spory zastęp ideowych działaczy i długoletnia praca polityczna dotychczasowego posła
Putka dała wyniki dla stronnictwa „Wyzwolenie” chlubne (...).
       Porucznik Wojtyła, mimo, że związany z kręgami wojskowymi, po przejściu na eme-
ryturę zaczął odnawiać kontakty sąsiedzkie. Od zawsze sympatyzował ze środowiskami
rzemieślniczymi. Związany z rękodzielnictwem rodzinnie przez ojca Macieja, który był
krawcem i działaczem cechowym, który i jemu dał przygotowanie w tym zawodzie. Powią-
zany był też z rzemiosłem poprzez członków rodziny ze strony żony, jej ojca, brata, którzy
zajmowali się rymarstwem i powozami, poprzez dalszych krewnych Scholzów, bielskich
szewców.
       Emerytowany porucznik zachodził teraz częściej do znajomych krawców: Ci-
chonia i Kęckiego. Raz, że mógł z nimi pogwarzyć o bliskich mu sprawach, o codziennym
trudzie, o sprawach wadowickich rękodzielników. Dwa, że poświęcał teraz więcej czasu by

Strona 264

262         Rozdział V - Dzieciństwo

      samemu podłubać przy ubraniach. Miał umiejętności by coś sobie przerobić, zreperować
      z odzieży, a że finansowo się nie przelewało, korzystał z tej możliwości. Odwiedzając zaprzy-
      jaźnionych krawców mógł uzupełnić materiały, których potrzebował. Nici, dodatki, guziki
      – wszystkie dodatki w ich warsztatach mógł kupić po okazyjnych cenach, a nadto aktuali-
      zował swoje czeladnicze przygotowanie krawieckie. Ich rady praktyczne były nieocenione,
      a jego rozbrat z szyciem zbyt długi by był na bieżąco.
            Niebawem nadeszły dla siedmioletniego Lolka i jego kolegów z klasy, upragnione
      wakacje. Lolek, wiosną 1928 roku nie był już taki wesoły, bo martwił się o chorującą mamę.
      W domu sporo czynności gospodarskich wykonywał ojciec. Mama leczyła się, chodziła po
      doktorach, ale nie było widać poprawy.
             Szkolna kronika za rok szkolny 1927/28 podaje:
             „W tym roku założono przy tutejszej szkole pracownię przyrodniczą, dla której od-
      dano trzy sale w budynku filialnym przy ulicy Młyńskiej. Na urządzenie pracowni sprawił
      magistrat miasta Wadowic umeblowanie za cenę 1000 zł. Ministerstwo W. R i O. P udzieliło
      2000 zł subwencji, zaś komitety rodzicielskie szkół powszechnych, seminarium nauczyciel-
      skiego żeńskiego i młodzież szkolna złożyli na ten cel kwotę 2681 zł.
             Także w tym roku założono przy tutejszej szkole pracownię dla robót ręcznych sub-
      wencjonowaną przez Magistrat”.
             Katalog klasowy wraz z wykazem klasyfikacyjnym zawiera następujące dane:
              W I półroczu przyjęto 60 chłopców, w tym 44 wyznania rz. kat. i 16 mojżeszowego.
      Stan z końcem pierwszego półrocza bez zmian.
              W II półroczu stan liczebny klasy bez zmian. Opuściło szkołę dwóch chłopców wy-
      znania rzymskokatolickiego, więc stan z końcem drugiego półrocza: 58 ogółem, w tym 42
      katolików i 16 Żydów.
              Uzdolnionych ogółem 48 uczniów (35 rz. kat. + 13 wyz. mojżeszowego).
              Nieuzdolnionych ogółem 10 uczniów (w tym 7 katolików i 3 Żydów).
      Stronę katalogu podpisali: dyr. Romański, ks. Pawela, gospodarz klasy Krzyszkowski i z rel.
      mojż. Reiter.
              Pod numerem 56 zapisany Karol Wojtyła, który uzyskał końcowe oceny z góry
      na dół bardzo dobre. Liczba opuszczonych dni: W pierwszym półroczu – 9, w drugim – 1.
      Wynik ogólny bardzo dobry.
             Dla dzieci z rodzin słabo sytuowanych wakacje były czasem spędzanym w domu,
      w Wadowicach. Lolek należał do licznej grupy tych, którzy nigdzie nie wyjeżdżali. Chodziło
      się nad Skawę w dni upalne, a gdy było pochmurno dzieciarnia bawiła się na podwórkach
      koło domu. Były też chwile spędzone z rodzicami - na spacerach, na zakupach, w kościele,
      a rzadziej na krótkich wizytach u znajomych czy sąsiadów. W czasie niepogody pozosta-
      wały jedynie ograniczone możliwości – zajęcia domowe - czytanie i zabawa z rówieśnikami
      pod dachem. Ewentualnie towarzyszenie rodzicom w codziennych czynnościach porząd-
      kowych, w kuchni przy gotowaniu, co przeważnie polegało na naśladowaniu dorosłych
      poprzez np. robienie ciasta, pranie, szycie, zamiatanie itp. Nieraz udawało się nawet w ten
      sposób pomóc w różnych obowiązkach, a jeśli nawet nie, to było to dobre przygotowanie,
      do spełniania tych zadań w przyszłości.
             Panią Marię Janinę Kaczorową (lat 81) przypomniał mi ojciec, gdy go wypyty-
      wałem kto jeszcze znał Lolka z lat szkoły powszechnej. Tak się złożyło, że p. Kaczorowie
      przyjaźnili się z moimi rodzicami, mimo dość dużej różnicy wieku. W czasach PRL-u sta-
      nowili grupę towarzyską spotykającą się na imieninach, na majówkach, podczas rekreacji
      nad Skawą. Z innych postaci utkwili mi w pamięci: Szelągowie, Batko, Jasiek Zając, Gołu-
      chowscy.

Strona 265

Rozdział V - Dzieciństwo             263
        W latach osiemdziesiątych żywotna pani Jani-
na mieszkała w pobliżu moich rodziców, w bloku, na
osiedlu XX-lecia w Wadowicach. Tam właśnie odwie-
dziłem ją 13 III 1982 r. To co opowiadała nagrywałem,
bez mojej ingerencji. Teraz przy porządkowaniu jej
wspomnień dostrzegam wyraźny podział tematycz-
ny. To opinie i wydarzenia związane z Lolkiem, z jego
matką i jej chorobą, aż do wspomnień o sąsiadach,
o wadowiczanach, o życiu i atmosferze w mieście
w latach międzywojennych. Przytaczam wypowie-
dzi o rodzinie Wojtyłów, o chłopcu, matce i ojcu
i ich przeżyciach w związku z jej śmiercią. Niektóre
fragmenty wspomnień znalazły się w opracowaniu:
„Wadowice Karola Wojtyły” wydanym w 1983 r. przez
Towarzystwo Miłośników Ziemi Wadowickiej. Po kil-
ku latach znalazłem w publikacji Romana Antoniego                    Maria Janina Kaczorowa
Gajczaka: „Sercu najbliższe” szerszą wypowiedź p. Kaczorowej na temat Emilii Wojtyło-
wej, którą włączam w tekst, jako że wnosi nowe aspekty w poznanie matki papieża.
        Najpierw jednak moje, wcześniejsze nagranie.
        Maria Janina (z domu Kuźniarowicz) Kaczorowa.
        „Mieszkałam w domu, w którym urodził się papież. To był dom Bałamutha, mieszka-
łam na I piętrze z córeczką, która miała 4 lata, a obecny papież miał 8 lat. I przychodził do nas
bawić się piłką z moją córką. Bardzo miły chłopczyk był. Matka jego była ciężko chora, odwie-
dzałam matkę też. I znałam brata starszego, tego, który był lekarzem, Edmunda. Bardzo miła
była rodzina, kulturalna i bardzo się kochali, bardzo żyli zgodnie wszyscy. Myśmy ich z mężem
odwiedzali, a dzieci się bawiły, jak dzieciaki. Bardzo byłam wzruszona jak się dowiedziałam
że właśnie, ten mały Loluś, który przychodził się bawić, został papieżem. Żałowałam bardzo,
że nie mogłam osobiście z nim pomówić, ale tak się układało, że mnie nie dopuścili, jak był
w Polsce, nawet do tej bramy. A mnie chodziło tylko o to, żeby mnie osobiście pobłogosławił.
A witały go osoby zupełnie się do tego nie nadające.
        Mały Loluś lubiał bardzo w piłkę grać. Grywali blisko domu, on był najmłodszy
z tych graczy. Nieraz dostawał ciężkie razy, ale był taki zaparty i tak się do tej piłki garnął.
Poza tym bardzo był grzeczny, chodził do szkoły, do magistratu, potem służył do mszy i często
do nas przychodził, a jego brat Edmund też był bardzo miły i przychodził do nas na brydża.
Z moim mężem i bratem i jeszcze z jednym panem grywali w karty. Ojciec zaś był bardzo po-
ważny, były wojskowy austriacki. Chodził sztywno, poważny, w cwikierach, wyprostowany, jak
typowy austriacki oficer. Bardzo zajmował się dziećmi, kochał strasznie całą swoją rodzinę.
Żoną się bardzo opiekował. Żyliśmy na przyjacielskiej stopie. Nie bywaliśmy często u siebie, bo
ja miałam zajęcia, a on też miał kłopot, bo żona chorowała. Ale żyliśmy w przyjaźni i co kogo
bolało to myśmy sąsiedzi odczuwali. Czy to byli Żydzi, czy to byli Polacy, jaka była religia to nie
robiło różnicy, tylkośmy współczuli jak tak ciężko było.
        Jak mały Loluś przychodził do nas, to zawsze elegancko się ukłonił i powiedział „cału-
ję rączki”. Był szczuplutki, ubrany w jakieś ciemne ubranko, króciutkie spodenki, bo nigdy nie
nosił długich, buty i podkolanówki. Od razu brali się do bitki z moją córką. Poczęstowałam ich
jabłkami, co tam miałam. Potem szli na podwórko. U nas w domu zawsze się spokojnie zacho-
wywał. Nadzwyczaj ułożony i bardzo delikatny. Taki był delikatny, że nawet nie robił wrażenia
chłopca, tylko takiej spokojnej dziewczynki. To było charakterystyczne. Ale mimo to lubił sport
i wycieczki. Robili wycieczki ze szkoły gdzieś w góry, to on zawsze z plecakiem, miał do tego za-
miłowanie. Bardzo przy tym kochał rodziców i brata, słuchał, był posłuszny, nikomu z rodziny,
ani nikomu ze starszych nie sprzeciwiał się. Jak mu ktoś coś powiedział, czy zwrócił uwagę, to

Strona 266

264            Rozdział V - Dzieciństwo

      grzecznie zawsze dziękował i pytał się: czy ja to źle nie zrobiłem? Bardzo wrażliwy, uczuciowy
      szalenie, taki uczuciowy jak mimoza. Króciutko ostrzyżony, jak to mówią na jeża. Drobniutki,
      szczupły, bladziutki, bardzo bladziutki. Taka twarzyczka uduchowiona.
               W uzupełnieniu nagrania cytat z książki R.A. Gajczaka11.
               „Czasem prosiłam panią Wojtyłową: proszę mnie pohamować, bo ja za dużo i za
      szybko mówię. Odpowiadała: Ależ to nic nie szkodzi. – ona była cicha. Była uosobieniem
      kobiecości. To jest takie moje zdanie. Czy w słowach była oszczędna? Nie, tego nie mogę
      powiedzieć. Była - co jeszcze raz podkreślam - bardzo kulturalna, taka typowa kobieta daw-
      nych czasów. Ideał kobiety epoki. Była bardzo lubiana, nawet obcy ludzie zauważali w niej
      niezwykłą pogodę ducha, no i była niezwykle pobożna. Mawiała do mnie: Pani Jasiu, pani
      taka młoda, ale przyjdzie czas, że się pani z tym pogodzi, kiedy na człowieka przychodzą
      rozmaite ciężkie chwile... (wołali na mnie wszyscy Janina, Jasia, pani Wojtyłowa też).
               Pani Emilia bolała nad tym, że straciła córkę. Mało wiemy o tej sprawie. Tak się złoży-
      ło, że ja też straciłam pierwszego syna (Karola - co za zbieg okoliczności). Mój trzymiesięcz-
      ny synek pochowany jest na wadowickim cmentarzu. U pani Wojtyłowej też wydarzyło się
      takie nieszczęście, tylko nie wiem, czy jej córeczka już urodziła się nieżywa, czy też zmarła
      jako niemowlę? Nigdy pani Wojtyłowej nie wypytywałam o szczegóły. Ja mam córkę, pani
      Wojtyłowa widziała, jak ja kocham moją córkę, jak Bogu dziękuję, że ona żyje, raz się jej wy-
      wnętrzyłam i powiedziałam, że moje pierwsze dziecko zmarło. Ona wtedy zapytała mnie,
      jak to było. Opowiedziałam jej historię choroby mojego synka, wzruszyła się i pocieszała
      mnie: jeszcze będzie pani miała z pewnością syna... I mam syna.
               Pamiętam, że wywieziono panią Emilię na leczenie. Nie pamiętam dokąd. Cierpiała
      na bezwład nóg i inne choroby. W Wadowicach ludzie mówili, że ma ona coś z kręgosłu-
      pem albo wątrobą. Potem zmarła.
               Po dłuższej przerwie: „I jeszcze to ciekawe, że pani Wojtyłowa nazywała się z do-
      mu Kaczorowska, jak ze mną rozmawiała, to raz wspomniała: do Kaczorowej tylko dodać
      „owska” i będziemy jak dwie nie tylko znajome, ale pokrewne dusze.”




      Odsłonięcie pomnika poległych żołnierzy 12pp przed koszarami.

       11 - Roman Antoni Gajczak: Sercu najbliższe. Wydawnictwo OO. Karmelitów Bosych. Kraków 1987, s. 25

Strona 267

Rozdział V - Dzieciństwo                            265




                                                                Defilada na ulicy Lwowskiej, 3 maja 1928 r.

       Poniżej kilka ciekawych informacji z życia miasta, które niewątpliwie dotyczyły
również rodziny Wojtyłów, dotyczyły spraw powiatowych, środowiska kościelnego, mło-
dzieży szkolnej i wojska. Cytaty pochodzą z kroniki klasztornej karmelitów, z kroniki
szkoły żeńskiej i kroniki szkoły powszechnej.
         Kronika karmelitów 1928 r. Str. 58 i 59.
         „W nocy z 4/5 [października] zmarł nagle ks. prałat, proboszcz wadowicki Andrzej
Zając. Zmarły liczył 82 lata życia. Proboszczem w Wadowicach był od roku 1893, a więc 35
lat. Był to kapłan wielkiej nauki i cnoty. Pobożny, miłosierny dla ubogich. Już za życia przy-
gotował sobie grobowiec na cmentarzu, który często odwiedzał. Dnia 8 października odbył
się pogrzeb przy bardzo licznym udziale duchowieństwa, wojska, urzędników, obywateli
wadowickich, szkół itd. Samych księży było około 100. Przyjechał także na pogrzeb J. Eks.
Ks. Biskup Stanisław Rospond z Krakowa, który w asystencji duchowieństwa odprawił uro-
czystą mszę św. pogrzebową i prowadził kondukt pogrzebowy na cmentarz. [II, 302]
         20 IX. Około godz. 1 w nocy znowu obudziły nas sygnały alarmowe z fabryki i z ko-
lei. Paliła się bowiem kamieniczka w mieście naszym, domek leżący vis a vis ochronki SS.
Nazaretanek. Kamieniczka ta, jedna z najstarszych w naszym mieście, została niedawno
ładnie i gruntownie odnowiona, tak że teraz nawet się ładnie prezentowała. [II, 318]
         10 XI. Na uczczenie 10-lecia niepodległości Polski w szkołach nie ma nauki. Tutejsze
gimnazjum wraz z seminarium nauczycielskim żeńskim urządziło w „Sokole” przedstawie-
nie „Krakowiacy i górale”, w którym my wzięliśmy udział. Ta sztuka wszystkim bardzo się
podobała. Z tej okazji wadowicki garnizon ufundował pomnik żołnierza na ulicy 3 Maja,
przed koszarami, na uczczenie żołnierzy z ziemi wadowickiej, poległych w obronie Ojczy-
zny powstającej. Rzeźbił Józef Jura”.
       Kronika szkoły żeńskiej z roku szkolnego 1928/29
       „Szkoła nabyła aparat (...) a mianowicie epidiaskop, ze stolikiem i ekranem za kwotę
1390 zł. (...) Z aparatu korzystają także: szkoła im. Królowej Jadwigi i Marcina Wadowity”

Strona 268

266          Rozdział V - Dzieciństwo

              „W dniu 10 października zmarł nagle proboszcz ks. prałat Andrzej Zając. (...) mło-
      dzież szkolna wraz z gronem nauczycielskim wzięła udział w pogrzebie i złożyła wieńce na
      trumnie zmarłego duszpasterza”.
              „Ku uczczeniu dziesięciolecia wolności odbyło się po poranku święto sadzenia drze-
      wek (...). W dniu następnym odbyło się odsłonięcie pomnika naprzeciw koszar przy ulicy
      3 Maja, ku czci poległych 12pp. w latach 1918-1920. Dzieci wzięły udział w pochodzie pod
      pomnik z chorągiewkami o barwach narodowych i ułożyły wieniec z gałązek świerkowych
      i złoconych szyszek i jemioły z napisem: Hołd poległym bohaterom - młodzież szkół po-
      wszechnych w Wadowicach.”
               Kronika szkoły powszechnej - rok szkolny 1928/29 rozpoczął się tradycyjnie
      1 września. Dzieci z wszystkich klas od 1 do 7 dowiedziały się kto będzie ich wychowawcą.
      I tak: klasę Ia objęła p. Zofia Bernhardtowa (42 uczniów), klasę Ib - p. Józef Koman w liczbie
      40 uczniów, klasę IIa – p. Józef Maszlanka (46 uczniów), IIb – p. Stefania Tylkowa (44 uczniów).
      Klasę III prowadził znowu inny gospodarz. W miejsce Ludwika Krzyszkowskiego, który uczył
      w Wadowicach tylko rok, wychowawstwo powierzono Feliksowi Sponderowi. Był to najlicz-
      niejszy oddział w całym „powszechniaku” i liczył 68 uczniów. Tu kontynuował naukę Lolek.
      Klasę IV prowadził p. Józef Gondek (58 uczniów), V i VI Jan Skopiński (52 uczniów).
      Klasę VII prowadził p. Franciszek Zięba (37 uczniów).
              Józef Gondek, w młodości nauczyciel Szko-
      ły Powszechnej im. Marcina Wadowity, potem
      w dalszej drodze zawodowej profesor Wyższej Szko-
      ły Rolniczej w Krakowie, przywołuje w pamięci obraz
      i atmosferę tamtych Wadowic. By nadać właściwą
      wagę tej wypowiedzi, należy podkreślić, że Józef
      Gondek, to jedyny z nauczycieli szkoły powszechnej,
      który przez cały czas nauki w tej szkole Karola Woj-
      tyły, pracował w niej. Nie był wprawdzie nigdy wy-
      chowawcą, niemniej zapamiętał przyszłego papie-
      ża. Myślę oczywiście o tych osobach, które dożyły
      momentu wyboru Jana Pawła II, z którymi mogłem
      porozmawiać i utrwalić ich wspomnienia. Gwoli ści-
      słości należy nadmienić, że dożył jeszcze tej chwili Ta-
      deusz Braś, który miał do czynienia z uczniem Wojtyłą
      w ostatniej klasie, czyli czwartej szkoły powszechnej.
              Nagrane w Krakowie, w jego mieszkaniu. Tam też zrobiłem profesorowi zdjęcie.
              Wspomnienie - Józef Gondek:
              Od roku 1923 łączy mnie z Wadowicami stała praca zawodowa nauczycielska w szkole
      podstawowej, do tego dołączyła się także moja działalność na terenie szkoły dokształcającej,
      wieczorowej, poza tym praca oświatowa w 12pp (...). Specjalistą byłem w dziedzinie biologii
      i geografii. Szkoła dokształcająca była dla terminatorów i uczniów w rzemiośle, w zawodzie.
      Uczyłem pisania listów, podań, sprawozdań, o takich rzeczy. Niezależnie od tego były jesz-
      cze dodatkowe wiadomości z zakresu biologii, historii, nauk społecznych. W tym czasie dy-
      rektorem szkoły był Kazimierz Romański, który zachorował na raka gardła i leczył go doktor
      Miodoński, słynny krakowski profesor, na UJ-ocie na wydziale medycznym, także mój bliski
      znajomy, u którego się leczyłem laryngologicznie. Romański był charakterystyczną postacią
      dla Wadowic. Zawsze w czasie jakiejś przerwy w nauce, doglądał jako dyrektor szkoły. Miał
      zwyczaj chodzenia po rynku, z laseczką, w meloniku. Towarzyszył mu właściciel drogerii
      p. Homme, oprócz tego słynny Karol Prezentkiewicz, też charakterystyczny dla Wadowic. Mia-
      nowicie był sportowcem w całym tego słowa znaczeniu. Jeden z tych, którzy podtrzymywali
      tradycję wadowickiego „Sokoła”. Zawsze elegancki, kulturalny pan, jeśli chodzi o prezencję ze-
      wnętrzną. Ta trójka zawsze sobie chodziła po rynku, przed kościołem. To była typowa grupka

Strona 269

Rozdział V - Dzieciństwo                   267
starych bywalców wadowickich, którzy mieli jakieś swoje zadanie czy rolę do spełnienia, cha-
rakterystyczną dla małego miasteczka tego typu jakim były Wadowice. Dyrektor, po ostatnich
trudnych momentach swojego życia, gdy upadał z każdym dniem na siłach, skończył życie
w szpitalu wadowickim. Niedługo po nim obowiązki kierownika szkoły przejął Józef Maszlan-
ka, mieszkający koło klasztoru, na górze. Też znana rodzina - tam było kilkoro dzieci. Niedługo
poszedł na emeryturę, a na jego miejsce przyszedł Franciszek Zięba, który piastował tę god-
ność do końca mojego pobytu w Wadowicach tj. do roku 1937. W międzyczasie kształciłem się
zawodowo na kursach dokształcających, wyższych, nauczycielskich (1928–1929).
        Z tych czasów pamiętam Karola Wojtyłę jako małego chłopczyka, w charak-
terystycznym mundurku granatowym, zapinanym pod szyję, z wyłożonym białym
kołnierzykiem, który ganiał koło kościoła. Były momenty, że na którejś z godzin, czy na jakiejś
wycieczce, czy na zajęciach miałem możliwość zetknięcia się bezpośrednio z nim samym, ale
gospodarzem tej klasy nie byłem, dlatego ten kontakt z nim był luźniejszy. Natomiast kole-
dzy Braś Tadeusz, Żmuda Marian, Józef Koman mieli z nim stały kontakt w klasie. Jan
Skopiński miał przedmioty humanistyczne: historia, język polski, nauki społeczne. Ja
też miałem chyba w VII klasie ten ostatni przedmiot, a poza tym przyroda i geografia, To była
moja specjalność.
        Z Karolem Wojtyłą połączyła mnie jeszcze ta okoliczność, że gdy założyłem drużynę
harcerską w Wadowicach, przy szkole podstawowej, wtedy starałem się ściągać do drużyny,
jak najwięcej młodzieży raczej inteligentnej, zaawansowanej, żebym miał narybek już taki
więcej obiecujący. Wtedy próbowałem przez kolegów nawiązać kontakt, żeby do nas przy-
szedł. Wtedy mi odpowiedziano, że on, do nas przyjść nie tyle nie chce, co nie może, bo on jest
„sodalis marianus”. Pamiętam go jeszcze z innych momentów kiedy jego brat Edmund przy-
prowadzał swojego braciszka na zebrania drużyny gimnazjalnej i gdy chodzili na wycieczki
brał go bardzo często „na barana” i prowadził go ze sobą w teren.
         W klasie III w składzie klasy znalazło się kolejnych dwóch uczniów, którzy do-
szli z przyszłym papieżem aż do matury. Byli to: Marian Bieniasz zam. w Kleczy Dolnej, syn
komendanta żandarmerii w Mogilanach k/ Krakowa i Karol Poliwka, syn doktora medycy-
ny z Wadowic. Pierwszy z wymienionych to mój ojciec.
        Mój dziadek, ojciec Mariana Bieniasza pracował w pierwszej połowie lat dwudzie-
stych w Mogilanach k/Krakowa. Pełnił tam funkcję komendanta posterunku żandarmerii.
Chodził w mundurze, uzbrojony, podobnie jak ojciec Wojtyły. Dał się sfotografować, jeszcze
w okresie galicyjskim, u fotografa krakowskiego Hennera, podobnie jak uczyniła to rodzina
Wojtyłów. W II połowie lat dwudziestych dziadek przeszedł na emeryturę. Wraz z rodziną
osiadł w Kleczy Dolnej w pobliżu Wadowic. Gospodarował na kawałku pola położonym
między drogą do Wadowic, a rzeczką Kleczanką, tuż przed wiaduktem kolejowym, po jego
wschodniej stronie. Z przekazów rodzinnych wiem, że dziadek Andrzej pochodził z Wyso-
kiej k/Łańcuta. Pełniąc służbę w Monasterzyskach pomiędzy Stanisławowem, a Tarnopolem
związał się z Zofią Gawlik, pochodzącą z Gawłuszyc pod Mielcem. Mieli trójkę dzieci, które
za wszelką cenę postanowili wykształcić. I tak: Jan Wiesław został prawnikiem, Marian na-
uczycielem, a najmłodsza Danuta pielęgniarką. Dzieci wychowywały się w Kleczy Dolnej
i uczęszczały do wadowickich szkół.
        Pochodzenie naszego nazwiska Bieniasz okazało się umiejscowione już w średnio-
wieczu. Poniżej uwagi na ten temat.
        Jan Długosz pisząc pod rokiem 1471 o zabiegach Polski w celu obsadzenia stolicy
Czech polskim królem Władysławem (syn Kazimierza Jagiellończyka) wymienia uczestni-
czącego w rozmowach rycerza Bieniasza Weitmilnera. Ten sam wspomniany jest, gdy król
Czech Władysław przekazuje w dzierżenie zamek Karlstein księciu Henrykowi Podżebrac-
kiemu i rycerzowi Bieniaszowi Weitmilnerowi.12

 12 - Jan Długosz: Roczniki czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego, księga 12 (1462-1480) s. 279, 287.
      Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009

Strona 270

268             Rozdział V - Dzieciństwo




      Marian Bieniasz, szkolny kolega Karola Wojtyły.                                      Andrzej Bieniasz, ojciec Mariana, a mój dziadek.




                                    Rodzina Mariana Bieniasza (żona - Sabina, córka - Anna i wnuki - Magda i Piotrek)

Strona 271

Rozdział V - Dzieciństwo                           269




                                           Dom dziadków w Kleczy Dolnej (w połowie lat osiemdziesiątych XX w.)
        Jeszcze w innych zapiskach pojawia się w kronikach Długosza imię Bieniasz (np. Bie-
niasz z Ostromic) co dowodzi, że w staropolszczyźnie posługiwano się tym imieniem, które
później przekształciło się w nazwisko. Nosząc go współcześnie nie mogłem oprzeć się po-
kusie by przytoczyć jego dawną funkcję i by jednocześnie oddać uczucie satysfakcji z tego,
ze noszę nazwisko o tak starym rodowodzie.
       Trzeba dodać, że do klasy z Lolkiem chodzili uczniowie z miasta i ze wsi. Ci drudzy
mogli dojeżdżać pociągiem, bądź dochodzić pieszo. I tak np. Józef Wąsik dochodził co-
dziennie kilka kilometrów w jedną stronę do szkoły. Mój ojciec Marian dojeżdżał jeden
przystanek z Kleczy Dolnej do Wadowic. Zaczął tę przygodę mając 8 i pół roku, a skoń-
czył po maturze. Aby znaleźć się na przystanku musiał iść z domu kilometr z okładem.
Potem pokonywał przestrzeń ze stacji kolejowej w Wadowicach do rynku, by zasiąść
w ławce szkolnej. Po kilku godzinach nauki, powtórka z rozrywki. I tak przez 10 lat w słoń-
cu i w deszczu, w śniegu i błocie. Uczeń dojeżdżający nie miał praktycznie możliwości
uczestniczenia w życiu pozalekcyjnym i pozaszkolnym. Jego życiem rządził rozkład jazdy
pociągów. Po dotarciu do domu musiał się uczyć, a często gęsto jeszcze pomagać w go-
spodarstwie. Nieraz po nauce była wolna chwila do odjazdu pociągu.
       „- Jako uczeń dojeżdżający miałem zawsze godzinę czasu do odjazdu pociągu. Wte-
dy Lolek zapraszał nas do gry w piłkę na pobliskich plantach. Oczywiście on przynosił piłkę,
bo była to rzecz nieosiągalna dla nas, wiejskich dzieci. Natomiast w zimie znosił ze swojego
mieszkania sanki i jeździliśmy z górki pod kościołem”. (Marian Bieniasz)
       Jeden z uczniów, syn zamożnego ziemianina, dowożony był do szkoły bryczką.
Uczniowie miejscowi mieli dużo więcej czasu na zabawy i na dokazywanie na podwórkach.
Wypowiedź starszego z braci Cichoniów - Mariana potwierdza tę tezę. Uczniowie z miasta
mieli mniej obowiązków, a nadto więcej czasu.
       Kraków - wspomina Marian Cichoń - urodzony w 1913 r.
       Sąsiedzi: Franek Zadora, dzieci Banasiów. W domu doktora Moskały mieszkały na dole
Stacha, Kazia, Zdzicha, i Zosia Werdanówny. Obok, gdzie policja mieszkali Popkowie (Tadek
i Zbyszek). Bawiliśmy się w wojsko, ja byłem ich dowódcą, mnie musieli słuchać. Nieraz wy-
szturchałem któregoś za niezdarność.

Strona 272

Widok na Księży Las i Bliźniaki (lata 30-te XX w.)
       SZLAKAMI
    Jana Pawła II
Księży Las, Łysa Góra,
 Iłowiec, Dzwonek.




 Droga do Księżego Lasu, którą
 chodziło się na majówki.




 Skrzyżowanie szlaków pod Łysą Górą. Kapliczka i obelisk
 upamiętniający pobyt Jana Pawła II w tym miejscu.

Strona 273

Widok spod Iłowca w stronę Leskowca.




Kaplica na Dzwonku (popr. Goryczkowiec)
- lata 30-te XX w.




               Spojrzenie na Wadowice spod Dzwonka
                                      (lata okupacji)

Strona 274

272           Rozdział V - Dzieciństwo

              Na podwórzu pod schodami u Banasia była kasarnia. Tam
      mieliśmy swoje karabiny, cośmy sobie porobili z desek, łuki, proce.
      A obok była studnia, zasypana. Przy tej studni wszyscy się bawili,
      nie tylko młodzi, ale starsi też, przyjeżdżali z wózkami, z dziećmi.
      Pani Banasiowa, pani Werdanowa. Loluś był bardzo karny. Mama
      wyszła na balkon i wołała Loluś - już mamusiu, już! Od razu leciał,
      nie wołała go parę razy, jak kogo innego, tylko był bardzo karnie
      wychowywany. Loluś miał jeszcze kolegę, który mieszkał pod
      jego mieszkaniem na dole, w tym samym budynku u Bałamu-
      tha - kolega ten miał na imię Benek, nazwiska jego nie pamię-
      tam. Loluś bardzo go lubił, często chodzili ze sobą, nie zważając
      na to, że on jest Żydem, a Lolek katolikiem. Ja znałem Benka, też                 Marian Cichoń.
      się z nim bawiłem, nie miałem nic przeciwko Żydom. Cisner - sklep
      z materiałami, Ebel miał restaurację, Bałamuth - bogaty Żyd. Miasto było zwłaszcza urzędni-
      cze, poza tym sporo było wojskowych.
              Loluś się lubił bawić zwłaszcza w mszę świętą i kościół. Na balkonie ustawiał stół,
      na nim taboret, przykrywał go białym prześcieradłem i bracia moi młodsi najlepiej mu służyli
      do mszy. On chyba się urodził już tym ojcem świętym, według mnie.
              Dla rodziny Wojtyłów nadszedł trudny czas. Pogłębiająca się choroba matki przesła-
      niała codzienność, zdominowała dziecięcą naturę, żywą i radosną.
             „Moje lata dziecięce i chłopięce zostały wnet naznaczone utratą osób najbliższych.
      Naprzód matki, która nie doczekała mojej pierwszej komunii świętej. Ona chciała mieć
      dwóch synów: lekarza i księdza; mój brat był lekarzem, a ja mimo wszystko zostałem księ-
      dzem. Siostry, która urodziła się na kilka lat przed moim przyjściem na świat nie znałem,
      zmarła bowiem wkrótce po urodzeniu”13. Po tym cytacie autor kontynuuje: swoją matkę
      znał właściwie wyłącznie jako osobę chorą. To na pewno ona nauczyła go modlić się. Jego
      wspomnienia o matce są dosyć mgliste; pamiętał jednak, że było mu przykro kiedy raz po-
      jechała do Krakowa bez niego, pewnie po poradę lekarską (...). Później, kiedy przygoto-
      wywał młodych do małżeństwa, miał zauważyć, że młodzi chłopcy w osobie narzeczonej
      często szukają obrazu własnej matki. Przychodzi taka chwila, mówił mi, kiedy chłopcy wy-
      chowywani tylko przez ojca (choćby to było najlepsze i pełne miłości wychowanie) z bólem
      zauważają, że brakowało im matki”.14
              „Loluś najmłodszego mojego brata bawił w wózku. Zawsze macocha moja mówi-
      ła, że największą pociechę to ma z Lolka bo on jej najwięcej Tomka bawi. Moja mama umarła,
      gdy miała 44 lata. Na pogrzebie pani Wojtyłowa płakała, że jak Cichońka umarła to ona też
      umrze. I tak się też stało, że w przeciągu dwóch czy trzech miesięcy ona zmarła, A były bardzo
      wielkie koleżanki.” Uzupełnia Marian Cichoń.
              „Kto miał pracę, żył dobrze, a kto nie miał to źle mu się powodziło. Ja się przeprowa-
      dziłem do Krakowa w połowie lat 30, za mną ojciec i odtąd nasza rodzina jest w Krakowie.”
             Trudno dokładnie określić kiedy Emilia Wojtyłowa obłożnie się rozchorowała. Nie-
      mniej można doszukiwać się zbieżności jej niedomagania z odejściem na emeryturę se-
      niora Wojtyły. W tym czasie Lolek rozpoczął edukację. By zbliżyć się do prawdy oddaj-
      my głos naocznym świadkom tamtych czasów. Danuta Gruszczyńska z zaprzyjaźnionej
      i spokrewnionej z Wojtyłami rodziny Pukłów pisze:15


       13 - André Frossard: Nie lękajcie się. Rozmowy z Janem Pawłem II. Libreria Editrice Vaticana, 1982, s. 14
       14 - Tamże, s. 14
       15 - Danuta Gruszczyńska: W Wadowicach wszystko się zaczęło. Apostolicum, Ząbki 2001, s. 11

Strona 275

Rozdział V - Dzieciństwo                   273
         „(...) Pani Emilia Wojtyłowa zachorowała. Zawsze w niedzie-
lę po mszy świętej moja mama odwiedzała ją, A ja w tym czasie
bawiłam się z Hanką Kaczorówną na balkonie, który był wspólny
dla państwa Wojtyłów i Kaczorów.
         Nie udało się wyleczyć mamy Lolka. Zmarła w młodym wie-
ku osierociwszy dwóch synów; Lolka - na miesiąc przed pierwszą
komunią świętą”.
         Pani Janina Kaczorowa wspomina: „Matka Ojca Świętego
była ciężko chora, ja ją odwiedzałam. Pani Wojtyłowa to była osoba
bardzo spokojna i kulturalna, szczupła, oczy... Papież podobny jest
do matki (powtarza to dwa razy).                                            Danuta Gruszczyńska z rodziny
         Pani Emilia była bardzo pogodna i godziła się zawsze z wolą              Pukłów, spokrewnionej
bożą, była ciężko chora. Na co?... To było dla mnie tajemnicą, bo nie                       z Wojtyłami.
wypadało pytać, to wyglądało na serce i jakiś reumatyzm, jej po prostu chwytało nogi, ale ja
nigdy nie pytałam, ona była starsza ode mnie. Było to w latach 1927-1929. Rozmawiałyśmy
o wszystkim, jak to sąsiadki; o Lolku, którego tak kochała... Martwiła się, że jest taka bezsilna...
Ubierała się bardzo skromnie, przeważnie w pastelowe barwy, włosy miała długie, czesała je
jak to dawniej, w taki czub. Już była lekko siwa. Wyglądało To bardzo oryginalnie. Głos miała
cichy, łagodny i powolny (ja trzepałam, bo byłam gadatliwa).16
        Dzień śmierci matki Lolka zapamiętała p. Helena Szczepańska, sąsiadka.17
        „Dziwne to było, że ojciec przyszedł do szkoły i dał znać, że żona zmarła, prosząc
jednocześnie nauczycielkę aby to synowi powiedziała - wspomina Pani Helena Szczepańska
- tą nauczycielką była moja znajoma pani Bernhardtowa, która tę przykrą wiadomość przeka-
zała Karolowi Wojtyle. Ja sama nigdy nie uczyłam obecnego papieża lecz wiem od koleżanki,
że już w szkole powszechnej znano jego nieprzeciętne wiadomości. Reszta klasy dostrzegała
tę wyższość, ceniąc fenomenalną chłonność wiedzy, co uwidaczniało się w bardzo dobrych
wynikach w nauce.”
        Matka naszego papieża odeszła 13 kwietnia 1929 roku. W akcie zgonu poda-
no, że przyczyną śmierci było zapalenie mięśnia sercowego i niewydolność nerek. Na klep-
sydrze napisano: (...) Po długich, a ciężkich cierpieniach opatrzona św. Sakramentami (...)
Wyprowadzenie zwłok z domu żałoby przy ulicy Kościelnej 496, do kościoła parafialnego,
a następnie przewiezienie do Krakowa nastąpi we wtorek 16 kwietnia. Złożenie zwłok do
grobowca odbędzie się dnia 17 kwietnia 1929 roku na cmentarzu rakowickim w Krakowie.
        Klepsydra jednoznacznie rozwiewa wszelkie dawniejsze domysły, że Emilia Woj-
tyłowa została pochowana w Wadowicach, a dopiero później ekshumowana i przewiezio-
na do Krakowa. Jej ciało od razu zostało złożone na cmentarzu rakowickim, w rodzinnym
grobowcu Kaczorowskich. Siostry matki papieża umierały, poza nielicznymi wyjątkami
dosyć młodo. Pochówki były więc na porządku dziennym. Być może, że cierpiały na ja-
kąś wrodzoną chorobę, podobnie jak sądzi się o Emilii Wojtyłowej. Publikacje podają jako
przyczynę jej zgonu chorobę serca i niewydolność nerek. Jedno pociągało za sobą drugie,
a w następstwie wielonarządowe uszkodzenie organów wewnętrznych. Z dzisiejszej per-
spektywy istotna jest występująca w rodzinie tendencja, która była powodem przedwcze-
snych zgonów.
        Syn Pani Emilii, Edmund, który zaczął studia w 1924 roku, był w pięć lat później zbli-
żającym się do dyplomu lekarzem. Sądzić można, że zarówno on, jak i jego ojciec liczyli
się z najgorszymi rokowaniami. Biografowie papieża wspominają, że pani Emilia leczyła się

 16 - Roman Antoni Gajczak: Sercu najbliższe. Wydawnictwo OO Karmelitów Bosych, Kraków 1987, s. 24
 17 - Zbigniew Bieniasz, Zbigniew Jurczak: Wadowice Karola Wojtyły. Towarzystwo Miłośników Ziemi
      Wadowickiej. 1983, s. 12

Strona 276

274           Rozdział V - Dzieciństwo




        Klepsydra Emilii Wojtyłowej (1929)
      w Krakowie. Można wyobrazić sobie, że to właśnie Edmund, załatwił mamie konsultację
      u znanego specjalisty, może profesora uczelni, w której się kształcił. Niestety ta diagnoza
      i terapia nie przyniosła rezultatów. W rodzinie Wojtyłów śmierć też nie była rzadkim zja-
      wiskiem. Dość powiedzieć, że młodo umarła matka seniora Wojtyły, a pierwsza żona Ma-
      cieja. Następne jego żony też stosunkowo szybko przeniosły się na tamten świat. Gdy Ma-
      ciej Wojtyła w 1923 roku zmarł, był wdowcem. W czasie wojny w 1916 roku zmarła córeczka
      Wojtyłów Olga. Wtedy śmierć ludzka była na porządku dziennym. Była powszechnym zja-
      wiskiem, bo ludzie ginęli w walce, a ponadto żniwo zbierały różne, dziś już opanowane,
      prozaiczne choroby, które wówczas były śmiertelne. Senior Wojtyła, jako wojskowy, stykał
      się z masowym odchodzeniem ludzi na frontach. Tym razem odeszła najbliższa dla niego
      osoba, która od lat obłożnie chorowała, niemniej strata ta powaliła go.
              Wrażliwy człowiek nie do końca wiedział jak przekazać tę wiadomość synowi.
      Ostatecznie zrobiła to za niego nauczycielka p. Bernhardtowa. Ból i żal to emocje bar-
      dzo osobiste, na tyle głębokie i indywidualnie przeżywane, że lepiej zostawić je w spokoju,
      bez opisów i komentarzy. Zwłaszcza, że papież, jak i cała rodzina Wojtyłów, nie obnosił się
      z nimi. Wojtyłowie nie byli ani wylewni, ani skłonni do zwierzeń. Jeśli rozpamiętywali brak
      najbliższych to tylko we własnej psychice, a życie na pozór płynęło utartym torem. Nie-
      mniej niespełna 9-letni chłopiec posmutniał, spoważniał nad wyraz, co widać cho-
      ciażby na fotografii komunijnej, czy na zbiorowych zdjęciach szkolnych z roku 1930.
      Jego pogoda, radość i dobroduszny, a figlarny, ironiczny, uśmieszek wrócą dopiero po paru
      latach, o czym przekonują późniejsze fotki, robione po 15 roku życia.
             Niebawem po pogrzebie matki, odbywała się dla uczniów trzeciej klasy I komu-
      nia święta, do której przygotowywał chłopców ksiądz Pawela. Lolek z jednej strony
      obyty z modlitwą i kościołem jak nikt, z drugiej rozbudzony religijnie, musiał w dwójna-
      sób przeżywać zbliżający się sakrament. Traumatyczne emocje jakich doświadczył przed
      miesiącem, mogły jeszcze spotęgować głębię doznań. Od dziecka potrafił się wyciszyć
      w świątyni, skupić na modlitwie, wyłączyć się z otoczenia by szukać kontaktu z Bogiem.

Strona 277

Rozdział V - Dzieciństwo                 275
W godnym przyjęciu Pana Jezusa, w odświętnej oprawie, pomagali jak zawsze niezawodni
Pukłowie. Ten uroczysty moment zapamiętała pani Danuta Gruszczyńska.18
        „Po śmierci mamy Lolek często u nas przebywał. Przyjaźnił się z bratem Adamem.
W moim domu, dzięki dobremu sercu mamy, panowała atmosfera radości i przytulności.
Osieroconemu Lolkowi było u nas chyba dobrze. Mama starała się otoczyć go miłością.
        Szkoła podstawowa męska i żeńska mieściły się przy rynku, w gmachu magistratu.
W obydwu tych szkołach równocześnie przygotowywano nas do pierwszej komunii świę-
tej. W Wadowicach zabrakło białych bucików. Moja mama uprosiła żyda – handlarza i ten
w ostatniej chwili przywiózł je z Bielska. Niestety - były tylko dziewczęce, na paseczek, i ta-
kie miał Lolek i ja, co widać na naszych komunijnych zdjęciach.
        Kiedy w 1997 roku byłam na spotkaniu koleżeńskim w zakopiańskiej „Księżówce”,
Ojciec Święty przypomniał, jak nas moja mama prowadziła w komunijnych strojach do fo-
tografa. Ja tego nie pamiętałam.”
        Wspomniana fotografia, w białym ubra-
nku, w dziewczęcych bucikach, ze świętym
obrazkiem – pamiątką komunijną - dopełniają
obrazu tego doniosłego wydarzenia. Co można
wyczytać ze zdjęcia? Szczuplutka postać chłop-
ca, ze smutnym wyrazem twarzy, trzymającego
świecę. Więcej nie da się wyczytać. Możemy się
tylko domyślać, za fotografię zrobiono na ulicy
Mickiewicza, bo stamtąd było najbliżej i po dro-
dze do Pukłów. Pewno mama Danki przygotowa-
ła dla dzieci spotkanie i poczęstunek, a po po-
łudniu znowu udali się w białych ubrankach do
kościoła, by świadczyć o swojej przynależności
do wiernych, już na nowych zasadach, w pełnym
uczestnictwie w eucharystii.
        Nauka w klasie trzeciej dobiegła końca.
        W kronice szkolnej zanotowano:
       „Ku uczczeniu 10-cio letniej rocznicy
niepodległości Państwa Polskiego zasadziła mło-
dzież tutejszych szkół powszechnych 21 drzewek
owocowych w parku miejskim, zakupionych wła-
snym kosztem.
        Z powodu nadzwyczajnie silnych mro-                 Pamiątkowa fotografia z pierwszej komunii świętej
zów dochodzących tej zimy do 43°, przerwano                                                    Karola Wojtyły.
naukę na kilka dni.
        W dniu 17 kwietnia 1929 r. zmarł dyrektor tej szkoły ś.p. Kazimierz Romański,
który został mianowany nauczycielem tutejszej szkoły w roku 1893, zaś kierownikiem (...)
w roku 1912. (...) Pełnił swoje obowiązki do końca życia, jednając sobie miłość i szacunek
miejscowej ludności, kolegów i młodzieży.
       W czerwcu tego roku zwiedzili uczniowie (...) wystawę krajową w Poznaniu.
       W lipcu gościł w naszym mieście Prezydent Państwa pan Ignacy Mościcki, witany
owacyjnie przez ludność miejscową.
       Z kroniki karmelitów:
       „25 VII. W czwartek 25 VII 29 miasteczko nasze obchodziło niezwykłą uroczystość.
Już od samego rana miejskie obywatelstwo znajduje się w uroczystym nastroju. Na rozpo-
rządzenie Magistratu budują bramy tryumfalne, ozdabiają na rynku domy, balkony dywa-

 18 - Danuta Gruszczyńska: W Wadowicach wszystko się zaczęło. Apostolicum, Ząbki 2001, s. 11

Strona 278

276            Rozdział V - Dzieciństwo




      Wizyta prezydenta Ignacego Mościckiego w Wadowicach (1929). Przemawia burmistrz Kluk.

      nami, a sami siebie różnymi szmaciskami. I wojsko czyni swoje przygotowania: kompania
      honorowa od samego rana stoi w pogotowiu. Bo też nie lada gość zawita do naszej mie-
      ściny. Sam pan prezydent Ignacy Mościcki objeżdżający całą Małopolskę nie opuści wado-
      wickie mury. Godzina 2:10 przyjechał pan prezydent. Nasamprzód, po otrzymaniu raportu
      od pana pułkownika tutejszego pułku, zrobił przegląd wojska wcale pobieżny. Następnie
      zatrzymał się, aby wysłuchać mowę powitalną, wygłoszoną przez pana burmistrza Kluka.
      I nic nie powiedziawszy odjechał w towarzystwie swoich adiutantów generała Wróblew-
      skiego, starosty powiatu wadowickiego i innych panów „czyściklamek”. W ogóle wszędzie
      zachowuje się bardzo milcząco, bo też jest tylko w rzeczywistości figurką i narzędziem
      w ręku pana marszałka Piłsudskiego. Dlatego też nie wie, jaki jest stan i zdanie rządu, ani
      wie o przyszłych planach dla polepszenia bytu obywatelskiego. Z tego powodu milczy, ka-
      zali objeżdżać, więc objeżdża!!
              Zaznaczyć trzeba, że z naszego konwentu delegowani zostali W. O. Mikołaj [Jüttner]
      i W. O. Bertold [Kozłowski]. I definitor prowincjalny, naonczas bawiący w naszym konwen-
      cie. – NB. W innych miejscowościach tak samo z quasi entuzjazmem witano Pana Naczel-
      nika państwa. W Żywcu mu ofiarowano 30-metrową kiełbasę w jednym kawałku. To ładny
      prezent?!”
              Katalog klasowy za rok szkolny 1928/29 zawiera następujące dane staty-
      styczne.
              Klasyfikowano 67 uczniów. W tym 49 wyznania rzymskokatolickiego i 18 wyznania
      mojżeszowego. Uzdolnionych 59 uczniów. Bez promocji trzech wyznania rzymskokatolic-
      kiego i 8 mojżeszowego.
              Protokół podpisali: opiekun oddziału Feliks Sponder i wz. Kier. Szkoły Józef Masz-
      lanka, oraz nauczyciele: Zofia Bernhardtowa, Ks. Jan Pawela, Stefania Tylkowa, Chaim Reiter
      i Józef Gondek.
              Tak Karol Wojtyła, jak i M. Bieniasz uzyskali na koniec roku wynik ogólny bardzo do-
      bry. Karol Wojtyła zapisany pod numerem 63, opuścił w I półroczu: -, w II półroczu: 24 godz.
            Wyjątkowe wydarzenia tego roku, a to śmierć matki i I komunia święta, przy-
      śpieszyły proces duchowego dojrzewania Karola Wojtyły. Ściślej zapoczątkowały

Strona 279

Rozdział V - Dzieciństwo                          277




Oceny końcowe Karola Wojtyły w II klasie szkoły powszechnej.

Strona 280

278          Rozdział V - Dzieciństwo

      podczas, gdy dla innych uczniów trwał niczym niezmącony czas dzieciństwa. Uznałem,
      że te dwa wybitne fakty stanowią cezurę w życiorysie, istotniejszą nawet od ukończenia
      w roku następnym szkoły powszechnej. Stąd przesunięcie i zamknięcie rozdziału. Właści-
      wie można powiedzieć, zakończyło się dzieciństwo, a zaczynało dojrzewanie, rzecz jasna
      duchowe, bo fizycznie Karol Wojtyła był nadal chłopczykiem.
              Opowiem jeszcze o Wadowicach - dodaje Janina Kaczorowa.
              Kiedy wyczerpały się wątki związane bezpośrednio z rodziną Wojtyłów, pani Ka-
      czorowa ciągnęła swoją opowieść dalej. Jej wspomnienia wypływały spontanicznie jed-
      ne z drugich, bez mojego udziału. Były na tyle ciekawe, że cytuję je bez skrótów.
              „W tych czasach gdyśmy tam mieszkali, to w Wadowicach było bardzo miło. Było to
      miasteczko przeważnie urzędnicze, było dużo rzemiosła, było dużo emerytów, ale to wszystko
      żyło w zgodzie. Można było ze wszystkimi pomówić. Inspektor szkolny Bernhardt był długo-
      letnim burmistrzem. Był to człowiek nadzwyczaj uczciwy i kulturalny, który dużo dobrego dla
      Wadowic zrobił. Natomiast poprzedni burmistrz Kluk sprzeciwił się, bo byłyby Wadowice od
      razu rozkwitły tak, jak rozkwitł teraz Andrychów. Bo tu Czeczowiczka chciał założyć fabrykę
      tkanin ale burmistrz się sprzeciwił, że on to nie potrzebuje żadnych fabryk i tak dalej. Tak, że
      Wadowice zostały miasteczkiem, można powiedzieć ubogim. Dobrze rozwijał się sport, np.
      Zenon Kęcki, który prowadził gimnastykę, która na wysokim poziomie była, wiele młodzieży
      wykształcił w tym kierunku.
              Inni Sąsiedzi – to Bałamuth Żyd, który miał sklep na dole. Jeszcze mieszkała druga ro-
      dzina żydowska (Beerowie) ale to wszystko żyło w zgodzie. Było wszystko uczciwie. A naprze-
      ciwko sąsiedzi to byli Banasiowie, p. Szczepańska i Cichoniowie. Było to zgrane towarzystwo.
              Jak już matki nie stało Lolek z ojcem chodzili do p. Banasiów na obiady, po dru-
      giej stronie była taka mleczarnia. Tam się stołowali i ulubioną papieża potrawą, pamiętam
      jak dziś, były ruskie pierożki. Z serem i ziemniaczkami. To zawsze było dla nich specjalnie rezer-
      wowane, bo oni strasznie to lubili. Cała rodzina Banasiów tak kochała tego Lolusia jak swoje-
      go najbliższego.
              Ojciec po śmierci matki sam zajmował się domem. Nieraz tam jakaś starsza ko-
      bieta pomagała, od czasu do czasu.
              Rynek - małe miasto Wadowice z charakterystycznymi typami i chłopów i Żydów
      z pejsami. W dzień targowy zjeżdżało się z okolicy dużo też obywatelstwa. Było kilka restau-
      racji takich nobliwych, hotel, kino na ul. 3-Maja. Z ciekawych postaci to np. wspomniany
      już Bałamuth, właściciel kamienicy, w której mieszkaliśmy. Był to człowiek kulturalny, izraeli-
      ta, dzieci miał wykształcone, bardzo się właściwie odnosił do katolików jak swój, nie robił tu
      różnicy. Miał bardzo bogato zaopatrzony sklep. Tam można było wszystko dostać od krysz-
      tałów począwszy do rozmaitych cudów, cudeńków. Więc jak ktoś przyjeżdżał to we wszystko
      Bałamuth zaopatrywał. Miał szkatułki, albumy cudowne, nie mówiąc już o kartach jakichś,
      widoczkach, obrazach - to wszystko można było u niego dostać.
              Drugi, ważny sklep to była księgarnia Foltina, w rynku. Była dobrze zaopatrzona.
      Miał działy i polskie i francuskie i niemieckie. Miał książki dotyczące malarstwa, rzeźby. Miał
      dzieła włoskie, rozmaite z rycinami. Jak się kupiło taki album, to człowiek czuł się jakby się
      znalazł w Wenecji, Paryżu czy Wiedniu. Sprowadzał te albumy, a ich przeglądanie pozwalało
      się przenieść w dowolną część świata dzięki fotografiom, które zawierały. Jak się weszło do tej
      księgarni, to człowiek miał wrażenie, że jest w Krakowie, nie w Wadowicach, tylko w Krakowie.
      (W jakimś salonie ekskluzywnym z książkami i wydawnictwami – dop. Z. B.) Mimo, że to było
      przecież miasteczko małe. Ale tak się starali, było trzech braci. Jeden stale jeździł po świecie
      i skupował te cenne dzieła pisarskie i te albumy poświęcone sztuce, a drugi przyjmował klien-
      tów. Trzeci z nich był głuchoniemy (najmłodszy). Ja tam miałam stały abonament więc jak coś
      takiego przyszło nowego, gdy szłam do kościółka, wstępowałam do Foltina z pytaniem: czy
      ma coś nowego dla nas. Bo moje hobby to książka. Od młodych lat interesowały mnie tylko
      książki i taniec.

Strona 281

Rozdział V - Dzieciństwo            279
         Na środku rynku była taka wspaniała fontanna, która już dzisiaj nie istnieje, z taką
symboliczną figurą w środku. Raz wydarzył się taki incydent, że pewnego dnia idący do mia-
sta, ujrzeli trzech panów we futrach, którzy po libacji - jakichś zakrapianych imieninach weszli
do tej fontanny i tam zasnęli w tej wodzie. Byli to znani luminarze wadowiccy. Fontanna była
ocembrowana, wysoka może na metr, a w środku na żelaznym postumencie była ta statua.
Panowie byli w cylindrach i smokingach i myśląc, że już są w domu zasnęli. Ale jak tam weszli,
tego nikt nie wiedział, bo chyba było ciemno. Grupa ludzi, która oglądała tą śmieszną scenę,
zgromadziła się wokół, gdy był już ranek, policja rozganiała ludzi, żeby nie robić zbiegowi-
ska. Myślałam, że wtedy umrę ze śmiechu, Co jednak nie przeszkadzało śpiącym, zanurzonym
w wodzie biesiadnikom.
         W Wadowicach były też dwa kasyna. Urzędnicze mieściło się nad kinem, gdzie była
restauracja p. Wysogląda. Wstęp miał tam każdy. Tam co sobotę urządzane były zabawy. Bu-
fet był składkowy, a muzyka złożona z amatorów. Gdy były większe wieczorki, to przygrywała
orkiestra z pułku.
         Działała Czytelnia Mieszczańska. Tam też odbywały się imprezy. Tą salą dyspono-
wało miasto, tam też się udawały np. wenty, a gdy przyjeżdżał jakiś pisarz z Krakowa, to tam
miał prelekcję. Była jeszcze Jagiellonka, w budynku narożnym, przed ulicą Zatorską, na pię-
trze. Była też świetlica żydowska, taka resursa, można powiedzieć.
         Kościołem garnizonowym był klasztor ojców karmelitów, gdzie o 9:00 rano w nie-
dzielę była msza wojskowa. Wojsko z koszar maszerowało z orkiestrą, ze sztandarem, po czym
muzyka stała przed kościołem, a poczet sztandarowy wchodził do kościoła. Myśmy też chętnie
chodzili na te msze w niedzielę i święta. Naturalnie tak samo jak była procesja Bożego Ciała,
w lecie, to księdza prowadzili pułkownik i jego adiutant, podtrzymywali księdza, który niósł
monstrancję. Wszystko z oprawą orkiestry, z honorowym pocztem. Tak uroczyście przebiegały
i inne procesje. Wadowiczanie towarzyszyli licznie tym nabożeństwom, a szczególnie tłum-
nie podczas mszy niedzielnych. Razem zjednoczeni: wojsko, księża i społeczeństwo. Ludzie szli
w pochodzie „na górkę”, chociaż tu w parafii były msze, to tam szło więcej ludzi, przy dźwię-
kach marsza.
         Już w przeddzień odpustu zaczynało się w Wadowicach strzelanie na rynku
z rozmaitych pukawek i kapiszonów, a rano cała młodzież i też Wojtyła malutki brał udział. To
wszystko goniło wokół kościoła i na rynku, strzelali i serpentyny rzucali. Zabawy rozmaite były
przy tej fontannie. Konfetti zarzucali na ludzi, tak, że oplątywali spacerujących. Brali w tym
udział nie tylko malcy, ale nawet uczniowie gimnazjum, klas niższych, trzecich, czwartych - to
oni uganiali się po rynku, po nabożeństwie, A te trwały już od szóstej rano. Najpierw przystę-
powali do sakramentów świętych, a potem na rynku, do kramów i do restauracji na te
wadowickie flaczki. Wszędzie było zatrzęsienie ludzi, bo każdy musowo wtedy szedł na flaki,
chociażby nie wiem jakie specjały były, to trzeba było zjeść tą odpustową potrawę. I do domu
ludzie brali, chodzili z garnuszeczkami, bo to było tradycyjnie w każdy odpust. Nawet z okoli-
cy przyjeżdżali panowie dziedzice, na te flaki, które potem zapijali szampanem i rozmaitymi
drogimi winami, a potem dopiero raczyli się specjałami restauracji – indykami, truflami itp.
Kramy oferowały wszystko: słodycze, ciasta, a nawet książki. Stragany były specjalnie dekoro-
wane, bo każdy starał się swoje stanowisko upiększyć, żeby było odrębne to wszystko. Domy
były ubrane festonami z liści, jedliny, kwiatów. Ślicznie było i uroczo. Był taki ruch i wrzask,
trąbienie, piszczałki, grzechotki. Podobnie było w dni targowe - pierwszego i piętnastego były
jarmarki, a w czwartki zwykłe targi. Zjeżdżali się też gołębiarze, którzy mieli takie ćwiczone te
gołębie i to zachwalali, chętni kupowali - jeden sobie kupił takiego, drugi takiego, znali się
na tym, ptaki miały swoje gatunki i nazwy.
         Miejscem spacerów i rekreacji był park. Inicjatorem założenia parku był doktor Pogło-
dowski, a realizowali Stanisław Kuźniarowicz, Kuzia i prokurator Gołąb (Gołomb – pisane za-
miennie) i jeszcze jakiś pan. A St. Kuźniarowicz, był to mój ojciec, sędzia tutejszego sądu.”

Strona 282

280   Rozdział V - Dzieciństwo




               Dom doktora Moskały, w którym na parterze znajdowała się jadłodajnia Banasiów.

Strona 283

Rozdział VI


                                      U boku ojca


                         1. Dojrzewanie duchowe (1929-1933)

          Lolek Wojtyła kończył szkołę powszechną. Już od dawna było postanowione, że
po klasie IV wstąpi do wadowickiego gimnazjum. Trzeba się było z grubsza pozbierać po
śmierci ukochanej osoby i żyć dalej. Obowiązki domowe przejął na siebie ojciec, tak by syn
mógł uczyć się i rozwijać w możliwie optymalnych warunkach. Z relacji naocznych świad-
ków: kolegów, sąsiadów i znajomych, wyłania się obraz uporządkowanej codzienności.
Ranne wstawanie, msza święta, lekcje, spacery, zajęcia domowe, zabawy i sport z rówieśni-
kami. Okazjonalnie w dniach wolnych od nauki – wycieczki, wędrówki górskie, zwiedzanie
miejsc sakralnych, nieliczne kontakty z rodziną.
          W licznych biografiach wspomina się o wyjeździe ojca z synem do Kalwarii na „dróż-
ki”, jak i o spotkaniu rodzinnym w Czańcu. Te prawdopodobne wyjazdy - to próba zapełnie-
nia pustki po zmarłej Emilii, zawierzenia życia Bożej Rodzicielce, a przy tym piękne krajo-
brazowo wędrówki kalwaryjskimi i lanckorońskimi wzniesieniami. W ten sposób zapisywała
się, jak na matrycy miłość do Małej Ojczyzny, spleciona z religijnymi uniesieniami. Przy ta-
kich okazjach wnika się też w przeszłość miejsc kultu, pogłębia się wrażliwość estetyczna,
materializują się pojęcia zabytku, piękna przyrody, twórczości i kultury ludowej.
          Tak upływał czas przyspieszonego, duchowego dojrzewania, rozwijającej się świa-
domości sensu życia, oddania boskiemu przeznaczeniu. Senior Wojtyła sprzątał, prał, goto-
wał, robił zakupy – by niczego dziecku nie brakowało. Bytowali wśród prostych sprzętów
i mebli, w najniezbędniejszym wyposażeniu. Ubierali się skromnie, a odżywiali naturalnie.
Obiady zwykle spożywali w pobliskiej jadłodajni Banasiów, gdzie również można było za-
opatrzyć się w masło, jaja, sery i mleko. Syn żył pod opieką ojca, nie miał zbyt wielu obo-
wiązków domowych, mógł oddawać się ulubionym zajęciom, nauce, posługiwaniu w ko-
ściele i zdrowemu oraz krótkotrwałemu wypoczynkowi.
        Zażyłość i powiązania rodzinne z Pukłami owocowały wspólnymi przeżyciami, po-
zwalały Lolkowi oderwać się trochę od smutnych myśli. W domu własnym wszystko przy-
pominało ukochaną osobę, która odeszła. Pokój używany przez mamę został wyłączony
z użytkowania, pozostawał niezmienny, jakby w uśpieniu. Czy była to chęć uszanowania
w ten sposób zmarłej, czy próba wypierania myśli o jej braku. Może po części to i to. Wojty-
łowie pokazali już uprzednio, że nie rozpamiętują śmierci bliskich, że starają się pogodzić
z przemijaniem. Nie obnosili się ze swoimi uczuciami, zachowywali je we własnym wnę-
trzu. Biografowie papieża łączą ze śmiercią matki wątki pielgrzymkowe do pobliskiej Kal-
warii, jak i wyjazd ojca z synami do Czańca, by lepiej poznali rodzinę z jego strony, by nie
zostali sami na świecie, gdy i on odejdzie.
         W szerszym nieco, kontekście miejskim, znowu dał znać o sobie ludowiec,
Józef Putek. Dzięki jego inicjatywie powstał, jeszcze w 1928 roku, Związek Przedstawicie-
li i Pracowników Samorządowych Powiatu Wadowickiego, który zaczął wydawać własne
pismo - miesięcznik Samorząd Małopolski. W roku następnym powyższe stowarzyszenie
poszerzyło działalność na całą Polskę zmieniając nazwę na Związek Polskich Samorządow-
ców. Organ prasowy ukazywał się teraz pod zmienionym tytułem: Samorząd Ludowy. Na
łamach przywoływanych czasopism poruszane były nieraz sprawy lokalne. Tak np. starano
się walczyć o prawa ludności wiejskiej obowiązanej do wnoszenia opłat przy wjeżdżaniu
furmankami do Wadowic.

Strona 284

282           Rozdział VI - U boku ojca

               „Samorząd Małopolski” - nr 6-7 z 1929 r.
               Str. 27 - artykuł pt. „Magistrackie „kopytkowe” i „postojowe”.
             „(...) Dowodem jak się postępuje z ludnością jest sprawa tak zwanych „opłat kopyt-
      kowych” pobieranych przez różne miasta i miasteczka. Według ustawy tylko dwa miasta
      Lwów i Kraków uzyskały prawo do poboru tych opłat, inne miasta w województwach ma-
      łopolskich tego prawa nie posiadają (...) Jak się lekceważy prawo tego dowodem przykład
      z powiatu wadowickiego. Magistrat miasta Wadowic wprowadził „opłaty kopytkowe”. Wy-
      dział powiatowy poboru tych opłat zakazał. Starosta zaś zagroził karami na wypadek nieza-
      stosowania się do zakazu. A jaki wynik? Oto Magistrat obchodzi prawo i jakby na urągowi-
      sko z zakazów, opłaty te pod inną nazwą wprowadza na rok następny, a nawet podwyższa
      rolnikom opłaty targowe od artykułów spożywczych.
             (...) Magistrat miasta Wadowice „opłatę kopytkową» nazwał „opłatą postojową”, za-
      mieścił ją w taryfie opłat targowych i jako „opłatę targową” ściąga ją od właścicieli furma-
      nek. Jest to nadużycie, albowiem „opłata targowa” może być pobierana albo od miejsca
      sprzedaży na targu, albo od artykułów przeznaczonych na sprzedaż. Miejsce postoju fur-
      manki nie jest miejscem sprzedaży, a furmanka sama nie jest artykułem sprzedaży.” (...)
            By zbliżyć się, choć w niewielkim stopniu do uczniowskiej codzienności, szko-
      ły powszechnej w Wadowicach, końca lat trzydziestych XX wieku przytaczam garść
      wspomnień Mariana Bieniasza.
              „Nasz wychowawca w klasie III Feliks Sponder, miał przezwisko „Kikira”, uczył historii
      i języka polskiego. W klasie IV opiekunem oddziału został Marian Żmuda, który miał ksywkę
      „Halroit”, uczył nas geografii i robót ręcznych. Szkoła mieściła się w magistracie na I i II piętrze.
      Podczas gimnastyki chodziło się na rynek i grało w piłkę, a nauczyciel szedł w tym czasie na
      kanapkę do Kluka. Lekcje rozpoczynały się o 8 rano i trwały do 13, 14. Pisało się w zeszytach
      ołówkiem, a na czysto piórem. Każdy uczeń miał kilka podręczników, zeszyty, zeszyt rysunko-
      wy z gładkimi kartkami. Z przyborów jeszcze gumka, linijka, piórnik, bibuła, cyrkiel. W ławce
      był, w specjalnym otworze - kałamarz z atramentem. Nauczyciel siedział za katedrą na pod-
      wyższeniu. Na ścianie po prawej i po lewej – tablice, jedna z linijkami, druga bez. Niektóre klasy
      były przystosowane do konkretnych przedmiotów; np. do geografii, przyrody. Z tego ostatnie-
      go przedmiotu trzeba było prowadzić „zielnik” z zasuszonymi roślinami.




      Rynek wadowicki z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku.

Strona 285

Rozdział VI - U boku ojca                        283




                                                      Przed uroczystością z udziałem wojska. Sklep Bałamutha.
         W czwartki rynek zapełniał się straganami. Rynek główny służył do handlowania
odzieżą, produktami spożywczymi, kosmetyczno-chemicznymi - mydła, pasty, wyroby rze-
mieślnicze, głównie sprzęty gospodarskie – naczynia, kosze, kosy, baty, galanteria itp. Chłopi
zjeżdżali się furmankami, od których miejska policja, nazywana drewniakami, pobierała na
drogach wylotowych tzw. targowe. Konie stały na ulicy Ogrodowej, okalającej wzniesienie ryn-
kowe.
         W szkole stosowano karę cielesną. Ksiądz miał laskę i w razie potrzeby używał jej by
wymusić posłuszeństwo. Za karę stawiano też ucznia na środku, za tablicą, aż nie ochłonie
i zacznie uważać. Uczniowie byli zazwyczaj krótko ostrzyżeni „na pałę”. Taką fryzurę nosił
też Lolek. Przypominam sobie, kontynuuje M. Bieniasz, że nieraz ojciec przychodził po
niego do szkoły. Dość wysoki, siwawy, ubrany po wojskowemu, w butach z cholewami.
         W miarę wolnego czasu, po lekcjach, spacerowałem po rynku jako dziesięciolatek. Do-
okoła były sklepy, cukiernie, restauracje. Wielu właścicieli pochodzenia żydowskiego.
         Pierwszy okazały sklep, prawie jak dom towarowy, znajdował się po prawej stronie od
kościoła, (na jego tyłach mieszkała rodzina Wojtyłów) a należał do kupca Chiela Bałamutha,
izraelity.” Mój ojciec wymieniał: sprzedawano tam: radia, telefony, rowerowe części...
         Do Bałamutha przylegał sklepik spożywczo-cukierniczy Małuseckiego zastąpiony póź-
niej galanteryjnym, zamiennie mówi się sklep bławatny Isera Laubera (mieszkał w tym samym
domu co Wojtyłowie na parterze). Z kolei po prawej działała tak jak i dziś apteka pod Gwiazdą
– Sowińskiego. Obok sklep Bendetza z artykułami żelaznymi i bronią palną. Marian Bieniasz,
jako kilkunastoletni chłopiec zapamiętał, że sprzedawano tam strzelby, rewolwery, wiatrówki,
naboje, śrut i przybory myśliwskie. W narożnym domu, kończącym wschodnią pierzeję rynku
znajdowała się w latach trzydziestych restauracja Teofila Kluka, który przez pewien czas był
wadowickim burmistrzem (dębowy stół, ławy, przy których się piło i raczyło zakąskami).
       Mojemu ojcu, wówczas chłopcu, wryło się w pamięć, że na rogu ulicy Tatrzańskiej
(w miejscu gdzie przyłączała się ona do 3 Maja) był kiosk z pieczywem „Hanusia”: z prec-
lami, kołaczykami, kajzerkami, z rogalikami - z marmoladą, z serem i makiem. Hanusia - to
była starsza kobieta, właścicielka i sprzedająca te specjały kilkunastoletnim głodomorom.

Strona 286

284          Rozdział VI - U boku ojca

      Nie dziwota, że ten właśnie obraz i smaki przetrwały w zakamarkach umysłu kilkadziesiąt lat.
      Podobnie zresztą jak zlokalizowana obok masarnia Siwka i nieco powyżej sklep z mieszanym
      asortymentem, którego właścicielem był Schöengut.
             Punkt ten współcześnie kojarzy się z małym sklepem warzywnym złączonym z wyższą
      zabudową, usytuowaną już na terenie wznoszącym się w stronę rynku. Marian Bieniasz opi-
      suje obrazowo: „Właściciel sklepu Schöengut, Żyd, był kędzierzawym blondynem z bródką
      sprzedającym bułki, kiełbasę, kawę, warzywa, pastę do butów, sól, cukier, pieprz, mąkę, sło-
      dycze, domieszkę do kawy – cykorię.”
               Dalej w stronę rynku partery w kamienicach zajmowały: sklep tekstylny Nesselrotha
      i sklep obuwniczy firmy Bata. Był to Czech, który wprowadził buty na gumowej podeszwie i ge-
      nerałki. Buty te były tańsze od tradycyjnych - sprzedawcą był Józef Stopa, chyba mieszkaniec
      Kleczy.
              W załomie przed drogerią Homme - zakład fryzjerski Rück. Kultowy obiekt dla oto-
      czenia rynkowego to drogeria prowadzona przez Józefa Homme. Istniała w tym miejscu za
      naszych dziadków i ojców, jak i później gdy my dorastaliśmy. W domu należącym od pokoleń
      do tej rodziny, zamieszkał, jako mąż córki właściciela Anny, Zbigniew Siłkowski, przyjaciel
      Karola Wojtyły. Ciekawy epizod przytacza Zbigniew Jurczak.1
             „W 1965 r. uczyliśmy się w kilkoro do matury u Tosi Siłkowskiej: Michał Mąsior, Ja-
      dzia Kudłacik, Zbyszek Bieniasz i chyba Kasia Banachowska. W pewnym momencie pani
      Ania, mama Tosi, poprosiła nas na górę bo przyjechał „wujek”. Chyba coś jedliśmy i byliśmy
      odpytywani przez biskupa z tematu „liceum i matura”. Później przynieśliśmy z samochodu
      projektor, rozłożyli ekran i biskup Wojtyła wyświetlał nam film ze swojej podróży do Bar-
      celony. Cóż to była za atrakcja w tym szarym, gomułkowskim 1965 roku. A film był do tego
      kolorowy! Wróciliśmy jednak szybko do rzeczywistości, czyli wspólnej nauki (...)”
              Przemieszczając się dalej w górę rynku, wspominający zapamiętali zakład fryzjerski
      i sklep Goldmanna (noże, przybory do golenia itp.) Dalej Żyd Marek miał sprzedaż szkła,
      do tego usługi – oprawa, przycinanie, szklenie. W dalszej kolejności, w budynku narożnym
      od ulicy Jagiellońskiej prowadził sprzedaż rowerów, radioodbiorników, ślusarz Ignacy Mar-
      kielowski, za nim galanteria Weinfeld, dalej Roman Waligórski (trafika) i dość ekskluzywne
      materiały papiernicze i piśmiennicze: np. pióra. Dalsze partery kamienic zajmowały: cukier-
      nia Lieberfreunda, sklep żelazny Taffeta, zakład fryzjerski Stanisława Hiczkiewicza, jedyny
      w mieście o katolickiej proweniencji.
              Zwracał jeszcze uwagę sklep żyda Reifera, gdzie można było kupić artykuły radio-
      techniczne, urządzenia mechaniczne, części zamienne, instrumenty muzyczne, maszyny
      do pisania itp. Później w tym miejscu handlował Osias Cisner. Wreszcie zegarmistrz Lehmer
      i na końcu wypożyczalnia książek „Kultura”.
              Pierzeję zachodnią miasta początkuje, idąc od południa restauracja Hołojew-
      skiego zaopatrzona w dobre i bardzo różnorodne wina oraz sklep spożywczy Kassolika.
      Za nim, jak zawsze apteka Spiegla. Kamienica narożna, przylegająca do ulicy Mickiewicza
      mieściła sklepy Scharfera - żelazny i tekstylny oraz skład mąki Grossa.2
              Za ulicą Mickiewicza, w stronę Zatorskiej zlokalizowane były: cukiernia Lisko
      (a od połowy lat trzydziestych kultowa cukiernia Hagenhubera), sklep kolonialny Rzyckie-
      go, zegarmistrz Bienenstock i w narożnym budynku - siedziba Towarzystwa im. W. Jagiełły.
      Opiekował się nią tzw. kursor, który prowadził podręczny barek z piwem, preclami i barsz-
      czykiem. Kawiarnia Lisków, to trzecie już kultowe miejsce na rynku. Chodziło się tam

       1 - Zbigniew Jurczak; Wadowiczanie , TMZW, Wadowice 2012, s. 44
       2 - sieć sklepów i zakładów przy rynku opisuje: Roman Antoni Gajczak: Wadowice miasto rodzinne Jana Pawła
           II. Instytut Prasy i Wydawnictw „Nowum”, Warszawa 1986

Strona 287

Rozdział VI - U boku ojca                       285




                                    Sklep E. Goldmanna. Na pierwszym planie orkiestra 12pp.




Boże Ciało (1937 r.) - procesja na wadowickim rynku. Pod baldachimem proboszcz Prochownik.

Strona 288

286          Rozdział VI - U boku ojca

      na ciastka, kawę i lody, ale były też trunki: wina, wódka i piwo. Gdy w drugiej połowie lat
      trzydziestych prowadził ją wiedeńczyk Karol Hagenhuber, oferowała niepowtarzalne
      kremówki, które wraz z ich konsumentem J.P. II przeszły do historii.
              Z perspektywy dziecka zapisał się też w pamięci zegarmistrz Bienenstock. Ojciec
      Marian opowiada: „był on kulawy i chodził w typowym żydowskim czarnym chałacie, wą-
      skich spodniach, które wchodziły do butów sięgających kostek. Nosił pejsy, kręcone jak
      śruby aż do szyi. Stroju dopełniała jarmułka, czyli taki rondelek na głowie. Chłopcy prze-
      drzeźniali go wołając: „ni to ryba, ni to ptok nazywa się Binensztok”. Na dzieciach robił wra-
      żenie zaniedbanego w wyglądzie. Syn zegarmistrza chodził do tej samej klasy co Wojtyła
      i Bieniasz. Na rogu Zatorskiej, poniżej, po przeciwnej stronie Jagiellonki, była restauracja,
      której właścicielem był Adolf Ebel (miał dobre śledzie i piwo oraz solodragi, grube i długie
      solone paluszki przypominające cygara).
              W północnej części rynku, pierwsza od ulicy Zatorskiej była kamienica, w której
      mieszkała rodzina Klugerów, w tym Jerzy, kolega szkolny i przyjaciel papieża. Na par-
      terze tego domu zawsze była restauracja - najpierw „U babki”, a później Kublina i Lipow-
      skiego. Przesuwamy się w stronę magistratu mijając sklep spożywczy Józefa Banasia. Dalej
      trafika, czyli dzisiejszy kiosk z gazetami i tytoniem Fischgrundów, zegarmistrz Kędzierski,
      a za nim, według słów mojego ojca - sklep Prażmowskiego, w którym były doskonałe kajzer-
      ki maślane po 10 groszy. Ulokował się on w lokalu, który do tej pory zajmował z tekstyliami
      Edward Zajączek z Kęt. Bezpośrednio przed Foltinem.
              Wybitny punkt handlowy na mapie przedwojennych Wadowic to księgarnia
      Foltinów, usytuowana w połowie pierzei północnej. Książki, albumy, wszelkie wydawnic-
      twa, podręczniki, a oprócz tego skład papieru. Szczegółowo opisała sklep Foltinów Janina
      Kaczorowa w poprzednim rozdziale. Istnienie tej firmy było nieprzerwane dlatego nikt nie
      pominął w opisie. M. Bieniasz zapamiętał, że było dwóch braci Foltinów i że mieli maszynę
      „Continental”.
              Na parterze domu narożnego przed ulicą Krakowską był sklep dziewiarski, najpierw
      Czecha Czernego, a następnie Hugona Ditte. Można w nim było kupić ekskluzywną bieliznę,
      odzież i galanterię - damską i męską. Sklep ten słynął z tego, że były w nim stałe ceny. Na
      szyldzie nad sklepem wisiała, reklama: tutaj stałe ceny.
              Nawet pomieszczenia parterowe w magistracie, w jego lewej części służyły
      do handlowania i konsumowania - restaurację prowadził Stefan Cholerek, a cukiernię
      „Oaza” Jan Chyłko.
              Według słów mojego ojca w pomieszczeniach magistratu funkcjonowała w owych
      czasach agenda kółek rolniczych, coś na kształt dzisiejszych sklepów spółdzielczych z ar-
      tykułami mieszanymi. Na zapleczu lokalu była rozlewnia rumu, gdzie ekstrakt mieszano,
      rozcieńczano, rozlewano, a potem klienci nabywali i dolewali do herbaty. Piło się herbatę
      z rumem.
              Taka była optyka widzenia rynku z perspektywy dziesięciolatka. Nie można wyklu-
      czyć drobnych pomyłek i przestawień, co wynika z luk w pamięci i subiektywizmu dziecka,
      a później dorastającego chłopaka. Sklepy, lokale i punkty usługowe nieraz zmieniały miej-
      sce, upadały, a czasem przechodziły w inne ręce. Na przestrzeni rozpatrywanych kilku lat
      zmiany mogły być istotne. Stąd występujące różnice pomiędzy osobami wspominającymi,
      jak i opisującymi miasto. Zgoda jest w określeniu położenia przybytków wyjątkowych, cha-
      rakterystycznych, według moich słów kultowych. Tu pomyłek nie ma - bo księgarnia Folti-
      nów trwała niezmiennie, tak jak wielobranżowy salon Bałamutha, drogeria rodziny Homme,
      dwie przeciwległe apteki, cukiernia Liski i Hagenhubera czy gospoda Kluka. Sklepy i lokale
      gastronomiczne miały zróżnicowane szyldy i nazwy, nieraz z nazwiskiem właściciela, który
      często mieszkał w tym samym budynku. Niektóre miały wystawy, na których eksponowa-
      no towary, a zamykając je spuszczano żaluzje. Klient wchodząc do sklepu słyszał najpierw

Strona 289

Rozdział VI - U boku ojca       287
dzwonek, uruchamiany przez otwarcie drzwi, a potem zachęcające: padam do nóżek, sługa
uniżony, całuję rączki itp. Pisownia nazwisk właścicieli może zawierać nieścisłości bo pa-
mięć zawodzi, zwłaszcza, gdy brzmienie jest obcojęzyczne.
      Kilka informacji statystycznych z kroniki szkolnej za rok 1929/30. Ogólna liczba
uczniów - 479.
Oddział I a, w liczbie 52 uczniów prowadził Rudolf Wójcik
Oddział I b, w liczbie 51 uczniów prowadził Tadeusz Braś
Oddział II a, w liczbie 43 uczniów prowadziła Zofia Bernhardtowa
Oddział II b, w liczbie 43 uczniów prowadził Józef Gondek
Oddział III a, w liczbie 44 uczniów prowadził Feliks Sponder
Oddział III b, w liczbie 42 uczniów prowadziła Stefania Tylkowa
Oddział IV, w liczbie 71 uczniów prowadził Marian Źmuda
Oddział V, w liczbie 53 uczniów prowadził Józef Koman
Oddział VI, w liczbie 42 uczniów prowadził Jan Skopiński
Oddział VII, w liczbie 37 uczniów prowadził Franciszek Zięba
       Tadeusz Braś został zatrudniony jako nauczyciel
kontraktowy w miejsce odchodzącego na emeryturę Jó-
zefa Maszlanki, który pełnił funkcję kierownika szkoły.
Obowiązki jego przejął tymczasowo Józef Koman. Rów-
nocześnie rozpisano konkurs celem stałego obsadzenia
kierownictwa tutejszej szkoły. Z miejscowych nauczycieli
kandydowali: J. Skopiński, F. Zięba i M. Źmuda.
       W marcu odbył się w Wadowicach zjazd inspek-
torów, w związku, z którym odbyła się lekcja pokazowa
w pracowni fizycznej, przeprowadzona przez F. Ziębę (...)
Pan kurator wyraził prowadzącemu lekcję uznanie.
       W marcu z okazji imienin p. Marszałka Piłsudskiego
odegrano sztukę pt. „Więzień Magdeburga”.
       W rok po I komunii Lolka 28 maja 1930 roku Ed- Tadeusz Braś. Nauczyciel szkoły powszechnej.
mund Wojtyła broni pracę doktorską z wyróżnieniem i zostaje lekarzem. Po latach pa-
pież wspomina uroczystą promocję doktorską starszego brata:
       - „pierwszy raz wszedłem w mury Collegium Maius jako dziesięcioletni uczeń szkoły
podstawowej (...) Do dzisiaj mam w oczach tę uroczystość w auli uniwersyteckiej.”3
         W maju mianowano stałym kierownikiem tut. szkoły F. Ziębę z ważnością od
1.VIII.1930r. Józef Koman żegnany przez grono i młodzież przeszedł na emeryturę.
         W czerwcu zwiedzili uczniowie kopalnię soli w Wieliczce oraz Kraków. Rok szkolny
zakończono popisem w „Sokole” łącznie ze szkołami żeńskimi. Popis wypadł imponująco,
a dochód przeznaczono na urządzenie poradni lekarskiej dla dzieci szkół powszechnych.
       Z katalogu klasowego za rok 1929/30 dowiadujemy się, że na koniec II półrocza
w klasie było 72 uczniów (w tym 57 katolików + 15 wyznania mojżeszowego). Z tej liczby
3 było nieklasyfikowanych. Za uzdolnionych uznano 54 chłopców (46 kat. i 8 w. mojż.), za
nieuzdolnionych łącznie 15, w tym 9 kat i 6 w. mojż. Końcowy protokół podpisali: kier. Ko-
man, nauczyciele: Źmuda, Skopiński, ks. Pawela, Reiter, Braś, Bernhardtowa.
       Marian Bieniasz ocenia wychowanie fizyczne w wadowickiej szkole powszechnej
i sposoby spędzania czasu na przerwach między lekcjami.

 3 - Marta Burghardt: Wadowickie korzenie Karola Wojtyły. Wadowice, 2013, s. 70

Strona 290

SZLAKAMI
   Jana Pawła II
Beskidzkie wędrówki
  z ojcem i bratem
    (1931-1932)
  Okolice Bielska.




                           Kozia Górka (Stefanka) z naturalnym torem saneczkowym
                           (foto: Czesław Szindler)




                      Klimczok (1119 m) najwyższy w tej części gór, popularny wśród
                      turystów, ze schroniskiem od ponad stu lat. (lata 70-te)

Strona 291

Rozległe widokowe polany
         na Błatniej (917 m),
         położonej na zachód
               od Klimczoka.




                                   Schronisko pod szczytem Błatniej.




W drodze z Brennej na Błatnią,
         wśród malowniczych
            ścieżek i kapliczek.

Strona 292

290          Rozdział VI - U boku ojca

               Zespół uczniów w szkole powszechnej był bardzo zróżnicowany. Można by go podzie-
      lić na trzy kategorie. Pierwsza uczniów dobrych, druga średnich i trzecia uczniów kiepskich,
      opuszczających lekcje, tzw. zabijaków, wychowanych b. źle. K. Wojtyła należał do pierwszej
      grupy. Zauważam ogromną różnicę między dzisiejszą szkołą podstawową, a ówczesną po-
      wszechną. Np. wszelkie gimnastyki, wszelkie zabawy ruchowe, gra w piłkę - wszystko to odby-
      wało się na tzw. rynku wadowickim pełnym kocich łbów i kamieni co oczywiście powodowało
      rozliczne rozbijanie kolan, nosów i rąk. Nie było żadnych boisk, żadnych sal gimnastycznych
      w tej szkole. Albo np. zaopatrzenie w jedzenie. Nie było żadnych kioseczków przyszkolnych,
      żadnych dożywek, to wszystko odbywało się własnym przemysłem, a przeważnie kupowali-
      śmy te bułeczki i różne kanapki u starszej pani Hanusi, na rogu ulicy 3 Maja i Tatrzańskiej.
      Oczywiście na dużych pauzach pędziło się z tymi groszówkami do Hanusi, żeby sobie kupić
      jakiś rożek ewentualnie ciastko. Poza tym nie było żadnych szkolnych sklepików by się zaopa-
      trzyć w ołówki, pióra czy zeszyty. W to wszystko zaopatrywaliśmy się u pani Tylewskiej, która
      na ulicy Mickiewicza miała taki maleńki sklepiczek, gdzie były przybory i pomoce naukowe - to
      wszystko kupowaliśmy tam u niej we własnym zakresie. Było to bardzo niedogodne bo okaza-
      ło się, że ci uczniowie na pauzach to się wszyscy rozlatywali, a szkoła nie miała żadnego pano-
      wania na tą gromadą. Wszyscy gonili po całym mieście żeby coś kupić i nikt ich nie pilnował.
      Oczywiście, że to nie było wtedy takie bardzo groźne, bo ruchu samochodowego nie było. Ale
      nauczyciel, który rzekomo miał na przerwie się uczniami zajmować - nie mógł tego wszystkie-
      go opanować. Nie było nad nami żadnego tercjana, który by pilnował zamknięcia bramy, więc
      każdy robił to co chciał.
              W klasie IV doszli uczniowie: (wymieniam tych, którzy dożyli wyboru Karola Woj-
      tyły na papieża) Jan Kuś (syn kierownika szkoły), Włodzimierz i Zdzisław Piotrowscy (syno-
      wie sędziego), Stanisław Źmuda (syn nauczyciela, wychowawcy klasy IV). Pod numerem
      68 w katalogu zapisany jest Karol Wojtyła, który otrzymał oceny bardzo dobre z wszystkich
      przedmiotów, zarówno w I, jak i w II półroczu. Opuścił 2 dni w II półroczu.
            Grono pedagogiczne zasilił Tadeusz Braś, którego odszukałem i odwiedziłem
      w Krakowie. Oto jego wypowiedź.
              „Nazywam się Tadeusz Braś. Jestem krakowianinem urodzonym. Ale losy zagna-
      ły mnie do Wadowic, po ukończeniu Państwowego Seminarium Nauczycielskiego Męskiego
      w Krakowie. Mając ukończonych 19 lat rozpocząłem pracę nauczycielską w szkole podsta-
      wowej w Wadowicach, w rynku. To była szkoła im. M. Wadowity. Przyjął mnie dyrektor Józef
      Koman, starszy pan, który dość szybko poszedł na emeryturę, a jego miejsce zajął Franciszek
      Zięba. Grono było w większości męskie. Były tylko 2 panie: Zofia Bernhardtowa, żona ówcze-
      snego inspektora szkolnego na powiat wadowicki, a druga pani to wdowa (dop. autora - Ste-
      fania Tylkowa). Mnie tam wciągnięto od razu w ten tryb pedagogiczny. Pierwszą rozmowę,
      w sali konferencyjnej, której okna wychodziły na rynek, przeprowadził ze mną kolega Skopiń-
      ski, jeden z najstarszych nauczycieli, wykładając mi arkana pracy nauczycielskiej. Jakim na-
      uczyciel powinien być, padły też pierwsze słowa, że nauczyciel powinien być związkowcem,
      mamy tu ognisko nauczycielskie, do którego trzeba się wpisać. Jak się wówczas wpisałem
      tak jestem do dziś członkiem tego związku. Wadowice były środowiskiem małomiasteczko-
      wym. Pamiętam, że w pierwszym dniu pobytu obszedłem rynek, poszedłem ulicą 3 Maja w
      kierunku Skawy, wróciłem do rynku i zrobiło mi się jakoś tak głupio, smutno, tak jakoś wąsko,
      po moim życiu krakowskim, ale cóż życie ma swoje prawa i trzeba było do pracy się zabrać.
      Pierwszy rok to miałem taki poszarpany, o ile pamiętam to uczyłem w II klasie, chyba podsta-
      wowe przedmioty - język polski i rachunki, jak to się nazywało dawniej, śpiew, którym mnie
      obarczono, chyba od klasy IV do VII, no i chór. Bo taki był zwyczaj w Wadowicach, że młodzież
      chodziła na nabożeństwo do kościoła parafialnego, na mszę młodzieżową. W jedną niedzielę
      śpiewała szkoła męska, a w drugą żeńska. Należało się tych pieśni kościelnych nauczyć. A to
      nie takie proste, bo każdy inny przedmiot to inaczej się uczy. Śpiew wymaga trochę pracy i po

Strona 293

Rozdział VI - U boku ojca               291
drugie chęci, ale nie mogę narzekać, nawet ci moi chłopcy, nieźle śpiewali w tym kościele. Nie
mogę powiedzieć, że lepiej od dziewcząt, bo dziewczynki wychodziły trochę lepiej. Po nabo-
żeństwach klasy starsze szły na egzortę. Pamiętam, że ksiądz Jan Pawela prowadził młodzież
do takiej dużej sali na I piętrze, nawet ja w tej sali uczyłem w roku następnym klasę I, która
miała 63 uczniów, dzieci, to była potężna klasa. Poza nauką takiej pracy społecznej wiele nie
było ale nas tam wciągano. Ja np. uczyłem analfabetów w 12pp. Byli to poleszucy - analfabe-
ci i półanalfabeci, i nas nauczycieli proszono by na tych kursach uczyć. Tośmy tam do 12-tki
chodzili, kapral przyprowadzał grupę – 20-25 osób. Baczność, spocznij, siadaj i zaczynała się
lekcja języka polskiego, przeważnie czytania i pisania, bo to głównie o to chodziło. Innymi pra-
cami społecznymi - my młodzi nie byliśmy obarczani. Ale było życie towarzyskie. Kolega Józef
Gondek grał na gitarze, bardzo wesoły był Stefan Radwan, ja byłem wśród nich najmłodszy.
W miesiącach letnich maj, czerwiec, wrzesień, szczególnie wieczorami chodziliśmy do parku,
na górkę, dołączali inni, bo w Wadowicach sporo było młodzieży studiującej. M.in. Miecio Ko-
tlarczyk, który miał siostry - tośmy chodzili do tego parku, była gitara, śpiewy, sympatyczne,
towarzyskie spotkania. Z kolegą Gondkiem, z jego żoną Marysią Ziemiańską, wówczas panną,
z koleżanką Talapkówną - spotykaliśmy się wieczorami - graliśmy w karty. Można powiedzieć,
że życie towarzyskie między nauczycielami było dość rozwinięte. W drugim roku mojego po-
bytu w Wadowicach wciągnięto mnie w działalność teatralną. Nie pamiętam już nazwisk, tyl-
ko tyle, że prowadził tę grupę pan, który później razem z Kotlarczykiem pracował w teatrze.
U tego pana, który wynajął willę mieszkałem przez rok. Ja miałem jeden pokój, drugi - kolega
ze szkoły handlowej, a państwo zajmowali pokój z kuchnią. Przypominam sobie pracę nad „Ze-
mstą” pod kierunkiem Kotlarczyka. Gerwazego grał Gondek, ja też występowałem szereg razy
w „Sokole”. Wyjeżdżaliśmy z zespołem do Kęt. Potem graliśmy fragmenty Pana Tadeusza, też
na scenie wadowickiej. Życie towarzyskie było przyjemne. Była moda na motory. Wielu mło-
dych wadowiczan miało własne motocykle. Było z tym związane tragiczne wydarzenie, gdy
dwóch młodych ludzi zabiło się w Zielone Świątki, jeden był synem właściciela wadowickiego
sklepu. Młodzież garnęła się do sportu. Trzy lata pracowałem w Wadowicach. Wspominam te
czasy dobrze. Mieszkałem z kolegą Radwanem bo on był kawalerem. Potem mieszkałem też
z kolegą Wójcikiem, który zginął w Oświęcimiu. Jeszcze przed wojną był kierownikiem szkoły,
chyba w Bieńkówce. Ja wywędrowałem w 1932 roku we wrześniu, ponieważ miałem zamiar
żenić się, a inspektor szkolny obiecał mi, że postara się o taką placówkę żebym mógł prospero-
wać. Zaproponował kierownictwo szkoły w Wysokiej.
          Lata spędzone w Wadowicach przypominają dwie zbiorowe fotografie. Pierwsza wy-
konana w Wieliczce, podczas szkolnej wycieczki, na której byli uczniowie z różnych klas – IV, V,
VI i VII też. Ponieważ byłem krakowianinem, to najłatwiej mi było tę wycieczkę poprowadzić.
Kolega Wójcik, który siedzi obok mnie, był starszy ale te wszystkie formalności jak wstępy na
Wawel, przewieźć chłopców do Wieliczki, tam załatwić, to wszystko spadło na moją głowę, ja
to załatwiałem. Jako opieka ze strony rodziców pojechał z nami ojciec Karola Wojtyły,
który też na tym zdjęciu jest. Ta grupa chłopców po zwiedzeniu kopalni, przed szybem Da-
niłowicza, zrobiła sobie na schodach tradycyjną fotografię. Prócz Wieliczki byliśmy w Muzeum
Narodowym w Sukiennicach, byliśmy na Wawelu, gdzie zwiedziliśmy komnaty królewskie
i katedrę.”
       Pamiątkowa fotografia z wycieczki szkolnej do Wieliczki i Krakowa. W samym
środku, w okularach, w jasnym garniturze, to Tadeusz Braś, młody nauczyciel, odpowie-
dzialny za program i przebieg wycieczki. Obok niego drugi nauczyciel Rudolf Wójcik,4
a po stronie prawej opiekun z ramienia rodziców, porucznik Karol Wojtyła, w płaszczu,
z kapeluszem w ręce. Przy ojcu Lolka, po prawej stronie siedzi Karol Poliwka, a dopiero, obok


 4 - Zbigniew Jurczak: Wadowiczanie. TMZW Wadowice 2012. Autor pisze: Rudolf Wójcik (1892-1942) nauczy-
     ciel i działacz ZNP, zamordowany w Oświęcimiu.

Strona 294

292            Rozdział VI - U boku ojca




             Wycieczka szkolna do Wieliczki i Krakowa. W drugim rzędzie, siedzą od lewej: nauczyciele - Wójcik i Braś, ojciec papieża,
                                                    obok niego Karol Poliwka i Lolek Wojtyła.
      niego przyszły papież. Tak ojciec jak i syn wyróżniają się ogolonymi głowami. Na wszystkich
      twarzach maluje się wyraz powagi i skupienia. Wszyscy wpatrują się w obiektyw jakby za
      chwilę miał „wylecieć ptaszek”. Zróżnicowane ubiory: od mundurków, przez marynarki, blu-
      zy i płaszczyki. Wielu uczniów ma trochę dłuższe włosy, niekoniecznie widać obowiązywała
      fryzura na zero. Niektórzy kupili pamiątkowe ciupagi i pozują z nimi do zdjęcia. Dorośli są
      elegancko ubrani, w garnitury, białe koszule i krawaty. Ojciec Lolka, co trzeba pamiętać,
      znał dobrze Kraków i okolice, bo przez kilkanaście lat służył w austriackim wojsku, a z tego
      blisko dziesięć stacjonował pod Wawelem. Mógł więc być pomocny, nie tylko jako opiekun
      ale i przewodnik.




        Zakończenie klasy IV -1930 r. Wśród siedzących w drugim rzędzie, drugi od lewej Karol Wojtyła, a dalej nauczyciele - Tadeusz Braś,
                Chaim Reiter, Zofia Bernhardtowa, dyrektor - Józef Koman, wychowawca klasy - Marian Żmuda i Jan Skopiński.
                      U góry na tle okna, czwarty od prawej Marian Bieniasz, a obok w białej koszulce Zdzisław Piotrowski.

Strona 295

Rozdział VI - U boku ojca      293
          Młodzież odchodząca ze szkoły powszechnej prosiła o wspólne zdjęcie. Pa-
miątkowa fotografia, na zakończenie IV klasy tchnie powiewem początku lat trzy-
dziestych, kiedy uczniowie karnie stoją i siedzą otaczając grono pedagogiczne. Na-
uczyciele i część dzieci ubrana odświętnie. Zwracają uwagę białe koszulki i kołnierzyki.
W środku uczących kierownik Józef Koman, na prawo od niego p. Bernhardtowa, potem
Chaim Reiter od religii mojżeszowej i wspominający powyżej Tadeusz Braś w okularach.
Po lewej stronie dyrektora, opiekun klasy Marian Źmuda z wąsem i Jan Skopiński. Naj-
ważniejszy z uczniów Karol Wojtyła siedzi obok Tadeusza Brasia, jak zwykle z boku
i w otoczeniu kolegów wyznania mojżeszowego. Mój ojciec stoi w najwyższym rzędzie,
jako czwarty od prawej, na tle okna, po jego lewej stronie Zdzisław Piotrowski, w białej
koszulce. Na fotografii znajduje się pięćdziesięciu uczniów (brakuje 4 promowanych).
Z tej liczby 24 podjęło naukę w gimnazjum wadowickim, a 15 doszło planowo do matury,
razem z Karolem Wojtyłą.
          Najpierw jednak kandydaci na gimnazjalistów musieli przejść sprawdzian, czy nada-
ją się do szkoły średniej.
          „W czerwcu, w godzinach popołudniowych, odbyła się zdawka w gimnazjum -
tak ją zapamiętał Marian Bieniasz. Najpierw był sprawdzian pisemny tzw. dyktat. Potem
dawano czytankę i trzeba ją było po przeczytaniu opowiedzieć. Wszyscy koledzy z naszej klasy
IV przeszli ten egzamin pozytywnie. Od września zaczęliśmy naukę w gimnazjum, w około 40
osobowej grupie. Klasa I, czyli nasza miała salę na I piętrze.”
          Przeżycie musiało być duże skoro dziesięcioletni chłopcy zapamiętali szczegóły
tego może pierwszego w życiu egzaminu wstępnego.
                                  Taki obraz maluje Włodzimierz Piotrowski, późniejszy wa-
                          dowicki lekarz:
                                  „W czerwcu 1930 roku mieliśmy egzaminy wstępne do gimna-
                          zjum. W godzinach popołudniowych. Inne to były czasy, nie tak jak dzi-
                          siaj, wszystkie lekcje musiały się odbyć zgodnie z planem, a dopiero po
                          nich nasza zdawka, chyba gdzieś koło godziny piętnastej. Jako dziesię-
                          cioletnie bąki poszliśmy z rodzicami, z ojcem był również Karol. Dzień
                          był deszczowy, sprawdzian przeciągnął się do godzin wieczornych.
                          Z wadowickiej grupy rocznika 1920 zdali chyba wszyscy. Były zarówno
                          zadania ustne, jak i pisemne. Wychodziło się nie znając wyników. Po-
                          tem dowiedzieliśmy się, że jesteśmy przyjęci do gimnazjum.”
Włodzimierz Piotrowski            Moment ten wspomina też Jan Kuś,
lekarz, naukowiec, osiadły w Krakowie.
          „Był koniec czerwca 1930 roku, we wczesnych godzinach popo-
łudniowych (...) odbył się egzamin wstępny z języka polskiego i z mate-
matyki. Po egzaminie wszyscy czekali ze dwie godziny na jego wyniki.
(...) Wszyscy z IV klasy Powszechnej Szkoły Męskiej w Wadowicach zo-
stali przyjęci do sławnej wadowickiej „budy” zwanej wtedy (...) „Super
Uniwersitas Vadoviensis”5
          Ciekawe okoliczności związane z tym wydarzeniem przyta-
cza Jerzy Kluger, syn szanowanego, wadowickiego adwokata, przed-
stawiciela ważnej miejscowej, żydowskiej rodziny, od lat mieszkającej                       Jan Kuś
w Wadowicach.
          „W zasadzie nie ulegało wątpliwości, że chłopcy tak błyskotliwi jak Lolek i Jurek zda-
dzą egzaminy, lecz Jurek, który z natury wszystkim przejmował się na zapas denerwował się
(...) Jurek wybiegł z domu i szybko przeszedł przez rynek i trzy przecznice wzdłuż ulicy Mic-
kiewicza dzielące, go od szkoły (...) W hallu wejściowym kilku kolegów zebrało się już wokół
kobiety, która właśnie wywieszała listę szczęśliwców.

 5 - Jan Kuś: Jak go zapamiętałem, w: Młodzieńcze lata Karola Wojtyły, Oficyna Cracovia, 1990, s. 64

Strona 296

294          Rozdział VI - U boku ojca

               Stanisław Banaś krzyknął z radości, kiedy zobaczył swe nazwisko u samej góry. Bo-
      jeś... Kęsek... i tak, był tam też J. Kluger! Potem Kuś i inni, aż do Wojtyły i Źmudy. Hurraa!
      Udało im się. Ale gdzie był Lolek tego ranka. Jak zwykle służył do mszy. Jurek tak bardzo
      chciał powiedzieć Lolkowi, jaki jest szczęśliwy, że zostają razem. Nikogo nie wtajemnicza-
      jąc w swą misję, wyruszył do kościoła. Nigdy w życiu nie był wewnątrz ani tego ani jakie-
      gokolwiek innego katolickiego kościoła (...) Przy końcu szerokiej nawy rozpoznał tył jasnej
      głowy Lolka, klęczącego w stroju ministranta obok księdza (...)- Pst! Lolek! - zawołał Jurek
      scenicznym szeptem (...) Lolek odwrócił się i dostrzegł kolegę. Lolek wskazał w kierunku
      ławek, a Jurek odczytał z jego warg: „Poczekaj na mnie! Msza skończyła się głośną recytacją
      kilku modlitw po polsku (...) Teraz, pomyślał, Lolek przyjdzie się ze mną zobaczyć. On jednak
      wszedł w jakiejś boczne drzwi za kanonikiem. Jurek wytłumaczył sobie, że pewnie musi się
      przebrać.
               Kobieta siedząca w tej samej ławce musiała się przecisnąć obok
      niego i posłała mu twarde spojrzenie. - Przecież ty jesteś synem mece-
      nasa Klugera - powiedziała - Twój ojciec jest prezesem gminy żydow-
      skiej nieprawdaż? Jurek nic nie powiedział (...) Wtedy właśnie pojawił
      się znowu Lolek, nadal w stroju ministranta, (...) uśmiechnął się szero-
      ko. - Co się dzieje? – spytał. Jurek wybełkotał w podnieceniu te wielkie
      nowiny. Będą razem! Uściskali się i poklepali (...) Zgodnie stwierdzili,
      że to będzie wspaniała klasa (...) Co ci powiedziała ta starsza kobie-
      ta? Spytała czy jestem synem prezesa gminy żydowskiej (...) Może była                Jerzy Kluger, bliski
      zdziwiona widząc Żyda w kościele? - Czemu? - Lolek roześmiał się. -           kolega papieża od czasów
                                                                                 wadowickich, aż po rzymskie.
      Przecież jesteśmy dziećmi tego samego Boga.”         6

               Cytowane powyżej wspomnienie pozwala wyciągnąć kilka wniosków, które rzucają
      istotne światło na szczegóły biografii Karola Wojtyły, jak i jego poglądy w wieku chłopięcym
      oraz na stosunki międzywyznaniowe w ówczesnych Wadowicach.
               Dowiadujemy się, że w czerwcu 1930 roku, w wieku 10 lat Lolek służył do mszy.
      W rok po I komunii był z całą pewnością ministrantem. Niecodzienne wydarzenie - obec-
      ność młodego Żyda w katolickiej świątyni, budzi krytyczne uwagi, kobiety która zna jego
      ojca, prezesa gminy żydowskiej. Zachowanie Jurka było niezgodne z konwenansem, wbrew
      zwyczajowi by wyznawcy obu religii unikali miejsc kultu. Nie podzielał tych poglądów dzie-
      sięcioletni Lolek, który dobitnie stwierdził: „przecież jesteśmy dziećmi tego samego Boga”.
      Te słowa znajdą w przyszłości praktyczne zastosowanie, gdy Jan Paweł II podejmie dialog
      z izraelitami.
              Tymczasem rozpoczynały się wakacje po ukończeniu szkoły powszechnej.
              Edmund po ukończonych studiach wrócił do Wadowic, gdzie od 1 czerwca pod-
      jął pracę jako lekarz praktykant w Szpitalu Powszechnym w Wadowicach. Pozostanie tu
      przez 4 miesiące, by od 1 października być znowu w Krakowie. Tym razem znajduje zatrud-
      nienie w klinice pediatrycznej U.J. Kolejna zmiana zawodowa nastąpiła od 1 kwietnia 1931r.
      - wówczas obejmuje posadę sekundariusza w Powszechnym Szpitalu Miejskim w Bielsku.7
              Będąc w Wadowicach, w sezonie urlopowym, postanowił w wolnym czasie wybrać
      się na kilka górskich wycieczek, najpierw z bratem i ojcem, a potem z siostrami Urbanów-
      nymi z Mucharza. By się lepiej poruszać po szlakach czytał przewodnik po Beskidach Za-
      chodnich. Zaczął lekturę od opisu Wadowic.
             „Wadowice, miasto powiatowe z 7000 mieszk., dość czyste i ładnie na Pogórzu karp.,
      nad Skawą ok. 300 m n.p.m. położone. Niegdyś było silnie skolonizowane przez Niemców,
      którzy m.in nazwę „Frauenstadt” narzucić usiłowali, a po których zostały nazwy wiosek, jak
      Inwałd, Barwałd (…) Miasto posiada sąd obwodowy, izbę skarbową, starostwo, gimnazjum

       6 - Darcy O’Brien: Papież nieznany. Wydawnictwo Jacek Santorski end Co, Warszawa 1998, s. 106-110
       7 - Takie daty i miejsca zatrudnienia wymienia Edmund Wojtyła w życiorysie, który reprodukowany jest
           w książce: Mileny Kindziuk: Matka papieża. Wydawnictwo „Znak”, Kraków, 2013, s. 97

Strona 297

Rozdział VI - U boku ojca                        295




                                                        Podejście pod Groń Jana Pawła II (dawna nazwa - Jaworzyna).
im. Wadowity, a zdobi je nowy park, z którego roztacza się piękny widok na całe pasmo
Beskidu Małego. Z budowli zasługują na uwagę: kościół parafialny w rynku z pięknym, sze-
rokim frontonem, klasztor O.O. Karmelitów na wzgórzu, Sokół i stare, przeszło stuletnie ko-
szary, mieszczące 12 p. piechoty. Przy ulicy 3-go Maja przyzwoity hotel „Wysogląd” i „Pod So-
bieskim”, oba z restauracjami, trzeci Haasa. W mieście liczne sklepy z prowiantami jak Kółka
roln., wędliniarnie, restauracje i handle Liski, Hołojewskiego i Kluka. Przemysł słaby, jedna
fabryka papieru, fabryka opłatków i andrutów, betoniarnie. Pw. na Gancarz, Leskowiec, w
dolinę Skawy. Bliższe wycieczki na Górę Jaroszowicką 6 km, na Iłowiec i Łysą Górę, 5 km.”8
        W kolejnych dniach po spotkaniach z przyjaciółmi, po rozmowach o przyszłości za-
wodowej - wrócił do wcześniejszych planów, rodzinnych wycieczek na okoliczne beskidzkie
szczyty.
        Zgodnie uznali, że zaczną od Leskowca, widokowego szczytu, gdzie wadowickie
środowisko turystyczne przymierza się do budowy schroniska. Lolek już nie mógł się do-
czekać dnia wycieczki, byle tylko pogoda dopisała. Zgodnie z tradycją wyruszyli rano, gdy
jest jeszcze nieco chłodniej. Po kilku godzinach podziwiali widoki pasma babiogórskiego
ze szczytu Leskowca. Kanapki smakowały wybornie, podobnie jak zimna woda z górskiego
źródła. Schodzili w dół ścieżkami przez Żar, w stronę Czartaka. Stoki opadały w dolinę Skawy,
polna droga wiodła przez łąki, obok nielicznych wiejskich zabudowań, zagajników, z wido-
kami na wprost, na Jaroszowicką Górę.
        Innym razem porucznik Wojtyła postanowił wybrać się z synami do Czańca, do
miejscowości podgórskiej, która była gniazdem ich rodu od kilku pokoleń. Podjechali koleją
do Andrychowa, a następnie pieszo udali się pasemkiem Złotej Górki, Bukowskiego Gronia
i Palenicy w stronę Czańca. Odwiedzili krewnych, rzadko widywanych, odebrali gratulacje
w uznaniu doktoratu Edmunda, zajrzeli na cmentarz i do kościoła by pomodlić się za przod-
ków. Wzajemnie zobowiązali się, że teraz będą częściej się odwiedzać. Po zdrowym wiejskim
posiłku złożonym z jajek, kwaśnego mleka, swojskiego chleba i masła, dali się namówić na

 8 - Kazimierz Sosnowski: Przewodnik po Beskidach Zachodnich i Pieninach z terenami narciarskimi. Wydanie
     III, tom II, Kraków 1930, s. 347

Strona 298

296          Rozdział VI - U boku ojca




        Widokowy szczyt Leskowca. Panorama w stronę Babiej Góry.
      podwiezienie bryczką do Kęt, na stację kolejową. Dziesięcioletni Lolek i ojciec po pięćdzie-
      siątce odczuwali już trudny marszu, zwłaszcza, że dzień był słoneczny i bardzo ciepły. Pełni
      wrażeń i gorących, rodzinnych uczuć, z ulgą dla nóg, rozsiedli się w pustawym pociągu.
              W miarę wolnego czasu Mundek chodził z bratem nad Skawę i do lasu na bo-
      rówki, które rosły na zboczach Jaroszowickiej Góry i w Księżym Lesie.
      Nadszedł moment wyjazdu na Babią Górę z dziewczynami z Mucharza. Mundek obiecał Lol-
      kowi laskę nabijaną pamiątkowymi znaczkami i wyjechał.
             We wrześniu 1930 roku Lolek zasiadł razem z innymi rówieśnikami w gimna-
      zjalnych ławach. Jak zwykle w nowym środowisku, w wielkim gmachu, wśród starszych
      roczników, poczuli się w pierwszych dniach zagubieni. Do tego oddani pod opiekę suro-
      wych profesorów, obciążeni zwiększonymi wymaganiami. W pierwszych dniach porucznik
      Wojtyła odprowadzał syna do szkoły, by dać mu wsparcie. „Do szkoły chodziło się w gra-
      natowych mundurkach z odpowiednimi dystynkcjami dla poszczególnych klas.”9
             Do czasu reformy Jędrzejewiczów tj. do 1934 r. mundurek stanowiła bluza zapinana
      pod szyję z pagonami na ramionach. Na tych pagonach uczniowie do klasy IV mieli na-
      szywane srebrne belki, a od klasy piątej złote rzymskie piątki. Młodsze klasy nosiły krótkie
      spodnie. Na głowie czapki rogatywki z niebieskim otokiem ze znaczkiem „G” na przodzie
      oraz dystynkcjami jak na pagonach.”
             Fotografia Karola Wojtyły w opisywanym mundurku, z jednym paskiem na pa-
      gonach, dowodzi trafności powyższego opisu. Zdjęcie było prawdopodobnie wykonane by
      je wkleić do legitymacji szkolnej. Krój bluzy przypominał mundur harcerski lub wojskowy,
      z charakterystycznymi pagonami i kieszeniami na piersiach, ze lśniącymi guzikami.
              Pierwszy rok pobytu uczniów w nowej szkole jest zwykle sondażowy. Obie stro-
      ny tzn. nauczyciele i uczniowie badają swoje możliwości i granice. Po okresie zapoznawania
      się wkraczają w fazę przystosowywania. Ten ostatni stan dotyczy głównie uczniów - bo to


       9 - Teofil Bojeś: Ostatni Mohikanie, Wydawnictwo Św. Stanisława BM Archidiecezji Krakowskiej, Kraków 2000,
           s. 43-44.

Strona 299

Rozdział VI - U boku ojca   297




Karol Wojtyła w pierwszej klasie gimnazjalnej (około 1931)

Strona 300

298           Rozdział VI - U boku ojca




        Ulica Mickiewicza z gmachem gimnazjalnym po lewej (lata trzydzieste XX wieku)
      oni muszą sprostać wymaganiom profesorskim, zarówno dydaktycznym jak i wychowaw-
      czym. Niemniej jednak i druga strona bierze pod uwagę potencjał zespołów klasowych, czy
      mamy do czynienia ze słabą lub mocną klasą.
               Wszyscy po trosze rozglądają się, a to by poznać nowych kolegów, a to by się z kimś
      dobrym w nauce zaprzyjaźnić, by siedzieć w ławce z kimś kogo się już dobrze znało. Rodzice
      bacznie przyglądali się swoim pociechom, jak funkcjonują w nowym otoczeniu, czy radzą
      sobie z nauką, z kim się zadają. Trzeba przyznać, że gdy analizuje się różne aspekty nauki
      i życia społecznego w klasie, we wszystkich ujęciach Karol Wojtyła wypada przodująco. Tak
      on jak i jego ojciec są zawsze w zgodzie z wymaganiami i oczekiwaniami szkoły. We wszyst-
      kich wymienionych dziedzinach podlegających ocenie czy zwykłej konkurencji Lolek wie-
      dzie prym i tak będzie stale. Im wyżej tym jego dominacja staje się coraz wyraźniejsza.
              W uzupełnieniu informacji ze sprawozdań gimnazjalnych za rok 1930/31 czyli pierw-
      szego roku nauki Lolka i jego kolegów, przytaczam wpis z kroniki klasztornej karmelitów:
              „25 X 1930 r. Całe społeczeństwo polskie obchodzi dziś 25-lecie walki o polską szko-
      łę, przypominając bohaterstwo młodzieży z Wrześni, na Podlasiu oraz pamiętne porzucenie
      szkoły rosyjskiej w 1905r. przez uczniów i uczennice w byłym Królestwie Polskim. W naszym
      kościele (na górce – dop. autora) odprawione zostało nabożeństwo o godz. 9 rano, w którym
      wzięło udział tutejsze Gimnazjum z całą młodzieżą gimnazjalną i gronem profesorskim wraz
      z panem Henrykiem Gaworem, dyrektorem Gimnazjum wadowickiego.”
              Cytuję tę notatkę, gdyż w tej mszy brał udział Lolek, wówczas już gimnazjalista od
      dwóch miesięcy. Może nawet służył do mszy.
              Naukę w klasie I gimnazjalnej rozpoczęło 49 uczniów, w tym 22 miejscowych,
      22 z powiatu wadowickiego i 5 z dalszych okolic. Od strony Kalwarii dojeżdżało 5 uczniów,
      od Suchej Beskidzkiej również pięciu, od Zatora 4 i Andrychowa trzech. Pięciu dochodziło
      codziennie po kilka kilometrów. Najliczniejszą grupę stanowiły dzieci włościan i drobnych
      rolników (7), kupców i przedsiębiorców handlowych (7), profesorów i nauczycieli (6).
              „Dzień nasz dzielił się na poranną naukę, która trwała zwykle do godziny trzynastej
      i na popołudniowe życie domowe i rówieśnicze. Ci którzy mieszkali poza Wadowicami, szli na
      krótko do świetlicy, a potem udawali się na stację i odjeżdżali do swoich domów na wsi”. (Karol
      Poliwka).

Strona 301

Rozdział VI - U boku ojca                299
        „Uczniowie dojeżdżający byli w korzystniejszej sytuacji tylko pod jednym względem.
Utrudniony był bowiem szybki kontakt profesorów z rodzicami. Stąd częściej pojawiać się mo-
gły wagary czy figle, do których okazje stwarzał przejazd pociągiem. Chyba w klasie trzeciej
uczniowie dojeżdżający zorganizowali gremialne wagary dla zamiejscowych na podstawie
istniejącego wtedy przepisu, który zwalniał z obowiązku szkolnego w wypadku temperatury
poniżej 20 stopni. Starsi uczniowie stali na stacji i odsyłali wszystkich do domów”. (Marian
Bieniasz).
        Opiekunem oddziału czyli wychowawcą interesującej nas klasy I był w I półroczu
Adam Romanowski (nauczyciel kontraktowy), który uczył w I klasie języka polskiego, histo-
rii, geografii i matematyki. W II półroczu funkcję wychowawcy powierzono nauczycielowi
kontraktowemu Tadeuszowi Hanusiakowi, który jednocześnie uczył języka polskiego
i gimnastyki. „Przeprowadził lekcję pokazową z ćwiczeń cielesnych w sali gimnastycznej,
z materiałem od 10 - 12 lat wobec całego grona oraz zaproszonych członków gron innych
zakładów średnich i powszechnych.”
        W roku 1931 przyznano tytułu profesora dyrektorowi Henrykowi Gaworowi, który
niedługo odszedł na emeryturę. Postać tę opisuje Józef Titz, uczący wówczas w gimna-
zjum języka niemieckiego, muzyk, opiekun chóru szkolnego.
        „Na życie w gimnazjum w począt-
kach lat trzydziestych rzucała swój blask
postać dyrektora Gawora. To był człowiek o
niezwykle głębokiej wiedzy. Trudno było od
niego otrzymać bezpośrednią odpowiedź na
zadane pytanie. Wyglądał jakby nieobecny
w konkretnej sytuacji. Moim zdaniem góro-
wał nad pozostałymi profesorami, choć byli
wśród nich wybitni znawcy swoich dyscy-
plin i znakomici pedagodzy. Henryk Gawor
to był typ prawdziwie helleński. Kolega Cze-
sław Panczakiewicz, mój rówieśnik uczący
gimnastyki, miał swoisty sposób załatwiania
spraw z dyrektorem Gaworem. Jako opiekun
drużyn sportowych często wyjeżdżał z mło-
dzieżą na zawody, musiał dopełniać przy
                                                                  Józef Titz, profesor gimnazjalny i muzyk.
tym różnych formalności, a między innymi
powiadamiać dyrektora o zwolnieniu uczniów na mecz. Przychodził więc do Gawora, przed-
stawiał swoją sprawę, kłaniał się i nie czekając na odpowiedź, opuszczał gabinet. Wiedział, że
odpowiedzi nie otrzyma, więc nie czekał”. (Józef Titz).
        Miejsce dyrektora Gawora zajął Franciszek Gwiżdż. O ile tego pierwszego uwa-
żano za myśliciela, człowieka o szerokich horyzontach intelektualnych, zatopionego w fi-
lozoficznych rozważaniach, o tyle tego drugiego postrzegano jako dobrego gospodarza
i administratora, założyciela orkiestry gimnazjalnej. Jeden z absolwentów powiedział o nim:
„chodząc z pękiem kluczy po korytarzu i podzwaniając nimi wyglądał raczej na starszego
woźnego niż na kierującego szkołą. Doszedł do stanowiska mając poparcie lokalnych sym-
patyków ugrupowań rządowych, nie ciesząc się poparciem grona profesorskiego”.
        Przy okazji jeszcze o innych zmianach personalnych w gimnazjum. W tym pierw-
szym okresie nauki Karola Wojtyły nie było stabilizacji wśród grona uczących. Zmieniali się
opiekunowie klas (aż dwóch w ciągu jednego roku), często zmieniali się nauczyciele pod-
stawowych przedmiotów: np. języka polskiego i matematyki. Ta fluktuacja wpływała nieko-
rzystnie na ciągłość i skuteczność pracy dydaktycznej i wychowawczej.

Strona 302

SZLAKAMI
   Jana Pawła II
Beskidzkie wędrówki
  z ojcem i bratem
    (1931-1932)
   U źródeł Wisły
w Beskidzie Śląskim.




                         Śmiałe i malownicze wiadukty kolejowe w Wiśle Łabajowie,
                                                  z I połowy lat trzydziestych XX w.



                       W dolinie Białej Wisełki, przy szlaku na na Baranią Górę
                       (lata 80-te XX w.)




                                  Kaskady Rodła na źródłowym obszarze Wisły.

Strona 303

Na szczycie Baraniej Góry - pół wieku temu
                         (lata 60-te XX w.)




                                              Przysłop pod Baranią Górą. W głębi dawne schronisko PTTK.
                                              (lata siedemdziesiąte XX w.)




                                                    Biała i Czarna Wisełka po połączeniu z potokiem Malinka
                                                               dają początek największej polskiej rzece Wiśle.

Strona 304

302          Rozdział VI - U boku ojca

               Jakby nie dość było zmian w obsadzie pro-
      fesorskiej to zjawisko dotknęło również uczących
      religii. Potwierdza ten fakt wspomnienie księdza
      Kazimierza Figlewicza. „Urodziłem się w Krakowie
      w 1903 roku. Tu skończyłem gimnazjum im. Nowo-
      dworskiego. Po maturze studiowałem na wydziale
      teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po ukoń-
      czeniu studiów i otrzymaniu święceń kapłańskich zo-
      stałem skierowany, przez Metropolitę Adama Stefana
      Sapiehę, na posadę wikariusza w parafii Ruszcza, wte-
      dy koło Krakowa, obecnie na terenie wielkiego Krako-
      wa, konkretnie Nowej Huty. Tam przebywałem przez
      4 lata, a potem zostałem skierowany na wikariusza do
      Wadowic. To był rok 1930. Ponieważ prefekt ówcze-
      snego gimnazjum ksiądz Henryk Lichoniewicz miał
      za dużo godzin, dlatego mnie jako wikaremu przy-
      dzielono naukę w dwóch klasach najmłodszych.
      Karol Wojtyła był wtedy chłopcem uczniem I klasy
      i tym sposobem poznałem go. Uczyłem w wadowic-
      kim gimnazjum przez rok tylko, dlatego, że w następ-
      nym roku wspomniany ksiądz Lichoniewicz, nie miał
      już za dużo godzin, wystarczyła jego osoba by prowa-                          Ksiądz Kazimierz Figlewicz,
                                                                                        katecheta gimnazjalny
      dzić lekcje religii.                                                       i opiekun kółka ministrantów.
               Wspomina Karol Poliwka:
               „Najbardziej tkwią w mej pamięci ci, którzy nas, młodzież wówczas nader psotną, da-
      rzyli życzliwością. Potrafili wzbudzić do siebie miłość, a przynajmniej głęboką sympatię, która
      przetrwała ciężkie lata wojny i powojnia. Takim profesorem był jeden z naszych katechetów
      ksiądz Figlewicz, późniejszy kanonik wawelski, człowiek niesłychanej dobroci. Nie można się
      było źle zachować na lekcji religii, ponieważ w jego oczach pojawiały się autentyczne łzy. Po-
      dobnym doń w swojej dobroci był profesor Heriadin. Uczył nas przyrody. Wymagał dużo, ale
      każdy uważał za święty obowiązek uczyć się i grzecznie zachowywać na jego lekcjach. Starali-
      śmy się nie sprawiać mu przykrości nieuctwem czy nieuwagą”.
               Ksiądz Kazimierz Figlewicz odegrał znaczącą rolę w kształtowaniu osobowości
      Karola Wojtyły. Najpierw jako katecheta, potem jako opiekun kółka ministrantów.
               „Z ramienia duszpasterstwa wadowickiego byłem opiekunem kółka ministranckiego.
      W grupie znajdowali się chłopcy, którzy służyli do mszy codziennie, bądź też jedynie w święta
      i niedziele. Do mszy szkolnych, które odbywały się w dniach świątecznych, służyli obowiązkowo
      chłopcy młodsi i starsi. Kółko, o którym wspominam, poza wprowadzaniem ministrantów
      w obrzędy liturgiczne, rozwijało także życie towarzyskie. Urządzaliśmy krótkie wycieczki, któ-
      re kończyły się zwykle meczem piłki nożnej. Miałem nawet fotografię (zrobioną chyba przez
      księdza Stefana Zapałowicza), na której obecny Ojciec Święty stoi z kolegami, trzymając piłkę.
      Ksiądz Zapałowicz pochodził z Wadowic i jako kleryk, czy też młody ksiądz, brał udział w jed-
      nej z wycieczek. Mimo, że Karola Wojtyłę uczyłem religii tylko w pierwszej klasie gimnazjalnej,
      mój kontakt z nim trwał. Należał bowiem do wspomnianego kółka, a mieszkając najbliżej ko-
      ścioła przychodził codziennie rano służyć do mszy. (Kazimierz Figlewicz)
               W uzupełnieniu informacji zawartych w sprawozdaniu gimnazjalnym za rok 1930/31
      podaję: że miejsce woźnego Franciszka Głucza zajął jego dotychczasowy pomocnik - An-
      toni Pyrek, co z perspektywy ucznia miało duże znaczenie. Marian Bieniasz, mój ojciec ale
      i konsultant opisywał te postacie. „Tercjan Głucz miał duże wąsy i był bardzo gruby, zaś
      Pyrek był ślepy na jedno oko. Stał przy bramie - pilnował i dzwonił. Na okres zimowy był
      jeszcze pomocnik Zając Stanisław. Głucz sprzedawał kanapki (bułka z szynką lub kiełbasą
      po 15 groszy). Miał szafkę, a w niej te specjały, do tego jeszcze placki zawijane z serem

Strona 305

Rozdział VI - U boku ojca           303
albo z makiem. Oczywiście woźny miał w szkole mieszkanie i to on otwierał i zamykał
szkołę, a poza tym dysponował kluczami do wszystkich pomieszczeń, pilnował dzwonków
i przerw, wiedział o wszystkim, znał dokładnie bazę szkolną, rozkład pomieszczeń, miał
wszelką wiedzę na temat urządzeń sanitarno-higienicznych, piwnic, składów gospodar-
czych itp. Sprawozdanie gimnazjalne za rok 1930/31 odnotowuje wycieczkę, majówkę na
zakończenie roku szkolnego: „w dniu 11.VI.1931 roku urządzono wycieczkę rozryw-
kową z kl. I, II i III w dolinę Skawy. „Z wczesnych lat gimnazjalnych przypominam sobie,
że na wycieczki szkolne czy na majówki do Księżego Lasu lub na Dzwonek, zawsze z naszą
klasą oprócz wychowawcy - szedł ojciec Wojtyły i razem z nauczycielem opiekował się nami”.
(Marian Bieniasz).
        Myśląc o przyśpieszonym dojrzewaniu duchowym Karola Wojtyły biorę pod
uwagę kilka istotnych wydarzeń w życiu chłopca, które ten proces zapoczątkowały i po-
głębiały. Chronologicznie najpierw na rozwój chłopca, rzutowała choroba i śmierć
matki, potem wyjątkowy moment w dorastaniu religijnym czyli I komunia święta.
W czwartej klasie szkoły powszechnej rozpoczęła się posługa ministrancka, która
z czasem przeistoczyła się w formę zaawansowaną. Dodatkową stymulacją w młodszych
klasach gimnazjalnych były odwiedziny sanktuariów i miejsc kultu w najbliższej okolicy,
a z dalszych pielgrzymek wyjazd do Częstochowy. Równocześnie chłopiec doświadczał
intensywnych kontaktów społecznych, dzięki edukacji gimnazjalnej, płynących ze strony
grup rówieśniczych i nietuzinkowych oddziaływań profesorskich. Traumatycznym dopeł-
nieniem silnych przeżyć była śmierć brata lekarza, który z poświęceniem próbował ra-
tować życie chorej. Już wcześniej, gdy Lolek z ojcem przyjeżdżali do szpitala, nie ograniczali
się jedynie do spotkania z Edmundem, ale zaznaczali swoją obecność w życiu leczących się
dzieci (udział Lolka u boku brata w spontanicznym teatrzyku dla chorych dzieci).
          Z dostępnych źródeł i relacji możemy wnioskować, że służenie do mszy zostało
zapoczątkowane w klasie czwartej szkoły powszechnej. Potwierdzeniem jest chociażby
wspomnienie Jerzego Klugera, który w czerwcu 1930 roku pobiegł do kościoła aby powia-
domić Lolka, że zdali do gimnazjum. Pierwsze kroki w posłudze przy ołtarzu to było tylko
towarzyszenie i przyglądanie się starszym ministrantom. Zapewne istniała jakaś forma przy-
gotowania chłopców do pełnego udziału we mszy. Częściowo mógł to robić każdy ksiądz
z osobna, częściowo opiekun koła ministrantów, a resztę uzupełniała praktyka. Lolek, od naj-
młodszych lat obyty z obrzędowością kościelną, był wdzięcznym materiałem do dalszego
kształtowania. Jak wynika z kolejnych wspomnień, moment przejścia do grupy bardziej za-
awansowanych ministrantów, przypadł na klasę II gimnazjalną. Trochę światła na tę spra-
wę rzuca wypowiedź rówieśnika ministranta.
                              „Nazywam się Cholewa Tadeusz. Jestem urodzony w Jaroszo-
                        wicach, obok Wadowic. (Nagranie wykonane w Brzeźnicy w 1983r.)
                        Do czwartej klasy szkoły powszechnej chodziłem w Jaroszowicach,
                        a potem rozpocząłem uczęszczać do gimnazjum w Wadowicach. Po
                        wojnie pracowałem w budownictwie, a obecnie jestem na emeryturze.
                        Z Karolem Wojtyłą zetknąłem się w pierwszej klasie gimnazjum, potem
                        jeszcze chodziliśmy razem do II klasy, po czym ja przeszedłem do gim-
                        nazjum karmelitów. Pamiętam go bardzo dobrze jako ucznia klasy I,
                        co było równorzędne z klasą piątą. Był dla mnie wybitnym uczniem,
                        bardzo zdolnym. Każdego dnia spotykaliśmy się w kościele, bo to był
Tadeusz Cholewa         jego zwyczaj, podobnie jak nas niektórych studentów, by pomodlić się
przed lekcjami, przed godziną ósmą. Jego zawsze można było spotkać w towarzystwie ojca.
Bliżej stykaliśmy się poza ławą szkolną, jako ministranci. Było tam jeszcze kilku naszych ró-
wieśników, którzy służyli do mszy świętej. Ja byłem jednym z pierwszych takich młodych mi-
nistrantów, nauczonych jeszcze przez ojca ministrantury, bo to po łacinie było. Tak że nawet
mógłbym powiedzieć, że pierwsze kroki jako ministrant to stawiał w moim towarzystwie, bo

Strona 306

304          Rozdział VI - U boku ojca

      ja byłem tym pierwszym ministrantem. Jego takie pierwsze publiczne wystąpienie jako mini-
      strant, bo to przecież było poważne działanie, jakaś zdolność - to było służenie do mszy świętej
      na odpuście w Jaroszowicach. W mojej wiosce rodzinnej.
              Odpusty w Jaroszowicach są dwa - 10 maja i 2 sierpnia. To chyba było w czasie wakacji
      między pierwszą, a drugą klasą. Dla takiego jedenastoletniego chłopaka być ministrantem to
      było dużo. Raczej byli oprócz nas starsi koledzy – Wicher, Lempart, którzy nawet nie chodzili
      do gimnazjum. Do mszy służyło kilku ministrantów - 2 prowodyrów, a czterech się przyuczało.
      A dopiero potem zajmowało się ważniejsze miejsce przy ołtarzu, żeby dzwonić czy odpowia-
      dać księdzu czyli być tym głównym ministrantem. Księża w Jaroszowicach to byli wikariusze
      z Wadowic, gdyż kościół w Jaroszowicach był filialny. Tylko odpusty i pogrzeby odbywały się
      w Jaroszowicach.
              Profesorem uczącym religii w gimnazjum był ksiądz Zacher, bardzo surowy i wymaga-
      jący. Wielką sztuką było u niego odpowiedzieć na pytanie. Przeważnie kończyło się to stwier-
      dzeniem – siadaj, nie przygotowałeś się. Nigdy jednak nie spotkało to Wojtyły, ksiądz widział,
      że on uczy się w domu, doceniał to, chociaż nie darzył go specjalnymi względami. Żeby spro-
      stać wymaganiom księdza, to dla niektórych uczniów było dość kłopotliwe, a religia była
      jednym z pierwszych przedmiotów. Pamiętam taką przemowę do nas księdza Zachera, który
      przekonywał nas, że trzeba pracować nad sobą, uczyć się, bo nie wiadomo, czy wśród nas nie
      ma jakiegoś przyszłego biskupa czy generała, czy wysoko postawionej osobistości. Jak się po
      latach okazało to przeczucie spełniło się w odniesieniu do Wojtyły.
              Z lat późniejszych wspominam go jako ucznia wyjątkowego. Na wszystkich akade-
      miach, na wszystkich uroczystościach występował, jeśli nie z wierszem to z jakimś przemówie-
      niem. Brał udział w występach, w teatrze, zresztą ja też brałem udział w misterium urządza-
      nym przez księdza w domu katolickim. Misterium bożonarodzeniowe, utkwiło mi w pamięci
      bo dziewczynka, która grała Matkę Boską, potem się przeziębiła i zmarła. Byliśmy pastusz-
      kami, a w misterium wielkopostnym Lolek był chyba Herodem, a ja żołnierzem. On za-
      wsze dostawał główniejsze role. Poza tym mogę powiedzieć, że był ułożonym, miłym kolegą.
      Na podkreślenie zasługuje więź ojca Karola z synem Lolkiem. Zawsze razem szli do kościoła,
      ewentualnie widziało się ich razem już w kościele. Karol przeważnie klęczał na stopniu gdzieś
      przed głównym ołtarzem, czy przed bocznymi. Inni koledzy byle gdzie stanęli, przyklęknęli,
      niedbale machnęli ręką i tą swoją „zdrowaśkę” odmówili przed lekcjami. Często można było
      spotkać ojca z synem, gdy przemierzali rynek. Ojciec dość wysoki, w okularach w złotej opra-
      wie, szczupły. Wyczuwało się jakąś specjalną więź między nimi, miłość, to, że się dobrze ro-
      zumieli. Bo ojciec przecież częściowo zastępował mu matkę. To była nierozłączna dwójka, na
      spacerach. Prawie wszędzie ich się razem widziało.”
              Inny kolega, Tadeusz Siwek, też był ministrantem i z dumą wspomina wspólne
      przeżycia z Lolkiem. (wspomnienie to nagrałem w Wadowicach w 1982 r.)
              Tadeusz Siwek - ur. 1919 r.
              „Ojciec mój był masarzem. W domku pani Zembatej mieliśmy sklepik. Obok tego bu-
      dynku był taki mały kiosk, który prowadziła jedna pani - nosił nazwę „Hanusia”.
      Po szkole powszechnej poszedłem do gimnazjum prywatnego ojców Pallotynów na Kopcu
      (przy drodze z Wadowic do Kleczy). Tam uczęszczałem przez 2 lata, następnie poszedłem do
      gimnazjum państwowego im. M. Wadowity, gdzie chodziłem przez 4 lata. W roku 1938 posze-
      dłem do wojska jako ochotnik i tam zastała mnie wojna. Walczyłem w składzie Korpusu Obrony
      Pogranicza, w okolicach Żywca, a potem wycofywaliśmy się na wschód, przez Kraków. aż do
      granicy. Po wojnie pracowałem na różnych stanowiskach w Polskich Kolejach Państwowych.
              Wybór Karola Wojtyły na papieża był dla mnie bardzo wzruszający. Zwyczajnie popły-
      nęły mi łzy. Byliśmy przecież kolegami. Wprawdzie ja byłem o rok starszy, ale chodziliśmy
      do tej samej szkoły powszechnej, jeździliśmy na wycieczki, należeliśmy do grupy mini-
      strantów.

Strona 307

Rozdział VI - U boku ojca                   305




    Grupa ministrantów. Pierwszy z lewej od góry Karol Wojtyła. Poniżej w środku - wspominający Tadeusz Siwek (około 1932 r.)
        Z Lolkiem w szkole spotykaliśmy się tylko na przerwach, bo on chodził o rok niżej. Zda-
rzały się wspólne zabawy, jak to w grupie kilkunastoletnich dzieci. Przypominam sobie jak
Lolek odprowadzany był przez ojca na lekcje. Ten chłopczyk, gdy szedł do szkoły, miał taką
żywotność, że stale podskakiwał na jednej nodze. Jego ojciec chodził wtedy pod laseczką. Na
środku rynku była sadzawka z wodotryskiem i tam były wpuszczone małe rybki. W czwartek
rynek był zastawiony budami i stoiskami z różnorodnymi towarami przemysłowymi, ale i np.
wyrobami masarniczymi. Pauzy spędzaliśmy w szkole na krużgankach i korytarzach, ale nie-
raz też wybiegaliśmy na plac rynkowy w czasie długiej przerwy.
        Z Lolkiem spotykaliśmy się pełniąc posługę ministrancką. Każdy z ministrantów miał
swojego księdza, któremu służył do mszy świętej. Karol miał ks. Zachera, a ja miałem
Stanisława Janiczaka. Po miesięcznym posługiwaniu do mszy każdy z księży dawał swo-
im ministrantom parę złotych za te usługi. Nie chcieliśmy brać ale formalnie wkładano nam
w zakrystii, do kieszeni te pieniądze. Jeśli któryś z ministrantów spóźnił się lub nie przyszedł, to
jeden drugiego zastępował. Wtedy już się księdza nie wybierało. Chodziliśmy na ranne msze
między 6 a 8. Każdy z ministrantów miał swoją komeżkę, którą zostawiał w szafie. Zakrystiani-
nem był Podkul, sędziwy, lubiany przez młodzież. Rano nie było kazań.
        Ksiądz Figlewicz zorganizował kółko ministrantów, do którego wszyscy należeli-
śmy. Był przez nas lubiany, organizował nam pewne zabawy, gry sportowe. Gromadziliśmy się
na plebanii, tam mieliśmy taką małą salę, gdzie można było grać w gry towarzyskie. A w dni
pogodne chodziliśmy na pobliskie planty aby grać w piłkę.”
        Komentując tę wypowiedź warto zwrócić uwagę na fotografię z lat klasy II. Opisywa-
na często tekstem: Karol Wojtyła wybrany sołtysem kl. II. Przekłamanie dotyczy osób, które
są na zdjęciu, gdyż to nie są koledzy z klasy, lecz raczej grupa ministrantów z kółka, sfoto-
grafowana podczas zajęć świetlicowych. Świadczy o tym dobitnie postać Tadeusza Siwka,

Strona 308

306          Rozdział VI - U boku ojca

      siedzącego w środku, w ubranku w kratkę, z czapką pod ręką. Znalazł się też na fotografi
      z wycieczki do Wieliczki, bo byli na niej uczniowie z różnych klas. Na tym ostatnim zdjęciu
      siedzi na przodzie z ciupagą, w charakterystycznym ubranku. Trzeba dodać, że gdy rozma-
      wiałem z panem Siwkiem, po pięćdziesięciu latach od tych wydarzeń, rysy twarzy nadal były
      bezbłędne do rozpoznania. Natomiast Karol Wojtyła ustawiał się zawsze z boku. Tu po lewej,
      od góry, z dwoma belkami na pagonach, czyli uczeń II klasy gimnazjalnej, w bluzie z błysz-
      czącymi guzikami, zapiętej pod szyję niczym mundur wojskowy. Przed nim siedzi kolega
      z trzema, bądź nawet czterema paskami na pagonach, co dowodzi, że był uczniem wyższej
      klasy. (prawdopodobnie Eugeniusz Firczyk)
                Mimo, że ksiądz Kazimierz Figlewicz przestał uczyć Karola Wojtyłę w II klasie gimna-
      zjalnej ich kontakt trwał nadal, poprzez spotkania grupy ministrantów. O kółku opowia-
      da jego opiekun: „mieszkający w najbliższym sąsiedztwie kościoła przychodził codziennie
      rano służyć do mszy świętej. Niemal codziennie się spotykaliśmy. Lolek był bardzo zdolnym
      uczniem, co się przejawiało już od pierwszego spotkania w klasie, a przy tym bardzo dobry.
      Będąc uczniem gimnazjum neoklasycznego nie miał wielkich trudności w przyswojeniu sobie
      ministrantury, bo chłopcy uczyli się łaciny. Będąc w Wadowicach, byłem z ramienia duszpa-
      sterstwa opiekunem kółka ministrantów. Urzędowo można powiedzieć, że chłopcy służyli na
      nabożeństwach szkolnych, a niektórzy potrzebni byli też w niedzielę, poza mszami dla mło-
      dzieży. Te szkolne nabożeństwa odbywały się chyba o godzinie 8:30. Wspomniane kółko, poza
      wprowadzeniem ministrantów w obrzędy liturgiczne, sprzyjało także rozwojowi życia towa-
      rzyskiego, przez urządzanie np. wycieczek, nie bardzo dalekich, jak i rozrywkowych spotkań,
      zakończonych jak to wtedy bywało rozgrywkami piłki nożnej.”
                                 Mówi kolega z klasy Stanisław Niziołek:
                                 „Kiedy mieszkałem w bursie, byłem jednym z ministrantów służących
                             do mszy. Przychodząc do kościoła na godzinę 6:30, zwykle spotykałem
                             w zakrystii Karola. On przychodził już o szóstej i obsługiwał kolejną mszę.”
                                  Potwierdza to Zdzisław Piotrowski:
                                  „Karol chętnie służył do mszy wyręczając kolegów, którzy z różnych
                             powodów nie mogli obowiązku spełnić. Np. kolega Józef Wąsik bardzo
                             daleko mieszkał, codziennie chodził z odległości sześciu kilometrów. Ja
                             natomiast miałem tremę. Karol zawsze pozostawał w pogotowiu. Gdy
      Stanisław Niziołek.    zachodziła potrzeba, zastępował innych. Jeśli ktoś z wyznaczonych mini-
      strantów nie przyszedł, to Karol już czekał w zakrystii, by zająć bezinteresownie i ochoczo jego
      miejsce. W okresie rekolekcji był zazwyczaj poważny. Gdy w owym czasie organizowaliśmy mecz
      - Karol nie brał w nim udziału. Pościł.”
              Czy służenie do mszy świętej pogłębiało duchowość kilkunastoletnich chłopców. By
      to tak działało musiały istnieć jeszcze inne warunki i okoliczności uczestnictwa młodego na-
      rybku we mszach świętych. W tym określonym jednostkowym przypadku wiele bodźców
      działało harmonijnie, stymulując dojrzewanie. Pozytywnie, wręcz modelowo sprzyjał tym
      procesom ojciec, poprzez własną pobożność i umiejętność organizowania ogniska domo-
      wego. Proste zasady wychowawcze, zdrowy tryb życia, dbałość o wypoczynek, pielęgnowa-
      nie potrzeb intelektualnych, poszanowanie wyższych wartości - te komponenty uwrażliwia-
      ły młodego Lolka, wyrabiały w nim gotowość do przyjęcia treści religijnych. Uczestnictwo
      we mszach, służenie, słuchanie pisma świętego, kazań i komentarzy do czytań, zapisywało
      się we wrażliwej naturze i przyspieszało procesy dorastania. Trzeba pamiętać, że mieliśmy
      do czynienia z postacią wyjątkową, wybitną, której możliwości przewyższały pozostałych
      ministrantów. Tamci przeszli podobną drogę wtajemniczenia religijnego, ale ich późniejsze
      losy były typowe. Zostali handlowcami, kolejarzami, urzędnikami, budowlańcami itp. Byli
      gorliwymi katolikami, sumiennymi pracownikami, dobrymi obywatelami, mężami i ojcami -
      wszystko to jednak mieściło się w granicach normy.

Strona 309

Rozdział VI - U boku ojca                    307




                                                                           Ksiądz dr Edward Zacher, katechreta
                                                                            gimnazjalny, późniejszy wadowicki
                                                                                                    proboszcz.




            Wnętrze wadowickiego kościoła (przed przemalowaniem).                               Karol Poliwka
        We wszystkich opracowaniach, we wspomnieniach i relacjach podkreśla się kluczo-
wą rolę ojca przyszłego papieża w jego wychowaniu. Padają określenia: „był prawego
charakteru, poważny, dobrze ułożony, skromny i obowiązkowy”. Sąsiedzi zauważyli jego:
„głęboką pobożność, więź z synami, zamiłowanie do porządku, oddanie sprawie wychowa-
nia najmłodszej latorośli”. Gdy syn dorastał duchowo, w bliskości kościoła i księży, ojciec po-
głębiał, przez swoją postawę zbliżenie z Bogiem i religijną obrzędowością.
        „Bardzo często odwiedzałem Karola w jego domu. Ojciec jego to
człowiek surowy, bardzo powolny, wymagający, utrzymujący dom w at-
mosferze powagi. Był oficerem i miał wiele pamiątek związanych z woj-
skiem: na ścianach wisiały szable i mundury. Karol miał dużo ołowianych
żołnierzyków, którymi się bawiliśmy.” (Stanisław Żmuda)
        Przyjaźniący się z Karolem kolega wspomina:
        „Ojciec Karola, gdy miałem jedenaście lat, nauczył mnie pły-
wać, koło mostu kolejowego na Skawie. Najpierw na plecach, a potem
żabką. Wcale to łatwe nie było, bo rzeka górska. Za ostrogą była mała
zatoczka i tam w ciągu jednego popołudnia, nauczył mnie pływać. Był               Stanisław Żmuda
to dobry, życzliwy człowiek, którego wspominam bardzo mile. W bezpośrednim kontakcie
z nim, właśnie dobroć i życzliwość zwracały uwagę. Ojciec i syn darzyli się prawdziwą głęboką
miłością rodzinną. Mieszkanie bardzo skromne, byłem u nich raz, może dwa razy, ale jak na
kawalerskie gospodarstwo panował w nim, powiedziałbym idealny porządek. Zwróciło moją
uwagę, że Karol w kącie pokoiku miał malutki, skromny ołtarzyk. Kwiaty, jakieś święte obrazki.
Nigdy o tym w szkole nie mówił. Była to dla mnie niespodzianka.” (Karol Poliwka)

Strona 310

308          Rozdział VI - U boku ojca

               Chciałem zaakcentować kilka informacji z urzędowych sprawozdań gimnazjalnych
      i z innej szkolnej dokumentacji, które przybliżają nam atmosferę nauki i życia społecz-
      nego w klasie II.
               Wychowawcą był profesor Ludwik Jach prowadzący przedmioty: prace ręczne,
      rysunki, gimnastykę, gry i zabawy. Nauczyciel ten uczył już w I klasie rysunków i prac ręcz-
      nych, zapamiętany jest jako postać związana z grupą plastyków z kręgu Emila Zegadłowicza.
      Drugim profesorem o zacięciu artystycznym był muzyk Józef Titz, który w klasach począt-
      kowych uczył śpiewu. Od początku gimnazjalnej edukacji uczyli charyzmatyczni profesoro-
      wie: Jan Gebhardt - geografii i Józef Heriadin – przyrody. Uczniowie zapamiętali też Sabinę
      Rottenberg, która w klasach I-III uczyła języka niemieckiego, jak też uczącego tylko przez rok
      Eugeniusza Jelonka. By zilustrować te malownicze, odległe czasy i ciekawe postacie przyta-
      czam garść wspomnień uczniowskich i nauczycielskich.
               „Od klasy I do III języka niemieckiego uczyła nas dr Sabina Rottenberg, później prof. Titz.
      Już wtedy Lolek się wybijał. Interesował się prawie wszystkim, był bardzo ambitny. Miał zdol-
      ności do języków. Pamiętam taki moment, kiedy germanistka przyprowadziła do naszej klasy
      paru starszych uczniów, aby im pokazać, jak młodsi odpowiadają. Byli to panowie z klasy szóstej
      i siódmej, prawie dorośli. Lolek popisywał się swoją wiedzą, my też z bratem mogliśmy stano-
      wić wzór, ponieważ wywodziliśmy się z Pszczyny, a tam na co dzień stykaliśmy się ze zwrotami
      niemieckimi. Oceny miał bardzo dobre i cieszył się dobrą opinią u profesorów. Mimo to nie był
      nigdy zarozumiały, wręcz przeciwnie, ubolewał, gdy ktoś z nas czegoś nie umiał. Nie chciał iść
      nigdy na przekór nauczycielom. Szedł drogą prostą, a koleżeństwo rozumiał inaczej. Nie uzna-
      wał oszustwa, a za takie uważał wszelkie nieuczciwe sposoby uzyskiwania pozytywnych ocen.”
      (Włodzimierz Piotrowski)
               Piotrowski zmienia temat:
               „Gdy byliśmy w drugiej klasie gimnazjalnej miał miejsce mecz, z którym wiąże się
      zabawne wydarzenie. Niższe gimnazjum grało ze szkołą powszechną. My, to znaczy Lolek,
      Szczepek Mogielnicki, ja i mój brat byliśmy na meczu jako kibice. W pewnym momencie do-
      szło do kłótni pomiędzy grającymi, o gol czy karny, już nie pamiętam. Ci ze szkoły powszechnej
      zaczęli gimnazjalistów trochę obrabiać. My jako kibice byliśmy zagrożeni, bo tamci stanowili
      większą siłę. Trzeba było uciekać. W pośpiechu powpadaliśmy do Faburni. Była jesień, chłodno,
      robiło się już ciemno. Trzeba dodać, że Faburnia to był właściwie ściek nieczystości, a nie rzecz-
      ka. Wszystko to miało miejsce na tzw. Ispach, gdzie wówczas chodziło się grać w piłkę.”
                                        „Z Karolem zetknąłem się pierwszy raz jako uczeń szóstej klasy
                                szkoły powszechnej. On chodził wtedy do drugiej klasy gimnazjalnej. Ko-
                                ledzy przedstawili mi go jako prymusa. Wspólnie chodziliśmy grać w pił-
                                kę na targowicę. Lolek lubił najbardziej występować w bramce.” (Tomasz
                                Romański)
                                        „Jak przyszedłem uczyć do Wadowic, otrzymałem oprócz przed-
                                miotu głównego czyli historii, godziny matematyki dla dopełnienia eta-
                                tu. Dostałem ten przedmiot właśnie w klasie II, do której uczęszczał wtedy
                                Karol. Ponieważ matematyka nie należała do moich specjalności, dotar-
                                cie do umysłów dziecięcych sprawiało mi pewną trudność. Dlatego uło-
      Tomasz Romański           żyliśmy się w ten sposób, że dokształcałem uczniów w swoim mieszkaniu
      po lekcjach. Pomocnikiem moim został Karol, ponieważ najlepiej potrafił kierować rówieśnika-
      mi. Oczywiście dzieci w owym czasie były bardzo posłuszne, dzięki czemu dydaktyka matematy-
      ki udała się w całej pełni.” (Eugeniusz Jelonek)
               Kilka słów komentarza o tych wspomnieniach. Eugeniusz Jelonek przyszedł do
      wadowickiego gimnazjum w październiku 1931 roku. Uczył historii i matematyki w klasie
      „papieskiej”. Ponadto dał się poznać jako aktywny organizator. Prowadził „kółko abstynenc-
      kie”, przygotował lekcję pokazową z historii, wciągał młodzież w rekreację i dawał dobry
      przykład wychowawczy. Jego nazwisko przewija się kilkakrotnie w sprawozdaniu szkolnym

Strona 311

Rozdział VI - U boku ojca           309
za rok 1931/32. „Odbyła się lekcja pokazowa z historii w kl. II. o Pułaskim w Ameryce. Po
powtórzeniu materiału z poprzedniej lekcji uczeń Wojtyła Karol zreferował krótko wyją-
tek z wypisów historycznych Geberta i Gebertowej pt. „Pułaski w Ameryce” po czym
prowadzący lekcję nauczyciel przeczytał końcowy wyjątek tego ustępu o śmierci Pułaskie-
go, następnie wyrysował plan bitwy pod Sawannach, po czym oddeklamował śmierć kon-
federata Romanowskiego, odkładając porównanie obu opisów do następnej lekcji (co też
uskuteczniono). Lekcję prowadził dr Jelonek .”(Sprawozdanie gimn. str. 30)
        Zaś na str. 43 sprawozdanie mówi o kółku historyków: referaty opracowali
m.in. Wojtyła Karol „Pułaski”, „Młodość Dąbrowskiego”. Mapkę bitwy grochowskiej
narysował Wojtyła Karol.
        „Nasz kolega próbował wielu rzeczy. Był np. aktywnym członkiem kółka abstynenckie-
go, działającego pod opieką profesora Jelonka.” (Stanisław Niziołek)
         Na dalszych stronach sprawozdania zapis: 27 lutego 1932 r. złożyli przyrzeczenie
członkowie kółka z kl. I i II przy czym uroczystość odbyła się w „Sokole” wobec całego grona
i młodzieży gimnazjum państwowego i pryw. żeńskiego. Przyrzeczenie złożyło 74 członków.
Członkowie miejscowi z I i II klasy urządzili trzy wycieczki pod kierunkiem opiekuna w naj-
bliższą okolicę, połączone z saneczkowaniem lub grą w piłkę. Systematycznie odbywały się
zebrania.
         Profesor Jelonek dodaje:
         „od dawna uczestniczyłem w akcjach przeciwalkoholowych
i antynikotynowych. Prowadziłem je w szkołach, w których uczyłem
przed przyjściem do Wadowic. Założyłem też wśród młodzieży gim-
nazjalnej kółko abstynentów. Oczywiście Karol zapisał się zaraz
i pomagał w sprawach organizacyjnych. Członkowie schodzili się na
zebrania i wysłuchiwali najczęściej moich pogadanek, a potem sami
zabierali głos. Muszę przyznać, że ich wypowiedzi były bardzo cieka-
we i dojrzałe.”
         Profesor Jelonek wywarł wrażenie na młodym Lolku od
pierwszej chwili, gdy modlił się w wadowickim kościele.
         „Tak się złożyło, że gdy przyjechałem do Wadowic, najpierw po-      Profesor Eugeniusz Jelonek.
szedłem do kościoła. Gdy modliłem się, obserwował mnie jakiś młodzian, który był ministran-
tem. Przypatrywał się, bo byłem obcy, pierwszy raz mnie widział, a przecież tutaj prawie wszyscy
się znali. Zdumiał się, gdy zobaczył mnie później w klasie, gdzie dyrektor przedstawił uczniom
nowego nauczyciela historii i matematyki. W owym czasie chodziłem codziennie rano na mszę,
podczas której przystępowałem zawsze do komunii. Kościół zachęcał wtedy do takiej praktyki:
wierni winni komunię świętą traktować jak chleb codzienny, podtrzymujący w dobrym postępo-
waniu. Nie wystarczy samemu dobrze czynić, ale trzeba współdziałać z łaską bożą. Należałem
do ludzi, którzy zasady głoszone przez kościół stosowali w życiu. Ponieważ Lolek był ministran-
tem służącym do mszy codziennie, więc widział mnie w kościele, a nawet brał ze mnie przykład.
Podobno jako biskup publicznie powiedział, że widok mój przekonał go, iż inteligent może być
religijny.” (Eugeniusz Jelonek)
         Okazuje się, że i Lolek wywierał na profesorze niezatarte wrażenia, o czym poniżej.
         „Pewnego razu sprawowałem opiekę nad młodzieżą uprawiającą sporty zimowe na wa-
dowickich pagórkach. Dzieci zjeżdżają na sankach, wśród nich i mały Wojtyła, zdradzający za-
miłowanie do szybkiej jazdy. Zachęcał mnie, żebym się przysiadł do niego. Dałem się nakłonić,
chociaż nigdy nie jeździłem na sankach. Pomknęliśmy w dół. W ten sposób pierwszy i jedyny raz
zjechałem dzięki niemu z górki. Nabrałem przekonania, że jest w tym pewna emocja, gdy pędzi
się i podskakuje na nierównościach.” (Eugeniusz Jelonek)
         Dr Jelonek oddziaływał zarówno przykładem jak i niekonwencjonalnym postępowa-
niem wobec uczniów. Bodźce były na tyle silne, że po wielu latach niektóre sytuacje i powie-
dzonka wciąż tkwiły w pamięci uczniów.

Strona 312

310   Rozdział VI - U boku ojca




               Pamiątka przyrzeczenia abstynenckiego z podpisem profesora Jelonka i Karola Wojtyły.

Strona 313

Rozdział VI - U boku ojca         311
         „Profesor Jelonek uczył nas w drugiej klasie historii i matema-
tyki. Ten bardzo solidny nauczyciel w tym właśnie czasie doktoryzował
się z historii. Autentyczny przyjaciel młodzieży, stawiający nam wysokie
wymagania. Często powtarzał: Nie kończy godziny dzwonek, tylko pan
Jelonek. Ja byłem wiercipiętą i aby mieć ze mną spokój, profesor użył na-
stępującego wybiegu: przy całej klasie stwierdził, że z zachowania i z jego
przedmiotów będę miał stopnie niedostateczne. Zaprzeczyłem. Wtedy
ostentacyjnie założył się ze mną o wynik, biorąc klasę na świadka. Na
okres wypadłem bardzo dobrze. W uznaniu mego wyczynu profesor Je-
lonek wręczył mi znaczek kółka abstynenckiego. Miałem więc sztubacką
satysfakcję ze zwycięstwa. Smak odniesionego sukcesu okazał się jednak                   Teofil Bojeś.
gorzki. Bowiem na wywiadówce nauczyciel wyrażał się o mnie w superlatywach przez co moi ko-
ledzy, nie wszyscy oczywiście, wypadli gorzej. Ich ojcowie po powrocie z wywiadówki wygarbo-
wali im skórę, a ja na drugi dzień, jako winny ich nieszczęścia, dostałem kocówę.” (Teofil Bojeś)
         „Ponieważ nasze gimnazjum było neoklasyczne, większą wagę przywiązywano do nauki
języków i historii niż przedmiotów ścisłych. W klasie drugiej kulałem z matematyki, natomiast
z innych przedmiotów miałem oceny bardzo dobre. Uczący nas matematyki profesor Jelonek,
nie wiedział co ze mną zrobić. Wywołał mnie do tablicy i kazał rozwiązywać zadanie. Niestety nie
mogłem ruszyć. Pomógł mi, dzięki czemu doszedłem powoli do rozwiązania. Potem powiedział:
Dam ci chłopcze dobrze, żeby ci nie psuć świadectwa, mimo że na to nie zasługujesz.” (Marian
Bieniasz)
         Stanisław Niziołek zwrócił uwagę na inny szczegół.
         „Zapamiętałem dobrze jedną scenę dotyczącą profesora Jelonka. Pełnił dyżur na kory-
tarzu w czasie przerwy śniadaniowej. Jego śniadanie składało się z suchego chleba, popijanego
wodą z kranu. Kilka razy spostrzegłem, że dzielił się swym chlebem z jednym z uczniów.”
         Warto w tym miejscu dodać, że zawiązana między profesorem Jelonkiem, a uczniem
Karolem Wojtyłą znajomość, a później przyjaźń i współpraca, trwały aż do śmierci profesora
w latach osiemdziesiątych XX wieku.
         Po wyborze Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową odszukałem sędziwego i przyku-
tego już wtedy do łóżka pedagoga, odwiedziłem go w Skawinie i nagrałem jego wspo-
mnienia. Wtedy otrzymałem kilka listów, które pisał do profesora najpierw ksiądz, a potem
biskup Karol Wojtyła. Dla ilustracji zamieszczam fragment tej korespondencji w rozdziale
„Powołanie”.
         Dokumentacja szkolna za rok 1931/32, gdy późniejszy papież był w klasie II,
wymienia kilka razy jego nazwisko. Cytuję w kontekście:
         Na czele samorządu szkolnego stoi marszałek. Sołtysów wybierają uczniowie danej
klasy. Opiekunem samorządu był prof. Panczakiewicz. Sołtysem klasy II był Wojtyła Ka-
rol, pisarz Piotrowski Włodzimierz, gospodarz Zięba Tadeusz. Biblioteczką zarządzał Jerzy
Kluger. „Działalność sołtystwa zaznaczała się przede wszystkim w kierunku pielęgnowania
ducha koleżeńskiego w klasie, przestrzegania karności wewnętrznej i załatwiania spraw go-
spodarczych. Posiedzeń zarządu sołtystwa było 6, przy czym rozpatrywano także sprawy
sądu koleżeńskiego. Zebrania całego sołtystwa odbyły się 2 razy” (Sprawozdanie str. 35).
W innym miejscu sprawozdania za rok 1931/32, s. 5 zapis: (…) kilku uczniów ma wkłady
w Kasie Komunalnej w Wadowicach i w P.K.O., najwięcej Wojtyła Karol z klasy II (226,35zł
P.K.O.)10
         Powyższe zapisy jeszcze raz dowodnie świadczą o pozycji K. Wojtyły wśród uczniów
i o tym, że we wszystkich dziedzinach, które możemy ocenić czy porównać był on prymu-
sem, przodował, wybijał się, zawsze na czele, aktywny, bez zarzutu, pilny i pracowity.


 10 - Gustaw Studnicki: Pierwsza wśród równych. TMZW Wadowice, 1991, s. 287

Strona 314

SZLAKAMI
              Jana Pawła II
     Beskidzkie wędrówki
        z ojcem i bratem
          (1931-1932)
 Beskid Mały (część zachodnia).
    Grupa Magurki i Czupla.



                 Z przystanku w Mikuszowicach, obok zabytkowego
                              kościółka, wspinamy się na Magurkę.




                                               Schronisko na Magurce (913 m) w zimowej szacie.




W latach trzydziestych na polanie Czupla, od strony południowej
funkcjonowało schronisko prywatne.

Strona 315

Przy wyjątkowej widoczności z polany
     Czupla można dojrzeć zarysy Tatr.




                                         Dwuszczytowy Czupel oddalony o pół godziny
                                         drogi od Magurki.




    Najwyższy szczyt Beskidu Małego,
                      Czupel (933 m)

Strona 316

314             Rozdział VI - U boku ojca




         Pagórki, na które chodziło się w zimie na sanki i narty.




      Schronisko na Klimczoku, które było celem wycieczek Wojtyłów w latach 1931-32.
                Senior Wojtyła, oddany synom, a wychowujący młodszego, wykazuje zaangażowa-
      nie we współpracy ze szkołą. Jako emeryt może wyjeżdżać na wycieczki będąc opiekunem
      z ramienia komitetu rodzicielskiego.
                Ojciec przyszłego papieża został formalnie wybrany na członka komitetu rodziciel-
      skiego, co odzwierciedla notatka z gimnazjalnego sprawozdania: (…) Dokonano wyboru no-
      wego Komitetu, w skład którego weszli jako: (…) Członkowie: (…) por. Wojtyła (Spr. 1931/32,
      s. 62).11

       11 - Gustaw Studnicki: Pierwsza wśród równych. TMZW Wadowice, 1991, s. 288

Strona 317

Rozdział VI - U boku ojca    315
       Porucznik Wojtyła dał się wówczas poznać jako miłośnik aktywności fizycznej, space-
rów, wycieczek górskich, a nawet rekreacyjnego pływania w Skawie.
       Dokumentacja szkolna podaje że: w r. szk. 1931/32 na 49 uczniów rozpoczynających
naukę w klasie II, ubyło 4. Wśród 45 pozostałych - jeden był wyznania grecko-katolickiego,
4 mojżeszowego. Zachowanie określono jako b. dobre.
       Postęp ogólny klasy w nauce na poziomie dobrym. Wojtyła Karol uzyskał z góry na
dół oceny bardzo dobre i taki też wynik ogólny. Opuścił 15 godzin lekcyjnych.
        Z suchych sformułowań sprawozdawczych przytaczam kilka zdań by oddać du-
cha czasu.
1.) „19 grudnia młodzież żegnała uroczystym porankiem długoletniego dyrektora Henryka
Gawora, przechodzącego w stan spoczynku.”
2.) „W dniu 14 marca młodzież uczestniczyła w pogrzebie Ks. Profesora Zygmunta Karasia,
długoletniego prefekta bursy gimnazjalnej i katechety tutejszego zakładu.”
3.) Odszedł woźny Głucz, a jego miejsce zajął Pyrek.
4.) W tym roku powstała orkiestra dęta gimnazjalna. Dzięki pomocy 12pp., wkładowi pracy
sierżanta Szczygła i pomysłowości dyrektora Gwiżdża (zastąpił dyrektora Gawora). Występy
w każdą niedzielę i przy okazji uroczystości.
5.) W szkole odbywały się kursy narciarskie i działała wypożyczalnia nart. Harcerze organizu-
ją obozy, w tym m.in. górski przez Beskidy, Gorce, Pieniny i Tatry.
        Dla dodania smaczku wspomnieniom i lepszego poczucia klimatu tamtych lat frag-
ment kroniki karmelitów:
        „13.XI 1932. Dziś zaczął się w całym mieście „streik” przeciw drożyźnie elektryki. Mó-
wią, że w całej Polsce najdroższa elektryka w Wadowicach. Zaczęliśmy świecić naftą, bo tym,
którzy by świecili elektryką zagrożono wybiciem, szyb w domach.
        Wielką przeszkodą jest dla nas (dla szkoły) brak światła elektrycznego. Z powodu bo-
wiem wielkiej ceny (największej w Polsce za kilowat) całe miasto strajkuje, ale jak długo?
Mówią w mieście, że my przede wszystkim strajk podtrzymujemy.
        1 XII. coraz ciemniej lecz strajk nie ustępuje (...)12
         W drugiej klasie gimnazjalnej poszerzył się znacznie kontakt Lolka ze starszym
bratem. Edmund zadomowił się w Bielsku, gdzie podjął pracę lekarską, co dzięki uzyskanej
niezależności finansowej dawało możliwość spotykania się z bliskimi. Nie tylko odwiedzi-
ny w miejscu pracy Edmunda ale i wycieczki krajoznawcze w pobliskie Beskidy. Zapewne
widywali się w niedzielę. Senior Wojtyła mógł pokazać synom bliskie mu miejsca, gdzie się
wychowywał i uczył, ulubione zakątki Białej, zabytkowe i malownicze miejsca na bielskiej
starówce, szlaki spacerowe i turystyczne, które kiedyś przemierzał. Z relacji personelu szpi-
talnego, z którym zaprzyjaźnił się młody lekarz i jego brat, wynika, że Edmund poza lecze-
niem, starał się aktywnie pomagać chorym w dochodzeniu do zdrowia. Wybrał dość osobli-
wą formę podnoszenia ich na duchu - jaką był teatrzyk „ku pokrzepieniu serc”. Jakie scenki
odgrywali bracia, jak w tym przedsięwzięciu udzielał się Lolek nie wiadomo. Tyle, że zapa-
miętano ich oddanie, humor, predyspozycje aktorskie, co zjednało im nie tylko pacjentów
ale i pielęgniarki.
         Znane są przynajmniej dwie fotografie dokumentujące odwiedziny brata w bielskim
szpitalu. Na jednym zdjęciu, w ogrodzie lecznicy, Lolek w otoczeniu sióstr, własnoręcznie
zapisał na odwrocie ich imiona. Na drugiej fotografii zrobionej niewprawną ręką, zamglonej
i nieostrej widać Lolka i lekarza w kitlu w pomieszczeniach szpitalnych. Skoro uwieczniono
te dwa epizody można się domyślać, że między chłopcem, a personelem medycznym istnia-
ła wzajemna sympatia. Lolek musiał być lubiany, a ktoś, może nawet starszy brat, postanowił
te momenty utrwalić.

 12 - Czesław Gil OCD: Wadowice w zapiskach klasztornych kronikarzy 1892-1945, s. 60-61

Strona 318

316             Rozdział VI - U boku ojca




      Zabudowania szpitalne, przy ulicy Wyspiańskiego w Bielsku.




      Lolek z pielęgniarkami bielskiego szpitala (1932r.)
            Krótki okres pracy Edmunda Wojtyły w bielskim szpitalu, słabo udokumentowany
      w biografiach, miał duży wpływ na kształtowanie osobowości kilkunastoletniego Lolka.
      Mało wiemy zwłaszcza o wyjątkowości, starszego brata, a była to postać godna bliższego
      poznania.

Strona 319

Rozdział VI - U boku ojca                        317
         W połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia udało mi się nawiązać kontakt
korespondencyjny z dwiema siostrami, koleżankami Edmunda, z lat szkolnych, studenckich
i z pierwszych lat pracy, aż do momentu przedwczesnej śmierci. To panie Janina Krupska
i Jadwiga Urban.
         Wówczas osiemdziesięcioletnie staruszki opisały swoją znajomość z nieodża-
łowanym, o niepowtarzalnych zaletach moralnych, kolegą Edmundem Wojtyłą. Ponie-
waż wspomnienie to wnosi bardzo wiele, zupełnie nowych informacji, o tym fantastycznym
człowieku - cytuję je w całości.
         „Rodzina nasza to ojciec Jakub Urban, który był kierownikiem szkoły podstawowej
w Mucharzu, matka Anna i czworo rodzeństwa: Maria, Janina, Jadwiga i Władysław (brat był
pilotem i zginął w ostatniej wojnie). Janina chodziła do wadowickiego gimnazjum z Edmun-
dem i razem zdali maturę w 1924 roku.
         Ponieważ nasz ojciec był miłośnikiem turystyki górskiej organizował w czasie wakacji
wycieczki w Beskidy. Pierwsza z zapamiętanych wypraw wiodła na Babią Górę. Kilku kolegów
z klasy Janki przyłączyło się do nas. Byli to Jacek Bentkowski, Józef Homme, Letek Lewinger
i Edmund Wojtyła.
         Było to chyba po ukończeniu kl. V gimnazjum. Od tego czasu nasze wędrówki górskie sta-
ły się przyzwyczajeniem. Każde wakacje spędzaliśmy na szlakach górskich. Były wycieczki krót-
kie, jednodniowe na Leskowiec lub inną okoliczną górkę. Były kilkudniowe po Beskidzie i wreszcie
2-3 tygodniowe w Tatry i Pieniny. Te ostatnie wędrówki odbywaliśmy już tylko w trójkę z Edmun-
dem, studentem medycyny, a potem lekarzem.
         Edmund był chłopakiem niezwykle skromnym. Nie był przystojny. Trochę zbyt gru-
by. Pamiętam tylko jego szare oczy, zawsze śmiejące się, promieniujące dobrocią. Właśnie ta
dobroć, życzliwość, uczynność, widoczne były w każdym jego geście, w każdym słowie, można
powiedzieć na każdym kroku. Nie był amantem, był kolegą, był przyjacielem. Bardzo uzdolniony,
wszechstronnie, szanowany i lubiany. Człowiek o prawym charakterze, zawsze chętny i gotowy
do pomocy, w każdej sytuacji. W domu moich rodziców czuł on się, jakby należał do naszej rodzi-
ny. Tak go też traktowali moi rodzice i rodzeństwo.
         Nasze wycieczki różniły się bardzo od dzisiejszych, jeśli chodzi o komfort. Jeździ-
liśmy zawsze pociągiem, czy to do Suchej, gdy celem była Babia Góra, czy do Zakopanego, gdy
wyruszaliśmy w Tatry. Wyposażenie nasze to zwykły plecak, ciężki, pełen jedzenia, bo skromny
budżet nie pozwalał na żywienie się w lokalach. Spaliśmy w schroniskach, często pokotem na
gołej słomie i to zamieszkałej przez pchły.




Edmund Wojtyła podczas wycieczki na Babią Górę (od lewej: Janina Urban, E. Wojtyła, Jadwiga Urban i ojciec dziewczyn - Jakub Urban.

Strona 320

318            Rozdział VI - U boku ojca




      Schronisko na Markowych Szczawinach - lata dwudzieste XX wieku.

              Ekuś (takiego zdrobnienia imienia Edmund używaliśmy) miał doskonały apetyt. Bar-
      dzo lubił boczek wędzony, mocno obsypany papryką. Pił czystą wodę. Gdy w drodze napotka-
      liśmy źródło, kładł się na ziemi, całą głowę wkładał w wodę i chłeptał ją długą chwilę. Już jako
      autorytet lekarski twierdził, że ubytek wody w organizmie przez pocenie się należy uzupełniać.
              Gdy na drodze naszej wędrówki zobaczyliśmy jakiś strumień, nie żałowaliśmy czasu, by
      się wykąpać. Edmund prychał, parskał, nurkował, nas oblewał wodą, słowem zabawiał się jak
      mały chłopak. Woda była jego żywiołem.
              Pewnego razu spotkała nas ogromna burza. Schroniliśmy się do szałasu ale Edmund
      z Janką (opowiada Jadwiga Urban) wybiegli na deszcz w strojach kąpielowych i biegali po pola-
      nie. Gdy w pobliżu strzelił piorun i Janka upadła, Edmund wtedy wystraszył się i bardzo spoważ-
      niał. Zawsze poczuwał się do odpowiedzialności za nas. Był niejako naszym opiekunem.
              Na jednej z wycieczek na Babią Górę ojciec nasz pozostał w schronisku, a myśmy w trójkę
      poszli na szczyt. Z ojcem umówiliśmy się na pewną godzinę. Gdy schodziliśmy ktoś z nas za-
      proponował by skrócić sobie drogę i przejść na przełaj, zsunąć się piargiem parę metrów w dół,
      a potem już las. Nie mieliśmy chyba wtedy jeszcze żadnego doświadczenia. To co wydawało nam
      się z góry lasem - było puszczą nie dotkniętą ludzką ręką. Zwalone ze starości drzewa, zarośla
      gęste, kolczaste, olbrzymie paprocie, głazy porosłe mchem. Droga była straszliwie uciążliwa.
      Zapadaliśmy się po pas w zmurszałe pnie drzew, przekraczając je, omijać musieliśmy gęstwę
      dzikich porzeczek. Traciliśmy wtedy orientację i mylili kierunek. Usiłowaliśmy nie tracić humoru
      ale gdy godziny mijały i nie było drogi, Edmunda, naszego opiekuna, ogarniał strach. Pomagał
      nam jak mógł, ale widać było pot na jego czole i zdenerwowanie. Wzruszające było, gdy zapytał
      nas jesteście głodne? Mam cukierek, podzielcie się. Oczywiście rozgryzłyśmy cukierek na 3 części.
      O dziwo - naprawdę zaspokoiłyśmy głód. Nareszcie droga! Spóźniliśmy się do schroniska parę
      godzin. Sądziłyśmy, że ojciec nasz denerwuje się i niepokoi naszą nieobecnością, a on z uśmie-
      chem mówi: „przecież byłyście z Ekusiem”.
              Widać z tych słów jak wielkim zaufaniem cieszył się Edmund u naszego ojca. Edmund ko-
      chał bardzo przyrodę. Zachwycał się widokiem gór, z czułością brał w rękę, rosnące kwiaty, nigdy
      nie zrywał ich. Pamiętam te przepiękne hale w Tatrach pełne kwiecia. Mieliśmy zawsze ze sobą
      klucz do oznaczania roślin i wspólnie szukaliśmy nazw poszczególnych kwiatów.

Strona 321

NIEODŻAŁOWANY BRAT EDMUND




  Edmund Wojtyła z Jadwigą Urban podczas wycieczek w Pieniny i Tatry w 1932 r.

Strona 322

SZLAKAMI
            Jana Pawła II
    Beskidzkie wędrówki
       z ojcem i bratem
         (1931-1932)
  Pasemko Hrobaczej Łąki.
Beskid Mały (część zachodnia).


                                                                  Przełęcz Przegibek łączy grupę
                                                                  Magurki z pasemkiem Groniczek
                                                                  i Hrobaczej Łąki.




                                                                  „U Panienki” przełęcz z kapliczką
                                                                  przed Hrobaczą Łąką.




Punkt widokowy na Hrobaczej Łące. Na pierwszym planie Żar
z budynkiem szkoły szybowcowej, za nim od prawej pasmo
Kościelca, Jaworzyny i Wielkiego Cisownika. W głębi Babia Góra.

Strona 323

Spojrzenie z polany na Hrobaczej Łące
                    w stronę Międzybrodzia..




          Schronisko na Hrobaczej Łące w okresie międzywojennym.




         Żar (po prawej) i Kiczera (po lewej)
               widziane z Porąbki, do której
                schodzimy z Hrobaczej Łąki.
(pisownia występuje zamiennie przez H i CH)

Strona 324

322   Rozdział VI - U boku ojca




                                       Tablica pamiątkowa na ścianie bielskigo szpitala miejskiego,
                                                               upamiętniająca Edmunda Wojtyłę.



                                  Edmund Wojtyła (siedzi - drugi od prawej)
                                  wśród kolegów lekarzy z bielskiego szpitala.


                                                                        Życiorys Edmunda Wojtyły.

Strona 325

Rozdział VI - U boku ojca         323
        Babia Góra przebogata była w roślinność. Urocze zakątki budziły fantazję Edmunda. Raz
stanął w zachwycie i wyraził swoje marzenie: „wiesz w takim zakątku zbudujemy domek, uroczy
domek, wśród takich drzew i takich kwiatów.”
        Edmund kochał szalenie dzieci. Widok maleństw zawsze rozjaśniała mu twarz. „Gdy
się ożenię będę miał dużo dzieci” - to częste jego słowa. Poświęcił się też dzieciom jako lekarz.
Najbardziej jednak kochał swojego brata Karola, co jest zrozumiałe. Gdy zmarła im matka, po-
czuwał się do wzięcia jej roli na siebie. Na każdej wycieczce dużo opowiadał o Lolku. Chwalił
jego zdolności. Cieszył się jego sukcesami w nauce początkowej. Miał tylko pretensje do ojca, że
wymaga od Lolka świadectw z samymi piątkami. Dziecko może się przemęczać. Jako pamiątkę
z wycieczek przywoził Lolkowi zawsze nową laskę góralską, nabitą znaczkami ze wszystkich od-
wiedzanych schronisk. W ostatnie jego wakacje tj. w roku 1932 wędrowaliśmy po Tatrach. Celem
wycieczki był Gerlach. Ponieważ spadł w nocy śnieg i skały były oblodzone Edmund zawahał się
i odradził dalszą wędrówkę mówiąc: „nie mogę ryzykować życiem. Mam brata którym muszę się
opiekować. Jestem mu potrzebny.” Jeśli zaś chodzi o Lolka to pamiętam go tylko jako małego
chłopczyka bawiącego się piłeczkami, gdy ja grałam z Edmundem w tenisa. Kort tenisowy był
gdzieś w pobliżu „Sokoła”.
        Gdy po ostatniej naszej wycieczce w Tatry i Pieniny odjeżdżał z Mucharza dałam mu bu-
kiet białych róż (pisze Jadwiga Urban) bo przechodząc koło krzewu w naszym ogrodzie - stanął
w zachwycie, wąchał i nie mógł oderwać oczu od tych kwiatów. Zerwałam więc odruchowo kilka
i wręczyłam mu na drogę. Moja siostra Maria, nieco przesądna, nie mogła mi nigdy darować
tego, bo białe róże to zły omen. Żegnał nas powiewając tym bukietem. Takiego zapamiętałam
na zawsze. Ostatni list napisałam mu z życzeniami imieninowymi na 16 XI 1932 roku i już nie
otrzymałam odpowiedzi. Pozostało kilka dość marnych zdjęć z ostatniej wycieczki, które robiła
Janka bardzo prymitywnym aparatem.”
        Na tych fotografiach, obok Edmunda, uwieczniona została Jadwiga Urban. Starszy
brat z laską, ze znaczkami, jaką przywoził Lolkowi z każdej dłuższej wycieczki. Ówcześni tu-
ryści nosili spodnie, tradycyjne pumpy, do nich podkolanówki i skarpety oraz masywne obu-
wie do kostek. Stroju dopełniał, chroniący przed wiatrem i zimnem skafander i ewentualnie
czapka.
        „Nasz wspaniały przyjaciel miał ogromny kult do św. Mikołaja, jako tego, który dzieci ob-
darza prezentami. Na dzień św. Mikołaja Edmund pisał zawsze długi, serdeczny list, pełen poda-
runków słownych. Zabrał więc swego przyjaciela św. Mikołaj; 6 XII 1932 roku odbył się pogrzeb
Edmunda, który zmarł dwa dni wcześniej. Ja byłam wtedy w Kutnie, a Janka w Warszawie. Nie
mogłyśmy uczestniczyć w pogrzebie, dopiero potem byłyśmy na jego grobie.”
        Zacytowane wspomnienia pisała Jadwiga Urban, młodsza z sióstr. Ona jest z Edmun-
dem na fotografiach. Wygląda na to, że to właśnie ona była jego sympatią, zaś tylko szkolną
koleżanką, jego rówieśniczka Janina. To tylko moje domysły, bo nigdy w tekście wspomnień
autorka tego wprost nie napisała. Ale zwroty: tu zbudujemy sobie domek, czy bukiet białych
róż na pożegnanie - mają swoją wymowę. Jadwiga pozostała w stanie wolnym.
        Edmund Wojtyła zmarł po zaledwie czterodniowych zmaganiach ze śmiercią
w dniu 4 grudnia 1932 r. Po kilku dniach w I.K.C. ukazał się nekrolog sygnowany przez dy-
rekcję szpitala, w którym pracował - (Ilustrowany Kurier Codzienny nr 341 z dnia 9 XII 1932r.)
Po trzech dniach rodzina zamieszcza własny nekrolog, informujący o pochówku i mszy za
duszę zmarłego w kościele O.O. Kapucynów w Krakowie. (I.K.C. nr 344 z dnia 12 XII 1932 r.)
        Pogrzeb odbył się 6 grudnia 1932 roku w Bielsku gromadząc tłumy społeczeństwa,
przedstawicieli władz rządowych i komunalnych, licznych duchownych i lekarzy. Nad mogiłą
przemawiał miejscowy proboszcz ks. kanonik Karol Kasperlik, a w imieniu lekarzy dr Stani-
sław Brückner i dr Józef Wałach. Chór Towarzystwa Teatru Polskiego w Bielsku odśpiewał
kilka pieśni uświetniając w ten sposób ceremonię pogrzebową.

Strona 326

324           Rozdział VI - U boku ojca




         Nekrolog z I.K.C. o śmierci E. Wojtyły.                                  Portret Edmunda Wojtyły (1932 r.)
              Oto fragmenty przemowy nad grobem wygłoszonej przez dr Brücknera. (…) Dro-
      gi kolego, odważyłeś się próbować wyrwać życie młodej dziewczyny ze szponów śmierci
      (śmierć była następstwem zarażenia się szkarlatyną od 21-letniej pacjentki, której niestety
      nie udało się uratować – dop. autora). (…) Twój czyn - czyn przepotężny, za który nie ludzie,
      lecz Najwyższy niech Cię osądzi. W strasznym zmaganiu się z ciężką chorobą, w tym piekiel-
      nym tańcu ze śmiercią, swym gasnącym, słabym wzrokiem szukałeś ratunku od nas. Widzę
      ciągle twą znękaną boleścią twarz, słyszę twoje gorzkie słowa skargi, szeptane do ostatniej
      chwili spalonymi gorączką wargami: „Dlaczego właśnie ja?”13
              Porucznik Wojtyła z synem zamieścili w dzienniku krakowskim podziękowanie leka-
      rzom i siostrom za opiekę udzieloną w czasie choroby Edmunda, podziękowanie wszyst-
      kim uczestnikom pogrzebu, duchowieństwu, przemawiającym i żegnającym go władzom
      i mieszkańcom. (I.K.C. nr 346 z dnia 14 XII 1932 - str. 7)
              Z perspektywy czasu możemy pokusić się o pewne refleksje. Śmierć Edmunda była po
      części wynikiem jego bezgranicznego oddania chorym, jego szlachetnej odpowiedzialności,
      jego ufności w swój młody silny organizm. Dziś nie naraża się życia ratowników bez ograni-
      czeń. Stosuje się zasadę pomagać rozsądnie, z poświęceniem ale zachowując bezwzględne
      zasady bezpieczeństwa. Wówczas decyzja była indywidualna - mogę zaryzykować albo
      zostawić sprawę własnemu biegowi. Wyjątkowy człowiek, obdarzony dobrocią, współ-
      czuciem, wrażliwym sercem, przepojony lekarskim powołaniem - chciał pomagać za
      wszelką cenę. Jak bardzo śmierć lekarza poruszyła lokalne środowisko świadczą czyny
      i wypowiedzi personelu medycznego i władz miejskich. Dla wszystkich była to sytuacja nie-
      zwykła by młody człowiek z takim oddaniem funkcjonował w zawodzie. Szacunek, podziw,
      hołd, ból i nieodżałowana strata, bo taki ocierający się o świętość społecznik mógł jeszcze
      tyle dobrego zrobić, tylu osobom pomóc, przychylić serca. Śmierć brata i syna była nie-
      spodziewana, była zaskoczeniem, musiała wywrzeć na bliskich dojmujący wpływ, na całe
      późniejsze życie. Czy można po ludzku tłumaczyć chłopcu okoliczności takiego odejścia.
      Jaką wyrwę w psychice powoduje śmierć młodej bliskiej osoby, która po latach wyrzeczeń
      i tytanicznej pracy osiąga wymarzony cel. Dopiero półtora roku temu zaczął pracować, sta-


       13 - Marta Burghardt: Wadowickie korzenie Karola Wojtyły. Wadowice, 2013, s. 72,73

Strona 327

Rozdział VI - U boku ojca       325
nął na nogi, przestał biedować, znalazł swoją małą stabilizację. Dawał oparcie ojcu emeryto-
wi i dorastającemu bratu - jeździli do niego, do Bielska, niedziela w niedzielę.
        By lepiej zrozumieć co czuli ojciec i brat zmarłego przytaczam dwie wypowiedzi. Pierw-
sza Jana Pawła II: „śmierć brata (przeżyłem) chyba nawet głębiej niż śmierć matki, zarówno
ze względu na szczególne okoliczności, rzec można tragiczne, jak też z uwagi na moją większą
już wówczas dojrzałość. Liczyłem w chwili jego śmierci 12 lat.”14
        Druga wypowiedź pani Heleny Szczepańskiej: „Śmierć brata to był przecież strasz-
ny cios dla ojca i tego dwunastoletniego chłopca. Przechodząc niedługo po tym wypadku przez
podwórze, pełna współczucia objęłam Lolusia za szyję i powiedziałam - to tyś stracił braciszka.
Po tych słowach on z całą powagą powiedział – „taka była wola boża”. Odsunęłam się za-
wstydzona i pełna podziwu. Ten mały chłopiec jest tak głęboko religijny, tak umie zasady wiary
i ewangelii do życia włączyć? Co w takim razie mogę powiedzieć ja, trzydzieści lat od niego star-
sza? Jakoś od tej chwili nie zbliżałam się już więcej do niego. Muszę przyznać, że zawsze pięknie
się kłaniał, lecz do bliższej rozmowy już nigdy nie doszło. Okazję spotkania i rozmowy miałam
dopiero po pięćdziesięciu latach, gdy przybył z wizytą do swojego rodzinnego miasta, już jako
papież.15
       Takie zrządzenie losu można jedynie tłumaczyć wolą bożą. Przy tym trzeba mieć
określoną dojrzałość duchową. Ten właśnie moment w życiu Lolka można umownie uznać
za kluczowy w osiąganiu tego stanu. Oczywiście jest to proces rozłożony w czasie, zbudo-
wany z jeszcze innych elementów. Dopełnieniem mogła być doświadczana przez chłopca
codziennie postawa ojca, po stracie syna.
        Jeszcze raz posłuchajmy rzadkich wynurzeń papieża Polaka:
        „Tak więc stosunkowo szybko stałem się częściowym sierotą i „jedynakiem”. Moje lata
chłopięce i młodzieńcze łączą się przede wszystkim z postacią ojca, którego życie duchowe po
stracie żony i starszego syna niezwykle się pogłębiło. Patrzyłem z bliska na jego życie, widziałem
jak umiał od siebie wymagać, widziałem, jak klękał do modlitwy.16
        Od wiosny 1933 roku wzmogło się w rodzinie Wojtyłów pielgrzymowanie i od-
wiedzanie miejsc kultu. Zwiększona aktywność ojca mogła być podyktowana ubytkiem
Edmunda, co wiązało się ze zmianą przyzwyczajeń. Nie ma już niedziel w Bielsku, bo ta rana
jeszcze krwawi, zamiast beskidzkich wycieczek - przemierzanie dróżek kalwaryjskich, zwie-
dzanie Krakowa, wyjazd do Alwerni, może do Czernej koło Krzeszowic, gdzie medytują bliscy
sercu karmelici. Można też przyłączyć się do parafialnej pielgrzymki na Jasną Górę. Przeżycia
religijne w tych pięknych krajobrazowo miejscach pogłębiają duchowość, pozwalają łączyć
rekreację z doznaniem wewnętrznym. A zwłaszcza przynoszą uspokojenie emocjonalne,
możliwość wyciszenia się, modlitwy w intencji tych, którzy właśnie odeszli i polecenia ich
Bogu i Maryi.
       Mikołaj 1932 roku i następujące po nim święta bożonarodzeniowe były w domu
Wojtyłów smutne i samotne. Ojciec z synem byli bardzo powściągliwi w okazywaniu uczuć,
a w momentach szczególnie trudnych zwracali się do Boga, by szukać ukojenia. Życie jed-
nak biegło dalej. Ojciec niezmiennie dbał o właściwe funkcjonowanie domu, a syn wypeł-
niał obowiązki uczniowskie. Był już w klasie trzeciej, w końcówce pierwszego półrocza.
Wychowawczynią tego oddziału była germanistka Sabina Rottenberg, o której tak pisze
jeden z uczniów: „dr Sabina Rottenberg była po trzydziestce. (…) Była młoda i piękna. Czę-
sto wpadała w zadumę”17

 14 - Andre Frossard: Nie lękajcie się. Libreria Editrice Vaticana, 1982, s. 14
 15 - Zbigniew Bieniasz, Zbigniew Jurczak: Wadowice Karola Wojtyły, TMZW Wadowice, 1983, s. 12-14
 16 - Andre Frossard: Nie lękajcie się. Libreria Editrice Vaticana, 1982, s. 14
 17 - Teofil Bojeś: Ostatni Mohikanie. Wydawnictwo św. Stanisława BM, Kraków 2000, s.75

Strona 328

326          Rozdział VI - U boku ojca

               Wspomina ją też Jerzy Kluger:18 „Bez względu na jej wiek, a miała chyba koło trzy-
      dziestki, ich nauczycielka niemieckiego musiała być świadoma wzburzenia, jakie wywoły-
      wała w ich dorastających sercach, jako, że była piękna i jak się zdawało zalotna. Z jakiego
      innego powodu miałaby zaczynać każdą lekcję siadając w pierwszym rzędzie i odwracając
      powoli głowę, z wygiętymi ustami lustrować ich wzrokiem w głębokiej ciszy. Przez kilka mi-
      nut spojrzenie jej dużych, ciemnych oczu spoczywało na nich - rozkoszna tortura - kiedy ona
      zdawała się czekać na ich reakcję. Lolek nieodmiennie siedział cicho i nieruchomo. (…) Nato-
      miast Jurek, być może dlatego, że doktor Rottenberg, będąc Żydówką, prowokowała w nim
      ten sam bunt, który odczuwał wobec własnej rodziny, zaczynał kaszleć, wiercić się, jęczeć
      albo wydawać z siebie nieprzyjemne dźwięki, dmuchając w zaciśniętą pięść. Tym samym
      wprowadzał innych w ogólny niepokój. Wszyscy też dobrze wiedzieli, co się święci, kiedy
      upuszczał na podłogę zwitek papieru, padał na kolana i dłonie, by go podnieść i udawał, że
      patrzy na spódnicę pani profesor.
               Niektórzy nie mogli powstrzymać się od śmiechu. W końcu dr Rottenberg wstawała
      i mówiła: „Ruhe”, nadmiernie wyciągając te dwie miękkie sylaby, po czym rozpoczynała lek-
      cję gramatyki.
               Jurek rozdawał kolegom rysunki przedstawiające boską Sabinę jako upominki. Jed-
      nak nigdy nie udało mu się sprowokować Lolka do naśladowania dr Rottenberg. Jedyne na
      co się zdobył, to doskonałe imitowanie jej gruchającego kontraltu „Ruhe, ruhe”.
               Pod jej opieką było 49 uczniów. Grono pedagogiczne uległo pewnym zmianom, m.in.
      przybyła druga nauczycielka Janina Perausówna, która uczyła matematyki, którą potem
      przejął Adolf Scheybal. Pojawili się nowi profesorowie: Bronisław Babiński z języka polskiego
      i Czesław Panczakiewicz prowadzący ćwiczenia cielesne. Geografii uczył obok Gebhardta -
      dyrektor Franciszek Gwiżdż. Doszedł też w miejsce księdza Lichoniewicza, nowy katecheta
      Edward Zacher. Powyższe dane zaczerpnąłem z klasowych arkuszy ocen.
               Opiekunka oddziału podała do sprawozdania gimnazjalnego kilka informacji
      o przebiegu pracy wychowawczej w klasie III: dnia 3.VI klasa III odbyła wycieczkę, pod kie-
      runkiem dr Rottenberg, do fabryki papieru w Wadowicach. Kierownik fabryki oprowadzał
      grupami uczniów (…) dając dokładne objaśnienia dotyczące wyrobu papieru (spr. 1932/33
      str. 7) Klasa III była na wycieczce, na Łysej Górze i Bliźniakach (1 dzień).
               Sprawozdanie na str. 33 zawiera wpis: „kl. III. Z początkiem roku szkolnego
      ukonstytuowała się gmina klasowa z Wojtyłą, jako sołtysem na czele. Gmina wybrała
      szereg komisyj, które spełniały różne zadania. Były to komisje: porządku, czystości, pielę-
      gnowania kwiatów, zbiórek itp. Praca szła sprawnie. Opiekun starał się przede wszystkim
      rozwinąć u uczniów swojej klasy poczucie estetyczne, w wyniku czego klasa zawsze była
      ozdobiona kwiatami doniczkowymi. Okazją do wychowawczego pokierowania charakterem
      uczniów, były godziny wychowawcze, na których dyskutowano wiele, na różne tematy jak
      np.: oszczędność, koleżeństwo, solidarność, wzajemna pomoc, przyjaźń itp. Często ucznio-
      wie i piśmiennie opracowywali swoje uwagi na pewne tematy, odczytując swoje krótkie wy-
      pracowania w czasie pogadanek.
               Różne drobne wypadki w klasie nastręczały również często okazyj do pracy wycho-
      wawczej. Dawały mianowicie żywy przykład na skutki dobrego względnie złego postępowa-
      nia uczniów. Podstawowym celem pracy wychowawczej opiekuna było utworzenie z klasy
      zwartej społeczności gminnej.” (Spr. str. 34)
              K. Wojtyła tradycyjnie zakończył klasę ze świadectwem bardzo dobrym z góry na dół.
      Z innych poczynań ogólnoszkolnych zawartych w sprawozdaniu warto zwrócić uwagę na
      następujące:
      - Koło muzyczne brało udział w jubileuszu Emila Zegadłowicza przez wystawienie „Sobót-
      ki” Jana Kochanowskiego, w opracowaniu muzycznym J.E. Titza. „Występ w Gorzeniu zebrał
      uznanie całej prasy polskiej, której przedstawiciele byli obecni na widowisku.” (Spr. str. 44)

       18 - Darcy O’Brien: Papież nieznany. Wydawnictwo Jacka Santorskiego end CO, Warszawa 1998, s. 91-92

Strona 329

Rozdział VI - U boku ojca                     327
         Działało koło abstynenckie. Opiekunem był prof. Babiński. Na zebraniach odczy-
tywano referaty, a nawet zorganizowano wieczornicę abstynencką, połączoną z przyrze-
czeniem. Uroczystość odbyła się 18 lutego - program obejmował przemówienie ucznia
Opyrchała, deklamacje Zielińskiego, Wojtyły, Klugera, mowę opiekuna, odśpiewanie
hymnu abstynenckiego. Przyrzeczenie złożyło 46 członków.
         Odbyła się też uroczystość oszczędnościowa tzw. poranek oszczędnościowy. Od-
śpiewano hymn oszczędnościowy, uczeń kl. III wygłosił pięknie wybrane sentencje oszczęd-
nościowe oraz przemówienie wygłosiła dr. Rottenberżanka.
         Poza tym w kronice zakładu wymieniono wiele imprez, wieczornic, przedstawień,
obchodów rocznic, poranków, które mogły zainteresować ucznia III klasy, jakim był wówczas
Karol Wojtyła. Zważywszy na późniejszy rozwój jego zainteresowań możemy domniemywać,
że ciekawiły go głównie przedstawienia i spotkania literackie. Np. wieczór Czartaka, na któ-
rym można było spotkać poetów i artystów plastyków. Lolek lubił historię bo był rozbudzo-
ny patriotycznie ale i uwrażliwiony i wychowywany w kulcie żołnierza polskiego, obronności
kraju, jak i we wszelkich przejawach polskości i tradycji narodowej.
       W moim odczuciu właśnie rok 1933, rok jubileuszu Zegadłowicza, zapoczątkował
ukierunkowanie Lolka w stronę literatury. Potwierdzeniem tego niech będzie wpis profe-
sora Bronisława Babińskiego przy ocenie Wojtyły z j. polskiego: „ze szczególnym zami-
łowaniem”.




   Wpis profesora Bronisława Babińskiego, obok oceny z języka polskiego w kl. III. - bardzo dobry „ze szczególnym zamiłowaniem”.

         Antoni Bohdanowicz znalazł się w gimnazjum wadowickim
właśnie w klasie III. Jego wspomnienia dotyczą lat „dojrzewania ducho-
wego”, świadczą o gruntującej się w tym okresie osobowości naszego
bohatera, potwierdzają moje założenie o zachodzącym procesie.
         „Zetknąłem się z Karolem Wojtyłą w 1932 roku, 1 września,
kiedy znalazłem się razem z nim w III klasie gimnazjalnej w Wadowicach.
Uprzednio mieszkałem przez wiele lat w Toruniu, skąd moi rodzice prze-
nieśli się do Wadowic. Jako nowy uczeń zostałem szybko wprowadzony
przez kolegów w życie naszej klasy, no i oczywiście powiedziano mi, kto
jest u nas prymusem. A był nim od początku nauki w gimnazjum aż do
matury Karol Wojtyła! Pozycja prymusa w klasie była wynikiem nie tylko             Antoni Bohdanowicz,
                                                                                    kolega gimnazjalny.
uzdolnień Lolka, ale bardzo solidnej pracy, która zawsze go cechowała.
         To co rzucało się w oczy, gdy chodzi o jego osobę w tych początkowych latach zna-
jomości, to była jego wielka religijność. Rano zawsze wstępował do kościoła, modlił się przed
i po jedzeniu, po każdym odrobionym przedmiocie - co mogłem zaobserwować podczas wspól-
nej nauki w domu (miał klęcznik w sypialni i taki niby ołtarzyk, gdzie się modlił). Był aktywnym,

Strona 330

328            Rozdział VI - U boku ojca

      bardzo czynnym ministrantem i członkiem Sodalicji Mariańskiej. W każdy pierwszy piątek przy-
      stępował do komunii św. (a z innych relacji wiemy, że tak było codziennie – dop. autora). Gdy spo-
      tkałem go wówczas w 1932 roku i poznałem go bliżej, byłem przekonany, że zostanie księdzem.
      Miał jakąś charyzmę, z niego religia emanowała.
              Należałem do tych, którzy razem z nim siedzieli w jednej ławce. Fakt, że siedzie-
      liśmy razem w niektórych latach, powodował, że odrabialiśmy razem lekcje, zawsze
      w domu Lolka, w kuchni.
              Nie spędzaliśmy razem czasu po lekcjach, bo ja szedłem do domu na ulicy Karmelickiej.
      Tu miałem kolegów z sąsiedztwa, z którymi chodziłem nad rzekę, grałem w piłkę, a zimą upra-
      wialiśmy narciarstwo, w Księżym Lesie, bądź na zboczach Łysej Góry. Robiliśmy rzeczy podobne
      ale w innym składzie personalnym.
              Nasza codzienność w tamtych latach była dość monotonna. Na ogół dzień powsze-
      dni nie obfitował w godne uwagi wydarzenia. Rozpoczynała go msza i udział w niej w charakte-
      rze ministranta (mowa o Lolku). A po śniadaniu znowu krótka modlitwa w kościele, przed lekcja-
      mi. Między 8 a 14 szkoła, potem obiad, po którym dosłownie po chwili wytchnienia, czas nauki
      domowej. Jeśli przyszło się przygotowywać do 5 godzin lekcyjnych, to wieczór zapadał jak koń-
      czyliśmy. Ja wracałem do domu, a Karol z ojcem pichcili kolację, po której szli na mały spacer. Na
      inne atrakcje zostawała niedziela.




      Rozkład mieszkania Wojtyłów naszkicowany przez A. Bohdanowicza.
              Przedstawiam rozkład mieszkania Wojtyłów w postaci odręcznego szkicu. Wejście
      do domu przez obskurne podwórze, schody żelazne, w klatce schodowej ubikacje, na parterze
      i na piętrze, stąd niezbyt miły zapach, szczególnie w lecie. Wejście do mieszkania z balkonu.
      Wchodziło się do kuchni. Podłoga zwykła, drewniana, niemalowana, podniszczona. Po lewej
      stronie trzon kuchenny, obok miska do mycia na stojaku z drutu, pod oknem stał stół, przy któ-
      rym uczyliśmy się. Karol siedział po prawej stronie przy oknie, ja naprzeciw okna. Z kuchni wcho-
      dziło się do sypialni, w której na pierwszym planie były dwa łóżka (typu małżeńskiego). Drzwi
      były dwuskrzydłowe, na lewym skrzydle stał w sypialni klęcznik. Z sypialni było wejście do dru-

Strona 331

Rozdział VI - U boku ojca         329
giego pokoju, nieużywanego, był tzw. graciarnią. Nigdy tam nie byłem, także nie wchodziłem do
sypialni, tyle widziałem ile można zobaczyć przez otwarte drzwi, a więc łóżka sypialne. Mieszka-
nie było ogrzewane przy użyciu pieców kaflowych, węglem. W sumie bardzo skromne warunki
bytowania.
        Nie było tak, że uczyliśmy się stale razem, to było różnie w zależności od sytuacji. Ta
wspólna praca dawała mnie osobiście bardzo dużo. Lolek był niezwykle solidny i systematyczny
w nauce i to udzielało mi się w pewnym sensie, choć muszę uczciwie stwierdzić, że daleko mi
było w tym względzie do niego. Oczywiście odrabialiśmy wszystkie lekcje na następny dzień i te
ważne i te mniej ważne. Zawsze przepracowywaliśmy ostatnią lekcję. Jeśli profesor wskazywał
na dodatkowe informacje źródłowe, staraliśmy się je wyszukiwać. Niekiedy zapoznawaliśmy się
także z tematyką następnej lekcji. Dotyczyło to np. historii, a było możliwe dlatego, że profesor
trzymał się ściśle obowiązującego podręcznika. Po przepracowaniu każdego przedmiotu Lolek
wychodził do drugiego pokoju i wracał z stamtąd po chwili. Kiedyś drzwi były nie domknięte
i zauważyłem, że Lolek modlił się na klęczniku…
        Nie zdarzało się chyba nigdy, aby mógł przyjść na lekcje nieprzygotowany, jak to bywa-
ło niekiedy naszym udziałem. Ponieważ każdy przedmiot znał doskonale na bieżąco, nie miał
więc żadnych problemów przy odpytywaniu, a także przy pisemnych klasówkach. Oczywiście
nie używał żadnych niedozwolonych pomocy tzw. „ściągawek”, bo to było przeciw jego zasa-
dom! Widać było zawsze na jego twarzy smutek, czy zakłopotanie, gdy koledze nie udało się od-
powiedzieć poprawnie i dostał „dwóję”. W klasie był zawsze poważny, nie brał udział w różnych
wybrykach. Swojej wyższości z bycia prymusem nigdy nie okazywał.
        Byłem z Karolem przez 6 lat w jednej klasie, ale nie zawsze siedzieliśmy razem
w jednej ławce. W klasach młodszych, o tym kto gdzie siedział, decydowali często profesorowie.
Uczniowie niscy byli lokowani z przodu, a wyżsi raczej z tyłu. Jeśli nauczyciel uznał, że chce mieć
jakiegoś gagatka na oku, to przesadzał go według swojego uznania, tak samo, gdy chodziło
o rozdzielenie tych, którzy niekorzystnie na siebie wpływali – gadali, przeszkadzali, odpisywa-
li. Sami z kim chcemy siedzieć decydowaliśmy dopiero w najwyższych klasach. Wtedy to zna-
czy w klasie VII i VIII siedziałem z Karolem, a w konsekwencji tego razem się uczyliśmy. Gdy my
z Lolkiem odrabialiśmy zadania w kuchni, jego ojciec przemiły pan zawsze uśmiechnięty,
załatwiał sprawy domowe. W latach gimnazjalnych Lolek nie miał przyjaciela w pełnym tego
słowa znaczeniu, miał kilku dobrych kolegów, natomiast jedynym wielkim jego przyjacielem był
własny ojciec! Ojciec w pełni oddany jedynemu wówczas synowi. Tworzyli nieodłączną parę. Żyli
bardzo skromnie, zresztą jak większość kolegów z klasy.
         By wspomnienia p. Antoniego Bohdanowicza nabrały pełnego wymiaru po-
trzebny jest odautorski komentarz.
         Pan Antoni w czasach, gdy z nim korespondowałem mieszkał w Sopocie. Był eme-
rytowanym inżynierem. Umysł ścisły. Widać to wyraźnie w jego listach. Na wstępie tej notki
biograficznej o jego ciekawym rodowodzie. Pan Antoni pochodzenia ormiańskiego, wyzna-
nia ormiańsko-katolickiego - przytacza anegdotę związaną z rozmową z Ojcem Świętym.
Podczas spotkania w Gdańsku Oliwie w roku 1987, po przywitaniu papież mówi do Antka:
„ja jak spotykam się z Ormianinami to im zawsze mówię, że mam duże doświadczenie
w sprawach ormiańskich ponieważ siedziałem w ławce w gimnazjum z Ormianinem.”
         Pan Bohdanowicz pisze i wypowiada się tylko o tym co dobrze pamięta. Nie ko-
loryzuje, a raczej zawęża relację. Nie pamięta w jakich latach siedział w ławce z późniejszym
papieżem. Pewny jest tylko klasy VIII. Podkreśla, że był tylko kolegą, z którym Lolek się uczył,
nie był przyjacielem, nie chodzili tymi samymi drogami, nie mieli jednakowych zaintereso-
wań. Poza wspólną nauką domową i siedzeniem w jednej ławce nic ich nie łączyło. Pan An-
toni był jednak bystrym i dokładnym obserwatorem. Wyrysował plan mieszkania Wojtyłów
wraz z umeblowaniem. Zachował kilka szkolnych dokumentów, które po latach udostęp-
nił. Jest to legitymacja szkolna, gimnazjalna i dokument przyjęcia do sodalicji mariańskiej

Strona 332

SZLAKAMI
              Jana Pawła II
       Dróżki kalwaryjskie
      to doznania religijne,
     estetyczne i turystyczne.




Zgrupowanie kaplic w pobliżu Ratusza Piłata (w głębi).
Włożenie Krzyża i Pierwszy Upadek (po lewej).




                                                         Kalwaryjska bazylika przyklasztorna (lata dziewięć-
                                                         dziesiąte XX w.)

Most Pielgrzymów na Cedronie.

Strona 333

Kaplica: Jerozolima Brama Wschodnia.




Pałac Heroda w jesiennym słońcu.




                     Kościół Ukrzyżowania na Żarku.

Strona 334

332            Rozdział VI - U boku ojca

      z podpisem K. Wojtyły oraz jedno nieznane zdjęcie kolegi Lolka, które po analizie datowałem
      na lata 1934-1935. Ten okres uznałem za początek ich wspólnego uczenia się w mieszkaniu
      Wojtyłów. To oznacza, że ich koleżeńskie kontakty trwały co najmniej cztery lata. Prócz fo-
      tografii wskazują na to szczegóły ze wspomnień o profesorach, o przedmiotach - dlatego
      umieściłem je w rozdziale „Indywidualność”, który dotyczy okresu późniejszego. Fragmenty
      odnoszące się do okresu wcześniejszego, które są wyraźnie datowane przytaczam zgodnie
      z chronologią. Antoni Bohdanowicz pisał do mnie o tych sprawach, o które prosiłem. Kore-
      spondencja nasza była ożywiona i trwała około roku. Ja proponowałem wątki i zadawałem
      pytania, a p. Antoni odpisywał. Można powiedzieć, że wyciskałem z niego interesujące mnie
      informacje. Kontakt nabrał klimatu przyjaznego, w duchu obopólnego zaufania. Po jakimś
      czasie, gdy temat został wyczerpany, otrzymałem jeszcze jeden list z prośbą bym odesłał
      całość materiałów bo zwrócił się o nie p. Juliusz Kydryński redagujący książkę: „Młodzieńcze
      lata Karola Wojtyły”. Pan Antoni uznał, że nie będzie drugi raz pisał tego samego. Odesłałem,
      a po miesiącu teksty wróciły do mnie. Stąd podobieństwa ale i satysfakcja, że byłem moto-
      rem jego szperania w pamięci.




                                                                      Szyld nad jadłodajnią państwa Banasiów.




                                                                                Reklama jadłodajni Banasiów.
      Legitymacja szkolna A. Bohdanowicza.
              Życie Wojtyłów tzn. ojca z synem, mimo trudnych przeżyć toczyło się dalej. Jak
      zawsze na śniadanie zaopatrywali się w mleko w jadłodajni Banasiów. Nieraz porucznik Woj-
      tyła przywoływał któregoś z synów właścicielki, by do spuszczanej przez okno, na sznurku
      bańki wlali mleko, a on wciągał je na górę. Nie musiał już sam przemierzać krętych schodów,
      tam i z powrotem. Na obiad schodzili osobiście z Lolkiem do jadłodajni. Lokal ten można
      porównać do późniejszych barów mlecznych, wtenczas mówiło się o nich mleczarnia. Moż-
      na tam było zaopatrywać się jak w sklepie w produkty mleczne ale i na miejscu posilać się
      daniami ciepłymi i zimnymi przekąskami, po niskich cenach. Urządzenie sali jadalnej było
      proste - na środku stół, długi i szeroki, a oprócz tego osiem mniejszych stolików z krzesłami.
      Codzienne wizyty zbliżały p. Banasiową z rodziną Wojtyłów, uważali się za dobrych znajo-
      mych, co w przypadku seniora Wojtyły należało raczej do rzadkości. Kazek i Bobek (Bogu-
      sław) Banasiowie bawili się z Lolkiem, zwłaszcza w dni słotne, gdy bieganie po podwórkach
      i ulicach było utrudnione.

Strona 335

Rozdział VI - U boku ojca               333
        Z początkiem lat 80 spotkałem się z nimi – oto zapis.
        Kazimierz Banaś (znany starszym wadowiczanom jako działacz sportowy w klu-
bie piłkarskim „Skawa Wadowice”) mówi: „byłem młodszy około 5 lat od papieża. Graliśmy
w ping-ponga, na tym długim stole w jadalni. Nie na prawdziwym tylko na takim jaki był. Prawie
codziennie spotykaliśmy się z Lolkiem u nas. Z sali jadalnej wychodziło się do kuchni, która sta-
nowiła zaplecze, gdzie przygotowywano potrawy. Zaś po przeciwnej stronie było pomieszczenie,
w którym przechowywano nabiał – mleko, jajka, masło, śmietanę i sery.”
        Bogusław Banaś (Bobek), (którego znałem z widzenia i stąd, że śpiewał w chórze
razem z moim ojcem, w spółdzielni wielobranżowej) młodszy był od Karola o dwa lata, we
wspomnieniach akcentuje bliskość ich rodzin. Zażyłość, do tego stopnia, że p. Banasiowa
ubierała matkę papieża po śmierci, o czym pan Bobek mówił po latach z dużym wzrusze-
niem.
        Panu Bobkowi najbardziej wbił się w pamięć groźny epizod z rewolwerem. „Gdy
podchmielony policjant wychodził z mleczarni, mój ojciec nakłonił go by zostawił pistolet. Tata
schował go za ladą, tam gdzie trzymał pieniądze.” Gdy chłopcy – Lolek, Kazek i Bobek, w godzi-
nach popołudniowych grali w ping-ponga, pomiędzy braćmi doszło do sprzeczki. Bobek skoczył
za ladę i krzyknął do Kazka: jak się zbliżysz to wystrzelę, celował bronią w brata. Ręka jak to
u dziecka zadrżała i lufa skierowała się w stronę Lolka. Rewolwer był niezabezpieczony i po chwili
rozległ się strzał. Kula przeleciała obok Lolka, a po chwili zbiegli się domownicy dopytując co się
stało. Twarze mieli pobladłe, bo zdali sobie sprawę do jakiego nieszczęścia mogło dojść. Najbar-
dziej przerażony i blady był Bobek, który niby w żartach pociągnął za spust, a pistolet wypalił.
        Bliska znajomość Wojtyłów z Banasiami zaowocowała kilkoma wspólnymi wy-
cieczkami. Pierwsza z opisywanych miała miejsce, gdy Lolek był uczniem trzeciej klasy.
Z dużym prawdopodobieństwem możemy stwierdzić, że było to wiosną lub wczesnym la-
tem 1933 roku. Dni są wtedy dłuższe i cieplejsze, a zatem lepiej jest wędrować po kalwaryj-
skich pagórkach. Udokumentowaniem tej wycieczki-pielgrzymki jest fotografia z napisem:
„Pamiątka z Kalwarii”19 Chociaż z różnych przekazów wiemy, że Lolek z ojcem pielgrzymo-
wał już wcześniej (po śmierci matki ojciec zabrał synów do Kalwarii, by powierzyli swe życie
matce kościoła) dróżkami kalwaryjskimi, to jednak teraz dopiero ten fakt został utrwalony.
Na środku siedzą ojciec i syn – Wojtyłowie. Ojciec w odświętnym garniturze, w białej ko-
szuli pod krawatem. Nasz bohater w szkolnym mundurku, z trzema belkami na pagonach.
Po prawej stronie, kobieta w spódnicy z szelkami, w białej bluzce to Loli Dostal (formalnie
Eleonora) ciocia Bobka i Kazka Banasiów. Ten ostatni stoi po prawej stronie, ze skrzyżowa-
nymi nogami. Po drugiej stronie, w jasnej sukience z torebką to Teresa Stroslikowa. A przy
niej wspomniany Bobek. Nie znamy szczegółów tej wycieczki. Możemy jedynie wnioskować
z fotografii, bo uwiecznieni nie mają strojów i obuwia wycieczkowego. Mogli co najwyżej
dotrzeć pod klasztor, obejrzeć cudowny obraz, a potem pospacerować po Rajskim placu,
przejść się przez miasteczko i dojść do stacji kolejowej. Z relacji Kazimierza Banasia wynika,
że obie panie to ciocie z Czech. Eleonora Dostal z Hawirzowa, a Teresa Stroslikowa z Ostrawy,
a więc pewnie porucznik Wojtyła zaprosił je na wycieczkę by zwiedzić sanktuarium i pokazać
piękne miejsca.
        Sądzę, że podobny charakter miała druga wycieczka, tym razem do Krakowa.
Też została udokumentowana pamiątkową fotografią. Ten wyjazd mógł mieć miejsce w tym
samym okresie (wiosna-lato 1933) na co wskazują ubiory uwiecznionych. Lolek w mundurku,
bez czapki, mężczyzna to porucznik Wojtyła. Po prawej, z Bobkiem jego ciocia Dostalowa, po
lewej jej koleżanka Posztulkowa z synem Edą. Druga ciocia mogła też być obecna, bo ktoś
przecież robi zdjęcie. Grupa stoi na tle katedry wawelskiej, a ściśle Kaplicy Zygmuntowskiej.
Zapewne w programie był jeszcze zamek królewski, rynek, Kościół Mariacki, jakaś cukiernia

 19 - Adam Boniecki: Kalendarium życia Karola Wojtyły. Wydawnictwo „Znak” Kraków 1984. – w załączniku fo-
      tografie – nr 3

Strona 336

334            Rozdział VI - U boku ojca

      czy jadłodajnia. W obu przypadkach wycieczki - do Kalwarii i do Krakowa Karol Wojtyła se-
      nior mógł być nie tylko przewodnikiem, ale i ekspertem, bo w Krakowie mieszkał, a dróżki
      kalwaryjskie odwiedzał kilka razy w roku.




      Wycieczka do Kalwarii, około 1933 r.                                       Wycieczka do Krakowa, około 1933 r.
              Gdy mowa o dojrzewaniu duchowym mam na myśli przede wszystkim umocnienie
      w wierze, rozwój katolickiej motywacji, umiejętność godzenia się z cierpieniem i wychodze-
      nie z trudnych doświadczeń życiowych.
              Te dyspozycje religijne i psychiczne u trzynastoletniego chłopca były fenomenem,
      trudnym do ogarnięcia nawet przez dorosłych. Z drugiej strony Lolek w drugiej i w trzeciej
      klasie nadal był jeszcze chłopcem z dziecięcą naturą.
              Świadczą o tym wspomnienia Danuty Gruszczyńskiej (z domu Pukło) - cytat: „biega-
      liśmy po łąkach nad strumykiem i i zbieraliśmy niezapominajki, kaczeńce, „pantofelki Matki
      Boskiej”, „Krew Pana Jezusa” (obie nazwy nadane przez lud polski), bławatki, kąkole. Nieśliśmy
      je do ołtarzyka Maryi. Przed nim - w czasie przerwy w nauce - Lolek modlił się w skupieniu (...)
      Lolek przygotowywał mojego brata Adama do ministrantury w języku łacińskim. Odbywało
      się to zwykle w naszym ogrodzie na drzewie. Tam nikt im nie zakłócał spokoju. (…) Pewnego
      razu Lolek jedną nogą zawisł na gałęzi i nie mógł zejść z drzewa, a trudno go było wówczas
      nazwać chudzielcem. Mój brat Adam nadstawił, swoich pleców, o które przyjaciel się wsparł
      i zeskoczył na ziemię. Przez dłuższy czas potem utykał na nogę.”20
             Karol lubił maskaradę, przebieranki, a nawet wygłupy. To przecież chleb powszedni
      aktorów i teatru. Gdy miał lat kilkanaście to nawet powściągliwie parodiował profesorów
      i zabawiał się z kolegami naśladując weteranów o czym wspomina Jerzy Kluger: „gdy byli
      bardzo młodzi mieli zwyczaj bawić się w sklepie z ubraniami należącym do dziadka Klugera.
      Przebierali się w eleganckie garnitury i przypominali sobie medale (…).”21

       20 - Danuta Gruszczyńska: W Wadowicach wszystko się zaczęło… Apostolicum, Ząbki 2001, s.15-17
       21 - Darcy O’Brien: Papież nieznany. Wydawnictwo Jacka Santorskiego end CO, Warszawa 1998, s. 313

Strona 337

Rozdział VI - U boku ojca         335
         Lolek przejawiał, tak jak jego rówieśnicy typowe zachowania kilkunastolatka. Zapa-
lał się podczas sportowej rywalizacji zapominając przy tym by nie zniszczyć ubrania by się
nie ubrudzić lub nie skaleczyć. „Sport traktowaliśmy ambicjonalnie. Rozgrywki między klasa-
mi stanowiły wydarzenie, świętą wojnę. Pragnieniem i celem każdego z nas była wygrana. Tak
też traktował sprawę Karol. Najpierw grał na obronie. Miał nawet swój piłkarski pseudonim -
Martyna (ówczesny znany obrońca lwowskiej „Pogoni”). Lepiej pamiętam Lolka jako bramkarza.
         Próbował też z nami grać w hokeja. Raz zdarzył się nam przykry wypadek w czasie naszej
zabawy na lodzie. Na Choczence, gdzie próbowaliśmy swoich umiejętności, Karol rozbił sobie łuk
brwiowy. W krótkim czasie twarz miał całą we krwi. Ustaliliśmy, że oko jest nienaruszone i szyb-
ko wróciliśmy do domu. Mieszkałem nad Choczenką i pierwszego opatrunku dokonała moja
mama, a następnie musiał się nim zająć lekarz. Rana była poważna, tak że, ślad nad okiem ma
do dnia dzisiejszego.” (wspomina Szczepan Mogielnicki)
         Istotny wpływ na przyspieszone dojrzewanie duchowe wywierało codzienne obco-
wanie z obrzędowością kościelną, z księżmi i z osobami świeckimi zatrudnionymi w parafii.
O tym środowisku opowiadał mi Kazimierz Figlewicz, gdy odwiedziłem go w Krakowie. Sie-
dzieliśmy vis a vis krakowskiej katedry, na pierwszym piętrze, w pokoju przypominającym
biuro, z zewnątrz dochodził gwar wycieczek przemierzających Wawel i dźwięk kościelnych
dzwonów. Ja z przejęciem słuchałem opowieści sprzed lat, gdy duchowny mówił gasnącym
głosem.
         „Do listopada 1932 r. Karola Wojtyłę i jego rówieśników uczył religii ksiądz Lichoniewicz,
który w drugim półroczu klasy trzeciej został przeniesiony do Łodygowic koło Żywca. Objął tam
probostwo. Miejsce za katedrą objął ksiądz dr Edward Zacher, absolwent teologicznych studiów
w Rzymie. Do Wadowic przybył z Zakopanego, gdzie kilka lat był wikariuszem.
         Skład duchowieństwa wadowickiej parafii przedstawiał się wówczas następująco. Pro-
boszczem od niedawna był ksiądz Leonard Prochownik. Wcześniej, chyba przez dziewiętnaście
lat praktykował u boku poprzedniego proboszcza, księdza prałata Andrzeja Zająca. Księdzu
Prochownikowi pomagało dwóch wikarych: Piotr Kotowiecki i ja Kazimierz Figlewicz. W szko-
łach pracowali katecheci: w powszechnej męskiej ksiądz Jan Pawela, który z pewnością uczył
późniejszego Ojca Świętego, w żeńskiej - Kazimierz Rospond, brat biskupa, sufragana krakow-
skiego, doktora Stanisława Rosponda. Ponadto w Wadowicach mieszkało trzech duchownych
emerytów: dr Zygmunt Karaś – b. katecheta gimnazjalny, Stanisław Janiczak – katecheta szkół
powszechnych, Stanisław Karbowski - inspektor szkolny. Zwłaszcza dwaj ostatni utrzymywali
żywe kontakty z parafią. Janiczak na okres jesienno-zimowy przybywał do Wadowic z Łętowni.
Codziennie odprawiał mszę świętą i stąd był dobrze znany ministrantom.
         Organistą w owym czasie był niejaki Kaczyński, uzdolniony i bardzo życzliwy muzyk.
Niedługo po moim odejściu z Wadowic niestety zmarł. Kościelnym zaś był starszy człowiek - Ma-
ciej Podkul, charakterystyczna postać w wadowickim kościele. Utrzymywał ostry rygor wśród
ministrantów. Czasem nawet posługiwał się kropidłem w stosunku do niesfornych chłopaków,
robiących ciżbę w czasie ważnych uroczystości, ślubów czy pogrzebów. Umiał poskromić źle
zachowujących się w kościele chłopców.
         Marian Bieniasz dodaje: „z lat gimnazjalnych przypominam sobie postać kościelne-
go, który nazywał się Leń (chyba zastąpił Podkula - dop. aut.). Odznaczał się tym, że miał duże
wąsy i był elegantem. Zawsze w czarnym garniturze, podawał do stołu, gdy przyjeżdżali księ-
ża. Jeździł też na odpusty i tam pomagał na przyjęciach. Umiał też kucharzyć - chodził wtedy
w białej marynarce jak kelner.
        Wojtyłowie brali aktywny udział w życiu parafii. Oprócz codziennego udziału
w nabożeństwach, czytali katolicką prasę i zapoznawali się z nowościami wydawniczymi
o tej tematyce. Dzięki temu dowiadywali się o uroczystościach, o ważnych wydarzeniach
z życia kościoła, o sanktuariach i ich patronach. Ministranci mogli sięgać po katolicką prasę
i wypożyczać książki z podręcznej biblioteczki. Nieprzypadkowo żegnano K. Figlewicza na
łamach „Dzwoneczka”. Był to młodzieżowy dodatek do Dzwonu Niedzielnego.

Strona 338

336          Rozdział VI - U boku ojca

              „Po trzech latach pobytu w Wadowicach zostałem przeniesiony do Krakowa, również
      w charakterze wikariusza, do katedry wawelskiej. Przypominam sobie pożegnanie z ministran-
      tami. Jego przebieg został utrwalony w sprawozdaniu zaopatrzonym zdjęciem, a zamieszczo-
      nym w „Dzwonie Niedzielnym”, popularnym, krakowskim piśmie diecezjalnym. Autorem notatki
      o moim odejściu z Wadowic był właśnie Karol Wojtyła. Jeszcze po wojnie miałem notesy szkol-
      ne z nazwiskami i ocenami uczniów, lecz wszystkie, te dziś już bezcenne dokumenty, spaliłem
      w okresie kultu jednostki. (Kazimierz Figlewicz)
           „Dzwoneczek” 1933 rok, nr 37 str. 151, dodatek do tygodnika Dzwon Niedzielny22
                                     Pożegnanie opiekuna
               10 sierpnia żegnało nasze Kółko ministranckie w Wadowicach swojego Patrona ks.
      prof. Kazimierza Figlewicza, odchodzącego na posadę przy kościele katedralnym w Kra-
      kowie. Od samego początku istnienia naszej organizacji był jej serdecznym opiekunem.
      Kochali Go ministranci, a wyraz temu dali przy samem pożegnaniu, bo też był dla nich jakby
      ojcem. Praca jego piękna niech nie w ludzkiej ocenie, ale w Bożej sprawiedliwości znajdzie
      odpowiednią nagrodę. Nie o tym więc mam pisać, tylko o samym pożegnaniu. W dniu po-
      żegnania zebrali się chłopcy w kościele na mszę świętą ks. Patrona. O godzinie 8:30 wyszedł
      z Mszą Św. Ks. Patron. Podczas niej śpiewali ministranci na chórze pieśni pobożne. Po Mszy
      św. poprosili swojego Patrona do fotografii. Ubrani w komże i kapturki otoczyli Go kołem,
      a u stóp jego złożyli bukiet. Potem dopiero odbył się właściwy akt pożegnalny. Padły pierw-
      sze słowa pożegnalne, do których wypowiedzenia ja zostałem przeznaczony. Potem wystą-
      pił kol. Gąska Stanisław i w serdecznych słowach pożegnał naszego Patrona.
                                        Czcigodny Księże profesorze!
              Zebraliśmy się tutaj, ażeby wspólnie pożegnać Cię Czcigodny Księże Profesorze,
      a zarazem podziękować za pracę i trudy, położone dla naszego Kółka ministranckiego. Sło-
      wa nie potrafią wyrazić tego, co czują serca nasze. Żal ogarnia nas na myśl, że za chwilę
      rozstać się mamy z Tobą Przewielebny Księże profesorze! Byłeś dla nas serdecznym i bliskim
      Opiekunem, dobrocią Twoją pociągałeś nas do siebie, opiekowałeś się nami prawdziwie
      po ojcowsku, dlatego pożegnanie jest dla nas tak ciężkie i bolesne. Odchodzisz od nas, ale
      w pamięci naszej pozostaniesz na zawsze. Wspominać Cię będziemy na każdym kroku i śla-
      dami Twoimi iść będziemy. Upomnień Twoich Czcigodny Opiekunie przestrzegać będzie-
      my, staną się one dla nas drogowskazem dla dalszego życia. Trudy, które dla naszego Kółka
      ministranckiego poniosłeś, niech Ci stokrotnie nagrodzi - dobry Bóg! Nie zapominaj i Ty
      o nas, Czcigodny i Drogi Księże Profesorze. W modlitwach swoich polecaj nas Panu Bogu
      i proś, aby Kółko nasze rozwijało się pomyślnie i abyśmy byli godnymi ministrantami. Że-
      gnamy Cię Czcigodny Opiekunie, a żegnamy z boleścią w sercu. Niech cię Pan Jezus otoczy
      zdrowiem i błogosławi Twą pracę - Bóg.
              Od czasu do czasu przerywał mówiący gdyż płacz nie pozwolił mu mówić dalej. Po
      twarzy Czcigodnego Patrona poczęły spływać łzy. Płakali i chłopcy, gdyż żal im było rozsta-
      wać się z ukochanym Patronem. Potem nieco się rozweselili na widok lodów i czekolady, ale
      w sercu na pewno pozostał smutek i żal. A teraz nasz czcigodny Patronie, w imieniu osie-
      roconego Kółka dziękuję Ci za Twą pracę ofiarną, za Twój trud, za Twe dla nas poświęcenie.
      Niech Stwórca ma Cię zawsze w swej świętej opiece.
                                                                                            Prezes
              „Dzwon Niedzielny”, popularne katolickie wydawnictwo, nie na takim wysokim pozio-
      mie jak Tygodnik Powszechny. Raczej coś w rodzaju katowickiego „Gościa Niedzielnego”, w Po-
      znaniu jest to „Przewodnik Katolicki”, w Częstochowie „Niedziela” - dodaje ksiądz Kazimierz
      Figlewicz.’

       22 - Józef Szczypka: Droga do Rzymu. Instytut Wydawniczy PAX, 1980, s. 17-18

Strona 339

Rozdział VI - U boku ojca                         337




                     Pożegnanie opiekuna ministrantów księdza Kazimierza Figlewicza. Po lewej obok księdza - Karol Wojtyła.
        Mówiąc o aktywnym udziale w życiu parafii mam na myśli między innymi piel-
grzymki. Karol Wojtyła odbył w 1932 roku wraz z dużą grupą parafian pielgrzymkę
na Jasną Górę. Fakt ten dokumentuje pamiątkowa fotografia. Obok księży siedzących na
przedzie, ramię w ramię, po lewej stronie duszpasterza, siedzi ważna już wówczas persona
- Lolek Wojtyła. Na eksponowanym miejscu, widać już wcześniej się na nim poznali. Senior
Wojtyła, zwłaszcza po śmierci Edmunda, chciał jakoś wypełnić powstałą wyrwę. Wraz
z synem szukał ukojenia w modlitwie, zwłaszcza w miejscach pięknych i szczególnych.
Łączyli zadumę i kontakty z Bogiem, ze zwiedzaniem, poznawaniem zabytków, z wędrówką
i rekreacją. Najczęściej przemierzali „kalwaryjskie dróżki”.
        A to z racji bliskości Kalwarii i dobrego połączenia kolejowego. Pół godziny jazdy
„ciuchcią”, a potem drugie tyle by znaleźć się pod klasztorem bernardynów. Tu zwyczajo-
wo pielgrzymi najpierw modlą się przed cudownym obrazem Matki Boskiej Kalwaryjskiej.
Jeśli celem naszym jest przejście drogą krzyżową, to kolejny etap jest bardziej oddalony




                Parafialna pielgrzymka do Częstochowy. Karol Wojtyła w pierwszym rzędzie siedzących, z lewej strony księdza.

Strona 340

338            Rozdział VI - U boku ojca

      od bazyliki. Trzeba bowiem udać się pod kaplice Ogrojec i Pojmanie, które znajdują się na
      zboczach Góry Lanckorońskiej, w pobliżu kościoła Grób Matki Boskiej, przynależnego do
      parafii w Brodach. Potem już zgodnie z oznaczeniami kaplic wędrujemy przez Most Piel-
      grzymów do Piwnicy biczowania, przez dalsze stacje, aż do kościółka Ukrzyżowania, w naj-
      wyższym punkcie szlaku, by z niego zejść z powrotem pod klasztor. Wymieniam tylko naj-
      ważniejsze stacje Męki Pańskiej. Gdy chodzimy rekreacyjnie po „dróżkach” kierunek może
      być odwrotny, bo najbliżej jest do Ukrzyżowania i Grobu Pana Jezusa na Żarku. Niektórzy
      już stąd wracają do punktu wyjścia. Całość „dróżek” to kilka kilometrów, w dół i w górę, po-
      lnymi drogami. Trzeba mieć dobre obuwie, być przygotowanym na zmiany pogodowe i na
      ewentualność posilania się i zaspokojenia pragnienia. Ponieważ porucznik Wojtyła zabierał
      synów na wycieczki górskie, to musiał dysponować turystycznym wyposażeniem. Najlepiej
      wędruje się, a i pielgrzymuje w podgórskim terenie z plecakiem, w którym jest to co może
      być przydatne na wycieczce. Jedni pamiętają o jedzeniu i piciu, inni o czapce lub pelery-
      nie, jeszcze inni o aparacie fotograficznym, lornetce, mapie czy o przewodniku z opisem
      tras. Gdy analizuję podejście Wojtyłów do różnych przedsięwzięć to jestem przekonany, że
      senior Wojtyła myślał za siebie i za syna o wszystkim. Nasuwa się pytanie jakie kierunki
      wybierali jeszcze ojciec z synem, gdy zbliżała się słoneczna, wiosenna czy jesienna
      niedziela, bądź w czasie letnich wakacji.
              Dobrze usytuowane były względem komunikacji kolejowej Kęty, oddalone od
      Wadowic o niespełna godzinę jazdy pociągiem. W mieście tym urodził się i tu czczono go
      jako świętego – Jan Kanty. Urodzony w 1390 r., po ukończeniu Akademii Krakowskiej związał
      się z Krakowem, gdzie już do końca życia wykładał na Wydziale Teologicznym. Jego żywot
      w ciągu stuleci obrósł w liczne legendy, które są świadectwem jego dobroci i pracowitego
      życia. Kanonizowany w 1767 roku doczekał się powszechnego kultu. Na miejscu jego ro-
      dzinnego domu zbudowano kaplicę, w której znajdował się uważany za cudowny wizerunek
      świętego. Sprowadzono tu z Krakowa jego relikwie, ustalono odpust na 20 października,
      uczyniono go patronem diecezji krakowskiej i młodzieży szkół wyższych. W mieście wysta-
      wiono mu pomnik w 1851 roku.




      Figura św. Jana Kantego na rynku w Kętach.                            Alwernia - wzgórze klasztorne.

Strona 341

Rozdział VI - U boku ojca                        339
       Kęty położone u stóp Beskidu Małego, nieopodal przełomowej doliny Soły, nie tyl-
ko były dobrym punktem wyjściowym w góry, ale znajdowały się w bezpośredniej blisko-
ści Czańca, skąd pochodzili przodkowie Wojtyłów. Można było przeżycia religijne połączyć
z odwiedzinami krewnych, którzy nadal mieszkali na wsi. Musimy tu zrobić odniesienie do
współczesności i zaznaczyć, że w okresie przedwojennym kult Jana Kantego był o wie-
le żywszy niż obecnie, dlatego autorskie przypuszczenia o udziale w nim pobożnych
Wojtyłów.




Wizerunek alwernijskiego Chrystusa „Ecce Homo”                             Czarny Krucyfiks z krakowskiej katedry.
        Jeszcze bardziej prawdopodobnym kierunkiem religijnych peregrynacji ojca
z synem była pobliska Alwernia. Położona na trasie kolejowej z Wadowic do Trzebini,
przyciągała malowniczym położeniem klasztoru bernardynów i cudownym obrazem „Ecce
Homo”. Fundatorem klasztoru był kasztelan wojnicki i starosta gniewkowski - Krzysztof Ko-
ryciński, właściciel Poręby Żegoty i kilku innych wsi. Kościół powstał w XVII wieku, a z po-
czątkiem XVIII stulecia dobudowano niedużą kaplicę, w której umieszczono słynący cudami
obraz Pana Jezusa. Ma on długą i ciekawą historię.
        Podanie głosi iż najpierw zdobił kaplicę cesarską w Konstantynopolu. Było to w poło-
wie XV wieku. Po długoletnich wędrówkach, po pałacach i dworach, znalazł się ostatecznie
u księdza Michlajskiego na parafii w Babicach, a ten podarował go bernardynom alwernij-
skim w 1686 roku. Oprócz opisywanego obrazu, w kościele i w jego otoczeniu jest jeszcze
kilka innych zabytków: ołtarz z obrazem Matki Boskiej Alwernijskiej, rzeźby i płaskorzeźby,
rzeźbione w drzewie stacje Drogi Krzyżowej, nagrobki i figury sprzed kilkuset lat.
        Echa alwernijskich pielgrzymek pobrzmiewają w poetyckiej twórczości Karo-
la Wojtyły. Pisze o tym Stanisław Dziedzic: „na pątniczym podkrakowskim szlaku doświad-
czyć można miłosierdzia „brata serdecznego z Alwerni” - ze słynącego łaskami wizerunku
cierpiącego Chrystusa z tamtejszego bernardyńskiego kościoła, który sercom zbratanym
w słowie „rozchyla ramiona krzyża” - znak miłosierdzia i przebaczenia.”23


 23 - Stanisław Dziedzic: O młodzieńczych peregrynacjach w juweniliach poetyckich Karola Wojtyły. Wadovia-
      na, nr 3, Wadowice 1999

Strona 342

340            Rozdział VI - U boku ojca

              Większym samozaparciem trzeba się było wykazać by dostać się do położo-
      nej w pobliżu Krzeszowic Czernej. By tam dotrzeć z Wadowic pociągiem konieczne były
      przesiadki. Mało tego, dojeżdżało się tylko do Krzeszowic, na trasie Trzebinia-Kraków, a da-
      lej czekała pielgrzymów piesza wędrówka do Czernej, gdzie od lat czterdziestych XVII wie-
      ku osiedli zakonnicy i przy pomocy fundatorów rozbudowali zespół klasztorny. Główną
      fundatorką była Agnieszka z Tęczyńskich Firlejowa. Dla Wadowiczan czerneński klasztor był
      początkiem życia karmelitańskiego w Wadowicach. Stąd przybył ojciec Rafał Kalinowski, do
      nadskawskiego grodu i tu spoczął po latach. Postać tego świętego, klasztor z kościołem „na
      górce”, przynależność do „bractwa szkaplerskiego” - to dla Karola Wojtyły znaki szczególne,
      od dzieciństwa po młodość. Dość powiedzieć, że u progu kapłaństwa chciał oddać się życiu
      zakonnemu, jako karmelita bosy, ale ten zamiar udaremnił ówczesny metropolita krakowski
      książę Adam Stefan Sapieha mówiąc: trzeba najpierw skończyć to co się zaczęło. Na szczę-
      ście odmowa ta okazała się proroczą decyzją.
              Nie umniejsza to roli jaką odegrali karmelici w dojrzewaniu duchowym Karola. Nadto
      Czerna i jej okolice pełne są walorów krajoznawczych i architektonicznych, obfitują w nie-
      powtarzalne rezerwaty przyrodnicze i skalne. Tu wydobywany był tzw. „marmur dębnicki” –
      wapień czarnej barwy, wykorzystywany przez rzeźbiarzy, kamieniarzy, do dekoracji wnętrz,
      przy budowie nagrobków i sarkofagów. Karol Wojtyła miał szczególne upodobanie do
      tzw. Czarnego Krucyfiksu. Jest to piękna rzeźba w Katedrze Wawelskiej, pochodząca z XIV
      wieku, a wykonana z czarnego marmuru dębnickiego i różowego z Paczółtowic (Dębnik był
      przysiółkiem Paczółtowic). W wieku XVII i XVIII dysponentami kamieniołomów dębnickich
      byli karmelici z Czernej, był to szczytowy okres powodzenia marmurów dębnickich.
              Jak głosi podanie przed ukrzyżowanym Chrystusem z czarnego marmuru mo-
      dliła się Królowa Jadwiga, przed zamążpójściem z Jagiełłą.
              Stanisław Dziedzic pisze: (…) Nie pominął Karol Wojtyła na swojej krakowskiej
      młodzieńczej, pielgrzymiej drodze dwóch szczególnie przezeń czczonych wizerunków
      Ukrzyżowanego, otoczonych odwiecznym kultem, słynnego wawelskiego Czarnego Kru-
      cyfiksu z krakowskiej katedry oraz monumentalnego Krzyża Stwoszowego z bazyliki Ma-
      riackiej.24




      Klasztor karmelitów w Czernej k/Krzeszowic.

       24 - Stanisław Dziedzic: O młodzieńczych peregrynacjach w juweniliach poetyckich Karola Wojtyły. Wadovia-
            na, nr 3, Wadowice 1999

Strona 343

Rozdział VI - U boku ojca                        341




                                                  Lolek ok. 1934 roku. Zdjęcie wykonane przez A. Bohdanowicza.
                                    2. Indywidualność

        Rozdział ten traktuje o wyjątkowej pozycji Karola Wojtyły, co zaznaczyło się bardzo
wyraźnie w klasach wyższego gimnazjum. Na tle zróżnicowanej społeczności szkolnej, jego
wybitna postać wyróżnia się pilnością, pracowitością, potencjałem intelektualnym, wła-
ściwym zachowaniem i poszanowaniem zasad moralnych. Dorastający chłopak przejawia
aktywność zarówno w klasie, jak i w życiu pozalekcyjnym i pozaszkolnym. Mając ustabili-
zowaną sytuację rodzinną, czyli pełną poświęcenia opiekę ojca, ukształtowaną postawę
światopoglądową - może harmonijnie się rozwijać. Tak jak jego rówieśnicy oddaje się ulu-
bionym zajęciom godząc je z obowiązkami, prowadzi uporządkowany tryb życia, nie prze-
sadzając z ulubioną grą w piłkę. Potrafi tak gospodarować czasem, by starczyło go na naukę,
wypoczynek, modlitwę - czego jeszcze brakuje jego kolegom. Jest blisko wydarzeń kultural-
nych i społecznych w mieście, blisko spraw wadowiczan, którym przygląda się z wrodzoną
refleksyjnością. Procesy dorastania przejawiające się w poszukiwaniu własnej tożsamości,
często w formach ostrych – np. odrzucanie autorytetów, przebiegają u niego płynnie, bez
gwałtowności i skrajności. Życie Wojtyłów - ojca z synem, nadal jest nierozłączne. Ojciec ra-
cjonalnie kieruje codziennością. Jego priorytety to zrównoważony rozwój umysłowy i fizycz-
ny, zdrowy tryb życia - proste odżywianie się, szkoła, kościół, rekreacja, zajęcia domowe, tu-
rystyka i wycieczki w dni świąteczne i w czasie wakacji. Większość obowiązków związanych
z prowadzeniem domu ojciec bierze na siebie, gotuje, pierze, sprząta, robi zakupy, reperuje
odzież.
       By pokazać nieprzeciętność, indywidualność Karola Wojtyły, która rozkwitała
w klasach IV i V, postanowiłem zilustrować procesy kształtowania się tej wybitnej osobo-
wości, wspomnieniami z lat gimnazjalnych, które oświetlają jego osobę, jego fenomen, na
tle grona profesorskiego i zbiorowości uczniowskiej. W wyższym gimnazjum doszły nowe
przedmioty, w których brylował Karol Wojtyła, łacina i greka. Uczniowie starają się przechy-
trzyć profesorów: odpisać, korzystać z bryków, wyłgać się z nauki i odpowiedzi, a nawet

Strona 344

342            Rozdział VI - U boku ojca

      oszukać czy zastraszyć pedagogów. Uczący zaś chcą wymusić pilność, by nauczyć. Stąd kla-
      sówki, powtórki, oceny. Prócz tego jak zwykle w klasach zdarzają się wygłupy, żarty, kłam-
      stwa, tworzą się nieformalne grupy, klasa jeździ na wycieczki, bierze udział w zawodach,
      występach itp. Rozdział ten ma pokazać okoliczności społeczne, w jakich wzrastał Karol
      Wojtyła i jego rówieśnicy. Obrazu dopełniają źródła opisujące funkcjonowanie społeczności
      szkolnej i lokalnej.




      Emil Zegadłowicz z rodziną i przyjaciółmi (ok. 1935 r.) Siedzą od lewej: Kozikowski, Zegadłowicz. Stoją: druga od lewej - córka poety
      Atessa. W środku (korale) - starsza córka Halszka, obok niej żona Maria, dalej Kazimierz Foryś i jego żona Alina (biała sukienka)
             Społeczeństwo wadowickie przeżyło w roku 1933 przynajmniej dwa ważne
      wydarzenia lokalne, które kształtowały atmosferę kulturalną i społeczną lat trzydzie-
      stych w mieście i okolicy.
             Pierwsze z nich to jubileusz 25-lecia pracy twórczej Emila Zegadłowicza, drugie
      otwarcie schroniska turystycznego na Leskowcu.
             Zarówno senior Wojtyła, jak i jego 13 letni syn, z zainteresowaniem odebrali głośne
      imprezy, a wielu pisze, że nawet z aktywnym udziałem.
             Zanim oddamy głos sprawozdawcom przedstawię kilka uwag by doprecyzować
      wagę uroczystości, by przybliżyć ich szerszy kontekst.
              Mieszkający i tworzący w Gorzeniu Górnym pod Wadowicami, głównie poezję,
      Emil Zegadłowicz był powszechnie uznawany za piewcę piękna ziemi beskidzkiej. Opie-
      wał przyrodę i ludzi, mieszkańców podgórskich wiosek, ich trud i obyczaje, a wszystko
      to osadzone było głęboko w ludowej, katolickiej kulturze. Ten wymiar ukochania małej
      ojczyzny, z jej prowincjonalną obrzędowością i wierzeniami, z jej dniem codziennym
      i świętowaniem, bliski był wielu ludziom z kręgów inteligenckich, twórczych, ze środowisk
      wiejskich i miejskich, ale i prostych ciężko pracujących górali i ludu podgórskiego. Rozwi-
      nięty wówczas patriotyzm potęgował przywiązanie do rodzinnych stron, co znajdowało
      odzwierciedlenie w utworach Zegadłowicza. Takie były wówczas pozytywne odniesienia
      do poety, stąd ze wszystkich środowisk płynęły życzenia i podziękowania. Nastrój ten od-
      dają opisy jubileuszu zawarte w prozie i we wspomnieniach. Najpierw przytoczę wycinek
      ze wspomnień Antoniego Bohdanowicza.

Strona 345

Rozdział VI - U boku ojca                      343
       „Ważnym wydarzeniem, które zapamiętałem był wieczór autorski Emila Zegadłowi-
cza w naszym gimnazjum, w 1933 r. Cała nasza klasa musiała być obecna, w tym także Lolek.
Zegadłowicz czytał fragmenty powieści „Żywot Mikołaja Srebrempisanego”. Poeta zrobił wtedy
na nas duże wrażenie. W tym czasie nie był jeszcze kontrowersyjnym pisarzem. Pełnił funkcję
redaktora naczelnego pisma „Tęcza” wydawanego w Poznaniu i tam był właśnie drukowany
w odcinkach „Żywot Mikołaja Srebrempisanego”.
       Jubileusz miał miejsce w dniach 4 i 5 czerwca, w oba dni Zielonych Świąt. W tym
miejscu posłużę się słowami Kazimierza Sosnowskiego, który opisał przebieg poetowych
godów na łamach rocznika „Wierchy”.
        (...) „Regionalny Komitet Jubileuszowy dołożył starań aby uroczystość wypadła nie
tyle pompatycznie, ile sympatycznie. To udało się w całej pełni (...). Uroczystość poety była
świętem wadowickiej ziemi. Znać było na każdym kroku, że Wadowice są dumne ze swoje-
go Syna. Czy na wstępnym nabożeństwie, czy w sali Rady miejskiej przy nadaniu jubilatowi
obywatelstwa honorowego, czy przy przemianowaniu ulicy Tatrzańskiej na ul. Emila Zega-
dłowicza, na poranku z fragmentami „Powsinogów”, na otwarciu niespodziewanie pięknej
wystawy malarstwa i rzeźby regionalnej, na akademii wieczornej – wszędzie brał udział lud
wiejski, mieszczaństwo, miejscowa i przybyła z różnych miast Polski inteligencja. Zamiast
karet i aut widziało się chłopskie wozy ukwiecone i konne banderje z Jaroszowic.”25
       Przywoływany już profesor gimnazjalny I. E. Titz pisze do mnie w liście:
       „(...) na cześć jubilata, skomponowane przez profesora I. E. Titza pieśni do słów poety,
wykonał Chór Rezerwistów, na akademii w dniu 4 czerwca. A były to: „Gdy przyszedłem nad
pierwsze jezioro” i „Pieniacze” (w stylu ludowym). Zwłaszcza ta pierwsza, o treści filozoficznej,
zwróciła uwagę poety swą głębią wyrazu, co objawił w entuzjastycznych słowach, w rozmowie
z kompozytorem. Czy nasz Lolek był na tej akademii? Sądzę, że raczej tak, znając jego zainte-
resowania.”




                                                                Wystawa malarstwa i rzeźby w gmachu „Sokoła” (1933)
 25 - Kazimierz Sosnowski: Jubileusz Emila Zegadłowicza. „Wierchy”, 1933, s. 239

Strona 346

344            Rozdział VI - U boku ojca




      Uczestnicy jubileuszu zjeżdżają furmankami do Gorzenia.




      Pod dworem poety zagrały wiejskie kapele. Pierwszy z lewej z fletem Antoni Kucharczyk - Jantek z Bugaja.

Strona 347

Rozdział VI - U boku ojca              345
          „Na obiedzie w hotelu Wysogląda obok jubilata zasiadł wójt z Gorzenia Górnego,
obok konsulowie czeski i rumuński (...). (Zegadłowicz jest tłumaczem utworów czeskich
i rumuńskich) (...) artystka dram. St. Wysocka i wiele wybitnych osobistości. W drugim dniu
uroczystość przeniosła się z miasta do dworu poety w pobliskim Gorzeniu Górnym nad Ska-
wą (...)”
         Specjalny wysłannik IKC-a relacjonuje z Gorzenia Górnego.
         „Przez wyboiste, pylne drogi, które dymią kurzem w czerwcowe popołudnie, jedzie-
my w drugi dzień Zielonych Świątek do Gorzenia Górnego na jubileusz Emila Zegadłowi-
cza. Białe i niebieskie chaty powiewają wiechciami zieleni zatkniętej u wrót, smukłe zboża
poddają się wiatrowi. Na rynku w Wadowicach wielki zatłok wszelkich pojazdów. Wozy
drabiniaste, ładowane krasno przybranemi dziewczętami i chłopcami, szaro-zielone
szeregi harcerskie (...)
         Na szczęście gościnny dom Zegadłowiczów pomieścić może sporo luda. Wielkie skle-
pione pokoje zastawione stylowymi meblami, piękna biblioteka, wśród których znajdują się
liczne książkowe rarytasy, „świątkarnia” zaludniona tak charakterystycznymi figurkami be-
skidzkich świątków, salony i jadalnia - rozbrzmiewają gwarem rozmów. Bo też zbiegło się
ludzi co niemiara do domu poetowego, ażeby z 25-lecie jego pracy objawić mu swoją ser-
deczność (...)
         Na polanie pod Grodziskiem zasiada na ławie Emil Zegadłowicz z rodziną, mając
wojewodę krakowskiego dra Kwaśniewskiego po prawej ręce, a wkoło siebie zwarty pier-
ścień delegatów i ludu. (...) pos. Hyla w chłopskiej sukmanie (...) rozpoczyna serię przemó-
wień, które sypią się jak z rękawa. (...) z tego ludzkiego mówienia wyziera niefałszowana mi-
łość i sympatia ludu beskidzkiego do swojego poety, słuszna duma, że człowiek, który wyrósł
pośród nich otrzymuje takie oto honory, na oczach ludzkich. Zegadłowicz dobrze czuje się
wśród tego wesołego, a skrzętnego ludu (...) Pod tony orkiestr, które grają skocznie, a nieco
na przekór mówcom i sobie samym, płynie ta uroczystość nieprzymuszona, improwizowana
jak chłopskie weselisko.
         (...) Niebo zlitowało się nad ślicznym punktem dzisiejszego programu, a mianowicie
nad „Sobótką” Jana Kochanowskiego, gdyż pod wieczór klaruje się wszystko i deszcz urywa
swój cichutki akompaniament. Na polanie pod lasem ciżba ludzka otacza ognie, nad któ-
rymi wraz z dymem polatuje cudowne słowo Jana Kochanowskiego. (...)
         „Sobótka” była wspaniałym sukcesem, a muzyka prof Titza godna wielkiej pochwały.
Pomyśleć trzebaby, o tem, aby „Sobótka” ta zawitała jak najszybciej do Krakowa, by pokazała
swoje wiosenne oblicze po wszystkich kątach Polski. Będzie to dobry czyn wobec piękna
i urody polskiego języka. (...)”26
         O komentarz do tego wykonania poprosiłem kompozytora I. E. Titza.
         „Mowa tu o „Pieśni Świętojańskiej o Sobótce” Jana z Czarnolasu, do której napisałem
muzykę już w roku 1930, w czterechsetną rocznicę urodzin wielkiego poety (1530-1930). Ob-
sadę tego dzieła: na zespół smyczkowy, 3 gł. chór żeński, 3 gł. mieszany, głosy solowe, taniec
zbiorowy oraz deklamacje „Panien” stanowiła ówczesna młodzież gimnazjum żeńskiego i mę-
skiego. W roku 1933 tekst został usceniczniony przez Mieczysława Kotlarczyka.”
          Wracamy do relacji korespondenta IKC-a. „Wieczorem domostwo Zegadłowiczów
szumi znowu ludzkim tłumem. Świece i lampy naftowe rzucają migotliwy cień na ściany po-
koi (...) A festony zieleni kołyszą się w świeżym przeciągu, idącym przez salę do łąk beskidz-
kich. Tak bawi się dwór, a obok w górze huczy wesołością stodoła, gdzie kilkuset chłopów,
czci na swój sposób poetę beskidzkiego. Odchodzą tam przemówienia, podnoszą się wiwa-
ty, a wszystko to gęsto zakrapiane. (...)


 26 - Zbigniew Grabowski: Poetowe gody w Gorzeniu Górnym. Ilustrowany Kurier Codzienny nr. 157 z dnia
      8 VI 1933, s. 4-5

Strona 348

346             Rozdział VI - U boku ojca




      Jubilat w otoczeniu rodziny i oficjeli przyjmuje życzenia.
             Przez szmer ciepłego deszczu wiosennego opuszczamy błękitny dwór Zegadłowi-
      czów. Pozostawiamy za sobą rozśpiewany dom, pełen gwaru i wesołości i gorejące okna,
      przez które Emil Zegadłowicz wypatruje ścieżki, prowadzące do zgody z życiem i do zgody
      z Bogiem.”
                                                                         Zbigniew Grabowski
              Kazimierz Sosnowski swoją relację w „Wierchach” kończy akapitem:
              „Ku upamiętnieniu uroczystości wydał Komitet serię widokówek z podobiznami po-
      ety i jego dworku oraz wydał wybór jego poezji pt. „Pokosy” z dobrym wstępem K. Fory-
      sia. Za pomocą tego tomu mogą zapoznać się z twórczością Zegadłowicza ci, którym ona
      w całokształcie nie jest jeszcze znaną.”
              Z dostępnych współcześnie źródeł: opisów prasowych, wspomnień, z fotografii - wy-
      łania się dość dokładny obraz uroczystości w Gorzeniu. Pozostaje mi zaakcentować kilka
      aspektów jubileuszu. Jubilat jak na swój wiek wygląda bardzo poważnie - prezentuje się jak
      staruszek. A miał raptem 45 lat, gdy towarzysząca mu żona, dużo lepiej prezentuje się na
      fotografiach. Uderza liczba przybyłych gości i widzów do Gorzenia, a trzeba zważyć, że więk-
      szość przyjechała furmankami, bądź przywędrowała pieszo. Nieliczni przedstawiciele wła-
      dzy i arystokratycznej elity mogli przybyć automobilami. Nie rzucały się one w oczy. Uczest-
      nicy obchodów wystrojeni, w białych koszulach, w krawatach, odświętnie; zespoły i część
      uczestników ze wsi w kolorowych strojach ludowych, głównie krakowskich. Organizacje np.
      harcerstwo w mundurach - w tym przypadku dziewczęta w szyku marszowym. W święcie
      biorą udział głównie osoby dorosłe i starsza młodzież ale zdarzają się też nieliczne dzieci,
      które składały jubilatowi życzenia, bądź towarzyszyły rodzicom. I tu nasuwa się kluczowe
      pytanie - czy trzynastolatek Karol brał udział w tych uroczystościach. Wielu autorów
      wyraża opinię, że tak, że był z młodzieżą, która w strojach ludowych, jechała drabiniasty-
      mi wozami, a potem jako statyści uczestniczyła w „Sobótce”. Suche zapisy w sprawozdaniu
      gimnazjalnym mówią, że w inscenizacji brali udział członkowie koła muzycznego. Sądzę, że

Strona 349

Rozdział VI - U boku ojca         347
deklamacje i partie wokalne wykonywała starsza młodzież, natomiast tło mogli stanowić
młodsi uczniowie, zwłaszcza mieszkający w mieście, bo tych można było zorganizować, od-
powiednio przebrać i zobowiązać do udziału.
         Jeśli ówczesny Lolek nie był w tej grupie biorącej udział w przedstawieniu, mógł
prywatnie z ojcem znaleźć się na jubileuszu jako widz. Porucznik Wojtyła stanowił część
wadowickiej „śmietanki urzędniczej”, do tego zdradzającej wyższe potrzeby kulturalne. Był
oczytany, obyty ze sztuką muzyczną i teatralną. Nie słyszy się o tym żeby był aktywnym od-
biorcą sztuk, ale zaszczepił synom upodobania teatralne, a także umiłowanie amatorskie-
go śpiewu zbiorowego, co stanowiło ujście w żywiołowym wykonywaniu nabożnych pieśni
w kościele.
         Mieszkańcy okolic rynku wadowickiego tłumnie uczestniczyli w różnorodnych ma-
nifestacjach patriotycznych, w wiecach i pochodach, a także rzadszych plenerowych wystę-
pach artystycznych. Bo wystarczyło otworzyć okno, a dochodząca muzyka, śpiew, gwar tłu-
mu, zachęcały do wyjścia i współuczestniczenia. Jak czytamy w relacjach z jubileuszu Emila
Zegadłowicza, w pierwszym dniu świętowano w mieście. Czytanie poezji jubilata, wysta-
wa plastyków, wieczornica z udziałem chóru i muzyków, a zwłaszcza otwierające obchody
nabożeństwo i przemianowanie nazwy ulicy z nazwiskiem poety. Te punkty były ogólno-
dostępne, a środowisko dumne ze swojego mistrza odpowiedziało tłumnym udziałem. Ze-
gadłowicz – poeta, budził niekłamaną dumę dostarczając uniesień ludziom małej ojczyzny,
rozkochanym w beskidzkiej przyrodzie i ludowych obyczajach, żyjących po katolicku w oto-
czeniu gór, klasztorów, „dróżek” w zbrataniu z wiejskim ludem zjeżdżającym na czwartkowe
targi.
         Nastrój odświętny i ludowy zawsze towarzyszył Zielonym Świątkom, a jubileusz
piewcy ludu beskidzkiego w tym terminie był strzałem w dziesiątkę. Moje osobiste prze-
konanie to waga tego wydarzenia dla kształtowania osobowości dorastającego chłopca
poprzez zetknięcie się z wybitnym twórcą choćby pośrednio, przez słowo pisane. Tu bije
źródło przyszłych poszukiwań i odkryć literackich Karola Wojtyły. Czy świadomie, czy pod-
świadomie młody Lolek połknął bakcyla. Przed nim jeszcze daleka droga by wybrać kierunek
dalszego kształcenia ale pierwszy krok do fascynacji literaturą został zrobiony. Język polski,
jak zauważył profesor był jego szczególnym zamiłowaniem. Zegadłowicz pokazywał oto-
czeniu kult wszelkiej sztuki - zwłaszcza malarstwa i rzeźby, w tym również w wydaniu
prymitywnego świątkarza.
         Mowa oczywiście o Jędrzeju Wowrze, gorzeńskim samouku, o którym można było
przeczytać w lokalnej gazetce redagowanej przez młodzież. Wydawnictwo „Orli lot” dociera-
ło do szkolnych bibliotek, stąd wniosek, że Karol Wojtyła miał dostęp do kolejnych numerów
miesięcznika.27
         „Orli lot” nr 9 z 1933 r. – opowieści Wowry spisały uczennice seminarium żeń-
skiego w Wadowicach.
         Jędrzej Wowro – autobiografia.
         Urodziłek się z tamtyj strony Gorzynia Dolnego w roku 1864. Było parę morgów
pola. Było nas: dwie siostry i śtyrek braci; jo z nich średni. (...) Robieł mój ociec i ciesielkę, był
i wójtem bez siedym roków. Na tym wójtostwie skapaliśmy na śmierć i zostaliśmy komorni-
kami. Bracia moi byli okrutnie paradni, mnie to za nic mieli. (...)
         Chciołek iść do skoły – to mi ociec dali kosycek i grabie, cobyk sed liście grabać, abo
wzieni powróz, zmocali we wodzie i zmaglowali mi skóre, no i miołek jus skołe. (...)
         Gdy jo był mały, no tom pasoł krowy. Przy tym paseniu robiłek pastyrkom lalki, paja-
ce, jak ta to wicie, dzieci, no i dzieci. Miołek siedymnoście lot, jak rusyłek się we świat, zeby
sukać kawałka chleba. Byłek w kopalni wyngla na Śląsku w Ostrawie, Karwinie i Białej. Ko-
palnio było głęboko - może 50 – 100 metrów w zim. Były tam kunie, masiny i wsyćko co kto


 27 - Emil Zegadłowicz i Edward Kozikowski „O Jędrzeju Wowrze snycerzu beskidzkim” JSW, 1957, s. 159

Strona 350

Jaworzyna (Groń Jana Pawła II) i szczyt Leskowca (po prawej)
                                                           widziane ze szczytu Gancarza (schyłek lat siedemdziesiątych XX w.




                                                            Najbliższe sercu Góry Zasolskie.
       SZLAKAMI
                                                            Beskid Mały (część wschodnia)
   Jana Pawła II                                            Leskowiec - Przełęcz Kocierska.


Szczyt Leskowca (foto Alojzy Stuglik) - fotografia z lat
przedwojennych.




                                                                    Na szlaku z Leskowca, w kierunku Łamanej Skały i Potrójnej.

Strona 351

Widok z Potrójnej w stronę Beskidu
                                                  Żywieckiego.




Okno skalne w Zakocierzy.




                  Stacja turystyczna na Przełęczy Kocierskiej.
         W okresie międzywojennym schronisko Żydowskiego
       Towarzystwa Gimnastyczno-Sportowego „Makkabi” w
                                               Andrychowie.

Strona 352

350            Rozdział VI - U boku ojca

      chce. (...) Mnie tak raz przywaliła zimio z wynglami i dłubali za mnom coś pół godziny. Jak
      mnie wyciongli, tom nic o sobie nie wiedzioł i zanieśli mnie do śpitala. (...)
               Jakzem się pirsy roz zynił to miołek 25 roków. Moja się nazywała Gwidzionka z Chocz-
      ni (poprawnie Guzdek). Kiedym z kopalni wysed miołek 42 roki i wtedy umarła mi nieborac-
      ka, a jo posed w Wadowicach do gróbarza na pomocnika i tam siedziołek 10 roków. Zaczyna
      mnie bieda teras tłuc, ani nie mioł kto garków omyć, ani cłeka oprać, ani z kim pogwarzyć,
      pozolić się przed kim. Wzionek tys pirsom z brzegu i ożyniłek sie drugi roz. Byłbym moze
      i gróborzem, ale byłek jus za stary.(...)
               Po tej robocie przysedem tu do Gorzynia i zaconem rzeźbić.




      Jędrzej Wowro, beskidzki świątkarz, przed dworem gorzeńskim                Jędrzej Wowro - kapliczka.
      w towarzystwie Edwarda Kozikowskiego i córki poety Atessy (ok.1935 r.)
              „Orli lot” nr 9 z 1933 r. opowiadanie zapisane przez uczennice żeńskiego semi-
      narium w Wadowicach. (O Jędrzeju Wowrze – str. 142)
              Dlaczego Wowro rzeźbi tylko figury świętych?
              Jagem pasoł bydło, tom przyglondoł sie świntym obrazkom. Brołek kawołecek drew-
      na do gorści i nóż, no i przypatrywołek sie malowanym świntym. Rzeźbiłek tys z ksiengi „Ży-
      wotów Świntych”. Z tych obrazków i z tyj ksiengi rzeźbiłek świntego Franciska, Symona, Se-
      bostiona, Macieja, Kazimirza, Józefa, Grzegorza, Zwodzijosa, Marcina.
              Kiej juzem wyrósł na chłopa, zaconek chodzić po odpustach. Pirsy roz byłek w Bilanak
      za Kyntami, gdzie jest cudowny Pon Jezus ( w tym miejscu Wawro zdejmuje czapkę). Drugi
      roz byłek w Czynstochowie na Jasnyj Górze. Styry razy byłek w Kalwaryjej, roz w Choczni
      na św. Jana. Byłek i w Mogilanach za Krakowym. Po wszyćkich tych odpustach chodziłek na
      nogak, bom był młody i miołek nogi zdrowe. Dwa razy byłek w Krakowie u Panny Maryje na
      misyjak. (...) Od tego casu rzeźbiłek figury Matki Boskiej. A przecież figura ustanowiono jest
      od Boga na pamiatke wiary świntyj. Kwiaty to som na pamiontke jak Matka Boska się urodzi-
      ła, to kwiaty zacyny róść i kwitnonć. Jak Pon Jezus poniós śmierzć na krzyżu za nos, to wtedy
      świat okrzepił sie trawom, kwiotami i śpiwym ptosków.
              Wsyćko to doł Pon Bóg ludziom na pociechę, żeby się nie markocili, ale ciesyli się
      wroz ze światym.

Strona 353

Rozdział VI - U boku ojca                        351
        Emil Zegadłowicz lansował Wowrę, wspierał młodych twórców, wydawał poezję
przepojoną uwielbieniem natury i Stwórcy. Jego osoba i przykład mogły pociągnąć
wrażliwego gimnazjalistę w stronę sztuki, co rozwinęło się okazale po kilku latach.
Na razie prowadzony przez ojca Lolek smakował tego czego doświadczał z wyboru rodzica.
A ten kierował go w sposób naturalny w stronę wartości wyższych dostępnych w małomia-
steczkowym środowisku, nie zapominając o codzienności, o nauce, rekreacji, rozmowie, mo-
dlitwie, o zabawie w gronie rówieśników, o własnej aktywności w doborze zajęć w czasie
wolnym.




                                                             Schronisko na Leskowcu w połowie lat trzydziestych XX w.
       Drzemiące w Wojtyłach ukochanie gór, przekazywane w genach kolejnym po-
koleniom, znalazło impuls ożywiający, po wybudowaniu schroniska górskiego, na
widocznym z różnych punktów Wadowic, Leskowcu. Gwoli ścisłości powstało ono pod
Jaworzyną, która wysunięta jest bardziej na północ, ale powszechnie posługiwano się tą
pierwszą nazwą, wyższego szczytu z widokiem na południe.
         Cytuję w całości notatkę zamieszczoną w roczniku „Wierchy”:
         „Poświęcenie schroniska na Leskowcu”
         W dniu 3 września br. odbyła się uroczystość poświęcenia niedawno zbudowanego
schroniska PTT, na najwyższym szczycie Beskidu Małego, na Leskowcu. Z okazji tej zgroma-
dziła się tam liczna rzesza delegatów, turystów miłośników gór oraz okolicznej ludności, aby
wziąć udział w święcie twórców schroniska, tj. Koła wadowickiego Oddz. Babiogórskiego
PTT. Poświęcenia dokonał ksiądz profesor Zacher z Wadowic, przemówienia wygłosili prócz
księdza Zachera dyr. Sójka – im. Oddz. Babiogórskiego, prof. K. Sosnowski – im. Zarządu
Głównego PTT i mgr W. Mileski – im. Oddz. Zakopiańskiego i Zarz. Głównego Ligi Ochro-
ny Przyrody. Po skromnem przyjęciu, które odbyło się przy muzyce orkiestry uczniów gim-
nazjum wadowickiego, przybyłych mimo ponurej pogody wraz ze swym dyrektorem do
schroniska. Prof. Cz. Panczakiewicz, prezes Koła PTT w Wadowicach oddał miłą i pożyteczną
placówkę turystyczną i narciarską do użytku publicznego. Wśród gości i delegatów zauwa-
żyliśmy również między innymi p. Dr . M. Orłowicza, (...) mgr Wł. Krygowskiego, (...) dr Beyera
i Frysia (im. Koła Andrychowskiego) oraz reprezentantów PTT w Olkuszu. Schronisko zosta-
nie przed sezonem zimowym wyposażone dostatecznie, aby móc stać się jednym z najbliż-
szych (...) dla Krakowa i jego okolicy (...) tem bardziej, że leży niedaleko od linii kolejowych,
a jednak w okolicy niezmiernie wdzięcznej.”28
         Sądzę, że Wojtyłowie wiedzieli o tej uroczystości z racji udziału grupy młodzieży gim-
nazjalnej w poświęceniu schroniska, ze swoim opiekunem profesorem Czesławem Pancza-
kiewiczem. Aktywny i rozmiłowany w turystyce z pewnością zachęcał w szkole młodzież by
wybrała się w tym dniu w Beskid Mały. A, że w poświęceniu obiektu brał udział ksiądz, pre-

 28 - Kazimierz Sosnowski: Poświęcenie schroniska na Leskowcu, Wierchy, rok 1933, s. 219

Strona 354

PRZEŁOMOWA DOLINA SKAWY OD MUCHARZA PO SKAWCE
                (przed zalaniem)

Strona 356

354          Rozdział VI - U boku ojca

      fekt gimnazjalny Edward Zacher, to zachęta mogła płynąć także ze sfer kościelnych. Przy-
      puszczać więc można, że Wojtyłowie byli wśród uczestników otwarcia, jako sympatycy
      górskich wędrówek i znajomi działaczy związanych ze szkołą.
               By odnieść się do informacji, należy na wstępie sprostować iż Leskowiec nie jest naj-
      wyższym szczytem Beskidu Małego, gdyż przewyższa go Czupel położony za doliną Soły,
      w pobliżu Magurki Wilkowickiej i Łamana Skała, sąsiadująca z Leskowcem od zachodu. War-
      to dodać, że ze szczytu Leskowca rozpościera się rozległa panorama w stronę Babiej Góry
      i Tatr. Potrzebna jest tylko pogoda i dobra widoczność. O innych wzniesieniach już nie wspo-
      mnę, ale trzeba skonstatować, że Leskowiec i Jaworzyna są jednymi z ważniejszych punk-
      tów widokowych w Beskidach. Schronisko stało się odtąd oparciem dla wycieczek w Be-
      skid Mały. Głównie w jego część zachodnią, przez Łamaną Skałę, Żar, Magurkę - w stronę
      Bielska. Stworzyła się odtąd możliwość wędrowania z Wadowic na Babią Górę, z noclegiem
      na Leskowcu. Kilkanaście godzin marszu i wspinania się, dzieli Leskowiec od schroniska na
      Markowych Szczawinach pod Babią Górą. Szlak ten pokonałem z kolegami gimnazjalnymi
      w 11 godzin, po czym padliśmy na sienniki w zatłoczonym schronisku, by następnego dnia
      zdobyć Babią przez przełęcz Brona. Powrót ze szczytu nastąpił szlakiem żółtym nazywanym
      „Percią Akademików”, a dalej przez Zawoję do Suchej, skąd wówczas można się było dostać
      do Wadowic koleją. Tory znikły, a szkoda.
               Zanim oddano do użytku schronisko wadowiczanie też chodzili na wycieczki w te
      rejony. Najpopularniejszą trasą jest obecnie szlak niebieski, przez Łysą Górę i Ponikiew, bądź
      bezpośrednio z Ponikwi. Można się też wybrać z Andrychowa przez ciekawy Gancarz, szla-
      kiem zielonym. Leskowiec jest opleciony gęstą siecią szlaków, ze wszystkich kierunków. Dziś
      ówczesna Jaworzyna nosi nazwę Groń Jana Pawła II i oprócz kaplicy poświęconej „ludziom
      gór” upstrzona jest kapliczkami, w czym ma duży udział działacz turystyczny z Andrycho-
      wa Stefan Jakubowski, pomysłodawca i opiekun tego miejsca. Wytyczono łagodne szlaki
      dla seniorów i ruch turystyczny i pielgrzymkowy wzrósł. W czasach przedwojennych, gdy
      chodził tu z ojcem, a potem z kolegami Karol Wojtyła, schronisko dawało możliwość
      odpoczynku, przeczekania złej pogody, posilenia się, towarzyskiej rozmowy przy herbacie,
      a dla turystów dalekobieżnych nocleg. Zimą schodzili się tu narciarze, uprawiający turystykę
      na deskach by się ogrzać, zjeść lub wypić coś ciepłego. Kto gustował w zjazdach musiał pod-
      chodzić ponownie do góry, lub szusować na oślich łąkach w pobliżu schroniska, lub szczy-
      tu pobliskiego Leskowca. Udział w uruchomieniu schroniska miał profesor gimnazjum
      Czesław Panczakiewicz, który popularyzował wędrówki górskie wśród swoich podopiecz-
      nych. Zimą organizowano dla chętnych kursy narciarskie pod patronatem szkoły w gimna-
      zjum istniała też wypożyczalnia nart o czym dowiadujemy się ze sprawozdań.
               Schronisko na Leskowcu wpłynęło wydatnie na ukierunkowanie ruchu turystycz-
      nego w tej części Beskidu Małego. Niemal każdy wadowiczanin był kiedyś na tej górze, która
      stanowiła odtąd i stanowi do dnia dzisiejszego kultowy punkt wadowickich wycieczek. Zna-
      ło się szlaki na pamięć - każdy wiedział, że najładniejsza jest trasa z Czartaka, a najkrótsza
      z Rzyk. To już dla mojego pokolenia. A dla pokolenia papieża i mojego ojca wędrówki na
      Leskowiec były początkiem ich późniejszej fascynacji górami, ich uwielbienia dla wszelkich
      form turystyki pieszej, kajakowej, rowerowej i narciarskiej.
             Wadowiccy działacze PTT podjęli się budowy schroniska na Leskowcu. Byli to głów-
      nie: Czesław Panczakiewicz, Bronisław Maciołowski, Stanisław Klęczar, Roman Pelc. Dzięki
      ich wysiłkom schronisko na Leskowcu zostało oddane do użytku już w jesieni 1932 roku.
      Koszt budowy 12000 zł. Dzierżawcą obiektu został Franciszek Byrski, a po nim Jan Targosz,
      Stefan Bargiel, Jan Rzycki i inni. W 1934 roku dobudowano od strony zachodniej salę jadalną.
      Sukcesywnie wyposażano schronisko w łóżka, sprzęty, a profesor gimnazjalny Jan Sarnicki
      ozdobił jadalnię mapami plastycznymi.29

       29 - Rafał Tatka: Informator Turystyczno-Krajoznawczy PTTK Wadowice 1980

Strona 357

Rozdział VI - U boku ojca                         355




                                                                 Schronisko na Leskowcu w II połowie lat 70-tych.
        Wcześniej wędrowców górskich mogły przenocować, stacja turystyczna na
Przełęczy Kocierskiej i stacja turystyczna PTT na Żarze, nad Międzybrodziem. Pisząc
o szlakach i punktach noclegowych w Beskidzie Małym kierowałem się następującą inten-
cją. Spróbuję pokazać możliwości uprawiania turystyki letniej i zimowej z punktu widzenia
przeciętnego wadowiczanina. Bo taki był wówczas Karol Wojtyła i jego ojciec. Porucznik
mógł już w latach trzydziestych zabierać syna na wycieczki górskie, mogli wędrować z mło-
dym lekarzem Edmundem. Niewykluczone, że będąc w okolicach Żaru czy Porąbki zbaczali
do Czańca by odwiedzić krewnych. Opisane powyżej szlaki i miejsca noclegowe dawały
takie możliwości. Można było swobodnie zmieścić się w czasie przemarszu w sobotnie po-
południe, zatrzymać na nocleg, by w dniu następnym przemierzać dalsze odcinki szlaku.
A na koniec zejść do stacji kolejowej w Kętach, czy Andrychowie i powrócić pociągiem do
Wadowic. Jeszcze większe możliwości były w okresie wakacji, bo wtedy można było wyru-
szać nawet na 3,4 dni. W latach późniejszych, gdy przyszły papież miał 14-15 lat, stopień
trudności wzrósł, ambicją każdego wadowiczanina było zdobyć Babią Górę. Istniało wie-
le kombinacji dojazdowych: np. koleją do Makowa, bądź do Suchej Beskidzkiej, a nawet
z przesiadką do Huciska i niebieskim na Babią Górę, która zaliczała się wtedy do powiatu
wadowickiego. Możliwy był też kolejowy dojazd z Wadowic do Zakopanego i zdoby-
wanie szczytów tatrzańskich. Ze wspomnień koleżeńskich wiemy iż do wypraw takich
dochodziło w połowie lat trzydziestych.
        W uzupełnieniu podaję kilka istotnych informacji.
        Zainteresowanie Beskidem Małym w części wschodniej (tzw. Górami Zasolskimi)
wzmogło się w połowie lat trzydziestych, gdy Kazimierz Sosnowski (autor relacji z poświę-
cenia schroniska) opublikował w 1926 roku przewodnik po Beskidach Zachodnich. Przy-
czynili się również do tego poeci „Czartaka” z Emilem Zegadłowiczem, Janiną Brzostowską,
Edwardem Kozikowskim i Tadeuszem Szantrochem. W tym czasie absolwent bielskiego gim-
nazjum Władysław Midowicz wyznakował pierwszy szlak z Porąbki w przełomie Soły, doli-
ną Wielkiej Puszczy na Przełęcz Kocierską, a w dwa lata później przedłużył go przez Potrójną,
Łamaną Skałę, Leskowiec i Żar do Gorzenia.30

 30 - Aleksy Siemionow: Ziemia wadowicka, PTTK Wadowice 1984, s. 449-454

Strona 358

SZLAKAMI
  Jana Pawła II
  Najbliższe sercu
  Góry Zasolskie.
      Pasemko
Bukowskiego Gronia
   i Złotej Górki




                                    Na szczycie Bukowskiego Gronia.




                                    Czaniec i Kęty widziane ze zboczy
                                    Bukowskiego Gronia.




                                    Wiosenne ujęcie z Trzonki w stronę
                                    Babiej Góry i Wielkiego Cisownika.




  „(...) będąc jeszcze uczniem
   gimnazjum wadowickiego
  bywał u nas z kolegą (...) (w
 Czańcu - dop. Z.B.) (...) Szli w
    góry ze starszymi braćmi.”
            (Bronisław Wojtyła)

Strona 359

Kultowa kapliczka na Trzonce
         ściągająca wiernych.




                                      Widok z Brzezinki Górnej na
                                      wschód - od lewej: Bliźniaki,
                                      Gancarz, Jawornica.




Przełęcz Beskid Targanicki z drogą
   z Wielkiej Puszczy do Brzezinki.

Strona 360

358            Rozdział VI - U boku ojca




        Stacja turystyczna P.T.T. pod szczytem Żaru, nad Porąbką.
              Aktywnym działaczem powstałego w Wadowicach Koła Oddziału Babiogórskiego
      Pol. Tow. Tatrz. był Czesław Panczakiewicz. Jako profesor gimnazjalny już w końcu lat trzy-
      dziestych wciągał młodzież, zwłaszcza uczniów - w uprawianie turystyki górskiej - w najbliż-
      szym rejonie, od Skawy, po Sołę. On to w 1929 r. poprowadził dwa nowe szlaki w Beski-
      dzie Małym. Ze stacji kolejowej w Wadowicach na Leskowiec w kolorze niebieskim, ok.
      4 godzin. Szlak ten szedł z Łysej Góry na zachód stokiem Bliźniaków ponad Ponikwią scho-
      dził do Hut i przez Czubę (521m) prowadził do przełęczy pod Gancarzem, a stamtąd okrąża-
      jąc Jaworzynę od północy i wschodu dochodził do Leskowca. Kilkunastoletni Lolek chodząc
      z ojcem po górach, poruszał się właśnie tym szlakiem. Dopiero w 1934 roku przebieg
      tej trasy zmieniono, tak, że schodzi się z Łysej Góry, a ściślej z Przełęczy Czesława
      Panczakiewicza (500m) do Ponikwi, a dalej zboczami Czoła do Jaworzyny. Drugi wy-
      znaczony wtedy przez Panczakiewicza szlak wiódł z przystanku kolejowego Mucharz
      (obok ruin sławnego „Czartaka”) przez Suszyce i Magurkę Ponikiewską na Leskowiec.
      Oznakowany kolorem zielonym. W latach 1930-1931 Władysław Midowicz, akademik, wy-
      znakował i połączył w jedną całość niebieski szlak z Leskowca przez Ślemień i Hucisko - na
      Babią Górę. Tak połączyły się Wadowice z Babią Górą.




      Ruiny „Czartaka” opodal przystanku kolejowego w Mucharzu.

Strona 361

Rozdział VI - U boku ojca        359
         W opinii kolegów szkolnych Karola Wojtyły, a także nauczycieli z tamtego okresu,
wadowickie gimnazjum jawi się nam jako szkoła o wysokim poziomie nauczania.
         „Gimnazjum nr 374 im. Marcina Wadowity o formule neoklasycznej, było szkołą bardzo
cenioną. Nie tylko ze względu na stare mury, ale głównie z uwagi na znakomity zespół profesor-
ski, który gwarantował, że nasze świadectwa dojrzałości respektowano należycie przy ewentu-
alnym podejmowaniu studiów wyższych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Gimnazjum podlega-
ło reformie. Jako ostatni rocznik skończyliśmy cykl 8 letni. Łaciny nauczyliśmy się dobrze, greki
może mniej, ale kultury greckiej czy starorzymskiej - bardzo dobrze. Nabyliśmy też umiejętność
precyzyjnego myślenia. Czasy są odległe, lecz w pamięci pozostały postacie niektórych kole-
gów i nauczycieli. Przekrój społeczny klasy był różnorodny: dzieci urzędnicze, z zamożnych ro-
dzin, byli również i bardzo biedni. W znacznej mierze utrzymywali się dzięki dobrym postępom
w nauce, bo środowisko niewiele mogło im dać”. (Karol Poliwka)
         „Wadowickie gimnazjum uchodziło w okręgu krakowskim za jedno z najlepszych. Praw-
dopodobnie było również jednym z lepszych w Polsce według powszechnej opinii. Przejście przez
gimnazjum bez repetowania stanowiło dla przeciętnego ucznia wyczyn nie lada. Zdarzali się
przecież powtarzający jedną klasę, dwa, a nawet trzy lata, a cóż dopiero przejść przez gimna-
zjum od pierwszej do ósmej klasy z wynikiem ogólnym bardzo dobrym. Przez osiem lat naszej
nauki tylko jeden z nas to potrafił”. (Marian Bieniasz)
         „Poziom nauki wysoki. Mimo, że nasi wychowawcy to wspaniali przyjaciele, jednak
bardzo wiele wymagali. Kiedy patrzy się z perspektywy lat, człowiek jest w stanie docenić ich
starania i fachowość. W roku 1930 rozpoczęło naukę w pierwszej klasie około pięćdziesięciu
uczniów, do matury dotarło tylko siedemnastu z nich. Odsiew przez osiem lat znaczny”. (Teofil
Bojeś)
         „Na ogół można powiedzieć, że kto wyszedł z gimnazjum wadowickiego, tego dobrze
przygotowano do życia i dalszej nauki z każdego przedmiotu. Wyszli stąd uczeni, lekarze, inży-
nierowie, duchowni, artyści, prawnicy, wojskowi i ekonomiści. W wychowaniu panowała atmos-
fera religijna, kto chciał mógł zgłębiać uczucia religijne. To gimnazjum miało swoją specyfikę
i firmę. Wśród nauczycieli nie uświadczyłeś miernoty, każdy stanowił pewną indywidualność”.
(Józef Titz)
         „Niewątpliwe główny wpływ wywierali nauczyciele języków i kultury antycznej. Uczy-
liśmy się trzech języków obcych: niemieckiego, łacińskiego, greckiego. Byliśmy wychowywani
w kulcie kultury greckiej i rzymskiej”. (Zbigniew Siłkowski)
         „W klasie IV przeszliśmy z tzw. chłopaków na panów. Określano nas jako panów bo by-
liśmy wyrośnięci, a poza tym mówiło się, że chłopcy są u szewca. Zwracano się do nas wpraw-
dzie po imieniu, lecz używano przy różnych okazjach zwrotów: - panowie zbiórka, jesteście
już dorośli, przeszliście mutację, staliście się uczniami wyższego gimnazjum”. (Włodzimierz
Piotrowski)
         „Od pierwszej do czwartej klasy przewinęło się wielu kolegów. Już w zmienionym skła-
dzie dobrnęliśmy do klasy czwartej. Była ona przejściem na etap wyższy, równoznaczny z dzi-
siejszym podjęciem nauki po szkole podstawowej. W tym momencie zetknęliśmy się pierwszy
raz z językiem łacińskim, który przyczynił się znowu do przerzedzenia naszego grona. Uczył nas
łaciny profesor Klimczyk, niesłychanie wymagający. Szczęśliwie dotarłem pomimo licznych trud-
ności z tą właśnie łaciną do klasy piątej. Chyba wtedy miałem po raz drugi szczęście siedzieć
z Karolem w tej samej ławce. W środkowym rzędzie, w drugiej ławce. Przed nami siedzieli znani
ze sportowej postawy i właściwego, studenckiego podejścia do życia: Zbyszek Kosiński i Kazi-
mierz Sawicki. Wszyscy właściwie w tym rzędzie korzystaliśmy z pomocy Karola, głównie przy
pisaniu klasówek łacińskich, a później i greckich. Bo jednak wielu z nas napotykało na trudności.
Może z tego powodu, że o ile ktoś nie miał rozległych zainteresowań czy uzdolnień humanistycz-
nych - kwestionował sens uczenia się greki. Ale Karol zawsze traktował równorzędnie wszystkie
dyscypliny. Uzdolnienie do łaciny miał szczególne, w ogóle był utalentowany w nauce języków”.
(Szczepan Mogielnicki)

Strona 362

360          Rozdział VI - U boku ojca

               „W miarę jak płynęły lata poznawaliśmy się coraz lepiej. Tworzyły się przyjaźnie. Podsta-
      wę ich stanowiły wspólne zainteresowania i uzdolnienia. I tak można powiedzieć, że byli w klasie
      urodzeni poloniści, historycy, matematycy. Przewaga występowała jednak po stronie przedmio-
      tów humanistycznych; tzn. polonistyczno historycznych, z racji profilu szkoły, tej neoklasycznej
      formuły, która kładła nacisk na filologię i kulturę, a nie na matematykę, fizykę czy chemię. Two-
      rzyły się nawet nieformalne kółka zainteresowań. W naszym przedziale ławkowym istniał klub,
      który założyli bliźniacy, bracia Piotrowscy: Włodek i Zdzisek. Była to paczka śmieszków, inaczej
      „Geleonów” - co oznacza po grecku śmiejących się. Zdaje się, że Karol Wojtyła też był jednym
      z członków tego nieoficjalnego stowarzyszenia. Pobudzali do śmiechu przeważnie Piotrowscy,
      a po nich wierni giermkowie: Tadek Zięba, Gienek Mróz, Staszek Magiera no i ja. Klub nasz utrzy-
      mał się przez parę ładnych lat. Zdarzało się, że z powodu uśmieszków na lekcjach narażaliśmy się
      profesorom. Mnie nawet raz profesor latynista Damasiewicz wyrzucił z tego powodu za drzwi”.
      (Karol Poliwka)
               „W pewnym okresie tworzyliśmy czwórkę ławkową: Karol sie-
      dział z Bohdanowiczem, a ja tuż za ich plecami z Jasiem Wolczką. Po-
      magaliśmy sobie nawzajem, ponieważ tak Wołczko jak i Bohdanowicz
      byli doskonali w matematyce, natomiast Karol był orłem w łacinie i gre-
      ce, no a ja miałem „smykałkę” do nauki historii”. (Stanisław Jura)
               Subiektywne, jak zawsze wspomnienia, zacierające się z upły-
      wem czasu są ilustracją urzędowych zapisów w sprawozdaniach gim-
      nazjalnych i innej szkolnej dokumentacji. Oto ich wybór za rok szkolny
      33/34.
               „W roku szkolnym 1933/34 nastąpiła kolejna zmiana na sta-
      nowisku dyrektora szkoły. Franciszek Gwiżdż został przeniesiony do                      Stanisław Jura
      Gorlic, a jego miejsce zajął Jan Królikiewicz, który przyszedł z Brzeska. W szkole pojawiają
      się nowi profesorowie: Szeliski, Moroz, Sarnicki, Merta. Następuje dalszy rozwój zajęć poza-
      lekcyjnych. Opiekunem kółka dramatycznego jest profesor Bronisław Babiński. Teatr szkolny
      wspólnie z uczennicami gimnazjum żeńskiego wystawia kilka sztuk.
        29 XI - uczniowie pochodzący z Kalwarii odegrali „Warszawiankę” Wyspiańskiego.
         1 XII - odbyło się przedstawienie sztuki pt. „Wigilia Świętego Andrzeja” wespół z uczenni-
                 cami gimnazjum żeńskiego.
        17 III - urządziła młodzież z gimnazjum męskiego, wespół z gimnazjum żeńskim, przedsta-
                 wienie sztuki Fredry „Damy i huzary”.
               Wychowawcą klasy Karola Wojtyły zostaje profesor Jan Klimczyk. W rocznym spra-
      wozdaniu napisze: „na lekcjach wychowawczych omawiamy sposoby uczenia się poszcze-
      gólnych przedmiotów, środki osiągania samodzielności, doskonałości, oceniania siły wła-
      snej. Krytycznie oceniono pewne wady pojawiające się częściej w życiu szkolnym uczniów.
      Omawiano stosunek uczniów do szkoły i otoczenia poza szkołą. Prowadzono pogadanki
      o krajoznawstwie i zawiązkach sztuki naszej”.
               W dniu 1 XII 1933 roku klasa czwarta odbyła wycieczkę do fabryki płótna Czeczo-
      wiczki w Andrychowie. Natomiast w dniu 18 IV 1934, celem poznania biologii zbiorowisk
      wodnych, uczniowie wzięli udział w wycieczce naukowej w okolice dolnego biegu potoku
      Choczenka.
               W ramach zajęć szkolnego koła LOPP, Karol Wojtyła wygłosił pogadankę
      uświadamiającą na temat: „Obrona przeciwgazowa miast” (12 III 1934) w ramach za-
      jęć szkolnego Koła LOPP.
               Opiekunem koła był profesor Adolf Scheybal. Na zebraniach członkowie przechodzą
      kurs drużyn ratowniczych (...). Ćwiczenia prowadził Drozdowski Bolesław z kl. VII. Poprzedziły
      je powyższe pogadanki uświadamiające. W „tygodniu LOPP” od 3-10 VI 34 r. urządziło Koło
      poranek z następującym programem:
      1) Wiązanka pieśni (orkiestra gimn.), 2) Referat propagandowy (Balon Wł.), 3) Chór gimna-
      zjalny, 4) Deklamacja (Wojtyła K.), 5) Pokaz walki chemicznej na dziedzińcu gimnazjum.
      (Spr. 1933/34, s.18)

Strona 363

Rozdział VI - U boku ojca               361




      Pokazy sprzętu i form obrony przeciwgazowej w latach trzydziestych na wadowickim rynku. Wylot ulicy Mickiewicza.
                                        Po prawej cukiernia ze słynnymi kremówkami.
         „W czwartej klasie zaczęły się lekcje łaciny, a w piątej greki. W języku polskim, łacinie,
grece i języku niemieckim zaczął brylować nasz Lolek. Nie wiem jak on to robił, ale na wszystko
miał czas: i na modlitwę, i na naukę oraz na sport. W naszej klasie na podwórku gimnazjalnym
o podłożu drobno żwirowym graliśmy w hazenę (piłkę ręczną), podzieleni na grupy. Lolek prze-
ważnie grał w bramce. Nic też dziwnego, że kolana miał całe poobijane i pokiereszowane od
drobnych kamieni”. (Jan Kuś)
       Opiekun klasy IV (klasy „papieskiej”) Jan Klimczyk uczył języka łacińskiego i polskiego
(w sprawozdaniu widnieje również Kazimierz Zachariasiewicz, jako profesor od polskiego;
prawdopodobnie jeden zmieniał drugiego w trakcie półrocza – dop. autora). W klasie było
51 uczniów. Karol Wojtyła ukończył ten oddział z ogólnym wynikiem bardzo dobrym. Przy
ocenie z religii dopisek „ze szczególnym zamiłowaniem”. Opuścił 14 godzin lekcyjnych.




                                 Dopisek przy ocenie z religii za rok szkolny 1933-34 (kl. IV).
                     Ksiądz Zacher obok bardzo dobrego stopnia dodał: „ze szczególnym zamiłowaniem”.

Strona 364

362          Rozdział VI - U boku ojca

               Rozpoczynające się wakacje zostały wkrótce zakłócone katastrofalną powodzią, któ-
      ra dotknęła południe Polski, w tym Małopolskę Zachodnią. Jest lipiec 1934 roku. Gdy prze-
      gląda się prasę codzienną z tego okresu, wyłania się tragiczny obraz zniszczeń spowodowa-
      nych przez wezbrane po ulewach wody Skawy, Soły, Raby, Dunajca i ich dopływów górskich.
      Temat tragicznej w skutkach powodzi dominuje w prasie przez całą drugą połowę lipca.
      Niewątpliwie również mieszkańcy Wadowic z niepokojem śledzili rozwój wydarzeń. Potężne
      zniszczenia wyrządziła powódź na Podhalu, na Nowosądecczyźnie, na terenach wschodnich,
      w okolicach Gorlic, a także na ziemi wadowickiej. Tu zagrożenie wystąpiło wzdłuż Skawy - od
      Makowa, przez Skawce, Wadowice, Spytkowice i Zator. Codzienne wydania przynosiły rela-
      cje i fotografie obrazujące działania niszczycielskiej fali powodziowej. Woda zabierała domy
      i plony, zrywała drogi i tory kolejowe, podmywała i unosiła z prądem mosty, drzewa, sprzęty
      gospodarskie, zwierzęta, a nawet ludzi. Odcięła od świata niektóre miejscowości, a kontakt
      z nimi był możliwy tylko drogą lotniczą. Ogromu cierpień dopełniają utracony ludzki doby-
      tek, zniszczenia na polach uprawnych, braki wody pitnej, pożywienia dla ludzi i ocalonego
      inwentarza, zagrożenie epidemiologiczne itd. Gdy wody na terenach górskich i podgórskich
      zaczęły opadać, fala powodziowa przeniosła się w okolice Krakowa, Kielc, a później na tereny
      Polski centralnej, a nawet na Pomorze. Gazety informowały, przedstawiały relacje ocalonych,
      organizowały zbiórkę funduszy na rzecz powodzian. By przybliżyć czytelnikowi atmosferę
      klęski, która dotknęła niżej położone tereny Wadowic cytuję doniesienia prasowe odnoszą-
      ce się do Wadowic i Zatora. Wylewy Skawy i wcześniej, i później dotkliwe były dla mieszkań-
      ców pradoliny rzeki, która przez lata wielokrotnie zmieniała koryto i rozlewała się na tereny
      niżej położone: Gotowiznę, Zaskawie, okolice stacji kolejowej, ulicy 3 Maja, Legionów, Sien-
      kiewicza i dalej aż do doliny Choczenki. Mieszkańcy rynku byli bezpieczni, tyle, że z jednej
      strony otoczeni dochodzącą wodą.
              W kronice karmelitów znajduje się kilka wzmianek o powodzi.
              1934, lipiec. „Od dłuższego czasu trwały już deszcze, które jednak od czasu do czasu
      przestawały i znowu pokazywało się słońce. Jednak pogody nie było, chociaż tak bardzo po-
      trzebną była wobec rozpoczęcia żniw. Deszcze te przeszły w ulewę 16,17,18 i spowodowały
      straszną katastrofę: wylew rzek i zniszczenie całorocznej pracy rolnika. (...) Wskutek wylewu
      Skawy przerwany został tor kolejowy do Krakowa. Również w kierunku Spytkowic i Suchy
      nie było połączenia.
              Zaczęto robić w Wadowicach wodociągi. Wody dostarczy Skawa. Rezerwuar będzie
      w parku. Z parku przez aleję aż na rynek już wykopano rowy, którymi pobiegną rury. Jednak
      rur nie ułożono zaraz. Jak mówią nie dostarczyła ich w porę fabryka. Deszcze rozmoczyły
      ziemię, podmyły brzegi, wskutek czego cała praca okazała się daremną i trzeba rozpoczynać
      na nowo. Również wiele lip, które pięknie zdobiły aleję, wskutek poderwania brzegów wy-
      wróciło się. Szkody jakie wyrządziły deszcze i powodzie idą w miliony”.31
             Ilustrowany Kurier Codzienny nr 199 – piątek 20 lipca 1934
             Str. 15 - część Wadowic zalana.
             Do 2.000.000 zł strat w plonach w powiecie.
             Z Wadowic donosi (PAT): We wtorek wieczorem przerwała Skawa pod Zatorem wał
      ochronny, zalewając przedmieście Blich. Stan wody na Wiśle wzrósł do 6,40 m. w Podolszu
      ponad stan normalny.
             Natomiast Skawa opadła pod Wadowicami do 2,10 m ponad stan normalny. Wskutek
      deszczu w ciągu nocy Skawa zaczęła na nowo przybierać, osiągając pod Wadowicami o 9-tej
      rano 235 cm ponad stan. Woda zalała z powrotem niżej położone części Wadowic.
             Sytuacja nad Wisłą nie przedstawia się groźnie. Ludność z miejsc zagrożonych została
      ewakuowana. Wieczorem woda zalała w Wadowicach elektrownię, wskutek czego miasto

       31 - Czesław Gil OCD: Wadowice w zapiskach klasztornych kronikarzy. 1892-1945, Wadowice, 2002, s. 6

Strona 365

Rozdział VI - U boku ojca   363
pozbawione było światła. Po wypompowaniu wody maszyny uruchomiono. W Wadowicach
spływająca woda deszczowa poniosła żelazne rury, przygotowane do budowy wodociągów,
o kilkadziesiąt metrów, z czego można wnioskować o sile i rozmiarach wody. (...)
       Ilustrowany Kurier Codzienny nr. 201 z dnia 22 lipca 1934 roku, Niedziela
       Str. 16 - Wadowice zalane
       Donoszą nam z Wadowic, że Skawa wystąpiła z brzegów, zalewając dzielnice miasta:
Gotowiznę i Zastawie (czy powinno być Zaskawie? – dop. autora) oraz wsie Jaroszowice,
Woźniki i Witanowice. Poziom wody podniósł się raptownie, wskutek czego okazało się ko-
niecznym delożowanie mieszkańców.
       Akcja ratunkowa napotyka na wiele trudności, nie było bowiem dostatecznej ilości
sprzętu. Most na Skawie został zerwany. Ulice Legionów i Trzeciego Maja znalazły się
pod wodą, przy czym woda wdarła się do koszar 12pp. znajdujących się przy ulicy 3 Maja.
Koszary te znajdują się w odległości 1km od brzegów Skawy. Zalana została również
elektrownia. Wezbrane fale zniszczyły przedsiębrane roboty koło budowy wodociągów.
Zniszczeniu uległy wielkie ogrody Towarzystwa Ogrodniczego w Wadowicach. Komunikacja
kolejowa między Wadowicami, Suchą i Spytkowicami została przerwana. Udało się utrzymać
jedynie komunikację na Bielsko.
        Doniesienia terenowe z kraju zamieszczano w Ilustrowanym Kurierze Codzien-
nym pod nagłówkiem „Kronika myślenicka, chrzanowska, wadowicka itp.”
Tytuł strony: Z kraju od korespondentów I. K. C.
        Ilustrowany Kurier Codzienny nr. 205 z dnia 26 lipca 1934 r.
        Str. 12 Kronika wadowicka
        (IW) Bohaterskie ratowanie tonącego.
W ub. sobotę na rzece Skawie pod mostem kolejowym, gdzie normalnie woda jest bardzo
płytka, obecnie jednak wskutek powodzi utworzyła dziury i wyrwy, dochodzące do 5 metrów
głębokości, kąpiący się podchorąży 12pp. w Wadowicach, Edward Kuciel począł w pewnym
momencie tonąć. Tonącemu pospieszył na ratunek Józef Rick, lekarz stomatolog z Wadowic,
któremu po dłuższych wysiłkach udało się tonącego podciągnąć do brzegu i w ten sposób
uratować go od śmierci.




                     Gazeta donosi o zniszczeniach powodziowych w Wadowicach (1934)

Strona 366

SZLAKAMI
Jana Pawła II
   Wadowice.
Stacja kolejowa
 z otoczeniem
  fabrycznym




                          Widok od północnego wschodu na wzniesienie
                            rynkowe i górkę klasztorną. (foto. Kazimierz
                                                              Gromada)




                  Domek przy torach, w którym mieszkał kolega
                  Zbigniew Siłkowski z rodziną.




                               Stacja kolejowa w Wadowicach - ujęcie od
                                          strony pól uprawnych przy alei.

Strona 367

Od ulicy Legionów do Lwowskiej (3 Maja)
biegła obok „Druciarni” ścieżka przez tzw.
                                  „Lasek”.




 W stronę Skawy prowadziła droga obok „Papierni”, którą chodziło się nad rzekę, poniżej mostu kolejowego.




                    Za torami, naprzeciwko stacji kolejowej, w dolince usytuowane było boisko do piłki nożnej, klubu „Kolejarz”.

Strona 368

366            Rozdział VI - U boku ojca




      Przełom Skawy w okolicach Zagórza (lata osiemdziesiąte). Po lewej w zaroślach nasyp kolejowy.
              Kolejny rok nauki 1934/35 przyniósł podział licznej klasy na dwa oddziały.
      Uczniowie miejscowi chodzili do klasy „a”, a dojeżdżający z okolic do klasy „b”.
      Dochodzili nowi profesorowie, którzy w sposób istotny zapisali się w dziejach gimnazjum,
      a także poprzez wpływ jaki wywierali na uczniów. Jednym z nich był uczący geografii Jan
      Sarnicki.
              Po latach odwiedziłem mieszkającego w Białej (Bielsko -Biała)
      prof. Sarnickiego, noszącego ksywkę „Cyrul”. Było to w dekadzie lat 80,
      ubiegłego stulecia, jesienią. Profesor, emeryt, u schyłku życia mieszkał
      z siostrą, w jednorodzinnym domku. Opowiedział mi o swoim znaczo-
      nym wojennymi przejściami życiu, o latach wadowickich. Fragmenty
      wypowiedzi poniżej.
              „Pamiętam, że z Kęt dojeżdżał do gimnazjum polonista, prof.
      Babiński. Prawdopodobnie miał on duży wpływ na Karola Wojtyłę
      ucząc go polskiego, zwłaszcza, iż interesował się teatrem, bowiem żona
      profesora była artystką dramatyczną.                                                  Jan Sarnicki.
              Sam uczyłem geografii w sposób inny niż moi poprzednicy, przeważnie historycy.
      Wyżywałem się w geologii, co nie było łatwe dla słuchaczy, przywykłych do orograficznego opisu
      krajów. Często posiłkowałem się rysunkiem na tablicy. Był to wynik udziału w wykładach profe-

Strona 369

Rozdział VI - U boku ojca                   367
sora Kazimierza Kostaneckiego, w czasie moich studiów na medycynie, który zaimponował mi
właśnie stosowaniem rysunku w czasie wykładu. Miałem zresztą szerokie zainteresowania
plastyczne, malowałem dużo akwarelą i sporządziłem wiele map plastycznych Beskidów.
         Działaczem turystycznym był profesor Czesław Panczakiewicz. Urodzony w roku
1901, w wieku 18 lat wybrał się jako ochotnik pod Lwów. Po maturze pragnął studiować le-
śnictwo. Los zrządził inaczej. Spotkałem go w wadowickim gimnazjum, gdzie uczył gimnasty-
ki. Żył wtedy Beskidem, Leskowcem i schroniskiem na Jaworzynie. Schronisko ukończono, po-
święcono i otwarto tuż przed moim przybyciem do Wadowic. Panczakiewicz był jego głównym
organizatorem. W owych czasach narciarstwo opanowało Polskę. Jeździła także wadowicka
inteligencja i młodzież obojga gimnazjów. Panczakiewicz był motorem narciarskich szaleństw.
Zapewne wtedy młody Karol Wojtyła zasmakował w nartach i Beskidach”.




                                                                       Rysunek profesora Sarnickiego.

        W klasie V przybył Zbigniew Siłkowski, który repetował
i będąc o rok starszy, zetknął się z klasą „papieską” w 1934 roku. Postać
ta jest o tyle ważna, że „Posejdon”, bo taką nosił ksywkę, był znaczą-
cą jednostką i odcisnął swoje piętno na życiu klasy, jak i wpisał się
w biografię Karola Wojtyły, jako jego bliski kolega. To jego wadowic-
kie mieszkanie stanie się przystankiem dla Karola Wojtyły księdza, bi-
skupa i kardynała.
        Na razie Zbigniew Siłkowski, urodzony w Krakowie, miesz-
kał w małym domku w pobliżu stacji kolejowej w Wadowicach
i wychowywał się w kolejarskiej rodzinie. Spotykając się z Lolkiem
przy różnych okazjach, a to, gdy razem udzielali się w sporcie, a to na    Zbigniew Siłkowski
teatralnych próbach, gdy razem chodzili na narty, nad wodę – poznał też dobrze ojca swe-
go kolegi i przekazał nam chyba najpełniejsze wspomnienie o nim. Miałem przyjemność
spotkać się z p. Siłkowskim i pogłębić swoją wiedzę o rodzinie Wojtyłów.

Strona 370

368           Rozdział VI - U boku ojca




        Mieszkanie Wojtyłów przy ul. Kościelnej.

               Oto część jego wspomnień odnoszących się do porucznika.
               „Ojca Lolka poznałem już jako emeryta wojskowego. W mieszkaniu przy ulicy Kościel-
      nej 7, na piętrze, wisiał jego portret w mundurze legionowym, w maciejówce, a w albumach
      rodzinnych tkwiły fotografie w mundurze austriackim. W mieszkaniu tym widywałem ojca Woj-
      tyłę i przy kuchni, śniadania i kolacje sporządzał ojciec, obiady zaś jedli w jadłodajni po drugiej
      stronie tejże ulicy Kościelnej i przy cerowaniu skarpet syna i swoich. Widywałem go czasem,
      jak trudził się przerabianiem swoich jeszcze zupełnie przyzwoitych sort mundurowych na ubra-
      nia tzw. po domu dla syna. Rośliśmy z Karolem na potęgę i to, co dziś było dobre dla nas, za
      pół roku było i ciasne i za krótkie. Obaj przeto chodziliśmy w przerabianych ubraniach, Karol
      w wojskowych, ja w kolejarskich. Szerokiego życia towarzyskiego p. Wojtyła nie prowadził (…)
      zapamiętano go jako człowieka małomównego (…) a nawet mrukliwego. Życie ojca i syna,
      ogniskujące się w mieszkaniu (…) upływało w zrutynizowanym stylu i przy wyraźnym podziale
      ról ojca i syna. Do rzadkich elementów należały odwiedziny rodzinne, dwie starsze panie, ciot-
      ki Karola bywały w Wadowicach. (mogły to być: matka chrzestna chłopca Maria Wiadrowska
      i przyrodnia siostra ojca – Stefania; dopisek autora).
               W tym mieszkaniu wszystko zaczynało się już od samego progu. Tam, obok drzwi wej-
      ściowych, wisiał taki dziś mało znany przedmiot, fajansowy, a może nawet i porcelanowy, po-
      jemniczek na święconą wodę. Wchodząc i wychodząc do i z mieszkania, ojciec i syn znaczyli pierś
      krzyżem ręką umoczoną w wodzie święconej.”32
               Wcześniej w połowie lat osiemdziesiątych, podczas spotkania ze mną w Wadowi-
      cach, p. Zbigniew stwierdził:
               „Biedny ojciec, któremu został tylko jedynak, obawiał się o chłopca. Stracił już przecież
      jednego dorosłego syna. Chodziliśmy się kąpać w rzece Skawie. Była to nasza wspólna pasja.
      Dobrze też pływał ojciec Karola. Potrafił nawet godzinę przebywać w wodzie, w zimnej górskiej
      rzece. Nie widać było po nim ani zimna, ani zmęczenia.
               Zatroskanie w oczach czcigodnego pana Wojtyły widziałem również wtedy, gdy Karol

       32 - Zbigniew Siłkowski: Wspominać lata. W: Młodzieńcze lata Karola Wojtyły. Red: J. Kydryński: Kraków,
       1990, s. 125-144

Strona 371

Rozdział VI - U boku ojca               369
przestawał ze mną. Miałem różne sprawki na sumieniu, a co za tym idzie – nie najlepszą opinię.
Aby móc przebywać z Karolem, musiałem jakoś pana Wojtyłę do siebie przekonać. Finał był taki,
że gdy poprosiłem, żeby był mi świadkiem w sakramencie bierzmowania – zgodził się. Wiedzia-
łem, że jest już lepiej, że jestem oceniany pozytywnie. Później doczekałem się tego zaszczytu, że
pan Wojtyła mówił do mnie, gdy prosiłem, aby puścił syna na narty: - A ty idziesz? – Ja też. No
to dobrze, niech Karol idzie z tobą. Dla ludzi, z którymi nie miał jakiejś wspólnej platformy do
rozmowy, ojciec Karola mógł się wydać mrukliwy. Jeśli kogoś akceptował, a ten dorastał do jego
intelektualnych wymagań, mógł dać bardzo wiele.
         Ich mieszkanie było skromne. Wchodziło się najpierw do kuchni, prosto z sieni. W du-
żym pokoju, w szczycie, było okno po stronie wschodniej. Prócz tego dwa okna: jedno na po-
dwórze drugie na kościół. W tym pomieszczeniu było najjaśniej. Natomiast pozostały pokój
i kuchnia były właściwie ciemne. Balkon nie prowadził nigdzie, kończył się ślepo. Było tu wej-
ście tylko z sieni i tą samą drogą powrót. Z tego powodu mimo, że wiele razy byłem u Karola,
to nigdy nie znalazłem się na balkonie. Umeblowanie wnętrza bardzo skromne. Tylko to co po-
trzebne jest dwóm mężczyznom, żyjącym niemal klasztornie. Wyposażenie ograniczone tylko
do rzeczy niezbędnych. Ojciec miał kilka wojskowych rekwizytów, m.in. szablę oficerską nad
łóżkiem. Wszystkie ubrania wojskowe przerabiał dla syna. Był przecież kwalifikowanym kraw-
cem, zawodu nauczył się przed pójściem do wojska”. (Zbigniew Siłkowski)
         By pojąć relacje ojca z synem warto poznać jeszcze jeden epizod. Pan Siłowski wspo-
mina: „Przechodząc nie opodal mieszkania Karola postanowiłem wpaść na chwilę. (…) Wcho-
dzę i gromkim dzień dobry zapowiadam swoje wejście. Słyszę śmiechy, pokrzykiwania i towa-
rzyszą temu tępe odgłosy uderzenia. Przeszedłem pierwszy pokój i w momencie kiedy uchylam
jedno z dwuskrzydłowych drzwi, w to zamknięte skrzydło idzie soczysty strzał szmacianką i roz-
lega się okrzyk, jeeest! To ojciec strzelił gola w światło bramki, jaką stanowiły owe drzwi, bram-
ki, której bronił nasz reprezentacyjny bramkarz klasowego teamu, Karol. Kiedy trzeba było, ten
kochający ojciec, wówczas pan liczący ponad 50 lat, umiał także zniżyć się do pozycji partnera
zabaw syna, (…) ten drugi pokój, chwilowo zamieniony na boisko sportowe, to był salonik ro-
dziny Wojtyłów. Od śmierci p. Emilii Wojtyłowej zatracił swój charakter. Dywan zrolowany leżał
pod ścianą, mebelki (…) zsunięto (…) i nakryto narzutą (…) cały środek wolny”.33
        „Mimo, że wielu z nas chodziło z Karolem Wojtyłą od pierwszej klasy gimnazjalnej aż
do matury, to jednak gwoli ścisłości trzeba powiedzieć, że była w tej ciągłości mała przerwa.
Klasę 5 podzielono bowiem na dwa oddziały. Ja należałem do grupy dojeżdżających, popu-
larnie nazywanych „łorcykami”. Drugą część stanowili koledzy miejscowi. Trzeba dodać, że
w stosunkach koleżeńskich był to podział jedynie żartobliwy. Żyliśmy na ogół w zgodzie, mimo
że zdarzały się chwilowe antagonizmy, lecz szybko znikały, wracał spokój i wzajemna życzli-
wość”. (Teofil Bojeś)
        „Lolek był uczniem, który się wybijał na tle klasy. Przypominam go sobie, widzę go. Na
przerwie, gdy inni rozbijają się, krzyczą - on zachowuje się spokojnie. Reaguje na każdą nie-
właściwość w zachowaniu rówieśników. Był bardzo lubiany, chociaż przeciwdziałał wybrykom
współtowarzyszy. Miał wyczucie etyczne, wiedział co można, a czego nie można. Od pierwszej
klasy uczyłem go śpiewu, a potem doszedł jeszcze język niemiecki. Lolek jako bardzo zdolny,
pilny uczeń - wyróżniał się. Pamiętam odpowiedzi z „Wilhelma Tella”, z tekstem nie miał żad-
nych trudności, odpowiadał bezbłędnie. Umysł lotny, chłonny, tak, że nie sprawiał żadnych
kłopotów w odróżnieniu od innych, którzy z trudnością uczyli się języka niemieckiego”. (Józef
Titz)
        „Nie wyrywał się, że wie, że zna odpowiedź. Gdy zrobił klasówkę to nie wychodził jak inni
z triumfującą miną. Siedział do ostatka. Z tym, że jeśli chodzi o klasówki z języka polskiego, to

 33 -Zbigniew Siłkowski: Wspominać lata. W: Młodzieńcze lata Karola Wojtyły. Red: J. Kydryński: Kraków,
     1990, s. 130

Strona 372

370            Rozdział VI - U boku ojca




      Wejście do mieszkania Wojtyłów znajdowało się przy ul. Kościelnej.

Strona 373

Rozdział VI - U boku ojca          371
zawsze brakowało mu czasu. Gdy lekcja się kończyła, pisał dyspozycje zawierające to, czego nie
zdążył przelać na papier. Miał zbyt wiele do powiedzenia i w krótkim czasie nie zdążył wyczer-
pać tematu. Przeważnie zawsze pisał cztery, pięć stron więcej niż każdy z nas. Gdy zrobił zada-
nie z matematyki przed przerwą, to siedział nadal w klasie i starał się podać nam rozwiązanie.
Solidarność. Żeby szeptem na lekcji podpowiadać - to mu się nie zdarzyło, ale mimiką ust na-
prowadzał na właściwą odpowiedź. Karol nie chciał nic czynić wbrew prawu, wbrew zwyczajo-
wym normom. Inni przecież często postępowanie swoje uzależniają od sytuacji: jak go widzą to
grzeczny, jak nie widzą - robi swoje. Lecz on, czy przed kurtyną, czy poza nią, zawsze jednakowy,
uprzejmy dla profesora, tercjana, kolegi. Kolegą był i dla Żyda i dla repetenta, dla tego ze wsi
i tego z miasta. Nikt nie mógłby znaleźć niczego przeciw Lolkowi. Nie miał swojego kolegi bo
wszyscy byli jego kolegami. Klasa przecież dzieliła się na takich, którzy darzyli się sympatią i na
nie lubiących się. Lolek był pod tym względem wyjątkowy”. (Zdzisław Piotrowski)
        „Profesor Titz uczył nas w pierwszej klasie śpiewu. Potem objął jeszcze język niemiecki.
Pamiętam, kiedy profesorowi zginął sławetny notes z ocenami i uwagami. Myśleliśmy wtedy, że
cała klasa wyleci z trzaskiem z gimnazjum. Po jakimś czasie notes się znalazł. Gdzie? - w ustę-
pie. Była to niezapomniana granda w ówczesnym gimnazjum. Niektórzy ze sprawców wybryku
otrzymali odpowiednie oceny ze sprawowania, a pociągało to za sobą konsekwencje finanso-
we w postaci czesnego, które wynosiło 110 złotych rocznie”. (Stanisław Jura)
        „W naszych czasach profesorowie zapisywali stopnie w notesach. Każdy stosował spe-
cjalne znaki, żeby nikt nie mógł się zorientować, jakie ma oceny. Wyjątkiem pod tym wzglę-
dem był profesor Moroz, który uczył fizyki. W jego notesie znajdowały się zapisy w rodzaju:
arcybałwan, kretyn, idiota. Natomiast profesor Damasiewicz, mimo że uczył w kilku klasach,
nigdy nie posługiwał się kajetem, wszystkie oceny końcowe stawiał uczniom z pamięci. O dzi-
wo. Prawie zawsze były one w naszym odczuciu trafne i sprawiedliwe”. (Marian Bieniasz)
        „Profesor Damasiewicz uczył łaciny. Już pierwsze spotkanie z nim było przeżyciem. Pa-
miętam, gdy podszedł do Teofila Bojesia i zapytał go o nazwisko. – Co, boisz się? No nie bój się
chłopie - Damasiewicz na to, gdyż kolega przedstawił się niezbyt śmiało. Tłumaczenie trudniej-
szych fragmentów z łaciny zawsze kończyło nazwisko Wojtyły. A wyglądało to tak, że profesor
płynnie czytał nazwiska od A i kończył: - no, to odpowie teraz... Wojtyła”. (Stanisław Jura)
          „Profesorem przed którym czuliśmy szczególny respekt był Zygmunt Damasie-
wicz. Na jego lekcji panowała idealna cisza, klasa była jakby sparaliżowana, nikt nie odważył
się na jakikolwiek żart. Uczył nas łaciny ale poprzez łacinę uczył nas również języka polskiego.
Bywało, że przez całą godzinę wałkował na różne sposoby jedno zdanie, podając wielorakie
warianty przedstawienia zawartej w nim myśli, poprawnie w języku polskim. Profesor Dama-
siewicz potrafił być przykry dla uczniów mało pracowitych, a nawet złośliwy, gdy w wyrafino-
wany sposób ośmieszał ich małą wiedzę w klasie”. (Antoni Bohdanowicz)
          „Zdarzało się, że na lekcjach Damasiewicza każdy z nas trzykrotnie łapał dwóję, oczywi-
ście z wyjątkiem Lolka. Profesor miał przezwisko Damazy. Sam dowcipkował z tego przydomka.
Opowiadał kiedyś zdarzenie, jak to jednemu z młodszych uczniów zlecił przekazanie informacji.
Dla upewnienia pyta sztubaka: - co masz przekazać? Ten bezbłędnie powtórzył. - a od kogo masz
przekazać wiadomość? - od pana profesora Damazego - wypalił uczeń”. (Eugeniusz Mróz)
          „Damazy chcąc wpisać coś do katalogu, zwracał się do klasy: - proszę podać mi olówek.
Trzeba dodać, że zamiast „ł” wymawiał „l” a przy tym kładł akcent na ostatnią sylabę, przy wy-
woływaniu nazwisk słychać było zawsze same końcówki.
          Z ołówkiem podbiegł ktoś z pierwszej ławki – nie, śmierdzących olówków nie biorę do
ręki, od zakatarzonych nie biorę! Od Motlocha nic nie biorę! Śmierdzi tytoniem ten olówek. Pro-
szę ... tyla! I rozgadywał się na temat na przykład palenia. W tym momencie nasza paczka Ge-
leonów miała okazję do rozweselania klasy. Gdy więc my rozśmieszaliśmy kolegów, Damazy
grzmiał: - co to znaczy? Czy sery tu macie, że trzęsiecie tymi makówkami, malymi, glupimi?
Trzęsie tą malą glówką jak makówką pustą, nic w tym nie ma, nawet opium drobnego. Coś

Strona 374

372            Rozdział VI - U boku ojca




      Grono profesorskie w wadowickim gimnazjum w II połowie lat trzydziestych. Stoją od lewej: Mirosław Moroz, Czesław Panczakiewicz,
             Kazimierz Foryś, Jan Klimczyk, Tadeusz Szeliski, Józef Titz. Siedzą od lewej: Zygmunt Damasiewicz, ks. Edaward Zacher,
                                         dyrektor Jan Królikiewicz, Zbigniew Czaderski, Jan Gebhardt.
      strasznego. Nawet ten ... tyla się śmieje”. (Włodzimierz Piotrowski)
              „Raz, gdy mnie Damazy pytał z tekstów Owidiusza, wziął do ręki moją książkę. Stru-
      chlałem, gdyż przedstawiony w książce Sokrates miał przeze mnie wyłupione oczy, dorysowa-
      ną czapkę na głowie i fajkę w zębach. Taka profanacja Sokratesa doprowadziła profesora do
      wściekłości. Dostałem dwóję i miałem cały rok spokój. Nie pytał mnie już do końca”. (Józef Mi-
      choń)
              „Profesor Damasiewicz zdejmował płaszcz jakby jakąś togę rzymską. Gdy wchodził do
      klasy, zarzucał palto na wieszak czyli zwykłą deskę z haczykami. Klasowi kawalerze, bracia
      Czupryńscy, przygotowali wieszak tak, że lekkie dotknięcie groziło upadkiem. Gdy swoim zwy-
      czajem profesor zawiesił zamaszyście płaszcz, wszystko spadło mu na łysinę. Heca była niesa-
      mowita. Damazy momentalnie wskazał na Czupryńskiego i kazał mu wyjść za drzwi. Taki był
      doskonały - nie tylko łacinnik, także psycholog”. (Stanisław Jura)
              „Na lekcjach łaciny klasa często była bezradna w odpowiedziach. Ostatnią deskę ratun-
      ku dla naszego honoru stanowił Karol, który prawie zawsze znał prawidłową odpowiedź”. (Sta-
      nisław Żmuda)
              „Od klasy piątej uczyliśmy się równolegle łaciny i greki. Pewnego razu profesor Dama-
      siewicz wyrwał mnie do odpowiedzi. Chodziło o odmianę słówka fero – niosę. W roztargnie-
      niu odmieniłem zamiast po łacinie, po grecku. Profesor skwitował błąd stwierdzeniem: - co za
      zawzięty Hellen z tego Siłkowskiego. Ale z tematu, który mu mimo woli podsunąłem, nie zre-
      zygnował. Zaczął mnie tą greką nękać. Po chwili byłem bezradny. - kto wie? - spytał profesor.
      Nikt nie podniósł ręki. Doskonały pedagog orientował się jednak, kto mógł i powinien wiedzieć
      – Wojtyła, Ty także nie wiesz? Naturalnie, dłużej Karol już milczeć nie mógł. Wyrecytował co
      trzeba”. (Zbigniew Siłkowski)
              „Profesor wywołał kilku uczniów po kolei, a kończąc wykrzykiwał: - Wojtyla!”. (Stanisław
      Niziołek)
             „Niezwykłej dobroci był profesor Heriadin. To był człowiek, o którym się mówiło, że mu-
      chy by nie skrzywdził. Równocześnie miał ogromną wiedzę, właściwie mógłby być profesorem

Strona 375

Rozdział VI - U boku ojca                 373
uniwersyteckim, był bowiem typowym naukowcem. Ponieważ był bardzo dobrym człowiekiem,
a nie wszyscy uczniowie to właściwie rozumieli, więc niejednokrotnie nadużywali jego dobroci.
Profesor nie był żonaty, mieszkał razem z siostrą, która wyszła za pułkownika atamana Petlury-
-Barabasza. Człowiek ten był ujmujący i sympatyczny, wysoki, wysportowany (świetny tenisi-
sta). Zetknąłem się z nim bliżej w czasie wojny, bo razem dojeżdżaliśmy, pracując w Andrycho-
wie. Niestety, po wkroczeniu sowietów, ślad po nim zaginął”. (Antoni Bohdanowicz)
        „Jan Klimczyk to jeden z grona naszych profesorów. Według mnie charakterystycznym
rysem jego osobowości była trzeźwość jego chłopskiej natury. Interesował się sztuką. Groma-
dził obrazy i rzeźby znając, jak mi się wydaje, ich wartość pieniężną. Trzeba przy tym dodać, że
świetnie znał swój przedmiot. Miał też znakomitą pamięć. O młodszych kolegach nie można już
tego powiedzieć. Mieli swoje zalety lecz nie dorównywali tym starym. Wśród tych młodszych,
niewątpliwie indywidualnością był Jan Sarnicki, któremu młodzież nadała przezwisko Cyrul”.
(Józef Titz)
         „Największy wpływ wywarł na mnie profesor Klimczyk. Uczył nas języka polskiego
i łaciny, a ponadto był naszym wychowawcą w klasie czwartej. Nauczyciel wyjątkowo wyma-
gający, nazywaliśmy go „Maszynistą”. W czasie wycieczek potrafił się zachowywać jak starszy
kolega. Szedł na przykład z nami pieszo z Wadowic do Zatora (nie wszyscy mieli pieniądze na
przejazd), posyłał po papierosy do sklepu, pozwalał na figle, które normalnie w klasie spotyka-
łyby się z ostrą reprymendą. Usiłował nawet kopać z nami piłkę. Odznaczał się głęboką wiedzę
o zabytkach i dziełach sztuki, i starał się nam zaszczepić te zainteresowania. Wpajał nam mi-
łość do rodzimej kultury i tradycji. Zachwycał się na przykład architekturą zabytkowego dworku
w Graboszycach, omawiał ze znawstwem poszczególne detale budowli. Niestety, niewielkie
były efekty, bo myśmy woleli grać w piłkę lub patrzeć na samoloty, czego profesor zgoła nie poj-
mował. Prowadził ponadto bibliotekę szkolną dla uczniów. Charakterystyczne, że kiedy inni pe-
dagodzy gorszyli się, gdyśmy czytali na przykład książki Karola Maya czy Aleksandra Dumasa,
to on śmiał się i mówił: czytajcie wszystko, kiedyś wam się przyda. Oryginalny był też w swoim
postępowaniu wychowawczym. Jeżeli któregoś z uczniów złapał na wagarach, wyciągał kon-
sekwencje tylko wtedy, gdy był to uczeń z jego klasy, o innych nigdy nie donosił dyrekcji. Uważał,




                                                         Notes profesora Klimczyka z nazwiskiem Wojtyły.

Strona 376

SZLAKAMI
        Jana Pawła II
     Najbliższe sercu
      Góry Zasolskie.
   Kiczera, Żar, Porąbka.




      „Zapuszczaliśmy się w rejon
      Kęt i Andrychowa”.
                   (Eugeniusz Mróz)


                                      Spod szczytu Kiczery spojrzenie
                                      w stronę Trzonki i Złotej Górki.




                                        Dawne szybowisko na Żarze
                                        zamieniono na zbiornik
                                        elektrowni. Nad nim Grupa
                                        Magurki i Czupla. Po lewej w
                                        głębi Skrzyczne.




Tak wyglądał Żar w II połowie
           lat trzydziestych.

Strona 377

Szybowce przyciągały turystów na Żar, który ponadto słynie z pięknych dookolnych widoków.




                         Widok z Żaru w stronę Groniczek, Hrobaczej Łąki i Bujakowskiej Góry.




                               Zapora w Porąbce była ciekawostką II połowy lat trzydziestych.

Strona 378

376          Rozdział VI - U boku ojca

      że to nie jego sprawa”. (Marian Bieniasz)
              „Ponieważ nie wszyscy mieli pieniądze na pociąg, część kolegów zrezygnowała z wy-
      cieczki do Zatora. Karol wtedy zaproponował, żeby wszyscy pojechali w jedną stronę pocią-
      giem, a z powrotem wrócili pieszo. Pomysł zaakceptował profesor Klimczyk. W Zatorze zwie-
      dziliśmy zabytkowy kościół. Lolek interesował się zabytkami, nas pociągały bardziej: Skawa,
      ryby i wiklina. Wracając, zatrzymaliśmy się we dworze w Graboszycach. Na podwórku ślepy
      mężczyzna układał drzewo. Poznał, że jesteśmy zdrożeni i po chwili poczęstował nas kwaśnym
      mlekiem i chlebem. Każdy mógł zjeść ile chciał. Takie momenty się pamięta”. (Zdzisław Pio-
      trowski)
               „Prawie każdy z profesorów miał swój przydomek: Gebhardt –
      Gebcio, Panczakiewicz – Pacuś, Klimczyk – Maszynista, Sarnicki – Cyrul,
      Czaderski – Prawda, Szeliski – Krupa, profesor Szeliski miał też drugie prze-
      zwisko – Kowboj”. (Eugeniusz Mróz)
               „Kowboj stąd, że mówił do uczniów - ty kowboju, a poza tym
      nosił kapelusz z szerokim rondem. Pewnego majowego dnia nie chcia-
      ło się iść po gimnastyce na grekę. Z „Sokoła” wracaliśmy do szkoły. Ktoś
      z „repetenciaków” powiedział: - nie spieszyć się, idziemy wolno, kto pój-
      dzie szybko, dostanie „kopa” na wstrzymanie. Wcześniej mogą lecieć tyl-
      ko pegazy - ktoś dodał. Jednego z kolegów, chyba Wąchala, przynieśli-             Zdzisław Piotrowski
      śmy w kocu do klasy, niby poturbowanego w czasie gry w piłkę. Krupa, gdy to zobaczył, mówi:
      - co się w końcu stało? – nieszczęście. - po co go tutaj wnosicie? Nieście go wprost do szpitala!
      - ale panie psorze, musimy go nieść wszyscy, bo jest ciężki. – dobrze, rozumiem, zwalniam was
      wszystkich, dzisiaj greki nie będzie.
              Najpierw gimnastyki uczył nas profesor Hanusiak, a później Czesław Panczakiewicz, na-
      zywany przez nas Pacusiem. - Nie masz mesztów? Dwója! Lolek należał do tych, którzy zawsze
      mieli meszty i kostium. W piłkę nożną nie wolno było grać, bo podobno nogi się zrywały więc
      grało się w hazenę, bo ręce się nie zrywają”. (Włodzimierz Piotrowski)
              „Ćwiczenia cielesne mieliśmy w sali „Sokoła”. Profesor Panczakiewicz prowadził zajęcia
      w sposób przyjemny i pedagogiczny. Dlatego nie było w klasie ucznia, który by się nie zaintere-
      sował sportem i gimnastyką. Moja specjalność to ćwiczenia na kółkach i na linie”. (Stanisław
      Żmuda)
              „Profesor Panczakiewicz kochał swój zawód, opiekował się wieloma organizacjami roz-
      wijającymi tężyznę fizyczną i sprawność; szkoleniem wojskowym i kursami narciarskimi, nawet
      kółkiem fotograficznym. Doszło w związku z tym do nawiązania kontaktu z daleką Japonią.
      Myśmy bowiem na gimnastyce wykonywali ćwiczenia, fotograficy robili zdjęcia. Wędrowały
      one potem do Japonii, chyba na jakiś konkurs, albo na wymianę z którymś z tamtejszych gim-
      nazjów”. (Stanisław Jura)
              „Mimo ostrych rygorów w ówczesnym gimnazjum, zdarzały się również wagary. Pamię-
      tam, że w klasie szóstej, wiosną, podczas pięknej pogody, przez cały tydzień nie chodziłem do
      szkoły tylko nad Skawę. Na gimnastyce prof Panczakiewicz zapytał: - gdzie się tak opaliłeś? Cho-
      dzę na lampy kwarcowe – odpowiedziałem. O dziwo, profesor uwierzył i nie pytał więcej”. (Ma-
      rian Bieniasz)
              „Profesorem, który „zaraził” nas bakcylem turystyki był Czesław Panczakiewicz.
      Zawsze uśmiechnięty, pełen energii, dbał o nasze zdrowie fizyczne. Jemu to zawdzięczamy mi-
      łość do gór, ukochanego przezeń Beskidu Małego”. (Antoni Bohdanowicz)
              Widać wyraźnie, że uczniowie niektórych profesorów się bali, innym skłonni byli ro-
      bić kawały. Jednym z tych był profesor Szeliski. Oto jak został zapamiętany.
              „Na grece mówił często: - czemu się nie uczycie, przecież już bije trzeci dzwonek, a wy nic
      nie umiecie.” (Józef Michoń)
              „Szeliskiemu też zrobiliśmy kawał, spuszczając mu na głowę ramię stojaka na mapy. No-
      sił później watę na głowie, chyba przez tydzień. Myśmy się trochę z tego śmiali ale Lolek współ-

Strona 379

Rozdział VI - U boku ojca            377
czuł profesorowi – szczęście, żeście go panowie nie zabili – mówił”. (Włodzimierz Piotrowski)
         „Ustawiliśmy dla kawału dwa stojaki na mapy koło katedry. Aby przejść, trzeba je było
przesunąć. Profesor Szeliski, człowiek impulsywny, żywotny, gdy to zobaczył zdenerwował się: -
co mi tu stawiasz taką szubienicę? Po czym energicznie złapał jeden ze stojaków. Ciężkie żelazo
uderzyło go w głowę. Miał biedaczysko łysinę, musiał boleśnie odczuć uderzenie. Zdenerwował
się, mieliśmy nawet wyrzuty sumienia z powodu draki. On jednak długo wydarzenia nie pamię-
tał. Za parę dni znów był tym samym wspaniałym i kochanym Kowbojem”. (Teofil Bojeś)
         „Humorystycznym momentem na lekcji greki był następujący epizod. Nazywano mnie
w gimnazjum Bicepsem, ponieważ zwyciężałem z kolegami w łamaniu na ręce. Była to wów-
czas nasza ulubiona rozrywka. Mało kto potrafił mnie pokonać, stąd przezwisko. Właśnie na
lekcji profesora Szeliskiego nie umiałem odpowiedzieć na zadane pytanie. Wyciągnąłem rękę,
oparłam łokieć na ławce, napiąłem mięśnie. Przyjąłem pozycję, jakbym chciał w tej dyscyplinie
zmierzyć się z nauczycielem. Gdy to zobaczył, szybko powiedział: - siadaj Biceps, siadaj. Nie mę-
czył mnie już więcej pytaniami”. (Stanisław Żmuda)
         „Później języka greckiego w miejsce Szeliskiego zaczął nas uczyć profesor Czaderski.
Drapał się po czole: - czy uczeń wie co to znaczy titusi? A, tithemi? A, etheka? A, bibliotheka?
A, hipotheka? No, uczeń mało inteligentny. Niestety, muszę uczniowi dać dwóję. A apteka po-
chodzi od jakiego słowa? No, nic pan nie wie! Proszę Wojtyła!” (Włodzimierz Piotrowski)
         „Chłodnym intelektualnie, bardzo wymagającym typem nauczyciela, dzisiaj już właści-
wie niespotykanym, był profesor Gebhardt uczący geografii i historii. Załamałem się kiedyś przy
odpowiedzi na temat lokalizacji Półwyspu Arabskiego. Odbudowa dobrej marki trwała długo”.
(Karol Poliwka)
         „Profesor Gebhardt miał taki zwyczaj, że gdy chciał zapytać
o coś trudnego to wodził oczami po klasie. Dygotaliśmy ze strachu, stara-
liśmy się skurczyć i schować za plecami kolegów. To uczucie z pewnością
nie omijało również Karola. Tymczasem profesor wywoływał do odpo-
wiedzi tego, który najbardziej się chował. Gdy się na tym poznaliśmy już
nie ukrywaliśmy głów, tylko bezczelnie demonstrowaliśmy swoją obec-
ność”. (Józef Michoń)
         „Profesor Gebhardt, którego nazywaliśmy Gebcio, był nieprze-
ciętnym znawcą historii. Przy tym bardzo dżentelmeński. Jeśli zdarzyło           Józef Michoń, kolega gim-
się, że spotkał któregoś z uczniów z panną na ulicy, pierwszy szarmancko nazjalny, jeden z dojeżdżają-
się kłaniał. Unikaliśmy jednak takich sytuacji, bo potem profesor wyjątkowo ucznia  cych, osiadły w Suchej.
                                                                                           maglował”.
(Eugeniusz Mróz)
         „Wiadomo było wszystkim, że po takim spotkaniu, na drugi dzień zalotnik będzie nie
tylko pytany ale dostanie mnóstwo dodatkowych zajęć i to nie na jeden dzień czy tydzień, ale
na cały rok. Przydarzyło się tak właśnie mnie. Musiałem brać dodatkowe wypisy historyczne,
wciąż referować zadane teksty”. (Stanisław Żmuda)
         Wielkim szacunkiem cieszył się także profesor Jan Gebhardt, należący do tzw. starej ge-
neracji, zaczął bowiem nauczanie w gimnazjum wadowickim w 1907 r. Pamiętam incydent jaki
zdarzył się w czasie jednej z lekcji historii. Prof. Gebhardt, szukając oczami ucznia, którego miał
zamiar przepytać, mówił tak: „o wojnie 30-letniej opowie mi, opowie mi.... Pomezański”. Na to
wstaje Pomezański, nieprzygotowany do odpowiedzi i mówi tak: „wojna 30-letnia była wielką
wojną, ale większą wojną w sensie strat była I wojna światowa...” Po czym zaczął mówić o tej
wojnie, bo akurat był zorientowany. Na to profesor Gebhardt wypowiedział swoje słynne zda-
nie, wypowiadane dość często: „a siadajże sobie, oślino!”. (Antoni Bohdanowicz)
        Klasa Va, do której chodził Karol Wojtyła liczyła 29 uczniów zamieszkałych w Wadowi-
cach, a jej wychowawcą był Bronisław Babiński. Oddział „b” – to też 29 uczniów dojeżdżają-
cych, z opiekunem Józefem Titzem.
        Wybieram najciekawsze zapisy ze szkolnej dokumentacji za rok szkolny 1934/35.
        W dniach 19 IX – 21 IX - dwie klasy były na Babiej Górze. Ze wspomnień, które cytuję

Strona 380

378             Rozdział VI - U boku ojca




      Babia Góra - widok z Małej Babiej (z Cylu)
      poniżej wynika, że na szczyt wybrał się z uczniami profesor Szeliski.
               „Wycieczka kosztowała, więc nie wszyscy byli. Zaplanowano ją na dwa dni z noclegiem
      w schronisku i oglądaniem wschodu słońca. Podchodzimy pod Babią, ja tuż obok profesora
      Szeliskiego, Krupy. Wtem dochodzi do nas jakiś głos z tyłu: - jemu włosy wyrosną na dłoni, jeśli
      ja przejdę,? - co to znaczy? - pyta profesor. Na to ja mu odpowiadam: -pan profesor powiedział,
      że panu włosy wyrosną na dłoni, jeśli ten uczeń uzyska promocję do następnej klasy - a on tu
      idzie z nami? – tak – kto to jest? Mówię nazwisko - rzeczywiście tak się wyraziłem? Z tyłu do-
      biega nas głos: - jemu i tak włosy nie wyrosną, bo on przez ten Diablak nie przejdzie! – Włodek!
      O czym on mówi? - że tam jest jakieś utrudnione przejście, panie psorze. Wtedy Krupa bojaźli-
      wie: - słuchaj organizujemy się. Bierz Lolka, Zdziska, weź silnych, Żmudę, Mogielnickiego i rób-
      cie ochronę, żeby nie doszło do czego! Mówię: - spokojna głowa, panie psorze, ale kątem oka
      dostrzegam, że z tyłu, za nami są same dryblasy, repetenci, rocznik 17, 18. Po chwili doszliśmy
      do tej skalnej półeczki - nie przejdę - powiada Krupa. Wiązaliśmy koszule aby profesor mógł
      spokojnie, z asekuracją pokonać przeszkodę – pilnujcie Włodek, żeby nie było tego i tamtego,
      bo oni mnie zepchną, i rzeczywiście nie wyrosną mi włosy na dłoni. Jakoś przeszedł.
               Wdrapaliśmy się w końcu na Diablak, jego grzbietem biegnie granica. Niektórzy żarto-
      wali przeskakując z jednej strony na drugą stronę; w Polsce, w Czechach, w Polsce, w Czechach.
      Krupa tę zabawę podchwycił, ale po chwili dowcipnisie zaczęli go wprowadzać w błąd. Doszło
      do tego, że się pogubił i nie wiedział gdzie jest. Wiara zaczęła się śmiać”. (Włodzimierz Pio-
      trowski)
               „Na wycieczkę w góry, konkretnie na Babią, wybrał się w kapeluszu i w eleganckim gar-
      niturze z krawatem. Podczas podchodzenia na szczyt zdjął kapelusz i marynarkę, zrobił węzełek
      i niósł na kiju. Wszyscy się śmiali bo widok był komiczny, a humory jak zwykle dopisywały”. (Jó-
      zef Michoń)
             Związek Młodzieży Chrześcijańskiej – Polska YMCA działający w okresie międzywo-
      jennym przywiązywał dużą wagę do wyrabiania w kręgach swoich członków tężyzny fizycz-
      nej, poczucia społeczno-obywatelskiego, rozwoju kulturalnego, obowiązkowości i samo-
      kształcenia.
             Prężnie działająca Sekcja Narciarska krakowskiej YMCA zorganizowała w lu-
      tym 1935 roku rajd zimowy (III Narciarska Wędrówka Gwiaździsta) z zakończeniem

Strona 381

Rozdział VI - U boku ojca       379
w Rabce.
         Do udziału w wędrówce szlakami Beskidu Wysokiego zgłosiła się m.in. druży-
na z klubu sportowego Beskid Andrychów. Kierownikiem czteroosobowej grupy był
Kazimierz Fryś, syn andrychowskiego piekarza, radnego i niegdysiejszego burmistrza. Ka-
zimierz Fryś, absolwent wadowickiego gimnazjum, pracownik zakładów włókienniczych
braci Czeczowiczka, był aktywnym sportowcem i zapalonym górskim turystą. Udzielał się
jako znakarz szlaków w rejonie Andrychowa. Wytyczał nowe drogi beskidzkie na Jawornicę,
Potrójną i Gancarz, a ponadto zdobył uprawnienia przodownika i instruktora narciarskiego.
         W składzie zespołu rajdowego byli też – jego siostra Janina Fryś, Władysław Olejczyk,
specjalista w dziedzinie włókiennictwa i najmłodsza z całej czwórki Helena Banachowska,
córka adwokata z Wadowic.
         Uczestnicy narciarskiej wędrówki wytyczyli sobie ambitną i wymagającą trasę be-
skidzką. Z Milówki przez Halę Boraczą i Lipowską, na Halę Miziową pod Pilskiem, a dalej
w stronę babiogórskiego masywu przez Głuchaczki, Przełęcz Jałowiecką, Cyl, Bronę – na Dia-
blak, do podszczytowego schroniska na Babiej.
         Po pierwszym dniu przenocowali na Hali Miziowej, by z rana wyruszyć dalej. Gdy póź-
nym popołudniem zatrzymali się w słowackiej gajowni (przemieszczając się udostępnionym
przed wojną słowackim skrótem między Głuchaczkami a Przełęczą Jałowiecką byli już zmę-
czeni i przemoczeni. Zapadały ciemności, a mimo to zdecydowano się ruszyć dalej zgodnie
z nakreślonym planem.
         Doświadczony przewodnik narciarski Kazimierz Fryś był ufny w swoje siły licząc na
kondycję i młodość sprawdzonego zespołu. Znał przebieg trasy i przewidywał, że przed
nocą dotrą do wyznaczonego celu. Pojawiły się jednak nowe okoliczności w okolicy Kościół-
ków, grzbietu prowadzącego pod Diablak. Jednej z dziewcząt zepsuło się wiązanie u nart,
a na dodatek złego wzmogła się wichura i śnieżyca. Kobiety zdjęły narty i kontynuowały
wspinaczkę na wierzchołek pieszo.
         Wyczerpani dotarli prawdopodobnie około dziewiątej wieczór na szczyt, przez
który przewalał się huragan i nieprzenikniona śnieżna zadymka. Krańcowo wykończeni roz-
dzielili się schodząc na południową stronę masywu niby tyralierką, licząc, że któreś z nich
dojrzy mury schroniska i zwoła innych.
         Narty miał u nóg tylko Olejczyk, bo wcześniej Fryś zostawił swoje deski na szczycie.
Spróbujmy wczuć się w sytuację grupy, precyzując okoliczności wydarzeń i snując domysły.
Z końcem lat siedemdziesiątych XX wieku wybrałem się w pogodny dzień na szczyt Babiej
by odszukać ruiny podszczytowego schroniska. Byłem w tym miejscu pierwszy raz i wiedzia-
łem jedynie, że budynek jest po stronie południowej.
         Patrząc z Diablaka w tamtą stronę nie dało się dostrzec żadnej budowli, czy cho-
ciaż fundamentów. Halna, łagodna przestrzeń nie odkrywała niczego. Szedłem więc prosto
w dół przez kilkaset metrów do przodu. Byłem zdeterminowany, wierząc, że jakiś ślad ruin
musiał pozostać. Towarzyszyły mi dodatkowe emocje, bo byłem w tym miejscu sam, w od-
osobnieniu – a czasy były trudne, schyłek komuny, bliskość granicy i świadomość, że kiedyś
w tym miejscu młodzi, małoojczyźniani ludzie toczyli walkę o przetrwanie. Naraz za garbem,
stanowiącym uskok terenowy, czego się nie spodziewałem widząc tylko zieloną halę, spo-
strzegłem resztki dawnego schroniska.
         Było widoczne dopiero po zbliżeniu się do tego fałdu terenowego, w zagłębieniu
zasłoniętym od strony szczytu. Z rozrzewnieniem obejrzałem resztki murów i otoczenia, po
czym wyobraziłem sobie jak tu mogło być pewnej zimowej nocy, wśród szalejącego huraga-
nu i zamieci śnieżnej. Raz w życiu przeżyłem w letnich warunkach burzę na Babiej dlatego
wiem, że w obliczu żywiołu, ciemności, ryku wiatru – człowiek traci orientację, przestając
racjonalnie myśleć, kierując się intuicją podszytą strachem, a w ich przypadku dochodziło
jeszcze śmiertelne wycieńczenie.
         Ostatecznie cała grupa andrychowskich i wadowickich narciarzy poniosła śmierć.
Schodzili do schroniska, byli w jego pobliżu ale nie dostrzegli ratunku w ciemnościach.

Strona 382

380   Rozdział VI - U boku ojca

                          TRAGEDIA NA BABIEJ GÓRZE

Strona 383

Rozdział VI - U boku ojca                      381




   Schronisko Beskidenverein pod szczytem Babiej Góry.
Zdjęcie dolne z połowy lat trzydziestych XX w. Zdjęcie górne
  z krzyżem upamiętniającym tragedię (ok. 1938-1939).

Strona 384

382           Rozdział VI - U boku ojca




        Ruiny schroniska Beskidenverein na Babiej Górze (stan w latach osiemdziesiątych)
      Obiekt był zamknięty, z zasłoniętymi okiennicami, bez żadnego światła. Kobiety zginęły
      w odległości stu metrów, od strony wschodniej, Olejczyk z nartami był jeszcze bliżej, może
      widział mury, ale nie był w stanie się do nich zbliżyć. Kierownik grupy został znaleziony dużo
      niżej w lesie, w okresie letnim dopiero, stąd wniosek, że mimo busoli i doświadczenia nie
      kontrolował sytuacji. Tak się dzieje, gdy jesteśmy zewsząd otoczeni nieprzeniknioną, śnieżną
      zasłoną. Wtedy mylą się kierunki i odległości, wyciągamy błędne wnioski, podejmujemy de-
      cyzje dyktowane domysłami, a nie racjonalnymi przesłankami.
             Przewodnika narciarskiego, kierownika wyprawy, tylko tak można tłumaczyć. Chciał
      z pewnością za wszelką cenę ratować zespół, miał najwięcej siły, jednak brak dobrego kie-
      runku poszukiwań schroniska, przekreślił wszystko. Rozróżniał tylko kierunki: góra dół, gdy
      potrzebne były przesunięcia w prawo i w lewo.
             Wadowice były w szoku i rozpaczy. Młode, zapalone środowisko narciarskie, rozdy-
      skutowane, oczekiwało dalszych wieści spod Babiej. Napływały z kolejnymi wydaniami Ilu-
      strowanego Kuriera Codziennego, nie wyjaśniając zagadki tragedii. W grupie entuzjastów
      narciarstwa był również niespełna piętnastoletni Karol Wojtyła, który był z klasą parę miesię-
      cy temu na Diablaku. Na wierzchołku Babiej Góry. A może nawet zajrzeli z wszędobylskimi
      kolegami do schroniska Beskidenverein, które teraz stało się mogiłą kilku młodych istnień.
             Gazeta opublikowała zdjęcia czwórki narciarzy z ich krótkimi personaliami,
      a po kilku dniach napisała o pogrzebie ofiar, który odbył się w Andrychowie i w Wa-
      dowicach. W kręgach koleżeńskich i towarzyskich długo jeszcze wspominano młodą,
      odważną, wysportowaną dziewczynę, o jasnych włosach, jedną z tych, która zostawiła
      swe życie w górach, które w zamian przywiały pustkę i pokazały swój majestat. Karol
      miał na żałość i ból sposób, to była modlitwa za odeszłą, w świątyni, przy kapliczce lub
      na łonie przyrody.
              8 października 1935 roku, zorganizowano dla klasy Va wycieczkę naukowo kra-
      joznawczą do Katowic. Opiekun grupy prof. Jan Sarnicki opisuje epizod jaki miał miejsce
      w czasie tego wyjazdu.
              „Utkwił mi jeden szczegół związany z wybitnym uczniem, Karolem Wojtyłą. Mieliśmy
      wycieczkę gimnazjum do Katowic. Jechaliśmy specjalnym pociągiem na objazdową wystawę
      Ligi Obrony Powietrznej Państwa. Przy sposobności zwiedzaliśmy i Katowice. Znużeni odpoczy-
      waliśmy w jakimś zaułku. W pewnym momencie przybiega do mnie dwóch uczniów: - panie

Strona 385

Rozdział VI - U boku ojca                      383
psorze, panie psorze! Tam, o tam... Wojtyła klęczy i modli się. Myślałem wtedy, że to jest przekora
chłopca, który nic sobie nie robił z konwenansów, tylko jak przyszło południe, odmawiał modli-
twę na Anioł Pański. Dziś inaczej o tym myślę. Jeżeli przekora to „beatum scaelus” przyszłego
Ojca Świętego”. (Jan Sarnicki)
        „Z czasów szkolnych pochodzi przyzwyczajenie Karola Wojtyły do odmawiania modli-
twy na Anioł Pański. Dzwon kościelny przypominał czas modlitw – rano, w południe i wieczór.
Anioł Pański Karol odmawiał w każdej sytuacji: na wycieczce, w czasie zajęć, jako kapłan i bi-
skup, a nawet w szkole”. (Zbigniew Siłkowski)
        Dla lepszego zrozumienia małe wyjaśnienie.
        „Beatum scaelus” - błogosławiona wina. Profesor Sarnicki posłużył się cytatem
z tytułu książki Zofii Kossak: „Błogosławiona wina”. Autorka opisuje autentyczne wydarzenie
- porwanie z Rzymu cudownego wizerunku Matki Boskiej przez księcia Mikołaja Sapiechę,
pana na Kodniu. Po latach obraz Matki Boskiej Kodeńskiej znajduje się na ziemiach polskich.
Burza jaką rozpętał niecny uczynek, pościgi, klątwy - wszystko ucichło. Stąd określenie „bło-
gosławiona wina”.34
        Sprawozdanie gimnazjalne zawiera
krótką notatkę o działalności Sodalicji Ma-
riańskiej, której aktywnym członkiem był póź-
niejszy papież. Formy jej pracy to: nabożeństwa
co miesiąc, comiesięczne zebrania, obchody
uroczystości państwowych i religijnych, samo-
pomoc uczniowska na przybory szkolne i ubra-
nia, wypożyczalnia książek.
        „Sodalicja Mariańska była organizacją
szkolną. Opiekunem był ksiądz Zacher. Organiza-
cja składała się z około 30 uczniów. Należący do
niej nosili swoje odznaczenia i byli szczególnymi
czcicielami Matki Boskiej. Chodziło tu o wyrobie-
nie katolickiego światopoglądu ze szczególnym
uwzględnieniem roli Matki Boskiej. Na zebraniach
wygłaszano pogadanki i odczyty. Zdarzało się, że
na takie pogadanki przyjeżdżali profesorowie na-
wet z Krakowa. Oprócz udziału w nabożeństwach,
w świętach państwowych i religijnych, czuliśmy
się zobowiązani do częstych spowiedzi i komunii
świętej. Sodalicja stawiała sobie za cel również
pomoc ubogim i doskonalenie wewnętrzne swo-
ich członków poprzez np. prowadzenie własnej
biblioteczki i wypożyczanie książek”. (Zbigniew
Siłkowski)
        „Lolek był prezesem Sodalicji Mariańskiej.
Pamiętam wygłoszony przez niego referat o ca-
                                                                           Matka Boska Kodeńska, której historię
łunie turyńskim. Karol przygotował temat tak                                              opisuje Zofia Kossak.
interesująco i dogłębnie, że zrobiło to na mnie
duże wrażenie”. (Tomasz Romański)
       Wychowawca klasy Va Bronisław Babiński podaje w rocznym sprawozdaniu, że
„klasę ozdobiono obrazami ilustrującymi twórczość Mickiewicza. Obrazki i ramy wykonali
sami uczniowie”.

 34 - Zofia Kossak. Błogosławiona wina, Instytut wydawniczy PAX, Warszawa 1972

Strona 386

384          Rozdział VI - U boku ojca




         Dyplom przyjęcia do Sodalicji Mariańskiej, z podpisem Karola Wojtyły, jako prezesa.
             Jeszcze kilka informacji ze sprawozdania gimnazjalnego o charakterze ogólnoszkol-
      nym. Świetlica szkolna otrzymała imię Emila Zegadłowicza. Urządzono ją w stylu be-
      skidzkim. W wystroju dzieła sztuki ludowej. Przy jednej ze ścian popiersie poety dłuta Win-
      centego Bałysa. Malowidła ścienne i świątki. Urządzenie świetlicy zaprojektował profesor
      Jach.
             W sprawozdaniu z tego roku przewija się też nazwisko Karola Wojtyły.
             „18.II. Wygłosił do uczniów całego zakładu Wojtyła uczeń kl. Va odczyt o szkolnictwie
      polskim za granicą (Spr. 1934/35, str. 45).

Strona 387

Rozdział VI - U boku ojca                          385
       Porucznik Wojtyła przemawiał na poranku 3-majowym, którego organizatorem
była grupa młodzieży zrzeszona w Straży Przedniej (była to organizacja złożona z uczniów
o nastawieniu państwowym i prorządowym, działająca pod opieką profesora A. Scheybala).
       4 V 1935: trzy przedstawienia „Ułani księcia Józefa” (z Gimnazjum Żeńskim), w tym
jedno bezpłatne dla 12pp. W tej sztuce występował też Karol Wojtyła. Fotografia z przed-
stawienia w otoczeniu koleżanek jest dowodem tego debiutu teatralnego w roli ułana.
       Karol Wojtyła stoi w otoczeniu koleżanek: po prawej Danuta Pukło – w jasnym stroju,
po lewej Halina Królikiewiczówna - w stroju ciemnym. Zdjęcie wykonano na gimnazjalnym
podwórku, po odtańczeniu mazura.
       Halina Królikiewiczówna napisze po latach: „W szkole zagraliśmy też „Ułanów księcia
Józefa” L. Mazura. Niestety czas zatarł szczegóły, niewiele pamiętam z tego widowiska, zo-
stało po nim jedyne zdjęcie zrobione na podwórku gimnazjalnym w Wadowicach. Przypomi-
nam sobie, że pilnie uczyliśmy się na próbach tańczyć mazura”.35




                                                     „Ułani Księcia Józefa”. Karol Wojtyła w środku, w otoczeniu koleżanek.
 35 - Halina Kwiatkowska: „Wielki kolega”. Oficyna wydawnicza Kwadrat s.c., Kraków, 2003, s. 22-23

Strona 388

386            Rozdział VI - U boku ojca




      „Ułani Księcia Józefa”. Aktorzy i opiekunowie. Wśród stojących w drugim rzędzie, trzeci od lewej Karol Wojtyła. Siedzą opiekunowie:
      Maryla Babińska (projekty kostiumów i dekoracji), profesor Babiński, żona dyrektora gimnazjum (p. Królikiewiczówna), żona profe-
      sora Babińskiego (aktorka), dyr. Królikiewicz. Od lewej stoi w białym płaszczu Karol Hagenhuber (charakteryzacja)
              Najważniejszym wydarzeniem maja 1935 roku była niespodziewana śmierć
      marszałka Józefa Piłsudskiego. Ukochany przez Polaków wódz odszedł 12 maja, ale przez
      następne dni, a nawet tygodnie jego postać była opisywana na łamach prasy. W podob-
      nym tonie, żałoby narodowej, przynosił materiały krakowski Ilustrowany Kurier Codzienny.
      Najpierw całostronicowe informacje z podobizną marszałka, o jego zgonie, potem epizody
      z jego życia poświęconego ojczyźnie, a po kilku dniach informacje o zbliżającym się po-
      grzebie.
              Z doniesień tych przebija autentyczny żal i smutek milionów Polaków, którzy po-
      wszechnie i z uniesieniem oddają hołd swojemu wielkiemu przywódcy. Żegnają go tłum-
      nie podczas żałobnej ceremonii w Warszawie, podczas przewożenia trumny do Krakowa
      i w czasie pochówku na Wawelu. Nawet dziś po wielu latach, przemarsz konduktu przez
      Kraków robi imponujące wrażenie. Takich tłumów oddających cześć wybitnemu człowie-
      kowi jak wówczas, możemy spodziewać się dopiero w dniach wizyty papieża Polaka, po
      kilkudziesięciu latach. Takiego oddania, takiej głębi żalu, płynących ze wszystkich środo-
      wisk, takiego poczucia niepowetowanej straty, nie miały okazji przeżywać następne poko-
      lenia Polaków - tak odbiera się i dziś opisywane w ówczesnej prasie gremialne pożegnanie
      wodza.
              Naród opłakiwał tego, który stał się uosobieniem odzyskania niepodległości, obrony jej
      przed bolszewizmem, który był twórcą państwa polskiego i jego pozycji w Europie w połowie lat
      30. Naród zjednoczył się w tych dniach oddając hołd największemu spośród Polaków. Zapomniano
      błędy polityczne, niejasne decyzje, kierunki rozwoju krytykowane przez opozycję, niejednokrotnie
      bezwzględnie zwalczaną – patriotycznie nastawione społeczeństwo masowo włączyło się w dzia-
      łalność upamiętniającą dokonania marszałka. Podobnie było w małych, małopolskich miastach,
      takich jak Wadowice. Młodzież gimnazjalna przeżywała śmierć wodza na równi z dorosłymi. W
      sprawozdaniu za rok 1934/35 napisano: „na wiadomość o śmierci Marszałka, która jak grom spadła
      na nasz Zakład, młodzież oddała hołd pamięci Wielkiego i Nieśmiertelnego Wodza Narodu minuto-
      wym milczeniem, po czym w skupieniu wysłuchała orędzia Pana Prezydenta Rzeczypospolitej. 18.V. -

Strona 389

Rozdział VI - U boku ojca                        387




                                                          Hotel Wysogląda. Żałoba po śmierci marszałka.
w dniu pogrzebu - udział młodzieży w żałobnym nabożeństwie. Obie klasy V - a i b, jeszcze
w maju udały się do Krakowa, aby odwiedzić kryptę św. Leonarda na Wawelu, w której po-
chowano Marszałka, by oddać mu hołd.
        Gdy Karol Wojtyła uczył się w klasie V odnotowano w życiu szkolnym szereg wy-
darzeń artystycznych i kulturalnych dla młodzieży i z jej udziałem. Trzeba o nich wspo-
mnieć bo to kształtowało osobowość piętnastoletniego Lolka.
 7.XII. - odegranie sztuki Fredry „Consilium Facultatis” razem z gimnazjum żeńskim.

Strona 390

Kuźnice - dolna stacja kolejki linowej na
                                       Kasprowy Wierch, punkt wyjścia na Halę
                                       Gąsienicową.
      SZLAKAMI
    Jana Pawła II
       „Jak dobrze nam
       zdobywać góry”.
 Pierwsze wycieczki w Tatry z
 ojcem i z kolegami. „W czasie
tzw. „Święta Gór” pojechaliśmy
       do Zakopanego”.
               (Eugeniusz Mróz)




                                                    Kasprowy Wierch stwarza możliwość
                                                  wędrówek zarówno w Tatry Wysokie jak
                                              i Zachodnie oraz w rejon Hali Gąsienicowej.




                         W drodze na Halę Gąsienicową, nad którą dominuje szczyt Kościelec (po lewej)
                                                         i Świnica (w środku). (fot. Czesław Szindler)

Strona 391

Widok z Beskidu na Kasprowy, Giewont i Czerwone Wierchy,
                        (po lewej) Kopa Kondracka i Małołączniak.




Modlitwa pod krzyżem Giewontu.




                  Najwyższy z Czerwonych Wierchów - Krzesanica,
                                     w głębi ostatni - Ciemniak.

Strona 392

390            Rozdział VI - U boku ojca




      Pogrzeb Józefa Piłsudskiego. Kondukt na ulicach Krakowa.
       5.II. - koncert Chopinowski ze współudziałem miejscowej pianistki p. Zagórskiej.
       6.II. - udział młodzieży w wieczorze artystycznym, urządzonym staraniem miejscowych ar-
       tystów i literatów ze współudziałem poety Emila Zegadłowicza.
       2.V. - młodzież wzięła udział w przedstawieniu „Pan Tadeusz”.
               Sprawozdanie za rok 1934/35 wzmiankuje też kilkakrotnie o udziale młodzieży w se-
      ansach filmowych.
             W kronice karmelitów pod datą 12 VIII 1935 r. wiadomość:
             „We czwartek (...) zmarł w szpitalu powszechnym w Wadowicach emerytowany ge-
      nerał broni ś.p. Karol Trzaska – Durski w wieku lat 86 (...). Ś.p. gen. Karol Trzaska-Durski przy
      sformułowaniu II Brygady Legionów objął jej dowództwo we wrześniu 1914 roku, zaś w roku
      1916 został mianowany komendantem Legionów Polskich obejmujących wszystkie bryga-
      dy.”
               Podsumowaniem rozdziału opisującego wybitną osobowość, indywidualność jedne-
      go z kolegów, nieznane, niekonwencjonalne, oryginalne na tle rówieśników i przerastają-
      ce ich zachowania, niech będzie charakterystyka Lolka sporządzona przez Jerzego Klugera,
      wówczas w czasach wadowickich, towarzysza z ławy szkolnej, kompana w zabawie i sporcie.
               Charakterystyka Lolka według Jerzego Klugera.
               „Pomimo jego dobrego zachowania trzeba podkreślić, że Lolek nie był świętoszkiem
      czy pedantem; gdyby nim był, nie mógłby z Jurkiem zostać tak dobrym przyjacielem. Sam
      po cichu nieźle się bawił kawałami Jurka i innych kolegów, tyle tylko, że był od nich dojrzal-
      szy. Ci, którzy dobrze znali Wojtyłę, cenili jego subtelne poczucie humoru. Było ono trudne
      do określenia - rodzaj pełnej uczucia ironii, dzięki której stawał się bliski tym mniej pilnym
      i religijnym od niego. Miał filozoficzne usposobienie, zupełnie jakby przyglądał się wszyst-
      kim z jakiejś jasnej, nieporuszonej gwiazdy, a także pewien rodzaj rezerwy, która wzbudzała
      szacunek. A jednak inni go ciekawili. Było to widoczne nie tyle w pytaniach, które zadawał,
      ile w jego wielkiej zdolności do słuchania, jakby w najpospolitszych żartach kryło się coś
      ważnego. Rozmowa z nim dawała poczucie, iż on wie lepiej, o czym mu opowiadasz, niż ty
      sam. Jerzy tak to ujmuje: w obecności Wojtyły nie sposób było zmyślać, bo nawet kiedy wy-
      dawał się bawić twoim kłamstwem, potrafił przejrzeć cię na wylot. Równie imponujący był
      jego wygląd fizyczny. Lolek był przystojnym blondynem, silniejszym i wyższym od większo-

Strona 393

Rozdział VI - U boku ojca           391
ści innych chłopców, mocno zbudowany w typowo słowiański sposób. Podobnie jak ojciec,
byłby wspaniałym żołnierzem. W klasie czy na boisku był po prostu jednym z nich. A jednak
inny. Z natury był pogodny, lecz kiedy przeżył najpierw pierwszą, a potem drugą śmierć
w już i tak małej rodzinie, przyjaciele wyczuwali jego smutek. (...)
         Lolek posiadał wrodzony dar nadziei, pewien rodzaj radosnego oczekiwania, z któ-
rym wszyscy przychodzimy na świat, lecz większość z nas stopniowo go traci wraz z kolej-
nym rozczarowaniem. Lolek miał w sobie niezwykłą wesołość (...) W jaki sposób objawiała
się ta wesołość? Sygnalizował ją taki półuśmieszek, który wyjąwszy tragiczne okoliczności
- nigdy nie schodził mu z twarzy. Zupełnie jakby w głowie grała mu jakaś wesoła melodyj-
ka. Chociaż zawsze był nienasyconym czytelnikiem wszystkiego, od tekstów klasycznych
i religijnych, aż po popularną literaturę historyczną, nie traktował swojej wiedzy poważnie.
Potrafił grę w tenisa stołowego przekształcić w heroikomiczną wspaniałość, porównując
ją do jakiegoś wielkiego zwycięstwa czy przegranej, cytując powiedzmy Homera czy jakiś
fragment powieści polskiego noblisty, Henryka Sienkiewicza (...) Wielkie upodobanie Lolka
do historycznej parodii uzupełniał jego ogromny talent mimiczny, co często szło w parze
z umiejętnościami Jurka, który zręcznie rysował karykatury. Niektórzy ludzie wydawali im się
śmieszni (...) Lolek subtelnym naśladowaniem potrafił przekazać naturę, jak również absur-
dalność osoby parodiowanej (...) wykonywał swe przezabawne parodie jedynie na życzenie
zaufanych przyjaciół i nigdy w obecności ofiary. Tym sposobem nie zdarzyło mu się urazić
niczyich uczuć, a w swe błazeństwa wtajemniczał jedynie kilku szczęśliwców. (...) Lolek naśla-
dował pełne wściekłości tyrady profesora (Tadeusza Szeliskiego o przezwisku Krupa – dop.
autora) przeciwko szkodliwości palenia tytoniu i sposób, w jaki z furią otwierał okno, gdy
tylko doleciał do niego powiew tego trującego zielska, którym Jurek i inni chłopcy (lecz nie
Lolek), zaciągali się między lekcjami w ubikacji. Według Lolka Krupa był człowiekiem tyle
śmiesznym, co budzącym sympatię - broniącym swej absurdalnej, lecz wzruszającej godno-
ści w walce z barbarzyńcami.
         Tak samo było z profesorem Zygmuntem Damasiewiczem, który nosił angielskie gar-
nitury i nienagannie wypolerowane buty. W czasie swych lekcji łaciny i greki utrzymywał
klasę w ogromnej dyscyplinie. (...) Damazy, jak nazywali go uczniowie między sobą, równie
silnie nienawidził perfumy jak Krupa papierosy. (...) Jurek narysował go cofającego się ze
wstrętem przed butelką perfum, a Lolek przedstawiał sposób, w jaki profesor chwytał ucznia
za ucho i wściekle pomstując wyrzucał go za drzwi, po tym, jak przed lekcją jakiś nieznany
żartowniś – czy mógłby to być Jurek? - oblał nieszczęsną ofiarę perfumami. W wersji Lolka
rozwścieczony Damazy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniał się w postać, któ-
rą się wyszydzało ale i darzyło uczuciem. (...)
        Już w 1933 roku, kiedy głos młodego Wojtyły stawał się dojrzały, jego recytacje
poezji Słowackiego czy Mickiewicza stanowiły najbardziej interesującą część tych uroczy-
stości (obchody patriotyczne i religijne – dop. autora). Jego postawa, kiedy stanął przed pu-
blicznością oraz dar werbalnej ekspresji, które początkowo zyskały uznanie jego nauczycieli,
teraz, dzięki kółku dramatycznemu, były doceniane przez mieszkańców miasta. We wszyst-
kich sercach poruszał patriotyczne i religijne uczucia. (...)
        Jego styl recytacji był romantyczny i melodyjny, coś na kształt rytmicznego prze-
kształcania poezji w pieśń. Jego mowa, rapsodyczna i humorystyczna, miała w sobie jakąś
siłę i wdzięk. Świetnie władał językiem i jego rytmem - wiedział też jak używać dramatycz-
nych gestów, by zahipnotyzować tłum i przekonać go, że dusza tego młodzieńca rozkwita-
jąca w tych pięknych słowach jest również częścią Polski. (...) Lolek przejawiał jednocześnie
instynkt dramatyczny, który przewyższa aktorstwo w jego zwykłym rozumieniu. W pewnym
sensie wyczuwało się, że w wyrażone przez siebie uczucia i idee wkłada swoje przeżycia
wewnętrzne, całe swoje jestestwo i wrażliwość, znacznie wykraczające poza ramy konwen-
cjonalnego opisu. (...) W innej epoce śpiewałby poezję przy akompaniamencie liry. Posiadał
epicki dar; potrafił wyjąć najgłębsze, najbardziej przejmujące cechy i doświadczenia Polski

Strona 394

392             Rozdział VI - U boku ojca




      Wyjazd na Jasną Górę. Rok 1936. Pierwszy z lewej Karol Wojtyła. W środku ojciec papieża, a obok niego Józef Pukło.

      i jej narodu - tęsknotę za wolnością, lekkomyślną brawurę, koloryt i ukształtowanie polskie-
      go krajobrazu oraz szorstkość i miękkość północnych pór roku. Potrafił nauczyć się strony
      już po jedno - lub dwukrotnym przeczytaniu jej, z precyzją tak niezbędną dla wzbudzenia
      zachwytu. Nigdy nie opuścił nawet jednej sylaby. (...)
               To jednak nie wypowiadane przez niego strofy wywierały na ludziach takie wrażenie,
      lecz niesamowita zdolność przekazywania jakiegoś wewnętrznego, niewidzialnego życia.
      Wówczas jedynie niewielu obserwatorów opisałoby tego ukrytego ducha jako coś specy-
      ficznie religijnego. Lolek odkrył, że dźwięk i kolor wywołują w nim szacunek dla języka, jakby
      słowa były klejnotami, szlifowanymi, gdy je wypowiadamy.”36
               W przywoływanej tu książce znajdują się opisy zabaw w indian, rywalizacja przy stole
      pingpongowym i wpłaty przegrywającego na fundusz książkowy, co wzbogacało bibliotekę
      o chodliwe powieści Karola Maya. W innym miejscu znajdujemy szczegóły związane z upra-
      wianiem sportu. Jerzy Kluger wspomina, że Lolek często występował na pozycji bramkarza
      w drużynach podwórkowych, w składach żydowskich, gdy brakowało zawodników. Bronił
      z poświęceniem, był oddany drużynie, w której grały żydowskie dzieci. Dowiadujemy się

       36 - Darcy O’Brien: Papież nieznany. Wydawnictwo: Jacek Santorski end CO Warszawa 1998, s. 86-98

Strona 395

Rozdział VI - U boku ojca                         393
o postawie Wojtyłów wobec rodziny żydowskiej z sąsiedztwa, państwa Beer i ich córki Gin-
ki, która zauważyła to i pisała o tym po latach. Zimą chłopcy chodzili na narty, na wzgórza
za miastem, skakali na deskach na zaimprowizowanej skoczni, próbowali gry w hokeja na
lodzie, używając zakrzywionych kijów odłamanych z drzew, a zamiast krążka kamienia. Zda-
rzyło się, że wybierali się na ślizgawkę, na pobliskiej Wenecji, gdzie zalewano kort, a goście
ślizgali się w rytm walca puszczanego z gramofonu. Jerzy Kluger na łamach książki „Papież
nieznany” w ciepłych słowach pisze o ojcu Lolka, poruczniku Wojtyle. Wyróżnia oprócz jego
troskliwości o syna i łagodności, tolerancyjność i ogromną wiedzę w dziedzinie historii, mi-
tologii i kultury. Jego biurko zawalone było książkami i gazetami. Roztaczał przed chłopcami
historię o polskim bohaterstwie, męczeństwie i zmartwychwstaniu, jak prawdziwy bajarz,
malował scenę za sceną. Jego słodki baryton wznosił się i opadał w takt dramatycznych incy-
dentów, o których mówił. Czasem grywał z chłopcami w saloniku w udawaną piłkę noż-
ną, którą robili ze szmat. Nie sposób datować ściśle opisywanych momentów, najprawdo-
podobniej dotyczą lat 1933-1935.




                              Wyjazd na Jasną Górę. Rok 1936. Pierwszy z lewej Karol Wojtyła. W środku ojciec papieża.
                                              Pierwszy z prawej Józef Pukło, który zginął jako lotnik w bitwie o Anglię.

Strona 396

394   Rozdział VI - U boku ojca




                              Świadectwo dojrzałości Karola Wojtyły.

Strona 397

Rozdział VII


                                   W stronę sztuki


       Rozpoczynając klasę V Karol Wojtyła miał ukończone 14 lat. Był chłopcem ułożonym,
wybitnie uzdolnionym w przedmiotach humanistycznych, nad wiek dojrzałym umysłowo
i duchowo.
       Pod kierunkiem profesora Babińskiego osiągał celujące postępy z języka ojczy-
stego, ucząc się tego przedmiotu „ze szczególnym zamiłowaniem”.
        Gdy analizuję dokumentację z tamtych lat, gdy kolejny raz wsłuchuję się we wspo-
mnienia, gdy staram się ogarnąć kulturalny potencjał Wadowic, połowy lat trzydziestych -
dochodzę do wniosku, że w tym właśnie czasie późniejszy papież rozpoczął swoją dro-
gę w stronę sztuki.
        Wrażliwy, spostrzegawczy, ukierunkowany na poznawanie, stykający się z aktywną
stymulacją środowiskową, w otoczeniu, które generowało wiele urozmaiconych bodźców –
chłonął treści, wiedzę i emocje. Poszukiwał, odkrywał i doświadczał wielokierunkowo.
        By zrozumieć zachodzące procesy kształtujące osobowość trzeba przyjrzeć się arty-
stom i uprawianym przez nich dziedzinom sztuki. Twórcom, którzy w powiatowych Wadowi-
cach amatorsko i zawodowo zajmowali się teatrem, poezją, muzyką, szeroko pojętą plasty-
ką, a nawet tańcem. Zarówno tym, którzy działali współcześnie, jak i tym, którzy wcześniej
tworzyli, których dorobek był tradycyjną podstawą dla przyszłych pokoleń.
       Formy poznawania dostępne dla młodzieży to: czytelnictwo, wystawy, koncer-
ty, spotkania autorskie, odczyty, oglądanie widowisk teatralnych i występów zespo-
łów ludowych.
       Bezpośrednim doświadczaniem procesów twórczych były osobiste spotkania
z pisarzami, rzeźbiarzami, z aktorami, a takie właśnie możliwości stwarzały ówczesne
Wadowice.
                                        1. Scena
       Już w latach osiemdziesiątych XIX wieku rozpoczęła się w Wadowicach amator-
ska działalność teatralna. Pierwsze przedstawienia odbywały się w „Czytelni Miejskiej”.
W 1889 roku założono „Czytelną Mieszczańską”, przy której istniał zespół teatralny wysta-
wiający utwory lekkie i rozrywkowe, jak i widowiska o wydźwięku patriotycznym. W tym
samym okresie zorganizowano zespół teatralny przy wadowickim „Sokole”. Tu, we wła-
snym okazałym budynku, urządzono salę widowiskową, ze sceną i stosunkowo nowocze-
snym wyposażeniem. Kupowano stroje, rekwizyty i dekoracje z własnych funduszy. Sala z za-
pleczem pozwalała na zapraszanie zawodowych teatrów objazdowych, artystów, solistów,
organizowanie koncertów, występów zespołów regionalnych, spotkań autorskich z poetami
i twórcami.
       Z początkiem wieku XX prężnie działa Zjednoczona Czytelnia Mieszczańska
(w latach 1907, 1908), a także założona w 1908 roku „Jagiellonka” i Stowarzyszenie
Rzemieślników „Zgoda” (w latach 1902-1910). Prawie wszystkie miejskie stowarzy-
szenia, a nawet kluby sportowe, jednostka wojskowa, a także Stowarzyszenie Ży-
dowskich Rzemieślników, powoływały grupy teatralne i wystawiały sztuki. Była to
dobra forma propagowania swojej działalności, a także pozyskiwania dodatkowych
funduszy.

Strona 398

396            Rozdział VII - W stronę sztuki




      Scena w wadowickim „Sokole” (1932 r.)
              Więcej uwagi wypada poświęcić Towarzystwu im. Króla Jagiełły – „Jagiellonia”.
      Organizacja ta została założona przez urzędnika sądowego Stefana Kotlarczyka. Jej siedziba
      znajdowała się w rynku, na rogu ulicy Zatorskiej i Mydlarskiej, gdzie na piętrze urządzono
      salę ze sceną i garderobami. Duszą przedsięwzięcia był Stefan Kotlarczyk, który we własnym
      teatrze reżyserował, występował jako aktor, pisał teksty sztuk i widowisk okolicznościowych.
      Wciągnął do zespołu całą swoją rodzinę, przy pomocy której zaopatrywano się w stroje i re-
      kwizyty, wykonując je we własnym zakresie lub wypożyczając w Teatrze Słowackiego w Kra-
      kowie. Charakteryzacją zajmował się Stanisław Hiczkiewicz, przygrywała własna orkiestra,
      w scenografii miał swój udział Wincenty Bałys - miejscowy artysta plastyk.
              Zespół teatralny „Jagiellonki” osiągnął wysoki poziom jak na amatorów. Stefan
      Kotlarczyk, rozmiłowany w sztuce scenicznej, pociągnął za sobą innych entuzjastów. Stwo-
      rzył grupę, zadbał o wszelkie atrybuty konieczne w widowiskach, organizował próby, wystę-
      py, wyjazdy do okolicznych miejscowości. Przywiązywał wagę do doboru repertuaru, kul-
      tury słowa, kierował się patriotyzmem i własnym estetycznym wyczuciem. Jednym słowem
      spiritus movens całego przedsięwzięcia. Gdy zmarł, jego projekty również zakończyły żywot.
      Wnikliwie ukazała działalność Stowarzyszenia Marta Burghardt w swojej książce,1 na której
      opierałem się pisząc te słowa.
              Autorka wyraża przypuszczenie, że jako dziecko Karol Wojtyła mógł chodzić do
      „Jagiellonki” na spektakle przygotowane dla dzieci, a zwłaszcza na imprezy z okazji
      Św. Mikołaja, w którego postać wcielał się, przez wiele lat Franciszek Buszek.
              Okres, do roku 1931 możemy umownie nazwać pierwszym, jeśli chodzi o kontak-
      ty późniejszego papieża z amatorskim, wadowickim teatrem. W latach trzydziestych, dzie-
      sięcioletni Lolek mógł otrzeć się jako widz o przedstawienia, jeśli były dostępne dla dzieci.
      Z tego pierwszego okresu pochodzą wspomnienia córki założyciela Janiny Kotlarczyk-

       1 - Marta Burghardt: Wadowickie korzenie Karola Wojtyły. Wadowickie Centrum Kultury, 2013

Strona 399

Rozdział VII - W stronę sztuki             397
-Mrozowej i aktorów amatorów: Rozalii
Szklarz (po mężu Woźniakowej), Leopol-
da Pacelta i Janiny Kuźniarowicz (po mężu
Kaczorowej). Poniżej wybrane fragmenty
wspomnień córki Stefana Kotlarczyka, opisa-
ne w dwóch kronikach, częściowo opubliko-
wanych.
     „Z oddanym zespołem ludzi, amatorów
aktorów, muzyków, artystów plastyków, pań
szyjących kostiumy, członków ekipy technicz-
nej, przygotowano szereg widowisk, granych
we własnej sali, jak i na dużej scenie w „Soko-
le”. M.in. wystawiono: „Za matkę Ojczyznę” –
własny utwór sceniczny Stefana Kotlarczyka,
„Kościuszko pod Racławicami”, „Wesele na
wsi”, „Młynarz i jego córka” - utwór Stefana Ko-
tlarczyka, „Gwiazdy Syberii”, „Tamten”, „Obrona
Częstochowy”, „Zaczarowane koło”, „Betlejem
Polskie”, „Ułani ks. Józefa”, „Królowa Przedmie-
ścia”, „Przekupka Warszawy” i wiele innych.”
         „Założycielem, reżyserem, aktorem,              Stefan Kotlarczyk, prezes i główny animtor teatralny
                                                                                  stowarzyszenia „Jagiellonia”.
a nieraz i autorem był Stefan Kotlarczyk. Ko-
stiumy do przedstawień wykonywały bezinteresownie: Maria Banasiowa, P. Garowa, B. Kro-
kowa, Maria Kotlarczyk - żona Stefana, Maria Kotlarczyk – jego siostra, Anna Woźniak. Te
panie każdą wolną chwilę od zajęć domowych poświęcały dla tej pięknej sprawy. Specjalna
„komisja” kupowała w Krakowie materiały i ozdoby potrzebne do wykonania kostiumów.”
         „Chór i orkiestrę założył i prowadził J. Borgieł - uzdolniony dyrygent, kompo-
zytor”. (...)
         „Na usilne zaproszenia zespół wyjeżdżał do Zatora, Andrychowa, Kęt i Żywca. W ta-
kim wypadku podróżowano samochodami ciężarowymi wraz z dekoracjami i kostiumami.
Wszędzie zespół przyjmowany był entuzjastycznie, byli nawet tacy, którzy po kilka razy przy-
chodzili na przedstawienia.”
         „Zespół amatorski, który prowadził Stefan Kotlarczyk dał wiele przedstawień
na wysokim poziomie. Członkowie zespołu byli ludźmi wartościowymi, obowiązkowymi,
jak ich reżyser. Piękne kostiumy, dekoracje, muzyka, śpiew, tańce czyniły te widowiska nieza-
pomnianymi przeżyciami dla publiczności”. (...)
         „A oto starsza generacja zespołu teatralnego Jagiellonki: Kazimierz Bandoła, Włady-
sław Hoła, Włodzimierz Brukner, Stanisław Hiczkiewicz (który zajmował się również charak-
teryzacją), Stefan Ciembrowicz, Józef Kaczor, Marian Cwiertniak, Janina Kuźniarowiczówna,
Tadeusz Datka, Antonina Nowak z córką Marią, Froncz, Władysław Motyka, Jan Gazda, Sta-
nisław i Tadeusz Olszewscy, Grządziel, Maria Paleczna, Maria Hubertówna, Poznecki, Franci-
szek i Leopold Paceltowie, Aniela Suknarowska, Stefan Radwan, Rozalia Szklarz, Jan Szarek,
Tomczykiewicz, Strózik, Zygmuntowicz, Zadora senior.”2
        Wspomnienie nagrane w Wadowicach w połowie lat 80-tych.
        „Nazywam się Rozalia Szklarz (po mężu Woźniakowa).
        Moja działalność artystyczna rozpoczęła się od występów w harcerstwie, gdzie śpiewa-
liśmy, tańczyliśmy mazura, organizowaliśmy wieczornice, pełni zapału po odzyskaniu niepod-
ległości przez Polskę. Naszą drużynową była Helena Maszewska, córka notariusza. Od tego

 2 - Janina Kotlarczyk-Mrozowa: Przeżyjmy to jeszcze raz…, Nadskawie, almanach kulturalny. TMZW Wadowice
     1985/86, s. 28

Strona 400

398            Rozdział VII - W stronę sztuki




      Zespół aktorów występujących w widowisku „Królowa Przedmieścia” (1828 r.)
      się zaczęło, a potem robili nabór do przedstawienia „Betlejem polskie” Lucjana Rydla. Mnie się
      to bardzo podobało, już zakosztowałam trochę występów, paliłam się do tego. Byłam anioł-
      kiem i tańczyliśmy krakowiaka. A resztę to grali panowie dorośli: np. Józef Banaś, urzędnik
      starostwa, wszystko bardzo poważni ludzie. Poproszono nas na próbę do sali teatralnej „Ja-
      giellonki”. Była tam stosunkowo mała scena, może 4 x 5 metrów. W lokalu tym w przyjemnej
      atmosferze, pełnej szacunku dla starszych i młodych, odbywały się próby i przedstawienia. Po
      występie poczęstowano nas herbatą, ciastkiem, kanapkami, bez wódki, potem się potańczyło.
      W „Jagiellonce” były przewspaniałe stroje, a Mietek Kotlarczyk grał pastuszka. Sztuka była ory-
      ginalna, z postaciami zbliżonymi do jasełek: m.in. trzej królowie, Matka Boska. Aktorami byli
      ci, którzy chcieli się pokazać, nieważne czy inteligenci, czy rzemieślnicy, gdy ktoś miał
      zdolności przychodził, by się zaprezentować.
              Potem przygotowywano sztukę pt.
      „Nietutejsza”, autora nie pamiętam, mnie za-
      proponowano tę rolę. Kierował tym wszystkim
      Stefan Kotlarczyk. To były początki Jagiellon-
      ki, która działała w mieście obok Stowarzy-
      szenia „Zgoda” i Czytelni Mieszczańskiej. Co
      roku na Wszystkich Świętych graliśmy sztukę,
      chyba tyrolską pt. „Młynarz i jego córka”. Zno-
      wu ja grałam tytułową córkę. Śpiewałam do-
      brze, a w tym przedstawieniu dużo się śpiewa-
      ło. Potem przygotowano „Zaczarowane koło”,
      to trwało dłużej, bo jest napisane wierszem.
      Przy udziale młodzieży, m.in. akademickiej.
      Z występami jeździliśmy do Kęt, do Żywca i do
      Kalwarii.
              Dalej „Chata za wsią”, „Kościuszko pod
      Racławicami”, którego grał Józef Banaś, wo-
      dewil „Królowa przedmieścia” - to było razem
      z orkiestrą. Lolek Hyła, Ludek Różycki, Cicho-
      niówna, Stefan Kotlarczyk grał Malcherka, pi-
                                                                                  Rozalia Szklarz (po mężu Woźniakowa)

Strona 401

Rozdział VII - W stronę sztuki              399
sarza gminnego, kapitalnie - stworzony do tej roli. Grała orkiestra 12 pułku, dyrygował Sochor,
sierżant. Brawa, fama rosła, ogólne zadowolenie.
       Następnie „Obrona Częstochowy” - wyjątki z książki „Potop”. W międzyczasie w rocz-
nice państwowe np. Powstania Styczniowego, urządzane były wieczornice i poranki, na któ-
rych grało się jednoaktówki. Były też deklamacje, kwartet smyczkowy, piosenki. Były to występy
okolicznościowe np. na „Dzień Strażaka”. Brało się też młodzież szkolną do okolicznościowych
składanek m.in ze szkoły powszechnej, wśród nich było wielu harcerzy.”
         Pacelt Leopold - wspomnienie nagrane w latach 80-tych.
         „Ja działałem w „Jagiellonii” od około 1924 roku.
Scena opierała się na pracy Stefana Kotlarczyka. On po-
trafił nie tylko sam zagrać, ale zwłaszcza poprowadzić
zespół, który nawet był dość duży. Miał talent reżyser-
ski. Czołowymi aktorami tego teatru byli: Rozalia Szkla-
rzówna, Bytner Włodzimierz, Harmata Aniela, Mie-
czysław Kotlarczyk, Banaś Józef, Kuźniarowicz Antoni,
Kotlarczykówna Janina, Pacelt Leopold. W sztukach wy-
stawianych w Domu Żołnierza Polskiego, reżyserował
chyba Józef Kaczor. A grali: Władysław Hajewski, Ma-
jewska, Kieconiówne - 2 panie, Orzechowskie - 2 panie,
Łazarski.
         Stowarzyszenie „Jagiellonia” miało własną or-
kiestrę mandolinistów. Kierownikiem tej orkiestry był
Woźniak Tadeusz, który kierował zespołem i grał na gi-                                  Leopold Pacelt.
tarze. Różycki Staszek i Ludwik i jeszcze paru innych. To stowarzyszenie posiadało własne stroje
i własne dekoracje. Wszystko to pieczołowicie przechowywane, bo co roku powtarzało się nie-
które sztuki. Charakteryzatorem był fryzjer Hiczkiewicz, którego córki też grały, a on dodatkowo
był suflerem.”
         ... Cytowana już w poprzednich rozdziałach p. Janina Kaczorowa (z domu Kuźniaro-
wicz), wspomina jak ze swoim mężem Józefem Kaczorem występowała zarówno w teatrze
„Jagiellonki” jak i w zespole teatralnym w „Domu Żołnierza”.
         „Życie kulturalne miasta w znacznej mierze koncentrowało się w „Sokole”. Mój mąż
był reżyserem, amatorem i ja również należałam do tego zespołu. Grywaliśmy sztuki poważne
i krotochwile, wodewile rozmaite. Na scenie w „Sokole”. Tam też odbywały się wenty, poranki,
popisy muzyczne, gimnastyczne. Często celem była zbiórka pieniędzy na ubogie dzieci, siero-
ty. Myśmy występowali zupełnie bezinteresownie. Kostiumy nieraz się samemu szyło, nieraz się
wypożyczało w teatrze Słowackiego w Krakowie. Zespół był zgrany, była to dla nas przyjemna
rozrywka, połączona z pożyteczną działalnością.
         Kiedyś 56pp., a wówczas 12pp. też prowadził kasyno na ulicy 3 Maja. Tam odby-
wały się zabawy i przedstawienia. Zaś za koszarami był teatr, drewniany teatr, amator-
ski, który utworzyli oficerowie. Zrobione to było z drzewa, z dykty, taka buda, chyba tam stoi
jeszcze. Tam były najwspanialsze przedstawienia. Wojsko sprowadzało z Krakowa kostiumy.
Graliśmy sztukę „Ułani księcia Józefa Poniatowskiego” w strojach uroczystych, takich z epoki
napoleońskiej. Dostawaliśmy takie brawa szalone, zjeżdżało się wszystko ziemiaństwo z okoli-
cy. Były tam loże, więc już na miesiąc przed ogłoszeniem, że jest jakieś przedstawienie, wszystkie
miejsca były zajęte (zarezerwowane). Tam żeśmy grywali z mężem zawsze, a po przedstawie-
niu, na górze była w kasynie dla tych artystów i zaproszonych gości wspaniała kolacja, przyję-
cie i zabawa do białego rana przy orkiestrze wojskowej”.
        Po śmierci ojca, jego syn Mieczysław Kotlarczyk kontynuował rodzinne trady-
cje, prowadząc w Wadowicach amatorskie teatry. Od dzieciństwa uczestniczył w teatral-
nym życiu (debiut jako 7-letnie dziecko, około 1915 roku), a potem w szkole powszechnej

Strona 402

400            Rozdział VII - W stronę sztuki




      Zespół biorący udział w przedstawieniu „Błażek opętany” wystawianym w „Jagiellonce” w 1928 roku.
      i w latach gimnazjalnych, grał w conajmniej dwudziestu przedstawieniach. Gdy studiował
      na Uniwersytecie Jagiellońskim, działał w Akademickim Kole Wadowiczan i powołał do ży-
      cia Akademickie Koło Dramatyczne w Wadowicach, studiując i pracując jednocześnie.
              Przygotował z młodzieżą gimnazjum karmelitów szereg premier; m.in. „Ostatni sen
      naczelnika” autorstwa L. Żypowskiego. Tu ciekawostka - w rolę Żołnierza i Doktora wcielił
      się Edmund Wojtyła. Z pewnością jego brat Karol wiedział o tym, a jako dziesięciolatek
      mógł nawet oglądać przedstawienie razem z ojcem.
              Jak podaje Marta Burghardt3 na przełomie lat 1930/32 wystawiono w sali „Sokoła”
      „Betlejem polskie” Lucjana Rydla, tym razem już z zespołem Amatorskiego Teatru Po-
      wszechnego przy T.G. „Sokół” i ze współudziałem młodzieży gimnazjum męskiego i żeń-
      skiego. Było to 4 XII 1932 roku w wadowickiej sokolni ku uczczeniu 25 rocznicy śmierci Stani-
      sława Wyspiańskiego. Część dramatyczną poprzedziło słowo wstępne E. Zegadłowicza,
      scenografia: W. Bałysa, muzyka J. Kaczyńskiego.
              Opisywany teatr działał w latach 1931-1939 i w tym okresie zrealizował około
      40 przedstawień.
             Trudno wyraźnie określić moment poznania się Karola Wojtyły z Mieczysławem
      Kotlarczykiem. A tym bardziej precyzyjnie datować ich teatralną współpracę. Z okruchów
      wspomnień, afiszów, nielicznych fotografii, listów i nikłych zapisków, można wysnuć wnio-
      sek, że stało się to około 1935 roku. M.in. Karol Wojtyła współpracował z Amatorskim Te-
      atrem Powszechnym Mieczysława Kotlarczyka przy realizacji sztuki S. Żeromskiego – „Suł-
      kowski”, w roku 1936. Pomagał Janinie Kotlarczykowej wykonać ogromny witraż (na wymiar
      sceny w „Sokole”), a ponadto z kolegami z klasy ze Zbigniewem Siłkowskim i Witoldem Kar-
      pińskim, grali legionistów, oficera Zawilca, Kołomańskiego i Bosia.4
              Warto przypomnieć, że teatralny debiut Karola Wojtyły (udokumentowany
      w szkolnym sprawozdaniu) miał miejsce w klasie V, w sztuce „Ułani księcia Józefa”, gdy
      jako ułan tańczył mazura.

       3 - Marta Burghardt: Wadowickie korzenie Karola Wojtyły. Wadowickie Centrum Kultury, 2013, s. 169
       4 - Tamże, s. 170

Strona 403

Rozdział VII - W stronę sztuki          401
        Uczniowie gimnazjalni grali w sztukach przy-
gotowywanych w szkole, rzadziej w wystawianych
w domu katolickim, pod egidą księży, a sporadycz-
nie w teatrach pozaszkolnych. Udział Karola Wojtyły
w inscenizacjach Mieczysława Kotlarczyka to swo-
iste terminowanie u boku mistrza. Trzeba zważyć,
że mamy tu relację niepełnoletniego, 16-17-letniego
gimnazjalisty, z dojrzałym teoretykiem i praktykiem
sztuki teatralnej, z tytułem doktora. Wystawiając am-
bitny repertuar Mieczysław Kotlarczyk, był nie tylko
reżyserem przedstawień, ale i zazwyczaj piastował
główne role męskie. Do tego był starszy od Lolka
o dwanaście lat, będąc prawie rówieśnikiem Edmunda,
a ta różnica wieku w roku 1936, oznaczała, że dojrza-
ły mężczyzna – 28-letni, dzieli się swoim artystycznym
doświadczeniem, z szesnastolatkiem. Intelektualista Mieczysław Kotlarczyk, w roli tytułowej, w sztuce
widzi potencjał młodego Wojtyły i zapoznaje go ze              „Achilleis” St. Wyspiańskiego (1932 r.)
swoimi przemyśleniami, a nawet wdaje się z nim w dyskusje. Relacje te mają charakter
rozwojowy, od roli widza i obserwatora, przez podległego członka zespołu, wykonującego
funkcje pomocnicze bądź statysty, po współdziałanie i partnerstwo. Stan końcowy przy-
padł na lata wojny, kiedy Karol Wojtyła występował w konspiracyjnym teatrze, gdy był już
poetą i pisał dramaty.
        Zarówno ze wspomnień, jak i ze szkolnej dokumentacji wyłania się dość jedno-
znaczny i konkretny obraz kształtującej się osobowości Lolka. Na pierwszym planie,
w jego zamiłowaniach znajduje się teatr, a ściślej kółko dramatyczne. Najpierw Lolek jest
obsadzany w konkretnych rolach, a potem współuczestniczy w dobieraniu aktorów, wresz-
cie współreżyseruje.
        Był ambitny, pilny, wszechstronny i poszukujący.
        „Robił wszystko, aby nie opuścić ani jednej lekcji. Pewnego razu jednak zachorował, chy-
ba w klasie siódmej. Przyszedł do szkoły z owiniętym gardłem, ze straszną anginą, z gorączką.
Wtedy profesor Gebhardt powiedział: „- po coś ty tu przyszedł taki chory? - Nie opuściłem ani
jednej lekcji panie profesorze, może mi się uda przewalczyć” - odpowiedział Wojtyła. I przewal-
czył. Podobnie jak inni, próbował rysować karykatury na tablicy. Ja natomiast parodiowałem
naszych profesorów. Założyłem nawet w tym celu nie rejestrowane kółko. Lolek też starał się
parodiować belfrów. Brał udział we wszystkich uroczystościach jako recytator. Był też aktywny
w kółku historycznym”. (Włodzimierz Piotrowski)
        Wojtyła chętnie brał udział we wszystkim, śpiewał, tańczył, ale też wyżywał się
w sporcie, głównie w grach zespołowych, w piłkę nożną i ręczną (hazenę), a nawet próbo-
wał hokeja na lodzie.
        „Kiedy mieliśmy po piętnaście lat, założyliśmy dziki klub futbolowy. Piłka, kupne narty
- to wtedy była rzadkość. Ja dostałem piłkę i mimo że byłem graczem słabym, zostałem kapi-
tanem. Mama jednego z kolegów zrobiła nam emblematy KSKR. Występowaliśmy w strojach
gimnastycznych z emblematem na koszulkach. Było dwóch bramkarzy: Lolek i Zdzisek Pio-
trowski. Bronili na zmianę. Gdy jeden grał, drugi pozostawał w rezerwie. Zorganizowaliśmy np.
mecz z rówieśnikami z Choczni. W naszej drużynie grali i starsi koledzy z roczników 19 a nawet
17. Trenerem był Kołodziej, zawodnik Strzelca, zresztą jeden z najgorszych piłkarzy drużyny.
Ambitny Karol mówił do mnie: Słuchaj Włodek, powiedz, czy Zdzisek lepiej broni? – Nie, jedna-
kowo albo ty lepiej.
        W wyższych klasach gimnazjalnych Lolek często występował jako bramkarz, gdy grali-
śmy w hazenę, odmianę piłki ręcznej. Ale nie on wybierał jako bramkarz, jego wybierano. Lolek

Strona 404

SZLAKAMI
   Jana Pawła II
„Lubię wracać tam gdzie
       byłem już”.
      Beskid Mały
  Ksiądz Karol Wojtyła
 (Wujek) ze studentami
 (z tzw. środowiska) na
   górskich szlakach.

                          Na szlaku żółtym z Czartaka na Leskowiec. W głębi Jaroszowicka Góra za doliną Skawy.




                                                                             Rzyki Jagódki - miejsce
                                                                             przy starej kuźni, gdzie
                                                                             odpoczywało się przed
                                                                             wspinaczką na Leskowiec.




                                                                             Schronisko na Leskowc
                                                                             (obecnie Groń Jana
                                                                             Pawła II) (lata
                                                                             siedemdziesiąte XX w.)
                                                                             (fot. Czesław Szindler)

Strona 405

Kalendarium wycieczek Karola Wojtyły.
- X 1952 r. - Kozy, Wielka Puszcza, Madohora, Leskowiec,   Szczyt Leskowca w niedzielne, wiosenne popołudnie.
  Wadowice.
- 22, 23 VII 1953 r. - Żywiec, Romanka, Sopotnia Mała,
  Jeleśnia, Hucisko, Ślemień, Łamana Skała (Madohora),
  Leskowiec, Czartak.
- 19-21 IV 1954 r. - Andrychów, Potrójna, Łamana Skała
  (Madohora), Hucisko, potem Beskid Śląski.
- 31 IV 1954 r. - Skawce, Leskowiec, Łamana Skała, Kęty.
- 26 II 1955 r. - wycieczka narciarska - Leskowiec.
- 1957 r. - Wadowice, Leskowiec, Skawce.
- 19 V 1970 r. - Leskowiec.
- 1976 r. - Leskowiec z Ponikwi.
- 1978 r. - Leskowiec z Rzyk.




                                                                                  W drodze na Łamaną Skałę
                                                                                  (Madohorę) z Leskowca.
                                                                                  Widok ze szlaku w stronę
                                                                                  Potrójnej.




                                                                            Na dzikim szczycie Łamanej Skały.

Strona 406

404           Rozdział VII - W stronę sztuki




        Mecz piłkarski pomiędzy kl. VIII (papieską), a I kl. Liceum w 1937 r. Na odwrocie zdjęcia skład klasy papieskiej: Nowak, Siłkowski,
          Banaś, Karpiński, Bieniasz, Pomezański, Zweig, Czupryński, Kurek, Jura, Głogowski. Sędzia p. prof. Foryś (boisko „Skawy”).
      bardzo chciał grać, no więc niektórzy mówili: - Słuchaj, będziesz bronił jak dasz odpisać. Grał
      z poświęceniem. Rzucał się, aby tylko złapać piłkę.
                Nie dowierzał moim zapewnieniom. – Wiem, on lepiej gra, ale strzelaj mi po kolei choć-
      by dwadzieścia karnych, muszę trenować. I rzucał się z poświęceniem nawet na kamienie. Taką
      miał ambicję, aby dorównać, a nawet prześcignąć”. (Włodzimierz Piotrowski)
                „Pamiętam go w bramce, gdy graliśmy w hazenę. Staraliśmy się
      strzelić mu gola co było bardzo trudne, bo chłop był „fest”, ręce miał dłu-
      gie. Grywaliśmy na boisku za budynkiem gimnazjum. Moim zdaniem Ka-
      rol nie był jednak specjalnym sportowcem, a raczej dobrze zbudowanym
      młodzieńcem”. (Jan Wolczko)
                „Sport traktowaliśmy ambicjonalnie. Rozgrywki między klasami
      stanowiły wydarzenie, świętą wojnę. Pragnieniem i celem każdego z nas
      była wygrana. Tak też traktował sprawę Karol. Najpierw grał na obronie.
      Miał nawet swój piłkarski pseudonim - Martyna (ówczesny, znany obroń-
      ca lwowskiej „Pogoni”). Lepiej pamiętam Lolka jako bramkarza.
                Próbował też z nami grać w hokeja. Raz zdarzył się przykry wypa-               Jan Wolczko
      dek w czasie naszej zabawy na lodzie. Na Choczence, gdzie próbowaliśmy swoich umiejętności,
      Karol rozbił sobie łuk brwiowy. W krótkim czasie twarz miał całą we krwi. Ustaliliśmy, że oko jest
      nienaruszone i szybko wróciliśmy do domu. Mieszkałem nad Choczenką, i pierwszego opatrun-
      ku dokonała moja mama, a następnie musiał się nim zająć lekarz. Rana była poważna, tak że
      ślad nad okiem ma do dnia dzisiejszego”. (Szczepan Mogielnicki)
                               „- Wykorzystywaliśmy prawie wszystkie dłuższe przerwy, by na podwó-
                               rzu gimnazjalnym zagrać w piłkę. Karol oczywiście też lubił grać. Jedno
                               ze spotkań rozgrywaliśmy na boisku „Kolejarza” za stacją. Klasy najstar-
                               sze przeciw pozostałym. Wygraliśmy wtedy różnicą jednej bramki. Wiem,
                               że Lolek grał z nami w tym meczu”. (Wilhelm Mosurski)
                               Chronologicznie trzeba odnotować jeszcze kilka wydarzeń szkolnych
                               i klasowych u schyłku roku 1935. Opiekunem klasy VIa był Zbigniew
                               Czaderski, profesor, który uczył języka greckiego. 5.X. - odbyła się
                               wycieczka wszystkich klas do Krakowa, której celem było zwiedza-
                               nie kopca Marszałka Józefa Piłsudskiego na Sowińcu. Kronikarz Jan
      Wilhelm Mosurski, kolega Wolczko zapisał, że w październiku (12.X.) odbyły się gimnazjalne za-
      dojeżdżający z Kalwarii.
                               wody lekkoatletyczne na stadionie 12pp.

Strona 407

Rozdział VII - W stronę sztuki             405
         „Dnia 9 XI 1935r. Kółko dramatyczne naszego Zakładu wspólnie z Gimn. Żeń.
im. M. Mościckiej wystawiło dramat Sofoklesa pt. „Antygona”. W rolach głównych wystą-
pili: Kol. Królikiewiczówna Halina z kl. VI-ej (Antygona), Żakówna z kl. VI-ej (Ismena), Kulesza
z klasy VIII-ej (Kreon), Wojtyła kl. VIa (Hajmon). Przedstawienie, które odbyło się dla szkół
średnich, przed południem, poprzedziło słowo wstępne p. Dyrektora Jana Królikiewicza oraz
deklamacja Kol. Wojtyły. Przedstawienie powtórzono tego samego dnia wieczorem dla
szerokiej publiczności”. (Sprawozdanie gimnazjalne str. 45)
         Aktorka krakowska p. Halina Kró-
likiewicz po mężu Kwiatkowska, wówczas
uczennica klasy VI, Prywatnego Gimnazjum
Żeńskiego im. Michaliny Mościckiej w Wa-
dowicach, zgodziła się udzielić mi wywia-
du w roku 1986. W uzupełnieniu tej wypo-
wiedzi nadmieniam, że p. Halina była córką
dyr. gimnazjum męskiego w Wadowicach
Jana Królikiewicza, który pełnił tę funkcję
od 1 X 1933 r.
         „Ja w żeńskim gimnazjum w Wadowi-
cach spędziłam cztery lata. Kontakty nasze
z męskim gimnazjum, gdy chodzi o teatr były
bardzo bogate. Od samego początku two-
rzyliśmy razem spektakle, pod reżyserią pro-
fesorów polonistów. Ja osobiście pamiętam
jednak najlepiej profesora Hanusiaka, który
wyreżyserował w tym naszym kółku drama-
tycznym, do którego należeli uczniowie obu
gimnazjów, parę sztuk, w których ja byłam
aktorką. Pierwsza to była Antygona Sofo-
klesa, której premiera odbyła się w „Sokole”.
Rolę tytułową kreowałam ja, Hajmona syna
Kreona grał Karol Wojtyła, a główną postać                           Halina Królikiewicz-Kwiatkowska.
Kreona grał kolega Kulesza. Ismenę moją siostrę grała śliczna Kazia Żakówna. Przewodnika
chóru grał Zbyszek Siłkowski. Dekoracje przygotował chyba profesor Jach, który z innymi ma-
lował kolumny przybijane potem do deski u góry. Pamiętam, że taka była dramatyczna moja
scena pożegnania Antygony ze światem, z życiem, ze słońcem, kiedy ta kolumna się odpięła
i z szelestem do moich stóp spadła”.
         Siostrę Antygony Ismenę grała Kazimiera Żakówna. Po latach odnalazłem ją
w Bielsku. Nosiła teraz nazwisko Uchyło. Oto fragment jej wypowiedzi.
         „W Antygonie główną rolę grał K. Wojtyła, Królikiewiczówna Antygonę, a ja Isme-
nę. Po kilku przedstawieniach odegranych w „Sokole”, gdy przyszłam do szkoły, była lekcja języ-
ka polskiego. Naszym wykładowcą był profesor Hanusiak. Jakie było moje zdziwienie gdy przy
całej klasie, z wielkim uznaniem powiedział: „no panno Kaziu – świetnie, wspaniale. Pani się
tylko nadaje na deski teatralne i musi pani to kontynuować”.
       Piszący szkolną kronikę Jan Wolczko, wówczas uczeń kl. VIb odnotował:
 16 XI 35 r. – zabawa, przygrywa jazz-band 12pp.
 18 XI – 2 XII - wystawa malarska w świetlicy. Swe prace wystawili: Jach, Sarnicki, Bałys,
 Suknarowski.
       W nawiązaniu do informacji o tej wystawie w świetlicy cytuję fragment odnośnych
wspomnień Haliny Królikiewicz-Kwiatkowskiej.
       „Pamiętam taką sytuację, że mój ojciec zupełnie oszalał na punkcie świetlicy na
dole, którą właściwie zbudował swoją energią, żebraniem o pieniądze i zdobywaniem tych

Strona 408

406           Rozdział VII - W stronę sztuki

      różnych eksponatów. Była to świetlica bardzo piękna urządzona w stylu „powsinogów
      wadowickich” można by tak było powiedzieć, z oryginalnymi rzeźbami Wowry, Bałysa i Suk-
      narowskiego. Była bardzo ładnie wymalowana, były oryginalne meble. Ta świetlica została
      otwarta, przyjechał wtedy sam Zegadłowicz i było jak gdyby poświęcenie tej świetlicy. Zega-
      dłowicz u nas w domu z tej racji bywał, pamiętam to bardzo dobrze. Ochrzcił mojego psa Puk,
      według Szekspira. I proszę sobie wyobrazić niedługo po tym, co za dramat, kiedy przekręcił się
      światopogląd Zegadłowicza. Ten od tych powsinogów i świątków, naraz napisał Zmory i Mo-
      tory i został przez kościół wyklęty. Przyszło od razu jakieś pismo, że świetlica nie może się nazy-
      wać jego imieniem. Pamiętam jak paru dozorców z gimnazjum niosło taką olbrzymią rzeźbę
      głowy, zrobioną przez Bałysa chyba. Nieśli ją na strych, ponieważ już Zegadłowicz był wyklęty,
      świetlica była zamknięta, mój ojciec miał straszne nieprzyjemności i bardzo to przeżył.”




      Aktorzy występujący w „Ślubach panieńskich” (1936 r.) Od lewej: Kulesza, Weberówna, Pomezański, Ginka Beer, Wojtyła, Królikiewicz.
              O kolejnym przedstawieniu teatru szkolnego Jan Wolczko napisał w kronice: „Dnia
      29 II 1936 r. Kółko Dramatyczne naszego Zakładu wspólnie z Gimn. Żeńskim wystawiło
      w sali „Sokoła” komedię A. Fredry „Śluby panieńskie”. Sztuka wypadła b. dobrze. W rolach
      głównych wystąpili: Halina Królikiewicz (Aniela), Beerówna (Klara), Kol. Pomezański (Albin),
      Wojtyła (Gustaw). W antraktach przygrywała nasza orkiestra dęta. Przedstawienie powtó-
      rzono 1 III 1936 r. o godz.19, dla szerszej publiczności oraz 8 III. w Andrychowie, w sali Domu
      Katolickiego, gdzie spotkało się z bardzo dobrym przyjęciem i zrozumieniem publiczności.
               Wspomina Halina Kwiatkowska.
               „Następne przedstawienie w którym brałam udział to były „Śluby panieńskie”. Gucia
      grał Karol. To była jego bardzo dobra rola, zupełnie inna, komediowa, lekka. Ja grałam Anielę,
      Ginka Beer starsza o rok grała Klarę, Marysia Weberówna grała panią Dobrójską, Radosta grał
      Kulesza, a Pomezański – Albina. Odnieśliśmy sukces, bo w Wadowicach graliśmy parokrotnie
      i jeszcze jeździliśmy specjalnie wypożyczonym autobusikiem do Andrychowa, do Kęt. Jak na
      amatorski, młodzieżowy zespół gimnazjalny graliśmy b. dużo. Patrzę na zdjęcie, które liczy so-
      bie pięćdziesiąt trzy lata, robione przy magnezji przez miejscowego fotografa, wszyscy mamy
      wytrzeszczone oczy i widzę przyzwoite, stylowe kostiumy i fryzury, Gucio ma przyklejone wą-
      siki, widzę ładne biedermeierowskie mebelki - przyznam się, ogarnia mnie sentyment”.5


       5 - Juliusz Kydryński: Młodzieńcze lata Karola Wojtyły, Halina Królikiewicz-Kwiatkowska: Wzrastanie, s. 37,
           Oficyna Cracovia, Kraków 1990

Strona 409

Rozdział VII - W stronę sztuki           407




                    Głos Młodych, pisemko młodzieży gimnazjalnej z Podbeskidzia.




Informacje z gimnazjum wadowickiego (m.in. recenzja z przedstawienia „Śluby Panieńskie” z fotografią).

Strona 410

Ujsoły - punkt wypadowy w rejon Hali Boraczej, Lipowskiej, Rysianki.
                                                       Ujęcie z Wilczego Gronia. (schyłek lat siedemdziesiątych XX w.)
      SZLAKAMI
   Jana Pawła II
„Lubię wracać tam gdzie
      byłem już”.
    Beskid Żywiecki




  Ujsoły - kamienne szałasy wtopione w zbocze. (koniec lat 70-tych).




  Widok spod schroniska na Hali Boraczej, w stronę
  Przełęczy Pawlusiej między Rysianką, a Romanką.

Strona 411

Schronisko na Hali Lipowskiej (przed przebudową)
   Kalendarium wycieczek Karola Wojtyły.                                               (fot. Czesław Szindler)
- 22-23 VII 1953 r. - Żywiec, Romanka, Jeleśnia, Hucisko,
   Łamana Skała, Leskowiec, Czartak.
- 21 I 1954 r. - Wycieczka narciarska z Huciska przez
   Jałowiec do Suchej.
- 11 II 1958 r. - Tygodniowy kurs narciarski na Hali
   Lipowskiej.
- 18-19 I 1970 r. - Wycieczka narciarska: Złatna,
   Lipowska, Ujsoły.




                        Hala Miziowa pod Pilskiem ze starym i nowym schroniskiem. (schyłek XX wieku)




                                                                                    Na szczycie Pilska (1557 m.npm.) W tle Babia Góra.
                                                                                                                   (schyłek XX wieku)

Strona 412

410           Rozdział VII - W stronę sztuki

             Dopisek dotyczący fotografii odnalazłem w pisemnym opracowaniu wspomnień kra-
      kowskiej aktorki. Wcześniej w rozmowie ze mną, uwagi na temat zdjęcia zostały pominięte.
             Osobny rozdział to pozalekcyjne zajęcia w gimnazjum. Można było wyżyć się w har-
      cerstwie, w kołach zainteresowań, na wycieczkach i obozach. Wymagało to jednak pewnej,
      niezbędnej umiejętności - godzenia nauki i wypoczynku. Potrafił to doskonale robić Karol
      Wojtyła. Jego szerokie zainteresowania, udział prawie we wszystkich formach działalności
      pozalekcyjnej oraz osiągane sukcesy były efektem nie tylko zdolności, ale i wielkiej pracowi-
      tości.
              Ciekawe inicjatywy kulturalne rodziły się w murach Prywatnego Gimnazjum im.
      Michaliny Mościckiej. Współpracę grona nauczycielskiego i młodzieży obydwu zakładów
      wspomina pani Danuta Gruszczyńska, ówcześnie Pukłówna.
              „Gimnazjum żeńskie w swych początkach miało tych samych pedagogów co gimna-
      zjum męskie. Młodzież wspólnie uczestniczyła w uroczystościach, razem działała w harcer-
      stwie czy kołach zainteresowań. Gdy zdałam do gimnazjum, dyrektorką była dr. Zofia Szy-
      balska. Z tego okresu 1933-1938 pamiętam bardzo żywe kontakty mojej klasy z równoległą
      klasą gimnazjum męskiego. Wspólna praca w kółku dramatycznym, recytatorskim, wspólne
      redagowanie gazetki szkolnej. Pamiętam mieszany chór szkolny pod dyrekcją profesora Titza
      i profesora Czubatego, a także nasz wspólny udział w kursie tańca towarzyskiego, który pro-
      wadził Stefan Radwan - opiekun harcerzy. Dużym przeżyciem był nasz udział w przedstawieniu
      „Sobótki” Jana Kochanowskiego, reżyserowany przez Jerzego Hadynę, profesora gimnazjum
      cieszyńskiego. Ubrani w stroje regionalne, przejechaliśmy przez całe miasto na drabiniastych
      wozach aż do parku, gdzie odbyło się widowisko. Z kolegami z Gimnazjum im. M. Wadowity
      spotykaliśmy się na festynach szkolnych, na licznych imprezach, a w końcu i na komersie po-
      maturalnym”.
              Przypomnianą powyżej „Sobótkę” przedstawili uczniowie obu gimnazjów 7 VI 1936 r.
      Ten moment wspomina Kazimiera Uchyło (wówczas Żakówna).
              „Przypominam sobie jeszcze mój udział w jed-
      nym scenicznym utworze. Reżyserował go profesor
      Hanusiak. To była impreza z okazji święta ludowe-
      go, zbiórka odbywała się na podwórku gimnazjal-
      nym. Wszyscy byliśmy ubrani z wiejska, w strojach
      regionalnych, koledzy również w jakichś sukmanach
      chłopskich. Występ odbył się w parku. Wjeżdżaliśmy
      do wadowickiego parku wozem drabiniastym wzdłuż
      zgromadzonej publiczności. Była to kolorowa impre-
      za ze śpiewem i tańcami. Był też w tym gronie Karol,
      ale nie wiem czy był moim partnerem czy Danki Pu-          Kazimiera Uchyło (nazwisko panieńskie Żakówna)
      kłówny. W każdym razie siedzieliśmy razem ja, on            koleżanka ze szkolnego teatru, osiadła w Bielsku.
      i Danka.”
              Pozostańmy jeszcze przez chwilę w ludowym nastroju by posłuchać jak Jędrzej
      Wowro mówi o swoim dzieciństwie i młodości, o trudnych latach, gdy wykonywał różne
      prace w gospodarstwie rodziców. Nie chodził do szkoły, wstawał o świcie chodził do lasu i na
      pastwisko. „Kozali mi młócić, abo dali kosyk i grabie, cobyk graboł liście, abo siykire, cobyk
      drwa remboł. W lecie wstawołek o godzinie czworty z rania i chodziłek co dzień na grzyby,
      na bile, gołebki, liski, maśloki, prawoki i morciny, co je teroz krakowiokami nazywajom – róż-
      ne. Ale najwięcy posołek krowy, jak je jesce tata mieli. A jak je przepili, to jo już ni mioł śnimi
      kłopotu.”6


       6 - Tadeusz Seweryn: „Świątkarz powsinoga”. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1963, s. 14-15

Strona 413

Rozdział VII - W stronę sztuki                 411
        Wowro opowiada o procesie rzeźbienia.
        Wszelką rzeźbiarkę rozpoczynał Wowro nabożnie, żegnając pieniek lipowy nożem,
jak czyni to gospodyni przed rozpoczęciem krajania bochenka chleba.
        „Rano musi się paciyrz zmówić, naostrzyć piłkę, nabrusić nóż, a potem przeżegnać
drzewo nożem (…)7
        Rzeźbię figury (…) coby się lu-
dzie do nik modlili i zasługiwali na żywot
wiecny (…) Boze, dopomóż mi, żeby mi
się darzyło, bo dzisia z nikim ni mom in-
teresu ino na Twojom kwałe robie i zmiłuj
się nade mnom. Boze, coby ludkowie ode
mnie brali i daj mi długie życie – amen.
Tego dnia co robię ni mogę mieć z nikim
interesu, bo jesce do palca nóż zajedzie,
abo się ksztołt poprzecino ostrym nocy-
niem. (…)
        Muszę dobrze śpekulować, zeby
wyś z drewnem bo kazdo figura musi sie-
dzieć w kawołku. Jak sie mieści w drew-
nie to się dobrze robi. Łotanio jo nie lubie,
ale się musi jak som skrzydła u aniołów
abo jakie piki. (…) Musi być drewno su-
che, cyste, bez sęka, bo sękate to tak jak
staro babka na babe.
        - Przecie stoi napisane, że piyrsom
porke ludzi wyrzeźbił Pon Bóg z gliny,
a potem to już sie ludzie robili sami, ale
świętyk to Pon Bóg dali som robił. Dał im
świętom jasnoś wele głowy i odznaki -
temu piłe, temu książkę, kwiotek, kielich
– wolaśno (cokolwiek) co by się ich dało
poznać. (…)                                         Jędrzej Wowro - kapliczka w plenerze, Chrystus frasobliwy.
        Znajomość atrybutów świętych uważał Wowro za podstawową wiedzę świątkarza -
potem dopiero znajomość „praktyk” czyli żywotów świętych.
        Właściwy porządek Wawrowej pracy był następujący: „wyciupał” siekierką klocek,
a potem krótkimi sękatymi palcami puszczał w ruch dłutko za dłutkiem. Posługiwał się czte-
rema dłutkami, najbardziej wszelako upodobał sobie „gnyp” - nóż szewski, składający się
ze sztabki stalowej u jednego końca skośnie ściętej, u drugiego zaś obwiązanej brudnymi
szmatami (T. Seweryn – str. 118) (…) Wycięte w białym drewnie figurki malował świątkarz
jaskrawymi farbami z połyskiem. – „Juz człowiek widzioł i słysoł, ze ani głowy na to ni mom,
ale jak wezme zachwyt to już wiym. Bez ty łaski cłowiek nic nie poradzi”.
        Z przeprowadzonych po latach analiz poetyckiej twórczości Karola Wojtyły wyni-
ka, że doceniał kunszt rzeźbiarski Jędrzeja Wowry. Mało tego, odbierał z dużą wrażliwością
piękno przydrożnych kapliczek, ludowych boskich wizerunków, otaczającej je przyrody, na
wiejskich rozstajach i przy górskich ścieżkach. Doznawał emocjonalnych uniesień w czasie
modlitwy przed nimi. Bywał u Wowry i słuchał jego opowieści, może takich jak zamieszczone
powyżej.


 7 - Tadeusz Seweryn: „Świątkarz powsinoga”. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1963, s. 118, 135, 136
     (fragmenty)

Strona 414

412            Rozdział VII - W stronę sztuki

               W pamięci kolegów i koleżanek gimnazjalnych, a także uczących, zapisała się
      niewątpliwie przebojowa, a nawet trochę nieobliczalna, często cytowana Halina Króli-
      kiewicz. Obdarzona dobrą pamięcią dodaje:
               „W Wadowicach chodziłam od klasy IV do gimnazjum prywatnego. Dyrektorką była
      Zofia Szybalska. Otwarta na młodość, w przeciwieństwie do mojego ojca była liberalna. Np.
      jeździliśmy na bale do studentów akademii rolniczej, do Czernichowa pod Krakowem. Pew-
      nym razem zostałam ukarana za to, że byłam w kinie, na niedozwolonym filmie, a do tego
      siedziałyśmy z koleżanką Hajdysówną w loży. Pamiętam też wybryk na prima aprilis, gdy całą
      klasą poszłyśmy nad Chczenkę na wagary, zamiast siedzieć na lekcjach, a na tablicy napisały-
      śmy prima aprilis. Po powrocie do domu o pierwszej, spotkała nas zasłużona reprymenda bo
      dyrektor Szybalska wściekła się i natychmiast powiadomiła rodziców. Ponieważ mój ojciec był
      wyjątkowo surowy, ja miałam w domu potężną aferę. Podobnie, gdy dowiedział się o moim
      spacerze nad rzekę w towarzystwie młodego oficera. Miałam też inne sprawki na sumieniu np.
      podsłuchiwałam obrady rady pedagogicznej gimnazjum męskiego, gdy rozpatrywano sytua-
      cję zagrożonych uczniów, z których niektórzy byli moimi kolegami. Raz nawet zasłyszałam, że
      ten, a ten pozostanie na drugi rok jeśli tylko będzie miał ocenę niedostateczną z łaciny. Ta dwó-
      ja była problematyczna. Ponieważ podkochiwałam się w tym chłopcu, poszłam do profesora
      by go ubłagać o pozytywną ocenę z tego przedmiotu. Jako córka dyrektora miałam tupet by
      ubiegać się o wyrozumiałość dla niego.”
               „Jeszcze pamiętam ze wspólnych naszych teatralnych osiągnięć, że była grana „Sobót-
      ka” Kochanowskiego. To było w lecie na 24 czerwca robione. Niestety nie wystąpiłam w tym
      widowisku, bo dostałam w przeddzień anginę. Strasznie szlochałam, pamiętam, że Lolek też
      w tym brał udział i nawet mieliśmy te partie solowe razem przedstawiać, tymczasem ja mu-
      siałam zostać w łóżku z wysoką temperaturą. Nawet nie pamiętam kto mnie zastąpił. Razem
      z K. Wojtyłą brałam też udział w recytacjach w Domu Katolickim, to były Hymny Kasprowi-
      cza.
               Ze wspólnych przeżyć gimnazjalnych, mile wspominanych pamiętam wyjazdy do tea-
      tru w Krakowie. Osterwa prowadził wtedy w Krakowie teatr szkolny, na niebywale wysokim
      poziomie, ze znakomitymi aktorami. To były przedstawienia znakomite. Myśmy na nie jeździ-




      Gmach teatru J. Słowackiego, w Krakowie, w latach trzydziestych XX w.

Strona 415

Rozdział VII - W stronę sztuki                      413
li popołudniami i pociągiem wracali. Pamiętam, że byliśmy na Balladynie i na jeszcze jednej
sztuce Nowakowskiego. Na Balladynie siedziałam w loży razem z Karolem Wojtyłą i patrzyli-
śmy na spektakl, któryśmy grali w szkolnym teatrze. A potem po latach, gdy został papie-
żem ja siedziałam w tej samej loży i patrzyłam na jego sztukę, która była grana – „Brat
naszego Boga”. Lubiliśmy wyjeżdżać do teatru, bo było to dla nas wielkie przeżycie. Potem na
zajęciach kółka dramatycznego, omawialiśmy te widowiska, dyskutowaliśmy, kłóciliśmy się.
Mimo, że Wadowice były prowincjonalne, my uczestniczyliśmy w kulturze. Wiadomości Lite-
rackie myśmy czytali od deski do deski. Sztuki, felietony literackie, z tym wszystkim byliśmy na
bieżąco.”




                                       Przedwojenna widokówka. Widok z Kalatówek na Czerwone Wierchy i Giewont.

                                          2. Poezja
        W klasie V doszedł do zespołu uczniowskiego Eugeniusz Mróz, który po przyby-
ciu do Wadowic zamieszkał w domu Bałamutha, stając się sąsiadem Karola Wojtyły - dzięki
czemu może teraz dzielić się ciekawymi wspomnieniami. Ponadto jest najdłużej żyjącym
absolwentem naszej budy, uczniem „klasy papieskiej”, który zdawał maturę w 1938 r. Gdy
piszę te słowa matuzalem Mróz ma 99 lat. W 2020 osiągnie setkę.
        „Gdy zamieszkałem z rodzicami w roku 1935 w Wadowicach, dostaliśmy mieszkanie
w kamienicy Bałamutha, kupca żydowskiego. Nasze mieszkanie znajdowało się na pierwszym
piętrze i było dwupokojowe, obok mieszkał Karol wraz ze swoim ojcem również Karolem. Są-
siadowaliśmy ze sobą. Ich mieszkanie miało układ amfiladowy. Wchodziło się najpierw do
kuchni, a później do pokoju jednego i drugiego. Jako sąsiedzi i koledzy często spotykaliśmy się.
Zaglądałem do Lolka, on przychodził do mnie. Spotykało się u niego wielu kolegów, którym
chętnie pomagał w nauce.
        Często spotykałem ojca Karola, wówczas już starszego pana. Szpakowaty, nosił okula-
ry nazywane cwikierami. Był emerytowanym oficerem wojskowym. Powszechnie zwracano się
do niego - panie kapitanie. Wspaniale radził sobie z prowadzeniem domu i wychowywaniem
syna. Gdy przychodziłem do Lolka widziałem jego ojca przy różnych zajęciach domowych.
Przepasany fartuchem mył naczynia, przyrządzał posiłki, sprzątał mieszkanie. Śniadania i ko-
lacje ojciec robił dla nich obu sam, natomiast obiady jedli w prywatnej jadłodajni Banasiów
 po przeciwnej stronie ulicy.

Strona 416

Masyw Babiej Góry widziany z Zawoi.
       SZLAKAMI
    Jana Pawła II
„Lubię wracać tam gdzie
      byłem już”.
   Królowa Beskidów
      Babia Góra




Babia Góra z polanki przed Markowymi Szczawinami.




Widok z Małej Babiej Góry na szczyt z Diablakiem.
(fot. Czesław Szindler)

Strona 417

Wschód słońca podziwiany ze szczytu Babiej Góry.
       Kalendarium wycieczek Karola Wojtyły.                                                          (fot. Czesław Szindler)
- 21-27 VI 1953 r. - Sucha, Zawoja, Markowe Szczawiny, Babia
  Góra, Krowiarki, Jeleśnia, Romanka, Hala Lipowska, Hala
  Boracza, Beskid Śląski.
- 15-25 IX 1953 r. - Od Suchej do Krynicy, Babia Góra, Polica,
  Gorce, Beskid Sądecki.
- 4-15 VIII 1954 r. - Barania Góra, Hala Boracza, Hala Miziowa,
  Pilsko, Koszarawa, Babia Góra, Krowiarki, Gorce, Pieniny,
  Beskid Sądecki.
- 1-12 IX 1958 r. - (...) Ujsoły, Rysianka, Hala Miziowa, Babia
  Góra, Pasmo Podhalańskie, Turbacz, (...) Piwniczna.




Schronisko PTTK na Markowych Szczawinach (schyłek lat siedemdziesiątych XX wieku)




                                                                            Z Suchej Beskidzkiej przez Jałowiec na Babią Górę.

Strona 418

416            Rozdział VII - W stronę sztuki

               Ojciec był przyjacielem i kolegą syna. Często wychodzili we dwójkę na spacery, a ponie-
      waż obaj kochali góry, chodzili też na dalsze wycieczki. Zdarzało się, że do tych wędrówek i ja
      dołączałem. Zapuszczaliśmy się pieszo w rejon Kęt i Andrychowa, przemierzając szlaki
      Beskidu Małego. A w roku 1937, o ile sobie dobrze przypominam, wybraliśmy się w okresie
      tzw. „święta gór” do Zakopanego. Chodziliśmy na wycieczki w Tatry. Podczas jednej z nich,
      w okolicach Giewontu, na Czerwonych Wierchach - zaskoczyła nas gęsta mgła. Lolek rozglą-
      dał się - ojca nie ma, rozpłynął się. Wołaliśmy, lecz bezskutecznie. Lolek rozpaczał, obawiał się,
      że ojciec mógł spaść ze skały. Gęsta mgła całkowicie przesłoniła widok. Zrezygnowani zeszli-
      śmy na naszą kwaterę do Zakopanego. Tam okazało się, że pan Wojtyła jest już na miejscu.
      Wcześniej od nas zszedł z gór i spokojnie popijał herbatę.
               Oprócz wędrówek turystycznych chodziliśmy też wspólnie na nieszpory do kościoła.
      Podczas nabożeństw wiele śpiewało się. Lolek jak i jego ojciec, miał dobry słuch i donośny głos,
      ich śpiew rozlegał się po całym kościele”. (Eugeniusz Mróz)
              Eugeniusz Mróz (notka biograficzna na podstawie książki Teofila Bojesia)8
              Urodzony i przybył do Wadowic z Limanowej, syn urzędnika
      skarbowego. Uczestnik ruchu oporu. Po wojnie skończył studia praw-
      nicze i zamieszkał w Opolu, gdzie pracował jako radca prawny. Opu-
      blikował wiele artykułów wspomnieniowych i aktywnie reprezentował
      „klasę papieską” najdłużej, ze wszystkich absolwentów z 1938 roku.
      Uczestnik zjazdów, koncertów, spotkań.
              Nowy rok szkolny 1935/36 przyniósł co najmniej jedną istot-
      ną zmianę w obsadzie profesorskiej w kl. VIa. Języka polskiego zaczął
      uczyć młody wówczas polonista Kazimierz Foryś. Po latach, gdy zbiera-
      łem materiały do książki wyraził swoją opinię o Wojtyle.                            Eugeniusz Mróz
              „Karol Wojtyła w klasie VI ujawnił swoje zainteresowania. Dużo czytał, pytał o wie-
      le spraw. Zaczęliśmy rozmawiać o teatrze, zastanawialiśmy się, kto może należeć do kółka
      dramatycznego. Spotykaliśmy się najpierw w szkole, a później na scenie Domu Katolickiego.
      Przychylnie odnosił się do naszych poczynań ksiądz Edward Zacher. Sam zajął się sprawami
      organizacyjnymi. Załatwił stroje, wypożyczone z Teatru im. Słowackiego w Krakowie. Charak-
      teryzatorem był miłośnik sztuki scenicznej – Hagenhuber. Karol Wojtyła grał przeważnie wio-
      dące role np. Gustawa w „Ślubach Panieńskich”, Pankracego w „Nieboskiej Komedii”. W okresie
      gimnazjalnym ujawnił szczególne zainteresowania twórczością Norwida. Karol Wojtyła jako
      polonista miał taką metodę, że wszystkie problemy rozważał i dopiero po kilku dniach wra-
      cał do zagadnień. Miał oryginalne poglądy, wnosił dużo ożywienia na lekcje. W szóstej klasie
      ujawnił wyraźne zainteresowania. Pytał o różne sprawy, dużo czytał. Wykazywał się znaczną
      wszechstronnością - bo to i teatr i sport, prezesowanie Sodalicji Mariańskiej, a przy tym celer
      ze wszystkich przedmiotów”. (Kazimierz Foryś)
                                       Kazimierz Foryś należał do grupy młodych przyjaciół Emi-
                                  la Zegadłowicza i z pewnością dostrzegał potencjał Karola Woj-
                                  tyły w wypracowaniach polonistycznych jak i w zamiłowaniach
                                  teatralnych, co wyrażało się w aktorstwie i próbach reżyserskich.
                                       Wadowickie środowisko artystyczne opierało się na Zegadło-
                                  wiczu, który był nie tylko wybitnym poetą ale i znawcą sztuki,
                                  przyciągającym do siebie początkujących plastyków, co zaowo-
                                  cowało drugim Czartakiem. Ten sztandarowy twórca, osadzony
                                  w beskidzkich, lokalnych realiach - był dla prowincjonalnych arty-
                                  stów drogowskazem, ideowym przewodnikiem.
      Kazimierz Foryś

       8 - Teofil Bojeś: Ostatni Mohikanie. Wydawnictwo Św. Stanisława BM, Kraków 2000, s. 113-114

Strona 419

Rozdział VII - W stronę sztuki                      417
        Gorzeń Górny z dworkiem Emila
Zegadłowicza położony był o kilka kilo-
metrów od Wadowic, w kierunku południo-
wym, nad Skawą, pod stokiem wzniesienia
zwanego Grodziskiem. Z miasta można
się tam było dostać się na kilka sposobów.
Oczywiście per pedes, np. drogą jezdną
w dolinie Skawy, którą bardzo rzadko prze-
jeżdżało auto, a częściej furmanka. Inny wa-
riant wzniesieniami - przez wadowicki park,
Niwy i Dzwonek (poprawnie Goryczkowiec),
bądź trochę okrężną drogą obok dworku
„Mikołaj”, przez błonia, a potem brzegiem
Skawy i Gotowiznę, by na koniec polnymi
drogami dotrzeć do Murowańca. Zainte-
resowanie twórczością poety wzmogło się
po jubileuszu. Sztandarowym utworem
były ballady „Powsinogi beskidzkie”, a obok
nich pojawiły się również dramaty, z najgło-
śniejszą „Lampką oliwną”, która wystawiana
była w wielu polskich teatrach. Lansowała
utwory Zegadłowicza sławna wówczas ak-
torka Stanisława Wysocka, ukazywały się
bibliofilskie wydania wierszy z ilustracjami                      Strona tytułowa almanachu - Czartak.
uznanych twórców. Piewca Beskidów miał też w swoim dorobku przekłady: np. „Fausta”,
tłumaczenia wierszy, publicystykę i takie osiągnięcia jak mecenat nad młodymi artystami
oraz odkrycie i popularyzowanie świątkarza Jędrzeja Wowry. Poeta udzielał się jako pre-
legent, spotykał się z młodzieżą, z publicznością teatralną, przyjmował swoich wielbicieli
w Gorzeniu. W wadowickich kręgach inteligencji nadal żywe były tradycje „Czartaka”. Cho-
ciaż grupa należała już do przeszłości, to można było sięgnąć do almanachów „Czartaka”. Te
były dostępne, chociażby w szkolnej bibliotece. Czartakowcy wywierali wpływ na młodych
poprzez swoje poezje, a te były polecane gimnazjalistom, zwłaszcza, że polonistą był Kazi-
mierz Foryś, przyjaciel Zegadłowicza i innych twórców. Hasła „Czartaka” były nośne w lokal-
nej kulturze. Nadal myśląc o Zegadłowiczu poecie miało się na języku określenie „Piewca Be-
skidów”. Tak go widziano do połowy lat trzydziestych i takim pozostał jako poeta. To, że stał
się głośnym, skandalizującym autorem powieści, nie przekreśla wcześniejszego dorobku.
        Drugi z poetów chociaż nie z Beskidów, Edward Kozi-
kowski, tworzył do lat trzydziestych poezje utrzymane w duchu
ideologii „czartakowskiej”. Wydawał tomiki pod godłem „Czartaka”
m.in. „Tęsknota ramy okiennej”, „Wymarsz Świerszczów”, „W towa-
rzystwie wierzby” i inne. Był częstym gościem w Gorzeniu, wspierał
Zegadłowicza, pokochał góry i wędrówki, był zbieraczem świątków
Wowry.9
        Bliska wadowiczanom, poetka, Janina Brzostowska,
zgłosiła akces do „Zboru poetów w Beskidzie” w 1925 roku. Uro-
dzona w 1897 roku, ucząca się w wadowickim gimnazjum jako
                                                                             Edward Kozikowski współtwórca
prywatystka, była córką Jana Dorozińskiego, który w latach 1908-                   „Czartaka”. Poeta i pisarz.

 9 - Zbigniew Bieniasz: Edward Kozikowski – współzałożyciel Czartaka. Nadskawie, TMZW Wadowice 1986,
     zeszyt 5-6, s. 59-61

Strona 420

418            Rozdział VII - W stronę sztuki

      1924 był dyrektorem zakładu. Ojciec poeta, psycholog, znawca literatury, matka pianistka.
      Czartakowcy nazywali ją „Poetessą”, a ona wrośnięta była w podbeskidzką krainę, zakochana
      w rodzinnym mieście i otaczających je górach. Jej bogata twórczość obejmuje poezję, prozę
      i tłumaczenia. Wrażliwa, pracowita obdarzona talentem, wybitna. Szerzej o jej dokonaniach
      w „Nadskawiu”.10
             W latach 1938-39 wydawała w Warszawie
      dwumiesięcznik literacki pn. „Skawa”. W tym mo-
      mencie osobista dygresja o moim spotkaniu z poet-
      ką. W roku 1982, będąc na studiach podyplomowych
      w Warszawie odwiedziłem, p. Janinę Brzostowską
      w jej mieszkaniu. Starsza, schorowana, leżąca w łóżku,
      niewiele mogła mi powiedzieć. Przyjrzałem się jednak
      dziełom sztuki wiszącym na ścianach pokoju, w któ-
      rym rozmawialiśmy. Było tam kilka portretów p. Janiny
      wykonanych przez Witkacego pastelą, utrzymanych
      w klimacie firmy portretowej Witkiewicza z Zakopa-
      nego. Na nich przystojna kobieta, uśmiechająca się,
      z typową przedwojenną fryzurą i charakterystyczny
      podpis Witkacego. U sufitu żyrandol w formie koła,
      a na nim anioły z instrumentami, autorstwa Jędrze-
      ja Wowry. Na szafie szopka gorzeńskiego świąt-
      karza pokryta patyną, która zmieniła jaskrawe farby
      i zmatowiła je. Pani Janina potwierdziła, że to beskidz-         Janina Brzostowska, nazywana przez
      ki świątkarz, którego gawędy bardzo lubiła.                                 „czartakowców” Poetessą.
             By podtrzymać wspomniane przez poetkę gorzeńskie klimaty przytaczam jedną
      z jego opowieści o rodzinnych stronach, o stawku z zatopioną karczmą.




      Skawa - miesięcznik literacki redagowany przez J. Brzostowską.   Erotyki z exlibrisem „Czartaka” autorstwa Janiny Brzostowskiej.

       10 - Monika Rado: Szczęście w cudzym mieście. Nadskawie, TMZW Wadowice 1986, zeszyt 5-6, s. 62-67

Strona 421

Rozdział VII - W stronę sztuki              419
        „Pod lasem gorzeńskim jest taki sto-
wek, a w nim cało karcma zatopiono z we-
selem, muzykom i ludziami. Wsyćko zapadło
się skrony tego, że ludzie nie klęknyli, jak je-
choł ksiądz do chorego. O dwunasty godzi-
nie, o północku, jak trzasnął pieron – łup! tak
wsyćko – siup, pod ziem! O zmiłowanie Bo-
skie wołajom, ale juz nic nie pomogło, bo to
była kara Bosko. Ino na tym miejscu jest dziś
stowek z corną wodom. Ludzie powiadają,
że to jest „Pod Dzwonkiem”. (…)
        Jagek był młody, trefiło mi się zaro-
bić siykirom w lesie, posedek z parobkami
do Wadowic. Przejodek wsyćko i przepiłek.
Wracom sie do domu, a tu po drodze widze
psa. Malutki był, corniutki, udoł mi się. Biere
go na ręce „Dom ci mlika - rzeke - dom ci faj-
nom wiecerzom, jak przydziemy do domu”.
A tu jagek sed kole tego stowku, piesek hyc!
Juz go ni ma. Sukom go, wołom: psi, psi, psi!
Ni ma i ni ma! Tornie i lasy, woda i skole (ska-
ły, kamienie), kady jo sukoł tego psa, to ani
głowy na to nie mom. Sukołek go do rania.                         Diabeł autorstwa Jędrzeja Wowry.
Jak słonko zaświyciło, som nie wiym, co sie
ze mnom stało. Skądeś sie tu wzion? Skocyłek na równe nogi, a tu jo ciap, ciap nogami po
błocie w tym stowku, aze mi to świństwo na gembe pyrskało. (…)11
        Pani Janina Brzostowska na moją prośbę ofiarowała mi swoją fotografię i jeden z to-
mików wierszy wydanych z exlibrisem „Czartaka” oraz kilka zeszytów „Skawy”. Po kilku latach
(1985r.) zmarła. Mimo starań u jej syna, do którego pisałem nie udało mi się, nic więcej uzy-
skać po niej, dla Wadowic i potomnych.
         Podobnie związany był z Wadowicami poeta Tade-
usz Szantroch. Rówieśnik Zegadłowicza, patriota i żołnierz, na-
uczyciel gimnazjalny. W wadowickim gimnazjum uczył w latach
1924-1930, języka polskiego i niemieckiego, kultury klasycznej
i psychologii. Do grupy „Czartak” został dokooptowany w roku
1925. Drugi almanach grupy z tego roku, zawiera sześć jego
wierszy. W tym właśnie czasie następuje rozkwit jego twórczo-
ści. Poeta wojny przemienia się w poetę miłości i przyrody. Kła-
nia się nie tylko starym bukom z Leskowca, wiklinie nad Skawą,
nieprzeliczonym świętym na beskidzkich rozstajach ale i ciszy
lasów przerywanej czasem „przygrywką świerszczów”, zagubio-
nym wiejskim przysiółkom, a także Bogu, który kryje gdzieś swój
„majestat cichy w skalnym ogromie” Babiej Góry.12                      Tadeusz Szantroch ze szkicownika
         Zasługą Tadeusza Szantrocha była edycja trzeciego nu-                     Zbigniewa Pronaszki
meru „Czartaka” w roku 1928, zasobnego w wiersze, głosy programowe, recenzje, a także
tekę autolitografii plastyków, współdziałających z grupą (m.in. L. Misky, J. Mroziński, W. We-
iss, Z. Pronaszko).

 11 - Tadeusz Seweryn: Świątkarz powsinoga. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1963, s. 42-44
 12 - Mariusz Marczyk: Poetów „Czartaka” portret w ramie. Nadskawie, TMZW Wadowice, 1983, zeszyt 3-4,
      s. 65-78

Strona 422

420            Rozdział VII - W stronę sztuki




      Dolina Skawy w okolicy „Czartaka” i przystanku kolejowego Mucharz.
              Przesiąknięty miłością do przyrody, do gór, do ludzi i gwary, do sztuki, do ziemi
      najbliższej i Boga, był poeta zapewne szczególnie odbierany przez młodego Karola
      Wojtyłę, który jak pokaże jego późniejsza twórczość utożsamiał się z hasłami głoszonymi
      przez „czartakowców”.
              Po wybuchu wojny Szantroch włączył się do działań konspiracyjnych, za co trafił do
      Oświęcimia, gdzie zginął w 1942 roku.
              Tradycje literackie ziemi wadowickiej to nie tylko „zbór poetów w Beskidzie”. Gło-
      śnym, samoukiem, literatem wiejskim był Antoni Kucharczyk z Benczyna, który znany był
      pod pseudonimem Jantek z Bugaja.13 Pisał i publikował wiersze, artykuły, teksty do piosenek,
      a nawet dramaty. Wydawał tomiki własnym sumptem, a gdy zdobył rozgłos pisał i zamiesz-
      czał utwory w prasie ludowej. M.in. w ukazującym się piśmie „Wieś, Jej pieśń” w Naprawie
      k/Jordanowa. Był wszechstronnie utalentowany artystycznie, zwłaszcza jako autor wszela-
      kich form literackich, ale także jako wiejski muzykant grający po weselach. Przewijają się
      takie instrumenty jak: flet i skrzypce. Trudno jednoznacznie stwierdzić czy jego dorobek
      znany był w jakiejś części Karolowi Wojtyle. Można jednak przypuszczać, że fragmentarycz-
      nie – tak, gdyż jego sceniczny utwór „Wesele Magdusi” grany był w wadowickim teatrze
      w 1934 roku, a wcześniej we fragmentach prezentowany na Jubileuszu XXV-lecia pracy

       13 - Władysław Błachut: Awans literacki wiejskiego muzyka (…) Nadskawie, TMZW Wadowice, 1984, s. 7

Strona 423

Rozdział VII - W stronę sztuki                  421
twórczej Emila Zegadłowicza. Gdy zestawimy te fak-
ty z dociekliwą naturą i hołdowaną zawsze pracą od
podstaw, co cechowało późniejszego papieża, to mo-
żemy przypuścić, że zainteresował go przypadek
Jantka z Bugaja.
        Swoich sił w poczynaniach literackich próbo-
wała też młodzież. W okresach wcześniejszych przy
redagowaniu szkolnych pisemek: „Nasz łan”, „Lutnia
szkolna”, „Orli lot”, a w połowie lat trzydziestych „Głos
Młodych” czy chociażby „Jednodniówka” Ziemia Wa-
dowicka.
        Z tej ostatniej publikacji pochodzi fragment
„Jarmark w Wadowicach”, przybliżający nam atmosfe-
rę dni targowych w mieście.
                Jarmark w Wadowicach.
        Od samego ranka ruch na drodze. Nie
tylko fury, furki, furmanki, nawet wozy dra-              Jantek z Bugaja, czyli Antoni Kucharczyk,
biniaste tłuką się po ulicy i zdążają ku rynko-                          literat i wiejski muzykant.
wi. Tam już ruch. Tu gruba przekupka rozbija stragan przy pomocy jakiegoś wieśnia-
ka, tam kupka Żydów nad czymś rozprawia, jeszcze gdzie indziej rozkłada na ziemi
swoje gliniane garczki młody chłopak. Tymczasem coraz więcej wozów nadjeżdża
i rynek coraz bardziej zaczyna się zaludniać.




                                                                                Stragany w dzień targowy.

        Już stoją stragany porozstawiane i sprzedawcy kończą jeszcze tylko ustawiać na pół-
kach materje, barwne, chustki, mydła, puszki z cukierkami, kiełbasy i kiszki.
        Na drugim rynku zbierają się baby z masłem, jajkami, serami i jarzynami. Wszystkie
roją sobie miłe nadzieje, że ta za jajka i masło kupi sobie nową kraciastą spódnicę, tamta
nowe buty dla swojego Janusia, inna znowu kupi sobie chustkę ciepłą, bo to już czas zaopa-
trzyć się na zimę. Tymczasem zaczynają się schodzić paniusie na kupno. Przechodząc słyszy
się urywane zdania:

Strona 424

SZLAKAMI
         Jana Pawła II
Ksiądz Karol Wojtyła (Wujek)
ze studentami (Środowisko)
    na górskich szlakach.
     Kultowe połoniny
      w Bieszczadach.

                                                     Smerek (1222 m n.p.m.) - szczyt przez który wiedzie szlak na połoniny.


  Przełęcz Orłowicza (1099 m n.p.m.) między Smerekiem a Połoniną Wetlińską.




  Przy schronisku na Połoninie Wetlińskiej.

Strona 425

Widok w stronę Połoniny Caryńskiej (1297 m n.p.m.)
    Kalendarium wycieczek Karola
              Wojtyły.
- 3-15 VIII 1953 r. - Ustrzyki Górne, Tarnica,
   Halicz, Połoniny Caryńska i Wetlińska,
   Smerek.
- lipiec 1957 r. - dwie wycieczki z młodzieżą w
   Bieszczady.
- czerwiec, lipiec 1958 r. - wycieczka w
   Bieszczady.
- pierwszy tydzień lipca 1963 r. - 3 dni w
   Bieszczadach. Wypady na połoniny z Ustrzyk
   Górnych, w 10 rocznicę pierwszej wyprawy
   bieszczadzkiej.


                                      Na jednym z kilku wierzchołków Połoniny Wetlińskiej - widok na
                                    wschód w kierunku Połoniny Caryńskiej. Po prawej w głębi Tarnica.




                                                       Ujęcie ze szczytu Halicza (1333 m n.p.m.) w stronę Tarnicy (1346 m n.p.m.)

Strona 426

424          Rozdział VII - W stronę sztuki

              - Aż po 9 groszy jajka? Kobieto!!! -
              - Jak paniusia nie chce, to i nie musi kupować. -
              - No, no, zgódźta się babusiu! –
              Ale „babusie” są uparte i nie opuszczą ani grosza. Wolą przywieźć z powrotem do
      domu jajka i masło.
              Jedna, ta, co chce kupić buty dla swojego synka maszeruje po nie do sklepu z butami.
      Za nią idzie ta, co ma sobie kupić kraciastą spódnicę. Ale przystanęła przy innym straganie
      i kupiła korale dla Jagny.
              - Przecie to każdemu trza cosi kupić – pomyślała. Kupiła jeszcze fajkę dla starego, cu-
      kierków dla Józika i sobie tę upragnioną spódnicę. Przystanęła po drodze w gromadzie ludzi
      i poczęła się przeciskać, chcąc zobaczyć, co tam jest takiego ciekawego. Aha! To sprzedają tu
      krawatki. Chłop wykrzykując zachwala swój towar. Jest dowcipny, więc co chwilę przerywają
      mu tę mowę wybuchy śmiechów cisnących się chłopów… A obok mały chłopczyna sprze-
      daje zapałki, tam drugi sznurówki do butów. Tu w straganie sprzedaje skóry na buty.
              - Moiściewy – mówi Żyd – to taka fajna skóra, że nawet w sklepach takiej niema. No,
      ile odciąć? -
              - A chcecie za nie dwa złociaki? -
              Oj tak już nie mogę sprzedać, 2 zł 50gr! -
              Jii! – oburzyła się baba i odeszła.
      A już żydówka woła za nią:
              - Paniusiu, paniusiu! wróciła się!!! -
              No i jakoś ubiły targu. No, ale idziemy dalej. Targowica.
              Tam chłop z drugim chłopem biją w ręce. Zgodzili się. Krowa sprzedana. Właściwy
      najważniejszy okres jarmarku już minął. Teraz tylko sprzedaje się tak coś – niecoś. Już nawet
      na rynku niektórzy zwijają stragany, a baby zaczynają się rozchodzić, fury odjeżdżają. I zno-
      wu turkot na ulicy i pełno pieszych spieszy się do domów.(…) Tak to rozchodzą się do do-
      mów mniej i więcej zadowolone jednostki, a na rynku pozostaje tylko kupa śmieci, papierów
      i parę nierozebranych jeszcze straganów.14
                                                                          (Halina Królikiewiczówna)
               Tymczasem we wrześniu 1935 roku Zegadłowicz opublikował powieść „Zmory”,
      która zbulwersowała bez mała całą Polskę. Skandalizująca proza znalazła zarówno zago-
      rzałych zwolenników, jak i przeciwników. W jesieni 1935 roku rozpętała się burza polemicz-
      nych opinii na łamach czasopism i trwała z dużym nasileniem do połowy 1936 roku. Dziś
      z perspektywy czasu można powiedzieć, że ostrość i temperatura przeciwstawnych sądów
      sięgały zenitu, a ich zasięg był największy w całym międzywojennym dwudziestoleciu.
               Mimo upływu ponad osiemdziesięciu lat od opisywanych wydarzeń osoba Zegadło-
      wicza nadal dzieli wadowiczan. Ocena wartości literackich powieści należy do fachowców:
      literatów, krytyków - znawców tematu. Co innego osobiste odczucia czytelników. Tu każ-
      dy może mieć własne zdanie. W moim odczuciu istotny jest odbiór kontrowersyjnych treści
      przez ówczesną społeczność miejską, przez inteligencję, przez miejscowe elity, profesorów,
      duchowieństwo i młodzież. Co mogli przeżywać lokalni patrioci zapatrzeni w poetę Zega-
      dłowicza, ci którzy mieli go za idola piszącego o pięknie naszej beskidzkiej małej ojczyzny.
      Był piewcą tej ziemi i za to go honorowano. W „Zmorach” przedstawił rzeczywistość ma-
      łomiasteczkową w krzywym zwierciadle, krytycznie, w wielu wypadkach z tendencyjną
      złośliwością. Tak odczuwała większość wadowickiego społeczeństwa. Skoro wszyscy wiedzą,
      gdzie toczy się akcja powieści, rozróżniają postacie, czytają o przypisywanych im negatyw-
      nych zachowaniach, a mają z gruntu inne zdanie od autora, gdyż akceptują bliskie otocze-
      nie, z jego dobrymi i gorszymi stronami.

       14 - Jednodniówka Ziemia Wadowicka, s. 27-28. Kółko Krajoznawcze im. Emila Zegadłowicza przy Gimnazjum
            Żeńskiem w Wadowicach Polakom z zagranicy ofiaruje „Jednodniówkę” Ziemia Wadowicka. Roku wyda-
            nia nie oznaczono (ok. 1935 – dop. autora ZB), Biblioteka Jagiellońska, nr. sygnatury 126633444

Strona 427

Rozdział VII - W stronę sztuki            425
        Sądzę, że wadowiczanie oczekiwali
od Zegadłowicza podobnego ukochania
Wadowic, jak ukochał swój Gorzeń, po-
dobnego uszanowania dla mieszkańców
miasta, jakim obdarzał ludność wiejską.
Pisarz stworzył obraz własny, odmienny
od powszechnego wyobrażenia. Dla wielu
przerysowany i kłamliwy. Na dodatek Ze-
gadłowicz nie uznawał w „Zmorach” żadnej
świętości. W uogólnieniach rozprawił się
z miejskimi elitami, ze środowiskiem gimna-
zjalnym, z kapłanami, a nawet z własną ro-
                                                 Emil Zegadłowicz, znaczek pocztowy upamiętniający poetę.
dziną i z kolegami. Namalował obraz ostry
i czarny, jednostronnie negatywny, uwypuklił słabości i minusy - ludzi i wszelkiego oto-
czenia. Rozwinął głównie złe emocje dorastającego chłopca, jego traumatyczne przeżycia
w różnych społecznych sytuacjach, a sferę dojrzewania płciowego rozbudował ponad mia-
rę, sprowadzając ją do odruchów i popędów, poza kontrolą jednostki.
        Reasumując można powiedzieć: że ogół społeczeństwa zbulwersowany był ob-
scenicznymi fragmentami, używaniem niecenzuralnych słów, przejaskrawieniami, kłamli-
wym opisaniem galicyjskiej, małomiasteczkowej rzeczywistości. Te zarzuty płynęły z Polski,
a z lokalnego wadowickiego podwórka dochodziły jeszcze sprzeciwy rodzin i środowisk
obsmarowanych przez autora, które były łatwe do odszyfrowania, nie mówiąc o tym, że
wielu ze sportretowanych egzystowało w mieście. Na wszelką krytykę autor mógł zareago-
wać tłumaczeniem, że ma prawo do fikcji literackiej i do przejaskrawiania bo te zabiegi są
powszechne wśród prozaików. Niektórzy poczuli się oburzeni, inni obrażeni, jeszcze inni
posuwali się do agresji słownej, a nawet pogróżek wobec „samotnika z Gorzenia”. Jak pisze
Edward Kozikowski młodzi plastycy z Wadowic zorganizowali formalną ochronę przed po-
tencjalnymi napastnikami.15
        Jaki był zasięg książki w lokalnym, wadowickim społeczeństwie. Sądzę, że zrazu sto-
sunkowo niewielki. Z różnych powodów nie czytano wówczas powszechnie książek. Ale, gdy
sprawa stała się głośna, gdy pojawiły się kolejne nakłady, sięgano po nią z ciekawości, by prze-
konać się czy sądy zasłyszane na ulicy, w cukierni, poprzez towarzyską plotkę - są prawdziwe.
Pierwszy nakład został szybko wyczerpany, drugi skonfiskowany - pozostało więc pożycza-
nie będących w obiegu egzemplarzy. Zaczytywano się w nich, co dla jednych było genero-
waniem uśpionych pokładów nienawiści wobec prowokatora, dla innych wyśmiewaniem się
ze skarykaturowanych, jeszcze inni odkrywali może, że zgadzają się choć po części z oceną
autorską. Niechybnie, po kryjomu, z wypiekami, sięgała po „Zmory” młodzież, poszukując
w nich treści skandalizujących. Wypada w tym miejscu odnieść się do pytania czy wszystkich
interesowała głośna książka, czy byli tacy, którzy świadomie ją zignorowali, bo wystarczyła
im krytyczna ocena środowisk opiniotwórczych.
        „Zmory” niebawem po opublikowaniu doczekały się potępienia z ambon kościo-
łów archidiecezji krakowskiej. W Wadowicach przed czytaniem książki przestrzegał w ko-
ściele ksiądz proboszcz Leonard Prochownik. Kuratorium krakowskie nakazało wycofanie,
nie tylko „Zmór” ale wszystkich książek Zegadłowicza z bibliotek szkolnych w całym woje-
wództwie. Drugie wydanie powieści nastąpiło w grudniu 1935 roku, po czym bezzwłocznie
nakład został skonfiskowany w wyniku decyzji prokuratury krakowskiej.
        Wielu wadowiczan, uznało w tej sytuacji powieść Zegadłowicza za szkodliwą i nie
próbowało jej nawet czytać. Trudno się nawet temu dziwić, że osoby praktykujące wzięły

 15 - Edward Kozikowski: Portret Zegadłowicza bez ramy. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1966,
      s. 434

Strona 428

426          Rozdział VII - W stronę sztuki

      sobie do serca ostrzeżenie metropolity krakowskiego Adama Sapiehy, którego pismo
      odczytano w kościołach:
              „Ukazały się w ostatnich czasach powieści, których fabuła rozgrywa się na tle
      wydarzeń w miejscowości tutejszej diecezji. (…) wyrządzają wielką krzywdę społeczeń-
      stwu, które opisują. Brudne, ordynarne, prostackie, babrzące się w błocie bezwstydu opisy
      te bluzgają też bezkrytycznie przeciw religii. (…)
              Przestrzegamy wszystkich dobrze myślących katolików przed szerzącą się zarazą
      i wzywamy by wszelkimi środkami protestowali przeciw tej publicznej demoralizacji i zwal-
      czali takie wydawnictwa w imię religii, dobra Kościoła i Państwa i honoru naszej narodowej
      kultury”.16




                       W nawiązaniu do powieści „Zmory”, napis z nazwą ulicy i adnotacja Emila Zegadłowicza.
              Wadowickie władze postanowiły zdjąć nazwisko Zegadłowicza z ulicy jego
      imienia, wrócić do poprzedniej nazwy Tatrzańska i pozbawiły pisarza honorowego obywa-
      telstwa miasta. Zaś kierownictwo gimnazjum wadowickiego, na wniosek księdza Zachera,
      zmieniło nazwę świetlicy szkolnej, by nie była im. Zegadłowicza, po czym usunięto popiersie
      poety, dłuta Wincentego Bałysa.17
              Rozgłos, spory, zacięte dyskusje, publikacje prasowe, restrykcje sądowe i administra-
      cyjne - były reklamą kontrowersyjnej powieści, zintensyfikowały jej sprzedaż i poczytność.
              W trudnym położeniu byli ci wadowiczanie, którzy cenili Zegadłowicza jako po-
      etę, a teraz nie wiadomo było jak go bronić, czy w ogóle go jeszcze uznawać, czy zapomnieć
      o nim, czy milczeć, czy szukać wytłumaczenia.
              Do poczynań wadowickich władz odniósł się bez obaw artysta malarz Zbigniew
      Pronaszko. Warto przypomnieć, że ten uznany, przedwojenny twórca bywał w Wadowicach
      bo stąd pochodziła jego żona, znał się z Zegadłowiczem, a nawet był ilustratorem „Zmór”. To
      dodaje dodatkowego smaczku, gdy czytamy jego wypowiedź krytyczną wobec Wadowic.
      Kilka jego prac to zaułki i motywy z Wadowic oraz portret Zegadłowicza. Głos swój zatytuło-
      wał: „Kompromitacja Wadowic”.18
              „Rada miejska w Wadowicach uchwaliła odebranie Emilowi Zegadłowiczowi hono-
      rowego obywatelstwa i nazwy ulicy jego imienia za… Zmory. Można by przypuszczać, że
      ten krok, jako wyjątkowe horrendum godne Abdery albo średniowiecznego Pcimia, służy
      celom propagandy Wadowic w myśl kupieckiej zasady, że reklama stanowi dźwignię handlu

       16 - Cytat za: Mirosław Wójcik: Pan na Gorzeniu. Wydawnictwo Akademii Świętokrzyskiej, Kielce 2005, s. 337
       17 - Cytat za: Mirosław Wójcik: Pan na Gorzeniu. Wydawnictwo Akademii Świętokrzyskiej, Kielce 2005, s. 368
       18 - Zbigniew Pronaszko: „Kompromitacja Wadowic”. Wiadomości Literackie, nr 8 z dnia 23 lutego 1936 r.

Strona 429

Rozdział VII - W stronę sztuki              427
                                                i przemysłu. Jednakże tak nie jest, bo ludzie
                                                już dawno dowiedzieli się o istnieniu tego
                                                miasteczka właśnie dzięki Zegadłowiczowi.
                                                Jego to działalność poetycka, opiewająca
                                                z dworku pod Wadowicami Beskid przyczy-
                                                niła się do spopularyzowania tego zakątka.
                                                Gdy sięgnie się pamięcią o kilka lat wstecz,
                                                ujrzy się liczne przyjazdy ludzi zasłużonych
                                                w sztuce i literaturze do Gorzenia (pod Wa-
                                                dowicami), siedziby poety, zobaczy się zjaz-
                                                dy, obchody, jubileusze dla uczczenia talen-
                                                tu Zegadłowicza. Wtedy Wadowice klaskały
                                                i mlaskały z zadowolenia, tak jakby choć
                                                w małej cząstce ich w tym była zasługa.
                                                Wtedy brały udział we wszystkich honorach
                                                i splendorach dla „swego” Zegadłowicza.
                                                Wtedy fundowano mu świetlicę, obdarzo-
                                                no obywatelstwem, przybijano tablicę. Dziś
                                                kiedy wiaterek (mocno podejrzany) powiał
                                                inaczej, kiedy zawołano gdzieś o prokura-
                                                tora, kiedy „Zmory” skonfiskowano - Wado-
                                                wice poczuły się dotknięte, a rada miejska
Zbigniew Pronaszko - autoportret.               usiłuje obniżyć wartość Zegadłowicza, od-
bierając mu te wszystkie zaszczyty, którymi go niedawno raczyła. Chciałoby się zapytać, czy
naprawdę nikogo nie było w sławetnej radzie, kto by wytłumaczył biednym prowincjonal-
nym mózgom, że to nie Zegadłowicza obniżają, że to nie talent jego zmniejszają - bo tego
na szczęście nie jest w stanie uczynić żadna rada miejska na świecie – ale, że wyłącznie sie-
bie i swoje miasto kompromitują, okrywając śmiesznością wobec ludzi kulturalnych. Radzę
na wszelki wypadek schować ten akt obywatelstwa i tabliczkę ulicy - bo obawiam się, że
trzeba będzie kiedyś w pokornych lansadach z powrotem wręczać i przybijać”.
         Mimo zamieszania i krytyki towarzyszących publikacji „Zmór” wpływy gorzeń-
skiego poety na twórczość młodzieńczą Karola Wojtyły są bezsprzeczne. Analizując je
Stanisław Dziedzic punktuje dowody zawarte w treściach i zwrotach wierszy przyszłego pa-
pieża, we wspomnieniach znajomych i w listach samego Karola.
         Z autorem popularnych podówczas „Powsinóg beskidzkich” zetknął się Karol Wojty-
ła w okresie gimnazjalnym co najmniej kilkakrotnie. Uczestniczył w prowadzonych przezeń
spotkaniach literackich, być może jeździł do Gorzenia wraz z Kazimierzem Forysiem. Musiał
też utrzymywać z poetą jakieś kontakty, sko-
ro powoływał się na nie w liście do Mieczy-
sława Kotlarczyka z 14 XI 1939 r., stwierdza-
jąc, iż zwrócił mu on uwagę, że jako poeta
myśli „obrazami bardzo teatralnymi”.
         Autor (Stanisław Dziedzic) powołu-
jąc się na wspomnienia Jerzego Bobera pi-
sze o wpływie poezji Zegadłowicza na mło-
dzieńczą twórczość Wojtyły. Prezentowane
przez Lolka w gronie kolegów i na wieczorze
poetyckim „Drogą topolowy most” wiersze
utrzymane były w formie ludowych ballad,
zdradzały przy tym fascynację autora lite-
raturą młodopolską, ale także współczesną,            Zbigniew Pronaszko - motyw z miasteczka Wadowice.

Strona 430

428          Rozdział VII - W stronę sztuki

      nade wszystko zaś podkreślały więź autora ze swą małą beskidzką ojczyzną. Nietrudno
      w nich dostrzec zauroczenie regionalizmem, tak charakterystyczne dla ówczesnej twórczo-
      ści Emila Zegadłowicza, fascynujące nastrojowością „misteriów balladowych” czy poetyckimi
      opowieściami o ludowych świątkarzach, włóczęgach – powsinogach. O wpływach czarta-
      kowców pisze Jarosław Maciejewski: „Były to dzieła przepojone słowiańskim, panteistycz-
      nym, kultem przyrody i franciszkańskim, mistycznym optymizmem; utwory chwalące trud
      ręcznej pracy chłopskich rzemieślników, a jednocześnie konstruujące tyrady o nowym
      człowieku i nowej epoce, uwarunkowanej przełomem moralnym jednostek i zbiorowości.
      Uległ chyba nastrojom tych utworów młody Wojtyła, tworząc własny cykl, zatytuło-
      wany „Ballady beskidzkie”, a związki z misteriami Zegadłowicza dostrzec można także
      w pisanych nieco później (w roku 1940) dra-
      matach.”
              Wiosną 1939 roku podczas prób „Ka-
      walera księżycowego” kończył Karol Woj-
      tyła swój drugi, a jedyny zachowany tomik
      poetycki „Psałterz - Księgę Słowiańską”. Po-
      dobnie jak Zegadłowicz łączył pojmowanie
      poezji z szerokim otwarciem na „wszyst-
      kość” codziennego świata, na przypadki
      prostego człowieka. Nietrudno dostrzec
      w tych młodzieńczych wierszach Wojtyły
      charakterystyczną dla twórczości Zega-
      dłowicza i poetów „Czartaka”, szczególną
      łączność ludzi z naturą żywicielką i kultu-
      rą. Świątkarz Jędrzej Wowro występuje
      kilkakrotnie w sonetach Wojtyły, dzięki
      swoim rzeźbom, strzegącym beskidzkich
      dróg i domów. Nazwał go kiedyś Zega-
      dłowicz „braciszkiem świętego Fran-
      ciszka” i ten wizerunek beskidzkiego
      powsinogi, przemierzającego tamtejsze
      gościńce i ścieżki, pozostał Wojtyle w pa-
      mięci. Sam przecież znał rzeźbiarza, cenił                     Zbigniew Pronaszko - Powsinoga druciarz.
      jego talent i rzeźby.
              W I sonecie z tomiku „Psałterz - Księga Słowiańska” Wojtyła zaprasza do peregryno-
      wania polskimi drogami, strzeżonymi przez świątki starego Wowra:
         Sobótkom się kłaniaj ode mnie
         i świątkom starego Wowra,
         post sprawującym po drogach
         ascetycznym, wychudzonym świątkom
          Podgórskie drogi i ścieżki uświęcone kapliczkami, krzyżami i świątkami, prowadzą wśród
          sobótkowych ogni, pasterzy i „pasterzątek”.
               Wojtyła poeta zaprasza na kamieniste percie, turnie „krzyżami wieńczone”. W utwo-
      rze „Mousice”, niezwykle melodyjnym, stylizowanym na ludowych góralskich pieśniach, jako
      pierwszym na tę skalę odzwierciedlającym piękno górskiego krajobrazu - zawarł poeta głę-
      boką fascynację górami. Już wówczas góry, zwłaszcza Tatry i Beskidy, były dla Karola Wojtyły
      tym szczególnym umiłowaniem, które przetrwało wszelkie próby czasu. Karol Wojtyła od
      wczesnej młodości, poniekąd od lat dziecinnych, kochał góry, które zawsze Go fascynowały,
      w których melodię piękna lubił się wsłuchiwać.
               Beskidzkie drogi i ścieżyny, z miejscowymi kapliczkami, z Frasobliwymi Jędrzeja Wow-
      ry, z krzyża rozchylającymi ramiona, na których Chrystus „przy drogach się miłosierdzi” - te

Strona 431

Rozdział VII - W stronę sztuki                           429
przemodlone pacierzami pobożnych wędrowców drogi z sonetów słowiańskich Karola Woj-
tyły nabierają w „Słowie – Rapsodzie” szerszych znaczeń „bardziej uniwersalnych” - stają się
drogami ludzkich doświadczeń, tęsknot, które w konsekwencji prowadzą do Twórcy wszel-
kiego porządku, który jest przystanią dla utrudzonego szeroko pojętą ziemską wędrówką,
otuchą dla poszukujących łaskawego i sprawiedliwego Ojca.19




                                  Kapliczka na Gotowiźnie wśród podmiejskiej zabudowy (lata osiemdziesiąte XX w.)
        Jędrzej Wowro chętnie przyjmował miastowych gości, którzy oglądali jego figurki,
gdyż liczył na to, że coś kupią, a nigdy mu się nie przelewało. Nawet, gdy miał jakiś przypływ
gotówki szybko z żoną wydawali pieniądze i znowu biedowali. Lubił też gawędzić, koloryzo-
wać, wzmagać napięcie, by puenta była zaskakująca, by zaciekawić słuchacza, by zadawano
pytania.
        „Wele kościoła w Mucharzu rosła staro lipa
i pod tom lipom siadywał ksiądz prebosc i siedzący
modlił się poboznie. Modlił sie ci-utko, a tu cosik
w ty lipie godo. A to były djabły. „Wiys bracie –pado
jedyn - udała się śtuka nasemu Ancykrystowi. Pani
Ancykrystowa przydzie dziś do tego nojwysego
księdza w Rzymie i bedzie go kusić” „Jo ci bracie,
tez powiym nowine - pada tyn drugi. - Juz w piekle
momy przyryktowane pokoje na księdzów z całe-
go świata, bo jak tyn nojstarsy będzie skusony, to
z reśtom bedziemy fertyg”.
        I jak sie zacyni śmioć, to sie tak śmioli, aze
w całej lipie ucało. A mucharski prebosc polecioł
do kościoła, przyniós święcony wody i msoł, otwar
tam kady były psalmy, i jak ryknie na satanów:
„W imie Pana Boga Zastępów oskazuje wom, sata-
ny, du-y ciemności, zebyście mie zarazinek do Rzy-
mu zanieśli”.
                                                                       Jędrzej Wowro - pieczęć - Archanioł i Antychryst.
 19 - Opracowano na podstawie: Stanisław Dziedzic: O młodzieńczych peregrynacjach w juweniliach po-
      etyckich Karola Wojtyły. Wadoviana nr 3, Wadowice 1999

Strona 432

430         Rozdział VII - W stronę sztuki

          I jesce ik wodom święconom pokropił, coby się uwijali. A óni ni mieli go na cym zaniś
  do tego Rzymu, tak wyrwali dźwiyrze z kościoła w Mucharzu i na tyk dźwiyrzach powietrzem
  przenieśli go do Rzymu. Mucharski prebosc polecioł na rety gwołtu na pokoje Ojca Świę-
  tego, a tam już była u niego pani Ancykrystowa. Mucharski prebosc pokwolił piyknie Pana
  Boga, pocałował w ręke Ojca Świętego, a paniom Ancykrystowom jak prasnoł w pysk, to sie
  do razu w kupke smoły ozloła. Potem siod na te dźwiyrze i kozoł sie niś do Mucharza. Óni go
  zawieźli, ale juz ni mieli casu, bo kogut zapioł, zawiesili dźwiyrze na jednym zawiasie i w te
  wyrypy uciekli do piekła.20




                                            Jędrzej Wowro - Matka Boża.
      20 - cytat z książki „Świątkarz powsinoga” Tadeusza Seweryna, Wydawnictwo PAX, Warszawa 1963, s. 45

Strona 433

Rozdział VII - W stronę sztuki   431
                                        3. Ukochanie muzyki

        Rok 1936 bogaty był we wszelkie artystyczne i kulturalne wydarzenia w naszym
mieście. Ze wszystkich form wyrazu artystycznego największy zasięg miała niewątpliwie
muzyka i śpiew. Raz, że prawie każdy mógł ją, mając słuch, amatorsko uprawiać. Jeśli tylko
starczyło mu uporu i miał dostęp do instrumentu mógł grać. Śpiew, też masowo wykonywa-
ny był w szkołach, w kościołach, w teatrach, w organizacjach np. w harcerstwie. Śpiewanie
i amatorskie granie były powszechne. Oprócz tej masówki działały zespoły, prezentujące
wyższy poziom, które odbywały regularne próby pod kierownictwem wykształconego, czę-
sto zawodowego dyrygenta lub kapelmistrza. W latach trzydziestych najwyraźniej zapisała
się orkiestra dęta 12pp. Przede wszystkim dlatego, że docierała, dzięki przemarszom wojska
do wszystkich grup wiekowych, dwa: paradnie się prezentowała, w mundurach i z oryginal-
nym kucykiem ciągnącym bęben, trzy: dzięki liczebności, zgraniu i dobremu wyposażeniu
w dęte instrumenty była głośna i widowiskowa. Z podziwem odbierali ją także Wojtyło-
wie, z dodatkowym sentymentem, bo wojskowa, a to liczyło się bardzo u seniora i przeniosło
na juniora. Lolek zawsze miał atencję do wszystkiego co wojskowe, bo to odziedziczył po
ojcu. Uznanie, zainteresowanie, popieranie armii, wywiązywanie się ze wszelkich obowiąz-
ków na jej rzecz. W tym czasie były to ćwiczenia i obozy, z umundurowaniem, menażkami,
musztrą, koncentracjami. Później junacka praca i zajęcia w ramach legii akademickiej, z re-
gularnymi rygorami i bronią.
        Uczniowie gimnazjalni mieli też w swojej szkole możliwość muzykowania w or-
kiestrze, która działa aktywnie uświetniając przemarsze, uroczystości, spektakle i festyny.
        Karol Wojtyła należał do zagorzałych odbiorców występów muzycznych. Jako
czynny aktor teatralny stykał się z ilustracją dźwiękową widowisk, a ponadto śpiewał wraz
z innymi aktorami, gdy inscenizacja tego wymagała. Taki charakter miała właśnie wspomnia-
na „Sobótka”, śpiewogra z akcentami ludowymi. Z relacji wielu kolegów wynika, że lubił
śpiewać i słuchać.
        „Z początkiem lat trzydziestych reaktywowano istniejącą od roku 1891 gimnazjalną
orkiestrę dętą. Prowadził ją kapelmistrz z 12 pułku piechoty. Braliśmy udział we wszystkich
uroczystościach szkolnych, a nawet zabawach karnawałowych. Do zespołu należało nas dwu-
dziestu paru, od wczesnych lat gimnazjalnych aż do matury. Bardzo mile wspominam występy
i poprzedzające je próby. Do dzisiaj jeszcze mam flet, na którym grałem w tej szkolnej orkie-
strze. Karola wśród nas nie było, lecz wiem, że w pewnym okresie uczył się gry na pianinie”.
(Stanisław Żmuda)
        A co dopiero takie wydarzenie muzyczne, które opisuje Jerzy Kluger21:
        „Około 1936 roku Moisze Kusewicki, najmłodszy z wielkiej linii kantorów i śpie-
waków operowych (...) został przesłany do Wadowic w celu odbycia służby wojskowej.
Dr Kluger (ojciec Jerzego) załatwił, że Kusewicki zastąpi śpiewającego zwykle kantora i za-
prosił kilku katolików w tym (...) Lolka i jego ojca. Występ śpiewaka klasy Kusewickiego
w tak prowincjonalnym mieście jak Wadowice był wydarzeniem bezprecedensowej
wagi. (...) Kusewicki przybył do synagogi w sobotni poranek w mundurze. Towarzyszyło mu
około pięćdziesięciu żydowskich żołnierzy, którzy jak zwykle przemaszerowali z koszar (...)
do świątyni. (...)
        Jurek siedział pomiędzy Lolkiem i swoim ojcem. (...) Od pierwszych czystych nut
świętych pieśni (...) śpiew Kusewickiego oczarował publiczność, której część nigdy nie sły-
szała tych żałośliwych melodii, dobrze znanych każdemu Żydowi. Jurek co chwila zerkał
na swojego przyjaciela, który wyglądał, jakby słyszał śpiew anioła. Potem Lolek był
jak zwykle dociekliwy i zasypywał Jurka pytaniami na temat pochodzenia i znaczenia


 21 - Darcy O’Brien: Papież nieznany. Jacek Santorski end Co, Warszawa 1998, s. 151-153

Strona 434

432           Rozdział VII - W stronę sztuki

      tych śpiewanych modlitw. Jurek starał się jak mógł, by mu odpowiedzieć. Myśl, że niektóre
      z nich wywodziły się z czasów biblijnych, a jedna była w języku aramejskim, którego używał
      Jezus, zdawała się napełniać Lolka szczególną przyjemnością i fascynacją. (...)
              W ciągu następnych tygodni Kusewicki wystąpił jeszcze publicznie w Sokole, a w re-
      pertuarze znalazły się zarówno włoskie arie, jak i polskie pieśni. (...) Wszyscy zdawali się być
      zgodni co do tego, że te występy stanowiły najważniejsze i najmilsze wydarzenia kulturalne,
      jakie miasto pamiętało. Lolek i Jurek obaj mieli poczucie, że nic nie mogło się równać z tą
      sobotą w synagodze.”




      Synagoga w Wadowicach.
               Zdarzały się też występy muzyczne o nieco lżejszym charakterze, inaczej mówiąc
      utrzymane w stylistyce rozrywkowej, do czego wówczas zaliczano np. chóry rewelersów.
               Halina Kwiatkowska, przywoływana już aktorka, wówczas uczennica, córka dyrek-
      tora Królikiewicza wspomina: „pamiętam koncert chóru Dana, który był bardzo w Wadowi-
      cach fetowany. Na przylepkę grał Chopina młody pianista Witold Małcużyński. O ile zespół
      przyjmowano entuzjastycznie - to temu wielkiemu artyście nie okazywano dużego aplauzu.
      Na drugi dzień oni wyjeżdżali, a ja zerwałam róże z ogródka gimnazjalnego i wielki bukiet wrę-
      czyłam przez okno pociągu temu wielkiemu pianiście. Pech chciał, że jechała tym pociągiem
      do Krakowa nasza dyrektorka Szybalska. Za karę zabroniono mi chodzić do kina aż do końca
      roku.” To wydarzenie uświadamia nam, że wyrobiona artystycznie młodzież gimnazjalna po-
      trafiła docenić kunszt muzyczny klasycznego artysty. Do tego, utwory Chopina zaliczane do
      muzyki poważnej, elitarnej, przeznaczonej do wysmakowanego odbioru, w odróżnieniu od
      piosenek rozrywkowego chóru łatwych i wpadających w ucho, dla szerszego grona.
             Inne, ciekawe wspomnienia Jerzego Klugera dotyczą domowego muzykowa-
      nia w jego rodzinie. Opisy wielu rozciągniętych w czasie poczynań kulturalnych Wilhelma
      Klugera, ojca Jerzego, zajmują w książce O’ Briena, wiele stron - dlatego przedstawiam je
      skrótowo i fragmentarycznie. Kieruję się przy tym wyborze udziałem w nich Lolka, który
      często kręcił się tam, gdzie się coś ciekawego działo.
             „Kwartet smyczkowy, który ojciec zorganizował, spotykał się na cotygodniowe
      próby w domu na Zatorskiej, gdzie ćwiczył za zamkniętymi drzwiami w jadalni. Poza dok-

Strona 435

Rozdział VII - W stronę sztuki               433
torem Klugerem, który grał pierwsze skrzypce, wśród muzyków był jeden Żyd, bardzo tęgi
i łysy dentysta, Goldberger, ojciec Poldka, który mieszkał w mieszkaniu na górze. Goldber-
ger grał na wiolonczeli, na zmianę z inżynierem Góreckim. (...) Inżynier Zagórski, którego
żona musiała udzielać lekcji gry na pianinie, ponieważ jego interesy nie szły dobrze, (...) grał
drugie skrzypce. Mecenas Kamiński grał na altówce; jego córka była koleżanką z klasy Tesi
(siostra Jurka – dop. autora), jej najlepszą przyjaciółką. (...)
        Lolek stopniowo stał się praktycznie członkiem zespołu, choć nie grał na żad-
nym instrumencie. Jego miłość do muzyki, która wyrażała się śpiewaniem w chórze szkol-
nym i w kościele, była tak głęboka, że przychodził prawie każdego wieczoru, kiedy ćwiczył
kwartet. Siedział cichutko i słuchał pod drzwiami jadalni. (...) Już w 1937 roku doktor Kluger
pozwolił Lolkowi siadać w kąciku wewnątrz sanktuarium. (...) Przez cały ten czas Lolek sie-
dział w nieruchomym zachwycie na prostym krześle obok kredensu. (...)
        Lolek przychodził też by posłuchać dużego radia Klugerów. By zrozumieć jakim
rarytasem było wówczas radio przytaczam zapis ze sprawozdania gimnazjalnego za rok
1935/36: „do pięknie w stylu regionalnym urządzonej świetlicy zakupiono radio.” Lolek słu-
chał, gdy mógł pokręcić gałkami zwłaszcza muzyki klasycznej, a w innym wypadku
„przekonywał Jurka by nastawił na gramofonie muzykę klasyczną. (...) To właśnie miłość
Lolka do muzyki zaprowadziła go do synagogi.”22
        Bywając w domu Klugerów Lolek przy-
słuchiwał się próbom kwartetu, gdy była okazja
słuchał audycji muzycznych, wybitnych wykonań
orkiestrowych i wokalnych. W połowie lat trzy-
dziestych na scenach operowych Europy królo-
wali: Jan Kiepura i Ada Sari. To dwójka naszych
rodaków osiągających szczyty kariery międzynaro-
dowej. Oczekując na próby, a także w przerwach,
gdy amatorzy muzycy uzgadniali poglądy i pili her-
batę, Lolek przeglądał czasopisma i wydawnic-
twa, które leżały obok nut. Był zawsze zaintere-
sowany słowem pisanym i pochłaniał wszystko
co wpadło mu w ręce. Kiedyś uwagę jego przykuły
recenzje prasowe zebrane w broszurkę dotyczące
występów śpiewaczki koloraturowej Ady Sari. Do
broszurek dopięta była pisana odręcznie notka bio-
graficzna artystki, pisana ręką mecenasa Klugera.
Wynikało z niej, że gwiazda scen operowych była
Wadowiczanką!!! Wpis do księgi urodzeń w wado-
wickiej parafii brzmiał: „Jadwiga Leontyna Scheuer.       Ada Sari, początkująca śpiewaczka koloraturowa.
Ojciec Edward Scheuer, doktor praw, syn Piotra i Ka-
roliny Despinoix. Matka: Franciszka Chybińska, córka Józefa i Franciszki Michalskiej. Podpi-
sali rodzice chrzestni: Józef Chybiński i Teodora Zubrzycka.” Na dole adnotacja: „za zgodą
Namiestnika Lwowskiego w 1889 roku nazwisko Scheuer zamieniono na Szayer.”23 Data
urodzenia Jadwigi 29 VI 1886 roku. W notce biograficznej mecenasa Klugera był jeszcze
dopisek: pseudonim sceniczny Ada Sari. Ojciec artystki związany z wadowickim środo-
wiskiem prawniczym w 1888 roku przeniósł się z rodziną do Starego Sącza, gdzie pro-
wadził kancelarię adwokacką przy ulicy Węgierskiej. Przez 26 lat był burmistrzem tego
miasta.24

 22 - Darcy O’Brien: Papież nieznany, Jacek Santorski end CO, Warszawa 1998, s. 150-151
 23 - Bogusław Kaczyński: Dzikie orchidee. Wydawnictwo Radia i Telewizji - Warszawa 1983, s. 94
 24 - Zbigniew Bieniasz: Maestra z Wadowic. Nad Skawą. Pismo regionalne ziemi wadowickiej 1997, nr 30-34

Strona 436

434          Rozdział VII - W stronę sztuki

            Po latach postać Ady Sari zainspirowała mnie do poszukiwań archiwalnych. Nawiąza-
      łem kontakt ze znanym popularyzatorem sztuki operowej Bogusławem Kaczyńskim, z Aka-
      demią Muzyczną w Warszawie, z przyjaciółmi artystki - owocem był szkic biograficzny.
             Zaciekawiony Lolek nie mógł oderwać się od lektury recenzji. Wszystkie krytyki
      były entuzjastyczne. Kilka stron ilustruje ton wypowiedzi dziennikarzy muzycznych całej
      Europy.
             Poznań
             Nowy Kurjer, 25.I.1931
             „Sala zawsze „wybita”, entuzjazm słuchaczy, niezliczone naddatki, oto zwyczajny
      przebieg występów Ady Sari… Arje z „Rigoletta”, „Lindy”, „Cyrulika”, były nieprzerwanem pa-
      smem satysfakcji artystycznej… Zawsze będzie się mówiło „śpiewa „Cyrulika” Ada Sari”. A to
      przecież najcenniejsze dla każdej indywidualności artystycznej.”
              Warszawa
              A. B. C. 8.X.1932.
              „Gdyby zamknąć oczy i nie widzieć, że te dźwięki dobywają się z gardła śpiewacz-
      ki, możnaby przysiądz, że to nie głos ludzki, ale jakiś instrument przedziwny. Flet i nie flet.
      Olśniewająca czystość brzmienia i olśniewająca pewność w najkarkołomniejszej akrobatyce
      koloraturowej, sprawia wrażenie wprost niesamowite. Takie staccata można wygrać tylko
      na flecie. A przytem – o ileż ten instrument, który mieści się w krtani Ady Sari jest szlachet-
      niejszy od fletowego drzewa! Dźwięk, posiadający mechaniczną dokładność instrumentu,
      rozwija się jak aksamitna wstęga, barwi się ciepłem, uczuciem, życiem. Żywy flet… Coraz
      to goręcej brzmiały oklaski, coraz większym zachwytem paliły się oczy, coraz natarczywiej
      proszono o jeszcze.”
              Lwów
              Słowo Polskie, 18.XII.1933.
              „Fenomenalna technika wokalna! Głos oparty na znakomitym oddechu atakuje
      swobodnie nawet najwyższe tony, nigdy nie zatracając swej gibkości i dźwięczności. Naj-
      trudniejsze pasaże, ozdobniki brzmią wyśmienicie z intonacyjną nieomylnością wyborne-
      go instrumentu. Dynamika odznacza się świetnem stopniowaniem. Frazowanie znakomite.
      Piękno kantyleny łączy się z precyzją wspaniałej koloratury. Technice wokalnej odpowiada
      pierwszorzędna kultura artystyczna. P. Sari uwydatnia nastrój muzyki i tekstu, wżywa się
      w ich treść, podkreśla cechy originalne poszczególnych utworów. Dlatego każdy utwór po-
      siada odrębny wyraz i charakter interpretacji. Program koncertu obejmujący przeważnie
      pieśni, ułożony był celowo i artystycznie. O wykonaniu ich należy wyrazić się w samych su-
      perlatywach. Wszystkie pieśni miały właściwy styl odtwórczy i wyborne ujęcie. Operowe arje
      interpretowała artystka również znakomicie.”
              Praha
              Čs. Republika, 9.XI.1932.
              „… Technika śpiewacza Ady Sari pozostaje stale na wyżynie nadzwyczajnej dosko-
      nałości, która jej nigdy nie zawodzi. Entuzjazm i sukces był olbrzymi – musimy zaznaczyć,
      że pomimo niebezpiecznego rywala, którym był tenor Gigli, śpiewający tego wieczoru, sala
      koncertowa Smetany, była po brzegi wypełniona, dając dowód tem, jak wielkie jest przywią-
      zanie i uwielbienie praskiej publiczności do polskiej śpiewaczki Ady Sari.”
              Česke Slowo, 8.XI.1933.
              „Śpiewaczkę Adę Sari znamy już z jej wielkiej sztuki koloraturowej. Dźwięcznym to-
      nem wznosi się w najszybszym tempie aż do wysokiego e-f-fis bez najmniejszego zmęcze-
      nia, lecz najpiękniejsze tony ma ona jednak w średniej skali gdy śpiewa liryczne melodje bel
      canta… Słuchamy stale jej głosu z prawdziwą rozkoszą.”

Strona 437

Rozdział VII - W stronę sztuki                            435
        Szeged
        Dèlmagyarország, 11.III.1932.
        Ada Sari jest tym przelotnym ptakiem światowym, którego głos może najczęściej sły-
szymy na falach eteru. Raz słyszymy z Warszawy jakąś burzliwą owację, to znów innym razem
gdzieś z drugiego końca Europy dolatuje do nas jej głos słowiczy i wtenczas z pośpiechem
staramy się „chwytać”. Fenomenalną jej technikę, olśniewający jej głos już częstokroć repro-
dukowały również i płyty gramofonowe. Prawdziwa jednak rzeczywistość i wystąpienie na
podjum, piękność jej śpiewu jednak tylko potęgowały. Śpiew jej jest świeży i przymilający
się. Potężna siła i szepcące westchnienie w jednej chwili mienią się. Technika jej przezwycię-
żyła już wszystkie przeszkody, które surowa siła może postawić przed głos ludzki. – Owacje,
oklaski gorące rozbrzmiewały co chwilę.”
        Kraków
        Czas, 10.I.1934.
        „… Wszechstronność talentu p. A. Sari pozwala jej na odtwarzanie tak odmiennych
partyj jak n. p. Łucji i Elżbiety. Styl Wagnera został przez p. Sari należycie pogłębiony i odczu-
ty. Umiejętność śpiewacza artystki pozwoliła jej ze swobodą i umiarem odtworzyć z wiel-
kiem powodzeniem rolę Elżbiety.”
       Głos Narodu, 13.I.1934.
       „Zespolenie nazwiska Ady Sari z partją Elżbiety, co nie jednym mogło się wydać ryzy-
kownem eksperymentem, okazało się - … pomysłem ze wszechmiar korzystnym. Krystalicz-
ny głos i wielki kunszt naszej nieporównanej śpiewaczki koloraturowej dały słuchaczowi całą
satysfakcję w pięknie brzmienia i szlachetności prowadzenia kantyleny.”
       Jak wynika z zestawienia koncertów w latach 1930-1934 istniała możliwość by
wadowiccy melomani posłuchali artystki na żywo. Takie możliwości dawały występy
w Bielsku, Cieszynie, Katowicach, w Krakowie i Zakopanem.




Recenzje, ostatnie krytyki po występach Ady Sari.       Ostatnia strona broszurki z recenzjami. (tournèe Ady Sari)

Strona 438

436          Rozdział VII - W stronę sztuki

              W latach trzydziestych Ada Sari występuje w całej Europie, obierając za stałą siedzi-
      bę Mediolan. W 1936 roku postanowiła wrócić do kraju. Angażuje się do opery War-
      szawskiej i występuje z recitalami w większych miastach Polski, a także wyjeżdża na
      koncerty do Czechosłowacji, Węgier, Niemiec i Jugosławii. Aż do okresu okupacji można
      było posłuchać jej wyjątkowego głosu m.in. podczas występów w Krakowie. Zważywszy na
      to, że wadowicka młodzież gimnazjalna śledziła ważne wydarzenia kulturalne i wyjeżdżała
      do krakowskich teatrów, stąd było w jej zasięgu również uczestniczenie w przedstawieniach
      operowych i recitalach Ady Sari. Dla tych, którzy nie mogli obejrzeć i usłyszeć jej na żywo
      pozostawały audycje radiowe i płyty gramofonowe. Z tych możliwości mógł korzystać
      Karol Wojtyła w świetlicy szkolnej i w gościnnych progach mieszkania państwa Kluge-
      rów.
             Po wojnie Ada Sari zajęła się głównie pracą pedagogiczną, najpierw w Krako-
      wie, a potem w Warszawie. Wykształciła całe grono wybitnych wokalistów. Nazywana
      „Maestrą” pozostała w ich wdzięcznej pamięci na zawsze. Zmarła 12 VIII 1968 roku,
      została pochowana w Alei Zasłużonych na Powązkach w Warszawie.
              Gdy w latach osiemdziesiątych poszukiwałem materiałów o jej karierze i życiu tra-
      fiły do mnie listy i fotografie, które pozyskałem od p. Czesława Wojtyńskiego i od rodziny
      brata artystki, a także dokumenty z archiwum Akademii Muzycznej w Warszawie i ze zbio-
      rów Sióstr Klarysek w Starym Sączu. Perełką wśród widokówek pisanych przez Adę Sari do
      p. Czesława jest przesłana z pobytu we Włoszech, opisująca audiencję u papieża.
              „Dzisiaj miałam w Castel Gandolfo - letnia rezydencja papieska - audiencję prywatną
      u Ojca Świętego. Mówię panu co za nastrój w tym wspaniałym zamku - w tych salach - wresz-
      cie wejście do sali tronowej Ojca Św. Tego do śmierci nie zapomnę. Mówił ze mną pozdra-
      wiając mnie słowami polskimi „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Potem widząc, że
      mówię po włosku ucieszył się moją jak stwierdził wspaniałą włoszczyzną. Dalszy ciąg roz-
      mowy był już po włosku. Cudowna uduchowiona twarz. Było nas tylko 4 grupy (12 osób ra-
      zem ze mną) z wszystkimi rozmawiał w ich języku tj. po hiszpańsku, niemiecku, portugalsku
      i francusku - ze mną po włosku. Dał błogosławieństwo dla całej rodziny mojej i piękny medal
      ze swoją płaskorzeźbą.” (…)
              Nasuwa się dygresja po latach. Skoro Ada Sari, katoliczka wychowywana w pobożnej
      rodzinie, chodząca do przyklasztornej szkoły - klarysek w Starym Sączu - z taką estymą wy-
      raża się o spotkaniu z papieżem Włochem - to co by przeżywała gdyby doczekała wyboru
      papieża Polaka. Gdyby tak los pozwolił się jej spotkać z Janem Pawłem II, urodzonym tak jak
      ona w Wadowicach, miłośnikiem muzyki i śpiewu. Zamiast rozmowy, a raczej jej punktem
      kulminacyjnym byłby śpiew „wadowickiego słowika”. Sądzę, że na prywatnej audiencji nasz
      rodak nie przepuściłby takiej okazji by posłuchać jej na żywo, nawet jako staruszki. Zabrakło
      niewiele ponad 10 lat. Możemy takie spotkanie przeżyć jedynie oczami i uszami wyobraźni.
              Kiedyś ilustracje muzyczne uświetniały obchody świąt kościelnych w dużo więk-
      szym stopniu niż obecnie. Dość powiedzieć, że w dobie powszechnego zainteresowania
      teatrem w Wadowicach również kościół zdobył się na niemały wysiłek budując Dom
      Katolicki, z imponującą salą widowiskową. I w niej właśnie odgrywano widowiska słow-
      no-muzyczne związane tematycznie z rokiem liturgicznym, w których obsadzana była mło-
      dzież, głównie obu gimnazjów. Kapłani, w tym ks. proboszcz i katecheci, pisali teksty, organi-
      zowali muzyków, przygotowywali inscenizacje z pomocą nauczycieli i profesorów. Autorytet
      kościoła wywierał wpływ na uczestników i widzów, co w efekcie owocowało poziomem
      i zaangażowaniem, masowym odbiorem i aplauzem pełnym uniesienia.
              We wszystkich przedsięwzięciach kościelnych o charakterze słowno-muzycz-
      nym aktywnie udzielał się Lolek. Gdy trzeba było śpiewać z chórem, gdy trzeba było de-
      klamować. Profesor Józef Titz, odpowiedzialny za śpiew i opracowania muzyczne do roku

Strona 439

Rozdział VII - W stronę sztuki          437




Dom Katolicki, obok schodki na planty. Chór parafialny z proboszczem Prochownikiem i organistą Mokwą
                                (na pierwszym planie po lewej, 1937 r.)

Strona 440

438            Rozdział VII - W stronę sztuki




      Chór Związku Rezerwistów. J.E. Titz, dyrygent - siedzi w środku.
      1937 („po tym roku obowiązki czuwania nad rozwojem muzycznym gimnazjum wadowic-
      kiego przejął Kol. Czubaty” – cytat z listu prof. Titza). Dalej wymieniony pisze: „Gdy w 1935
      roku zmarł Józef Piłsudski, młodzież wadowicka na żałobnej akademii, uczciła jego pamięć
      wykonując „Pieśń o wielkości”/ słowa St. Wyspiańskiego z Rapsodu „Kazimierz Wielki” z mu-
      zyką J. E. Titza. Pieśń ta została później włączona do poematu żałobnego: „Cieniom Wielkie-
      go Męża”, granego przez zespół symfoniczny 12pp. pod dyrekcją kapelmistrza Szczygła”. Dalej
      profesor Titz pisze: „Na ogół wówczas urządzano więcej uroczystości związanych z rocznicami
      wydarzeń historycznych, patriotycznych, regionalnych i religijnych. Obowiązek przygotowy-
      wania odpowiednich pieśni na uroczystości szkolne spoczywał na nauczycielu śpiewu i jego
      zespole, składającym się najczęściej z uczniów klas wyższych, którzy b. chętnie spełniali nie
      zawsze łatwe zadania. Nierzadko i miasto korzystało z pomocy chóru młodzieżowego przy
      realizacji programu na uroczystą akademię. W większości wypadków obowiązek ten spełniał
      ofiarnie Chór Rezerwistów pod dyrekcją J. E. Titza, zasilany okazjonalnie głosami 12pp.”
              Młodzież wadowickiego gimnazjum wychowywana w duchu prawdziwie katolickim
      śpiewała wiele pieśni religijnych, zwłaszcza kolęd czy ulubionych pieśni maryjnych w układzie
      chóralnym. Większość jednak pieśni przeznaczonych na cały rok kościelny, wykonywano przy
      akompaniamencie organów podczas obowiązkowych szkolnych mszy świętych.
              Z okolicznościowych widowisk religijnych dwa pozostały w mojej pamięci po
      dziś dzień. Inicjatorem pierwszego występu był Ks. Dziekan Leonard Prochownik. Wykonanie
      „Hymnu na cześć Chrystusa Króla” („Te saeculorum Principem...”) w opracowaniu na
      6-głosowy chór międzyszkolny, mieszany młodzieży wadowickiej. Hymn śpiewany po ła-
      cinie poprzedzała deklamacja bardzo pięknego przekładu polskiego dokonanego przez prof.
      Zbigniewa Czaderskiego. Brzmienie wielkiego sześciogłosowego chóru było tak potężne, że aż
      przednia, górna belka nad estradą, pobudzona potężną falą głosów, rezonowała. Uroczystość
      stała na wysokim poziomie i miała bardzo podniosły charakter.
              Mieliśmy kolosalne powodzenie. W chórze oczywiście śpiewał również Karol
      Wojtyła. W innym miejscu listu profesor podaje dalsze szczegóły występu.

Strona 441

Rozdział VII - W stronę sztuki          439
       „Obchodzono je z udziałem rzesz wiernych, z występami, śpiewem i recytacjami. Wy-
padało na ostatnią niedzielę października. Zgłosił się do mnie w tej sprawie ówczesny pro-
boszcz ksiądz Prochownik i mówi: Panie profesorze, jak pan dla świata tyle robi, to niech pan
również coś zrobi dla Pana Jezusa. Proszę przygotować część muzyczną akademii. – Owszem,
naturalnie – odpowiedziałem. Wziąłem tekst z kantyku gregoriańskiego, taki motyw, który mi
odpowiadał i na tym tle napisałam odpowiednią kompozycję, na sześciogłosowy chór mie-
szany. Pożyczyliśmy dziewczęta z gimnazjum żeńskiego, które wzmocniły grupę młodzieży
męskiej naszego zakładu.”
       Drugie wydarzenie tak wspomina profesor.
       „W jesieni 1936 roku, nasz Lolek, szesnastoletni już wówczas młodzieniec, kreował po-
stać św. Jana Ewangelisty. W napisanym przez ks. Zachera widowisku, rodzaju sztuki o św.
Janie od Apokalipsy. Ksiądz prefekt prosił mnie o opracowanie podkładu muzycznego. Wybra-
łem chór na trzy głosy, przedstawiający postacie aniołów. Na tle tych anielskich chórów, Lolek
recytował tekst ewangeliczny, występując jako święty Jan.
       Grał zespół smyczkowy, zadbano o odpowiednią oprawę plastyczną. Publiczność
z aplauzem przyjęła widowisko. Mieliśmy wspólne, wielkie przeżycie - mam na myśli akto-
ra Karola Wojtyłę i siebie jako twórcę muzyki. Współpracowaliśmy dla ogólnego dobra, dla
uświetnienia uroczystości.” (Józef Titz)
      W kronice klasztornej karmelitów widnieje notatka o tym występie, a także o
poprzedzającej go procesji z rynku na Górkę, w której brała udział młodzież, w tym
również Karol Wojtyła.
         „1937 r. 25.X. Następnego dnia, w niedzielę 25 X, cała czwarta i trzecia klasa oraz
paru uczniów innych klas poszła wieczorem pod przewodnictwem o. Rafała do Domu Ka-
tolickiego i uczestniczyła w wielkiej akademii ku czci Chrystusa Króla oraz w przepięknym
misterium na tle wizji apokaliptycznej św. Jana Ewangelisty. Wypadło ono podobno cudow-
nie i niezmiernie podobało się naszym chłopcom i przepełnionej sali uczestników. Odegrali
to misterium studenci państwowego Gimnazjum i uczennice prywatnego Gimnazjum pod
kierunkiem ks. katechety Zachera i naszego profesora polonisty Hanusiaka. Dodać należy,
że tego samego dnia, nadzwyczaj pogodnego, na wzór zeszłych lat, wyruszyła przed połu-
dniem z kościoła parafialnego procesja, albo raczej olbrzymi pochód wszystkich organizacji
i bractw, szkół itd. na plac przed naszym kościołem i kolegium, i tu wzorowo poustawia-
na, wysłuchała orędzia księdza metropolity Adama Stefana Sapiehy. Odczytał je sam ksiądz
dziekan z prowizorycznej ambony, po czym w gorących słowach nawoływał do realizowania
postulatów i do unikania niebezpieczeństw grożących naszej ojczyźnie, zwłaszcza młodzie-
ży, przed którymi Arcypasterz ostrzegał swoje owieczki. Wszyscy chłopcy naszego kolegium,
odświętnie ubrani, ustawili się przed frontem nowego gmachu i wzięli udział w tej podnio-
słej manifestacji. Ze szczytu budynku zwisały flagi i papieskie i narodowe oraz długie wieńce,
którymi pięknie przyozdobiono fronton budynku. Zaś w głównej, wschodniej bramie kole-
gium, ustawiono na podium, na tle flag narodowych, statuę Boskiego Serca Jezusowego,
schody i ganek ozdobione kwiatami i dywanami, tak że całość bardzo wszystkich zachwyci-
ła, co z uznaniem podkreślił i za co dziękował publicznie w swym przemówieniu Przew. Ks.
Dziekan Prochownik.”
       „Wojtyła bardzo kochał muzykę, uwielbiał zwłaszcza Moniuszkę. Raz zdarzyło się, że
przyszedł do mnie i przysłuchiwał się mojej kompozycji. Przegrywałem partyturę „Pani Twar-
dowskiej” do słów Mickiewicza. Gdy zapytałem, czy mu się podoba, odparł: - Owszem, ładne.
Poprosił jednak, by mu zagrać „Pieśń rycerską” Moniuszki. Zaśpiewaliśmy to jako tako razem.”
(Józef Titz)
       „Chór unisonowy śpiewał w kościele w każdą niedzielę. Nauka śpiewu odbywała się
w soboty. Pozwalało to lepiej poznać uczniów, stwarzało okazje do bezpośrednich kontaktów

Strona 442

Sanktuarium w Wambierzycach.


        SZLAKAMI
      Jana Pawła II
Ksiądz Karol Wojtyła (Wujek)
ze studentami (Środowisko)
    na górskich szlakach.
 Skalny profil w Sudetach.
   Góry Stołowe i masyw
         Śnieżnika.




                                           Góry Stołowe - widok ze Szczelińca na
                                           Karłów.




                                           Góry Stołowe - skalny profil, twarz
                                           Jana Pawła II.

Strona 443

Międzygórze w Sudetach Wschodnich.
Punkt wyjściowy na Śnieżnik Kłodzki.




     Kalendarium wycieczek Karola
                         Wojtyły.
    - 2-6 VII 1955 r. - Karłów, Wambierzyce,
         Karłów, Duszniki, Śnieżnik Kłodzki.




                                               Schronisko PTTK pod Śnieżnikiem.




 Na szczycie Śnieżnika (1425 m n.p.m.)

Strona 444

442          Rozdział VII - W stronę sztuki

      profesora z młodymi ludźmi. Lolek był jed-
      nym z tych, którzy na naukę śpiewu po lek-
      cjach, przychodzili chętnie i systematycznie.
      Zbieraliśmy się w auli, siadałem przy harmo-
      nium i ćwiczyliśmy wybrane pieśni. Przeważ-
      nie ksiądz katecheta dawał kartkę ze spisem
      repertuaru. Uczyliśmy się, aby nazajutrz
      w kościele śpiew odpowiednio brzmiał. Lolek
      zawsze blisko mnie, pomagał, a nawet po-
      życzał śpiewnika. Kiedyś przez roztargnienie
      zostawiłem śpiewnik i nie mieliśmy się z cze-
      go uczyć. Było to ładne wydanie autorstwa
      doktora Świerczka. Lolek nie miał bo mnie
      pożyczył, a ja je gdzieś zostawiłem i wsiąkł.
      Mówię do Karola: - Idź do Foltina, do księgar-
      ni i kup dwa egzemplarze - jeden dla mnie,
      drugi dla siebie.
              Jeden śpiewnik kosztował osiem zł,
      dałem więc chłopcu dwudziestkę, wtedy to
      był pieniądz. Przyniósł, i odtąd nie mieliśmy
      kłopotów. Śpiewnik mam do tej pory, bezpo-
      średnią, cenną pamiątkę kontaktów z obec-
      nym papieżem.” (Józef Titz)                                                    Strona tytułowa kompozycji J.E. Titza.




                                   Sprzedawane u Foltina nuty z muzyką rozrywkową.
             Klemens Świżek był od 1933 roku wikarym w Wadowicach.25
             „Wśród ówczesnych księży był starszy kapłan, emerytowany katecheta ks. Tadeusz
      Włodyga, który osiadł w Wadowicach ze względu na przyjaźń z ks. Prochownikiem. Grał na
      skrzypcach i z wielką gorliwością prowadził, po odejściu do Krakowa ks. Kazimierza Figlewi-

       25 - O. Klemens Świżek: Wspomnienia z Wadowic. Almanach kulturalny Nadskawie. TMZW Wadowice 1986,
            s. 33-39

Strona 445

Rozdział VII - W stronę sztuki                443
cza, kółko ministrantów. Ks. Włodyga, mimo, że był nieco ułomny, zorganizował większy ze-
spół ministrantów, pilnie ich szkolił w liturgii mszalnej i uczył śpiewu liturgicznego w towa-
rzystwie nieodłącznych skrzypiec. I to on można rzec niemal sędziwy staruszek, a nie młody
i zdolny organista, zorganizował ze swoimi ulubionymi ministrantami taki koncert kolęd i to
przy współudziale orkiestry 12 pułku piechoty, że bez przesady zdumiały się Wadowice. Lu-
dzie tak byli zasłuchani jakby zastygli w symfonii śpiewno-muzycznej. Koncert się skończył,
zapadło głuche milczenie, nikt się nie ruszał i dopiero po pewnej chwili ludzie jakby oprzy-
tomnieli i zaczęli powoli wychodzić z kościoła. Jak wielu innych przeżyłem ten niepowtarzal-
ny koncert polskich kolęd.
        Przy obiedzie ksiądz dziekan po przyjacielsku powiedział: „Tadzio gratuluję. Nie wie-
działem, że tyś taki majster i że aż tyle potrafisz.”
        Wspomina on ks. Tadeusza Włodygę, którego pamięta i moje pokolenie, powojen-
ne. Po mszy świętej dla młodzieży zbieraliśmy się dodatkowo na naukę śpiewu kościelnego.
Prowadził tą edukację właśnie ksiądz Włodyga. Szczupły, siwy, staruszek o dość nerwowym
usposobieniu, stawał przed zbieraniną młodzieży i uczył nas kościelnych melodii wygrywa-
jąc je na skrzypcach.
        „Niedziela - dzień inny niż zwykle, jeśli chodzi o czas wolny. Rano egzorta szkolna, po
której szliśmy do kościoła. Tu śpiewaliśmy unisono pieśni kościelne, których nauczyliśmy się
z profesorem Titzem na jednogodzinówce w sobotę. Profesor grał na fisharmonii, przygotowu-
jąc nas do poprawnego, jednogłosowego śpiewu na niedzielnej mszy. Po nabożeństwie czas
wolny wykorzystywaliśmy najczęściej na rekreację i spacery. Większość udawała się nad Ska-
wę.” (Karol Poliwka)
        „W szkole odbywały się, może ze dwa razy w roku, zabawy dla uczniów. Gimnazjum
było męskie, zatem zapraszaliśmy koleżanki z prywatnego gimnazjum żeńskiego. Starsze kla-
sy wzajemnie się zapraszały. Chyba urządzano te potańcówki od klasy piątej. Zabawy diame-
tralnie różniły się od obecnych. Grupa uczniów miejscowych zajmowała się stroną organiza-
cyjną. Dekorowano salę lampionami, aby stworzyć nastrój. Podczas wieczorków urozmaicano
czas występami satyrycznymi i wokalnymi. Należałem, obok trzech innych kolegów, do takie-
go zespołu wokalnego. Śpiewaliśmy piosenki znane z radia, a do popularnych melodii podkła-
daliśmy własne teksty. Karol nie bawił się zbyt długo. Trochę popatrzył, przekręcił się ze 2 razy
i uciekał do domu. Trzeba jednak przyznać, że był dobrym organizatorem. Często inicjował
wycieczki lub krótkie wypady do parku, na kort tenisowy.” (Wilhelm Mosurski)
        Niezależnie od wyjątkowych wydarzeń, jakie odnotowane zostały w dokumen-
tacji szkolnej i w pamięci wspominających, toczyło się życie klasowe z udziałem Karola
Wojtyły. Brak sprawozdania za ten rok utrudnia odtworzenie przebiegu nauki i atmosfery
wychowawczej w klasie VII. Z dostępnych materiałów dowiadujemy się, że dwa oddziały
klasy VI a i b, zostały połączone w roku szkolnym 1936/37 z opiekunem Mirosławem Moro-
zem, fizykiem i matematykiem. 49 uczniów rozpoczęło we wrześniu, a promocję do klasy VIII
otrzymało 35. Z różnych przyczyn dydaktycznych i wychowawczych ubyło 14 uczniów.
        „Nazywam się Kazimierz Sapiński. Chodziłem z obecnym
papieżem, dawnym naszym kolegą Lolkiem Wojtyłą od czwartej
gimnazjalnej do siódmej. W czwartej Lolek dogonił mnie. W VII zro-
biliśmy kawał profesorowi Titzowi, który nas uczył języka niemiec-
kiego. Wzięliśmy, z kilkoma kolegami notes, który pozostawił w kla-
sie, poszliśmy z nim do toalety, przeczytaliśmy noty. Widząc, że jest
dużo dwój, podarliśmy ten notes i wrzuciliśmy go do ustępu. Gdy
profesor zaczął później szukać tego swojego notesu, przypomniał
sobie, że zostawił go u nas w klasie. Rozpoczęły się dochodzenia,
nikt się nie chciał przyznać. Ale widocznie ktoś, coś musiał powie-
                                                                                   Kazimierz Sapiński

Strona 446

444          Rozdział VII - W stronę sztuki

      dzieć, bo w efekcie tego 14 z nas zostało w siódmej klasie gimnazjalnej. M.in. i ja. Za karę zo-
      stałem przez ojca oddany do salezjanów w Oświęcimiu, aby tam powtórzyć siódmą klasę, po
      czym wróciłem do Wadowic, by tu zdać maturę.”
              W kwietniu 1937 r. krytycznie oceniono zespół klasowy. Znaczną liczbę ocen niedo-
      statecznych tłumaczono tym, że jest to „klasa w ogóle bardzo słaba” bo traktowano ją ła-
      godnie, aby nie utrudniać młodzieży promocji, (nie było możliwości powtarzania, bo wcze-
      śniejsza była już klasą zreformowanego liceum), że dojeżdżający pracują lepiej niż miejscowi
      itp.26
              Uzupełnieniem braków w dokumentacji mogą być po części wspomnienia, które po-
      twierdzają wyjątkowy odsiew jaki spotkał uczniów tego oddziału.
              „Wobec profesorów dopuszczaliśmy się różnych wybryków, wykorzystując ich słabości.
      Profesor Heriadin, który uczył nas przyrody, wychodząc na przerwę pozostawiał w swojej pra-
      cowni papierosy. Zarówno rozpoczęte paczki z tutkami jak i z gotowymi papierosami. Zabiera-
      liśmy po dwa, trzy papierosy. W ten sposób udawało nam się, raz na jakiś czas, zapalić kosztem
      profesora.”
              „Była w klasie trójka uczniów, których dziś można by określić jako chuliganów. Ta nie-
      sforna grupa wybijała szyby w oknach profesorom, jeśli się egzaminy nie powiodły. Zwykle
      leciały szyby u profesora Gebhardta, Moroza i Titza. Na szczęście nie udało się nigdy ustalić
      sprawców.” (Stanisław Niziołek)
              „W klasie siódmej i ósmej spotkaliśmy się z wymagającym, powiedziałbym nawet groź-
      nym, profesorem Morozem. Uczył nas fizyki i był równocześnie opiekunem klasy. Chciał na-
      uczyć fizyki nas, humanistów wychowanych wyłącznie na wzorach mistrzów słowa. Profesor
      napotykał na przeszkody we wpajaniu nam ścisłej wiedzy. Niemniej muszę powiedzieć, że zna-
      lazło się kilku, którzy nie kapitulowali. W tej grupie był również Karol. Na ostatniej lekcji fizyki,
      przed maturą, jakby poprawkowy egzamin z przedmiotu zdawał Antoni Galwin. Maglowano
      go przez całą lekcję. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że ta godzina zadecyduje o dopuszcze-
      niu do egzaminu dojrzałości. Galwin wytrzymał nerwowo, dawał dobre, logiczne odpowiedzi,
      sprawdził się ku ogólnemu zadowoleniu. Profesor Moroz chciał nas nie tylko nauczyć ale wręcz
      zmusić do myślenia kategoriami nauk ścisłych. Tolkowi Galwinowi wyszło to na dobre, został
      lotnikiem w czasie wojny, a potem skończył studia o specjalności konstruktora maszyn latają-
      cych.” (Szczepan Mogielnicki)
               Zrozumiałem, że po latach, gdy zbierałem wspomnienia, w pamięci uczniów
      pozostały wydarzenia, które mocno przeżyli, momenty śmieszne, groźne, niecodzien-
      ne. Przypominają więc sobie o wycieczkach, ćwiczeniach wojskowych, o występach, a także
      o wybrykach okraszonych szczyptą humoru i strachu.
               „Było to w klasie siódmej w 1936 roku. Wielu z nas pojechało na wycieczkę do Kra-
      kowa z profesorem Klimczykiem. Pokazał nam wtedy Wawel, Sukiennice, kościół Mariacki,
      a potem puścił trochę samopas. Lolek wziął grupkę kolegów, która miała zwiedzać kościoły.
      Miał w zeszycie notatki o zabytkach. Posługując się nimi oprowadzał kolegów. Nocowaliśmy
      w budynku przy ulicy Mikołajskiej. Spaliśmy na zapchlonych pryczach, rano wszyscy się drapa-
      li. Patrzę na zbiorowe zdjęcie z tej wycieczki. Lolek też już wtedy nie był dzieckiem lecz panem.
      Za dwa lata matura i wojsko.” (Włodzimierz Piotrowski)
               „Najciekawszą wycieczką jaką pamiętam” - pisze Teofil Bojeś 27 - „była dwudniowa wy-
      cieczka na początku klasy VII do Krakowa i Wieliczki. (...) W czasie zwiedzania Krakowa i Wie-
      liczki, w której Klimczyk dawniej uczył, bardzo dużo cennych wiadomości wtłoczył on w nasze


       26 - Gustaw Studnicki: Pierwsza wśród równych. TMZW Wadowice 1991, s. 289-290
       27 - Teofil Bojeś: Ostatni Mohikanie. Wydawnictwo Św. Stanisława BM Archidiecezji Krakowskiej, Kraków 2000,
            s. 52-53

Strona 447

Rozdział VII - W stronę sztuki                         445




          Klasa VII gimnazjalna na wycieczce do Krakowa i Wieliczki. W kapeluszu profesor Klimczyk. Pierwszy z lewej K. Wojtyła.

mózgownice. (...) Pamiętam fakt, że kiedy po południu już sami zwiedzaliśmy Kraków, nasz ko-
lega Tadek Opałko spotkał swojego zasobnego wuja i ten mocno zasilił jego i tak niebiedną już
kieszeń. Wtedy poszliśmy na ulicy Floriańskiej do winiarni i tam mocno uraczyliśmy się miodem
pitnym, po którym twardo i spokojnie spaliśmy na naszym noclegowisku.”
         „Jechaliśmy pociągiem z Krakowa do Wadowic, zwiedziwszy na zakończenie kopalnię
soli w Wieliczce. Jak zwykle „Maszynista” (tak nazywaliśmy prof. Klimczyka) mieszkając stale
w Wieliczce zaprowadził nas do każdej dziury i każdego zakamarka tego cudownego zabyt-
ku. Pociąg był nieogrzewany, no i zrobiło się bardzo zimno. Gdzieś koło Radziszowa Klimczyk
mówi: „zimno jest, przydałoby się coś na rozgrzewkę”. Na to dictum jeden z kolegów wyciąga
dwie ćwiartki czystej z czerwoną kartką i mówi: „jest rozgrzewka”, a że wszyscy byli zmarznięci,
począwszy od naszego „Maszynisty” - to wypili. Nie pamiętam czy po jednym czy po dwa kie-
liszki. Nasz Wielki Lolek też.” 28 (Jan Kuś)
         Grupa uczniów została uwieczniona przez fotografa przed kopalnią soli w Wie-
liczce. W kapeluszu, z wąsami, wspomniany ciepło prof. Klimczyk, w jasnym płaszczu wspo-
minający Bojeś, a pierwszy z lewej jak zwykle, na uboczu, w kurtce i w pumpkach Karol
Wojtyła.
       Dalej wymieniony powyżej Teofil Bojeś pisze:
       „Nieodłącznie z wycieczkami kojarzą się nasze ćwiczenia i obozy prowadzone
w ramach tzw. przysposobienia wojskowego, mającego dać ogólne pojęcie obywatelowi
ze średnim wykształceniem o sprawach obronności kraju. W ramach tego zadania mieliśmy
w klasach VI i VII raz w tygodniu zajęcia popołudniowe prowadzone przez kadrę 12 Pułku
Piechoty. Szefem szkolenia był porucznik Kacperek, zaś praktycznie edukował nas weteran
I wojny światowej (...) chorąży Kołaczek. Ten to wspaniały żołnierz, dowódca, wychowawca,
a przy tym niezrównany gawędziarz, serwował nam wiadomości teoretyczne i praktyczne.
Całością zajęć kierował kapitan Łużecki. Dla ugruntowania naszych wiadomości wojsko-
wych, po ukończeniu klasy VI, mieliśmy parodniowe ćwiczenia terenowe. (...)”

 28 - Juliusz Kydryński: Młodzieńcze lata Karola Wojtyły. Oficyna Cracovia 1990, s. 66-67

Strona 448

Schronisko na Turbaczu (2020 r.)
     SZLAKAMI
  Jana Pawła II
Sanktuaria natury.
     Gorce.




                      „Szałasowy ołtarz” upamiętnia bytność księdza Karola Wojtyły w Gorcach.




Podszczytowe hale na Turbaczu.

Strona 449

Kalendarium wycieczek Karola Wojtyły.
- 10-14 VIII 1954 r. - Rabka - Turbacz (...)
- 27 V 1956 r. - wycieczka na Turbacz.
- 1-12 IX 1958 r. - Ustroń Polana (...) Beskid Śląski, Beskid
  Żywiecki, Pasmo Podhalańskie, Turbacz, (...) Piwniczna.




                                                                                    Jaworzyna Kamienicka. Bulandowa kapliczka.




                                                   „Papieżówka” w Rzekach (w pobliżu Lubomierza), domek drwali, w którym kardynał
                                              spędził dwa tygodnie w odosobnieniu. (fot. Czesław Szindler, lata dziewięćdziesiąte XX w.)


                  Kościółek „partyzancki” w Szczawie.
                  (fot. Czesław Szindler, lata dziewięćdziesiąte XX w.)

Strona 450

448          Rozdział VII - W stronę sztuki




         Koncentracja w Targanicach w roku 1937. Karol Wojtyła z przodu, po prawej stronie wojskowego, zaś po lewej M. Bieniasz.




                Na odwrocie fotografii z Targanic podpisy - wśród nich Karola Wojtyły (w środkowej części po lewej stronie)
             Chodzi o tzw. koncentrację, która miała miejsce w 1937 roku w Targanicach
      koło Andrychowa. Zachowało się ciekawe zdjęcie na tle budynku (być może, to tu grupa
      była zakwaterowana lub była tu stołówka. Wydaje się, że mogły to być dawne zabudowania
      szkolne). Lato lub wczesna jesień, okna pootwierane. Chłopcy pozują do fotografii w towa-
      rzystwie dwóch wojskowych, jednego siedzącego z przodu, drugiego w środku w furażer-
      ce. Dzień słoneczny, młodzież w mundurach wojskowych, z odkrytymi głowami. Wszyscy
      eksponują wojskowe menażki jakby chcieli nam powiedzieć, że właśnie idą na obiad lub

Strona 451

Rozdział VII - W stronę sztuki          449
z niego wracają. Ktoś dał hasło: wyciągamy menażki, na tyle dobitnie, że nawet Karol spełnił
polecenie. Siedzi on na pierwszym planie, po prawej stronie wojskowego i trzyma przed
sobą złożoną z dwóch części menażkę, uśmiechając się.
       Po, lewej stronie wojskowego siedzi Marian Bieniasz, mój ojciec. Na odwrocie pod-
pisy uczestników zgrupowania, w tym Karola Wojtyły.
       „Kiedyś przed PW staliśmy na podwórzu gimnazjalnym otaczając księdza Zache-
ra kołem, tak, że był niewidoczny z zewnątrz. Na podwórze wszedł chorąży Kołaczek i widząc
nas zawołał swym tubalnym, rubasznym głosem: „A co tak stoicie jak ch.... na weselu!” - po
czym głupio mu się zrobiło, gdy rozstąpiliśmy się i zobaczył księdza. Język taki jest normalny
w każdym wojsku, także wówczas było podobnie.” (Antoni Bohdanowicz)
        „Karol miał fenomenalną pamięć czego dowodzą następujące fakty. Gdy zadawano
pamięciówki z polskiego czy historii, on recytował bezbłędnie. Pozostałym uczniom zawsze
zdarzały się jakieś zacięcia. Czekaliśmy na podpowiedzenie z tyłu. On recytował bez zająk-
nienia, z uwzględnieniem interpunkcji i dykcji, po prostu bez zarzutu. Przypominam sobie,
że jedną z ksiąg „Pana Tadeusza” umiał całą na pamięć. Potrafił na wyrywki, po przywoła-
niu pierwszego wiersza wybranego fragmentu księgi, kontynuować ciąg dalszy bez pomyłki.
Przychodziło mu to z łatwością. Niespotykaną miał pamięć. Ćwiczenie umysłu stanowiło jego
hobby. Był urodzonym polonistą.” (Wilhelm Mosurski)
        „Tak się składało, że w siódmej i ósmej klasie siedziałem z tyłu za Lolkiem. On zajmo-
wał miejsce w środkowym rzędzie, w trzeciej lub czwartej ławce. Ja siedziałem ze Szczepkiem
Mogielnickim, a ponieważ Lolek miał szerokie bary, stanowił dla nas wspaniałą zasłonę przy
dokonywaniu różnych ściągawek, przy zaglądaniu do rozmaitych pomocy naukowych nie za-
wsze dozwolonych. W rynku mieściła się znana księgarnia Foltina zaopatrzona w doskonałe
pozycje, wydawała także inne własnym sumptem. Tam zaopatrywaliśmy się w bryki, malutkie
książeczki firmy księgarsko – wydawniczej Zukerkandla w Złoczowie. Głównie sięgaliśmy do
tych pomocy ze względu na tłumaczenia z języka greckiego i łaciny. Można się było również
zaopatrzyć w skrótowe opracowania literackie, co na krótką metę zdawało egzamin. Mimo
konsekwencji jakie groziły po ujawnieniu korzystania z bryków, posługiwaliśmy się nimi czę-
sto.” (Eugeniusz Mróz)
        „W nawiązaniu do wspomnienia Eugeniusza Mroza: z tymi brykami firmy Zuker-
kandel ze Złoczowa bywały komiczne sytuacje. Bryki bowiem nierzadko tłumaczono z in-
nego wydania książki greckiej niż ta, która obowiązywała w szkole. Chodzi tu konkretnie o Ilia-
dę i Odyseję. W oryginale znajdowały się niekiedy fragmenty niezbyt nadające się dla uczniów.
Dlatego w wydaniach szkolnych były pomijane. Otóż czasem zdarzało się, że koledzy znając
aż nazbyt skromnie j. grecki, odpisując tekst tłumaczenia z bryka, sprawdzali tylko pierwsze
słowa w zdaniu początkowym i końcowym. Stąd wynikały osobliwe sytuacje, bowiem teksty
klasówek tych kolegów zawierały więcej tekstu niż było zadane! Kończyło się to oczywiście
dużym znakiem zapytania, odpowiednią uwagą - no i dwóją.” (Antoni Bohdanowicz)
        W roku szkolnym 1936/37 odnotowano w sprawozdaniu gimnazjalnym premie-
ry teatralne: 14 II 1937: „Balladyna” J. Słowackiego; w obsadzie m.in. K. Wojtyła (Kirkor),
H. Królikiewiczówna (Balladyna), Z. Siłkowski (kanclerz); „Kordian” J. Słowackiego (na akade-
mii w 146 rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja). Opracowanie sceniczne i rola tytułowa
– K. Wojtyła, car Mikołaj I – Z. Siłkowski, Grzegorz, stary sługa – F. Zadora. Opiekun kółka –
T. Hanusiak.
        Kazimiera Uchyło (wówczas Żakówna) wspomina:
        „W Balladynie grałam Alinę. Mój ubiór był prosty – spódniczka, bluzeczka i moje wten-
czas 2 bardzo ładne warkocze. Przypominam sobie słowa piosenki, którą śpiewałam:
   mój miły, mój miły, złoty wielki pan
   Mojemu miłemu niosę malin dzban

Strona 452

450            Rozdział VII - W stronę sztuki

         Bo on woli mój kochanek
         Taki pełen malin dzbanek
         Niż zbożowy łan.
              Kirkora grał Karol Wojtyła, a Balladynę Halina Królikiewiczówna. Ona naprawdę się
      nadawała, była to osoba energiczna, z temperamentem, władcza, odniosła prawdziwy sukces.
      Ja też rolę Aliny odegrałam dosyć dobrze, jako tej skromnej siostry, pełnej wdzięku.”




      Program przedstawienia „Balladyna”.
              „Razem z Karolem należałem do kółka dramatycznego. Tak się złożyło, że to właśnie on
      wciągnął mnie do zespołu. Przyszedłem później, oni już byli zaawansowani w teatrze. Pamię-
      tam, że Karol potrafił zastąpić kolegę w czasie przedstawienia. Znał po prostu cały tekst na pa-
      mięć. Tak było w czasie przedstawienia Balladyny, gdzie grał Kirkora i w ostatnim akcie mógł
      zastąpić nieobecnego Bolka Pomezańskiego jako Kostryn. Zrobił to bardzo dobrze i wyciągnął
      cały zespół z opresji. Był filarem naszej grupy. Pomagał reżyserowi w rozwiązywaniu różnych
      kwestii. Miał wyjątkową „smykałkę” do teatru.” (Jan Wołczko)
              „Rzeczywiście, przecharakteryzował się (pamiętam jak dolepiał sobie czarną brodę)
      i doskonale zagrał jedną i drugą postać. (...) Pamiętam rozpaczliwy szept Karola – Kostryna,
      szukającego za kulisami korony Grabca, którego dla tejże korony zamordowali wespół z Bal-
      ladyną. Znaleziono ją na szczęście i akcja mogła potoczyć się dalej.” 29 (Halina Kwiatkowska)
              Halina Kwiatkowska kontynuuje swoją opowieść, a ja nagrywam.
              „Obsadzony jako Kirkor, ale obdarzony wspaniałą pamięcią i talentem aktorskim,
      przejął na siebie rolę Kostryna. Gdyż można było tak zrobić, że kiedy Kirkor wyjeżdża na wojnę,
      a Kostryn przyjeżdża do tego pałacu. Myśmy tylko jakoś jedną scenkę tam zmontowali, tak, że
      Lolek zastąpił kolegę, bo sam w tym czasie ginie na wojnie. Zrobił to znakomicie. Nie pomylił
      żadnej sytuacji, nie pomylił żadnej kwestii. Tak, że przedstawienie pod tym względem się uda-
      ło. Natomiast pod innym względem nie bardzo. Wiadomo bowiem, że Balladyna jest tragedią

       29 - Halina Kwiatkowska: Wielki kolega. Oficyna Wydawnicza Kwadrat, wydanie II, Kraków 2003, s. 24

Strona 453

Rozdział VII - W stronę sztuki                      451
dość długą, tak, że przedstawienie trwało w nieskończoność. To nasze przedstawienie trwało
siedem godzin i tylko nieliczne niedobitki dotrwały do końca, bo studenci uciekali do domu,
gdyż ich to ostatecznie znudziło. Problem był też z piorunem, bo miał być straszak do konew-
ki. Ale nie było ani konewki, ani straszaka. Gdy wypowiedziałam słowa: „winna jest śmierci”,
zamiast tego profesor Hanusiak uderzył w gong, to było takie pooom,… i tak się skończyła
Balladyna.” (Halina Kwiatkowska)
        Inny mój rozmówca, Kazimierz Sapiński z Bielska mówi:
        „W klasie siódmej, gdy byłem jeszcze w Wadowicach graliśmy bardzo dużo przedsta-
wień, a przede wszystkim grał w nich Lolek. Był dobrym aktorem, miał kapitalną dykcję, dobrą
pamięć. Ja grałem z nim w Balladynie, gdzie Lolek grał Kirkora, Zbyszek Siłkowski - starca Pu-
stelnika, Bolek Pomezański – Kostryna, Halina Królikiewiczówna jako Balladyna, a Alinę gra-
ła Kazia Żakówna. Ja grałem Gralona, epizodyczną postać. W czasie pojedynku z Kostrynem
Balladyna przebija mnie nożem. Grałem jeszcze w drugiej w sztuce obok Lolka, był to Kordian.
Miałem też krótką rolę, bo grałem jednego ze spiskowców. Lolek grał jeszcze w innych przed-
stawieniach, przede wszystkim role amantów. Obok niego prawie zawsze grali: Kazia Żaków-
na, Halina Królikiewiczówna i Bolek Pomezański. Wiem, że niektóre sztuki reżyserowała żona
profesora Babińskiego z Kęt.”
        Z katalogu szkolnego dowiadujemy się, że Karol Wojtyła
uzyskał w roku szkolnym 1936/37 oceny bardzo dobre z góry na
dół i opuścił dziesięć godzin. Zapisany pod numerem 45. Oprócz
znanych już profesorów, pojawiły się nowe nazwiska w obsadzie
nauczycielskiej. Fizyki z chemią uczył Mirosław Moroz, matematy-
ki Józef Borowiec, a języka polskiego po odchodzącym Klimczyku
uczyła krótko Halina Ryntfleisz, wówczas początkująca, a w latach
sześćdziesiątych nasza profesorka od języka rosyjskiego, nazywana
potocznie „Babuszką”.
                                                                                                          Prof. Halina Ryntfleisz
        Już w okresie wakacyjnym po klasie VII, na zakończenie przysposobienia wojsko-
wego zorganizowano parotygodniowy obóz PW w Hermanicach koło Ustronia Śląskiego,
czytamy w książce Teofila Bojesia „Ostatni Mohikanie”. Obóz w Hermanicach trwający od
17 VI 37 r. – 15 VIII 37 r. zlokalizowany był pomiędzy drogą do miasteczka Ustronia, a rzeką
Wisłą. Część pomieszczeń stanowiły dawne zabudowania dworskie położone przy drodze
oraz duże namioty w pobliżu rzeki. Zajęcia nasze to ćwiczenia przedpołudniowe i czasami




Zbiorowa fotografia uczestników obozu wojskowego w Hermanicach. Karol Wojtyła siedzi jako szósty od prawej w pierwszym rzędzie.

Strona 454

452             Rozdział VII - W stronę sztuki




      Na stacji PKP Wadowice, 1937 r. Zdjęcie lewe - od lewej: Jan Kuś, Marian Bieniasz, Józef Michoń. Zdjęcie prawe - od lewej, dół: Filek,
      Michoń, w środku: Bik, Kurek, Bieniasz, powyżej: Kuś, Przybyło.
      nocne, prowadzone przez oficerów i podchorążych rezerwy w terenie oraz gry i zabawy po-
      południowe. Dużo wolnego czasu spędzaliśmy opalając się, kąpiąc w Wiśle, której wody były
      jeszcze bardzo czyste. W niedzielę jak w wojsku szliśmy do kościoła w Ustroniu.”
              Dzięki kilku amatorskim fotografiom możemy wczuć się w atmosferę obozu. Na rok
      przed maturą młodzieńcy zmężnieli i spoważnieli. Karol Wojtyła krótko ostrzyżony, na rekru-
      ta, w białej koszulce i „w dynamówkach”. Może właśnie po kąpieli w Wiśle. Jego umięśniona
      sylwetka wyróżnia się w grupie. Stoi jak zwykle z boku. W tle zabudowania i polowy stół oraz
      wojskowe, wieloosobowe namioty. Fotografia zbiorowa to kilkudziesięciu chłopców, umun-
      durowanych wraz z kadrą oficerską i podoficerską i organizatorami lub współpracownikami
      w cywilnych ubraniach. Podpis głosi: II Grupa Obozu Letniego P.W. 5 komp. – Hermanice
      dn. 3.7.1937 r. Zakład Fotograficzny „Elios” z Ustronia. Grupa została ustawiona na łące, jedni
      siedzą, inni stoją, część na podwyższeniu. W tle opadające w dolinę Wisły stoki Równicy po
      lewej, i Czantorii po prawej. Dla wielu uczniów wadowickiego gimnazjum, taki miesięczny,




      W gronie kolegów na obozie w Hermanicach. Pierwszy z prawej Karol Wojtyła. W środku prowadzący zajęcia Julian Kołaczek.

Strona 455

Rozdział VII - W stronę sztuki                        453




                Obóz wojskowy w Hermanicach (1937 r.). Pierwszy z lewej Karol Wojtyła, za nim Z. Siłkowski, obok S. Żmuda
wakacyjny wyjazd był dużym przeżyciem. Góry, rzeka, słońce, koleżeństwo - niektórzy byli
poza domem, w uzdrowiskowej miejscowości pierwszy raz. Dlatego zapamiętali beskidzkie
otoczenie, przejrzystą wodę, rekreację, ruch na świeżym powietrzu, wspólnotę rówieśników.
         Wybrałem się do Hermanic przed kilkunastu laty i odszukałem miejsce obozu. Dziś
jest tam wojskowy ośrodek wypoczynkowy. Wokół na łąkach pasły się konie, a bliżej rzeki w
otoczeniu drzew szpilkowych wznosi się dom wczasowy. Z dawnych zabudowań przetrwały
resztki, a po rozebranych budynkach gospodarczych fundamenty. Na wschodzie, za zagajni-
kiem, jak wtedy płynie malownicza Wisła.
         Wakacje, dobre humory, luz i fantazja - przebijają z barwnej wypowiedzi dokto-
ra Piotrowskiego:
         „Przypominam sobie również kilka humorystycznych momentów z obozu przysposo-
bienia wojskowego w Hermanicach. Popularnością cieszyła się taka piosenka: „zefirku, zefirku,
zefirku jedyny / przyjdź do mnie, do mojej dziewczyny”. Lolek śpiewał ją bardzo głośno, miał
zdecydowany, wybijający się głos. W nocy ci, którzy pełnili wartę, chodzili na czereśnie. Nie
dopuszczali innych, którzy też mieli ochotę wybrać się na „pycawę”. Lolek nie chodził, uważał,
że to cudze i traktował jako kradzież. Myśmy tłumaczyli, że to czereśnie powszechne, bo drze-
wa rosły za płotem, od strony drogi. Początkowo Lolek nie chciał nawet jeść tych czereśni, ale
wreszcie dał się przekonać.”
       Jędrzej Wowro opowiada:
       „Bo to wiycie, cłowiek już niejedno przesed, jak to na świecie, a choć to cłowiek
niegodny, to mu się z łaski Pana Jezusa rozmaite rzecy trefiajom. Ej Boze, napracuje się
cłowiek doś, to mu się casem patrzy jako tako nadgroda od Pana Boga. Okropnie byłek
roz umęcony, e! – padom – póde spać. I posedek. Od razu ni mogem zasnąć, bo się babi-
na kręciła po izbie, jo się patrze na kryśpon (choinka wieszana szczytem ku górze z cza-
sem bardziej przypominała świecznik z kapelą aniołków i ptasząt - wszystko rzeźbione
w drewnie) com go do pani Sybalski zrobił, jak się obraco na śpagacie w jedną stro-
ne, a potem nazod, tam i nazod, roz w te, a roz w te i tak furt. Choć ta był na gwoź-
dziu u tragarza zawiesony, co się nie robi, serca jadom, kwiotki jadom, lichtorze ja-
dom, a wele nich aniołkowie pomaluśku, ale jadom. Roz som blizy, roz odlatujom ci – o.

Strona 456

454            Rozdział VII - W stronę sztuki

      Źle powiadom, to nie było, bo oni mi grali. Przecie porobiłek im skrzypki, basy, trąby, pi-
      scołki, klarynety, lutnie i harmonije. No i co się nie porobiło, ściany mojej izby ozesły się na
      śtyry strony, tragarze kajsiś znikły, a z mojego pająka zrobił się ogród, zawiesony cy jo wiym
      na cym? Moje kwiotki przemieniły się na drzewa, a moi anieli zlecieli się z nieba na złotyk
      piórkach, ale nie takie małe strugane. To były osoby zywe, takie wielgie jak jo, a może jesce
      więkse. Moje figurki okrzesiły sie, podrosły i chyciły się do granio. A to całe moje widzenie
      przecięte było na poły. Mój kryśpon był u góry, a sopa z Dzieciąteckiem u dołu. U góry śpiy-
      wali anieli, a u dołu chłopoki, znom ich wsyjścy gorzeńscy, razem z moim Jaśkiem śpiywali
      jak do hulanio: otocyli żłóbek w koło – zaśpiywali Dzieciątecku pieśń wesołom /bis/ Płacące-
      mu w przykre chwile, przygrywali na multankach bardzo mile /bis/. A u góry było śpiywanie
      na insom mode, bo tamoj była muzyka niebiesko i pieśni anielskie. Ej Boze, to było granie
      piykne, ino płakać.”
              Skoro wspominamy Lolka jako melomana, jako wielbiciela wszelkiej muzyki i śpie-
      wu, to dla podkreślenia wrażeń dźwiękowych i doznań estetycznych, na zakończenie tej czę-
      ści wspomnień – cytuję wowrową gawędę o śpiewających i grających aniołach i wirują-
      cych kolędnikach z Gorzenia.




      Anioły z instrumentami - rzeźby Jędrzeja Wowry.

                                                    4. Kalwaryjskie pejzaże

              Nadeszły wakacje po klasie siódmej. Najpierw gimnazjaliści z klasy papieskiej brali
      udział w obozie przysposobienia wojskowego w Hermanicach koło Ustronia, w Beskidach.
      Część lipca i sierpień należało zagospodarować we własnym zakresie. Karol Wojtyła wzo-
      rem lat poprzednich postanowił spędzić trochę czasu poza domem. Porucznik Woj-
      tyła sugerował Lanckoronę, jako blisko położoną miejscowość letniskową, popularną
      zwłaszcza wśród mieszkańców Krakowa. Gdy z synem wędrował kalwaryjskimi dróżkami
      nieraz myślał o noclegu, by poznać dalsze wzniesienia prowadzące w stronę Myślenic, bądź
      na południe w kierunku Koskowej Góry, wybitnego punktu widokowego, w tej części Be-
      skidu Średniego. Dojazd był dogodny, koleją do stacji Kalwaria Lanckorona, a dalej kilka ki-
      lometrów pieszo, z plecakami, pod Górę Lanckorońską. Zakwaterowanie w pensjonacie
      Lorenzów, położonym na uboczu, który w gościnnych pokojach przyjmował turystów i let-
      ników.
              Wspomina Alicja Lorenz – Łomnicka.
              „Lolek syn oficera Karola Wojtyły, dobrego znajomego Tadeusza Lorenza (dziadka
      pani Alicji) uwielbiał u nich przebywać.
              Mama Karola od kilku lat nie żyła. Ojciec starał się dbać o syna, jednak dom bez mamy,
      już nie był taki sam. Może dlatego Lolek, bo tak go nazywaliśmy, został przygarnięty przez

Strona 457

Rozdział VII - W stronę sztuki                          455




                          Lanckorona. Pensjonat „Tadeusz”, w którym zatrzymywał się Karol Wojtyła w II połowie lat trzydziestych.
moich dziadków - mówi pani Alicja - Ale mojemu ojcu nawet wtedy przez myśl nie przeszło,
że zajada zupę z przyszłym papieżem.30
         Młodziutki Karol Wojtyła upodobał sobie lanckorońskie okolice. Przyjeżdżał tam na
co najmniej kilka dni. Witał się z gospodarzami, zjadał miskę zupy, zajmując zawsze to samo
miejsce przy stole i ruszał Dróżkami Jezusowymi prosto w stronę klasztoru w Kalwarii Ze-
brzydowskiej, odwiedzając po kolei wszystkie stacje Męki Pańskiej, kościół Grobu Matki Bo-
skiej i Most Aniołów.
„Wyróżniał się. W rodzinnych wspomnieniach pozostał delikatnym intelektualistą. Był nie-
zwykle wrażliwy, chłonny wiedzy, a przy tym wsłuchany w innych, co jest najważniejsze.
Miałam przyjemność być na audiencji w Watykanie i miło było widzieć, że nic się nie zmienił.
Jak go wszyscy pamiętali jako wspaniałego, życzliwego, dobrego, troskliwego, taki został -
opowiada właścicielka willi.”31
         Warto uszczegółowić to wspomnienie. Willa Lorenzów znajduje się przy drodze, skąd
niedaleko do polnego traktu zboczami Góry Lanckorońskiej, wiodącego do kościoła noszą-
cego nazwę Grobu Matki Boskiej. Wystarczy tylko dojść do stylowej „Modrzewiówki” i skręcić
w lewo. Schodząc w dół wśród rzadkich zabudowań mijamy kaplicę Wniebowstąpienia
Pana Jezusa, która nie wchodzi w skład typowych dróżkowych pielgrzymek. Położona wy-
żej nad miejscowością Brody, jest dobrym punktem widokowym, a upamiętnia koniec ziem-
skiej bytności Zmartwychwstałego i do tego malowniczo usytuowana, na uboczu przy pol-
nej drodze. Zanim dotrzemy do najpiękniejszego kościoła na dróżkach, na naszym szlaku,
po prawej, dwie początkowe kaplice Drogi Krzyżowej: Ogrojec i Pojmanie. Niżej po le-
wej wspaniały kościół z barokowym wystrojem Grobek Matki Bożej, w którym w centralnym
punkcie jest sarkofag, a nad nim umieszczono wielki ołtarz z figurą Wniebowziętej Matki Bo-
żej. Tuż pod oknami, w górnej części kościoła poprowadzono galerię z balustradą, która daje
zwiedzającym dookolny ogląd wystroju kościoła. Obiekt ten stanowi najważniejszy punkt
pielgrzymkowy Dróżek Matki Boskiej i obrzędów pogrzebu Matki Boskiej.
         W bocznym ołtarzu Grobku M. B. znajduje się najstarszy kalwaryjski obraz Chry-
stusa cierpiącego tzw. „Ecce Homo”, pochodzący z kaplicy zamku lanckorońskiego, nie-
znanego malarza, datowany na wiek XVI (Oryginał znajduje się w kalwaryjskim klasztorze).

 30 - Tygodnik „Rewia”: Jak Lolek uczył się tańczyć. Nr 14 z 6. IV. 2010, s. 14- 15
 31 - Tamże

Strona 458

456            Rozdział VII - W stronę sztuki




      Kaplica Wniebowstąpienia na zboczach Góry Lanckorońskiej.         Kościół Grób Matki Bożej, najokazalszy na „dróżkach”.




      Kaplica Ogrojec - jedna z początkowych stacji Drogi Krzyżowej.     „Ecce Homo” - zabytkowy obraz cierpiącego Chrystusa
                                                                       (zdjęcie oryginału przesłane przez zakonnika z Kalwarii)

Strona 459

Rozdział VII - W stronę sztuki                457




                                                                       Most Anielski nad Cedronem.
        Uwzględniając niespotykaną pobożność Karola Wojtyły, możemy się domyślać, że
przemierzając kalwaryjskie dróżki skoncentrowany był głównie na przeżyciach duchowych,
religijnych. Trzeba mieć też na uwadze i to, że był bardzo wrażliwy na piękno przyrody, za-
bytkowej architektury, sztuki we wszelkich przejawach i ludzi wędrujących, modlących się,
mieszkańców tego skrawka ziemi i opiekunów maryjnego sanktuarium. Na drodze pątni-
ków był teraz most z kapliczką przerzucony nad Skawinką, która w tej części nazywana
jest Cedronem. A dalej przez Bramę Wschodnią udajemy się na tereny Jerozolimy, gdzie
spotykamy kolejne stacje – kaplice: Dom Annasza, Wieczernik, Dom Kajfasza w którym
znajduje się tzw. Piwnica, a w niej naturalnej wielkości posąg cierpiącego Chrystusa
przywiązanego do kolumny. To wyobrażenie Zbawiciela porusza każdego chrześcijanina,
pobudza do rozważań i modlitwy. Przechodzimy dolinkę, z mostkiem nad potokiem i kieru-
jemy się do Ratusza Piłata. Jest to okazała kilkuczęściowa kaplica z gankiem na którym Piłat
sądzi Jezusa. Pielgrzymi odwiedzają tę kaplicę dwukrotnie, przechodzą do Pałacu Heroda,
a w drodze powrotnej pokonują Święte Schody (tzw. Gradusy) i rozpoczynają Drogę Krzyżo-
wą. Następne stacje to: Włożenie Krzyża, Pierwszy Upadek, Cyrenejczyk i Święta Weronika.
Oryginalna bo w kształcie serca jest kaplica Serce Matki Bożej. Jeszcze dwie kaplice: Bra-
ma Zachodnia (II upadek) i Kaplica Płaczących Niewiast, po czym gwałtownie wspinamy się
na strome zbocza Golgoty. Zaglądamy do ciekawego kościółka III Upadku, który powstał
w połowie XVIII wieku. Prosty w architekturze ale doskonale wkomponowany w zbocze Żar-
ku, o bogatym wystroju wnętrza, z figurą Chrystusa upadającego pod krzyżem. Dzisiejszy
wygląd otrzymał kościółek w połowie XIX wieku dzięki ofiarności rodziny Schweygierów
z Kalwarii.
        Powoli zbliżamy się do Żarku, położonego u podnóża Góry Żar, mijamy kapliczkę
Obnażenia i wchodzimy na szczytową polankę. Tu usytuowany jest najstarszy z kościołów
na dróżkach - Kościół Ukrzyżowania, który przed wiekami zapoczątkował Drogę Krzyżową.
Najpierw skromny i mały był rozbudowywany dzięki fundatorom: Mikołajowi Zebrzydow-
skiemu, Janowi i Michałowi (synowi i wnukowi) podobnie jak kościół główny i klasztor.
        Na Żarku posadowiono jeszcze dwie kaplice przynależne do Drogi Krzyżowej:
Namaszczenia Chrystusa i Grobu Chrystusa, na których kończy się pątniczy szlak.

Strona 460

458            Rozdział VII - W stronę sztuki




      Most Anielski nad Cedronem.                                   Grób Chrystusa - jedna z kilku kaplic na Żarku.




      Wieczernik i Dom Kajfasza z piwnicą biczowanego Zbawiciela.

Strona 461

Rozdział VII - W stronę sztuki          459
        Rozważając kolejne stacje Męki Pań-
skiej Karol czuł uniesienie właściwe silnym
doznaniom emocjonalnym, potęgowane
przez otoczenie odzwierciedlające Drogę
Krzyżową. Zatopiony w modlitwie wędro-
wał po Jerozolimie. Było koło południa,
słońce przygrzewało, poczuł głód i pragnie-
nie. Jeszcze tylko niewielki wysiłek i już po-
między drzewami zamajaczyły zabudowa-
nia klasztorne i kalwaryjskie sanktuarium.
Schodziło się dość gwałtownie w dół na łąkę
i Plac Rajski.
        Usiadł na trawie pomiędzy grupkami
pielgrzymów, wyjął z chlebaka drugie śnia-
danie i manierkę z kawą zbożową. Posilając
się obserwował krajobraz. Na wschodzie
Góra Lanckorońska, a przed nią dolina Ska-
winki. W tamtą stronę wiódł trakt pątniczy,
rozpoczynający się przy kaplicy Św. Rafa-
ła, patrona podróżnych. W górnej części
Placu Rajskiego dominował kościół główny
z posągami świętych przed fasadą. Po pra-
wej domy i stragany. Po krótkim odpoczyn-
ku, posiłku i wyciszeniu nagromadzonych
emocji, młodzian energicznie pomasze-
rował w stronę kościoła, bo pomodlić się                                     Bazylika kalwaryjska.
przed Cudownym Obrazem Matki Boskiej
Kalwaryjskiej. W półmroku kaplicy, skupiony na wizerunku modlił się, wyłączony całkowicie
z otoczenia. Zwiedzanie świątyni i klasztoru zostawił sobie na inną okazję. Miał dość
wrażeń duchowych i estetycznych na dzisiaj. Wyszedł na zalany słońcem plac i powędrował
w dół szeroką aleją wyraźnie wydeptaną przez pielgrzymów. Wracając do Lanckorony przez
Most Anielski na Cedronie, zamykał dróżkową pętlę przy kościele Grobu Matki Bożej u stóp
Góry Oliwnej.
        By dobrze zrozumieć towarzyszące Karolowi Wojtyle emocje podczas osobistych
wędrówek „dróżkami kalwaryjskimi”, musimy cofnąć się w czasie o sto lat. Według rodzin-
nych tradycji rodu Wojtyłów, przodkowie pielgrzymowali do sanktuarium kalwaryjskie-
go, od kilku pokoleń. Byli szanowanymi mieszkańcami Czańca, co wyrażało się chociażby
w tym, że pradziadek papieża pełnił funkcję gminnego sędziego. Miał na imię Franciszek,
bardzo popularne w rodzinie, podobnie jak w cesarskim rodzie Habsburgów. Syn rzeczone-
go Franciszka to Maciej, dziadek późniejszego papieża, a brat dziadka to Paweł, który począt-
kuje rozkrzewioną część rodziny Wojtyłów. Jego najstarszym synem był znowu Franciszek
(ur. w 1884r. w Czańcu) o pięć lat młodszy od ojca papieża. Tenże Franciszek „był w para-
fii Czaniec śpiewakiem. Prowadził pielgrzymki na Kalwarię, przewodniczył śpiewom
w kościele, był osobą bardzo poważaną w parafii. Wydaje się, że funkcja śpiewaka była
i dawniej związana z rodziną Wojtyłów.”32
        Syn przywoływanego tu Franciszka (który zmarł w 1968 r.) Bronisław Wojtyła, był
młodszy od Karola o cztery lata, a więc prawie rówieśnik, wspomina rodzinne, przedwojen-
ne kontakty:


 32 - Ks. Adam Boniecki MIC: Kalendarium życia Karola Wojtyły. Wydawnictwo Znak, Kraków 1983, s. 25

Strona 462

460            Rozdział VII - W stronę sztuki




      Kalwaryjscy pielgrzymi na fotografii wyk. przez Wojciecha Weissa.
              „W skromnym mieszkaniu w bloku w centrum Kęt wita nas Bronisław Wojtyła. Na
      ścianach fotografie z Ojcem Świętym, na stole zdjęcie ślubne siostry Bronisławy w otoczeniu
      najbliższej rodziny: mamy Franciszki, taty Franciszka, braci – Władysława, Teofila, Albina, Sta-
      nisława, Czesława, Józefa, Bronisława, Franciszka – i siostry Marii.
              - Pamiętam - wspomina pan Bronisław - gdy były urodziny czy imieniny w rodzinie
      Wojtyłów w Wadowicach, rodzice ze starszym rodzeństwem, które jest tu na fotografii,
      jechali tam w odwiedziny bryczką. Po każdej takiej wizycie w domu Wojtyłów, przy koście-
      le, Karol i jego brat Edmund wsiadali na bryczkę i jechali z nami aż do Inwałdu; dla chłopców
      z miasta była to wielka atrakcja. Tata zachęcał ich, żeby wcześniej wysiedli, żeby później na
      nogach nie musieli tak daleko wracać. Oni jednak uśmiechali się i jechali dalej. Mówili, że
      lubią te piesze powroty do Wadowic.
              Pan Bronisław z rozrzewnieniem: - Karol Wojtyła przed wojną często odwiedzał
      wuja Franciszka - mojego tatę – w Czańcu; przyjeżdżał na wakacje. Byłem wtedy młodzi-
      kiem, jestem cztery lata młodszy od Karola, ale pamiętam do dziś, jak będąc jeszcze uczniem
      gimnazjum wadowickiego, bywał u nas z kolegą. Mimo próśb, aby spać w domu, woleli no-
      cować na wozówce – w sianie. Zauroczeni byli zapachem świeżo skoszonej trawy. Często
      powtarzali: - pachnie łąką. Upajali się tą wonią. Na chłopakach z wioski nie robiło to żadnego
      wrażenia.
              Wspominam wesołe poranki - ile to było żartów i śmiechu podczas mycia, bośmy się
      myli na polu; trzeba było szaflikiem wody ze studni nabrać, ponalewać do misek... Co oni
      wtedy wyprawiali... Chlapali się tą lodowatą wodą; po gołych plecach lała się szerokim stru-
      mieniem, spływała za spodnie. Wrzawa była i tumult, że się aż za rzekę niosło.
              Potem szli w góry ze starszymi braćmi: Władkiem, Teofilem, Staszkiem, Józefem - Cze-
      sława już nie było, zmarł w 1937 roku - A ja za nimi dreptałem; Bronia, Franciszek i Marysia
      trzymali się jeszcze wtedy blisko domu, ale też często wspominali tych wakacyjnych gości:
      czasem wysiadywali na miedzy czy na pasionku i wyczekiwali - kiedy wrócą na wieczerzę? To
      są miłe wspomnienia.

Strona 463

Rozdział VII - W stronę sztuki                 461
        (Mój - dop. autora) Ojciec i późniejszy papież mówili sobie na ty i bardzo się
lubili. Obydwaj byli zawołanymi pielgrzymami na Kalwarię Zebrzydowską. Ojciec pro-
wadził pielgrzymki, a ja i bracia musieliśmy krzyż na przedzie nosić. Te dróżki kalwaryjskie to
Wojtyłowie wydeptali mocno.
        Karol Wojtyła i Franciszek Wojtyła, mój ojciec, mieli zawsze wspólne tematy - jak to
ksiądz i śpiewak kościelny... Zresztą oboje rodzice byli bardzo pobożni. W pierwsze piątki
miesiąca zawsze razem chodzili do kościoła na ranną Mszę.
        A kiedy wyruszała pielgrzymka kalwaryjska - każdego roku 13 sierpnia – tata,
mama, rodzeństwo, kuzynostwo i wielu innych pielgrzymów z Czańca udawali się
w drogę. Do Wadowic jechało się wozami, a po mszy św. w tamtejszym kościele już piechotą
szło się na Kalwarię.
        Szliśmy przez góry. Zatrzymywaliśmy się w Kaplicy Pustelników i po krótkiej modli-
twie ruszaliśmy dalej. Do sanktuarium w Kalwarii wchodziliśmy z pieśnią maryjną na
ustach. Pielgrzymka trwała trzy dni. Spaliśmy po domach na strychach. Po skończonych
uroczystościach wracaliśmy na nogach do Wadowic, gdzie już czekały na nas furmanki, któ-
rymi wracaliśmy do Czańca.
        Ojciec był i na uroczystościach wręczania sakry biskupiej księdzu Karolowi
Wojtyle w 1958 roku, i na uroczystościach związanych z nadaniem Mu godności kar-
dynalskiej w 1967 roku. A ja dopiero gdy ojciec umarł - w 1968 roku - spotkałem się z Nim
po wielu latach.
        Spora gromada nas była na pogrzebie 8 grudnia. Po ceremonii pogrzebowej spotka-
liśmy się u brata Albina w domu. Bratówka Helena zrobiła pocieszonkę, ale Kardynał był abs-
tynentem, nie pił, tak tylko przy herbatce sobie siedział. I wypytywał, ile to krów kto ma, ile
ziemi obrabia, jakie były zbiory; jabłkom się przyglądał, jakby ze złota były. Z każdym chciał
kilka słów zamienić; był wszystkiego, co wioskowe, ciekawy.
        Na pogrzeb ojca przyszedł ostry mróz, nie dziwota, bo to był grudzień. My wszyscy
w baranicach, a On miał gołe uszy, nie miał ani rękawic, ani szala ciepłego; stał między nami
taki jakiś czysty, dziarski i modlił się – jak święty... Wtedy był u nas chyba ostatni raz przed
wyjazdem do Watykanu.”33




                                     Widoczek Rudolfa Alta. Klasztor ze zboczy Góry Lanckorońskiej (ok. 1830 r.)
 33 - Władysław Pulcyn: Wojtyłowie Papieski Ród. Wydawnictwo Edipresse SA, Warszawa 2005, s. 35-37

Strona 464

462            Rozdział VII - W stronę sztuki




      Pozdrowienia z Kalwaryi Zebrzydowskiej - pocztówka.




      Fundatorowie kalwaryjskiego sanktuarium. Mikołaj Zebrzydowski i jego żona Dorota.

              Lolek wyjeżdżając do Lanckorony zabrał ze sobą kilka książek by nie nudzić się
      wieczorem. Były to opracowania historyczne dotyczące konfederacji barskiej, przewodnik
      turystyczny i informator zatytułowany Kalwaria Zebrzydowska, a ponadto kilka luźnych kar-
      tek z referatami o zabytkach w tej części Małopolski Zachodniej.
              W dniu następnym postanowił przejść Dróżki Matki Boskiej. Skupił się na opisie
      obrzędów „Pogrzebu M. Bożej” odbywającego się co roku w piątek po 15 sierpnia o godzinie
      16:00. Domek Matki Bożej i kilka podobnych kaplic obejrzał, co nie zajęło zbyt wiele czasu.
      Wewnątrz malowidła przedstawiające sceny z pogrzebu Matki Bożej. Skonstatował, że po-
      jęcie o tych misteriach będzie miał dużo lepsze jeśli weźmie w nich udział. Forsownym mar-
      szem udał się pod klasztor bernardynów by zapoznać się z zabudową i historią tego obiektu.

Strona 465

Rozdział VII - W stronę sztuki                    463
Przyglądał się ołtarzom, przechadzał się krużgankami, z uwagą oglądał portrety fundatorów,
modlił się przed Cudownym Obrazem Madonny z Dzieciątkiem, który podarowany został
klasztorowi w 1641 roku przez Stanisława z Brzezia Paszkowskiego, właściciela Kopytówki.
        Fundatorami kościoła, klasztoru i kaplic był ród Zebrzydowskich. Początki budowy
sięgają pierwszych lat XVII wieku, najpierw pod kierunkiem architekta włoskiego Jana Ma-
rii Bernardoniego, a potem flamandczyka Pawła Baudartha. Pomysłodawca Mikołaj Zebrzy-
dowski osadził tu bernardynów by opiekowali się stacjami drogi krzyżowej. Począł też loko-
wać miasto z myślą o obsłudze pątników. Po kilkuset latach, gdy do Kalwarii Zebrzydowskiej
można się było dostać koleją, rzesze pielgrzymów zwielokrotniły się. Nadal przybywały na
dróżki kompanie wieśniacze wędrujące pieszo. Obserwując je refleksyjny Karol wyobra-
żał sobie swoich czanieckich przodków, o których wiedział, że byli przewodnikami piel-
grzymek na Kalwarię. Taki człowiek wiódł kompanię odpowiednim szlakiem, znaczonym
kościółkami i kapliczkami, inicjował modlitwy i pieśni, wyznaczał miejsca odpoczynku, jed-
nym słowem był obeznany w organizacji przemarszu i stosownej obrzędowości pielgrzy-
mek. Większość pątników zdana była na przewodników, zwłaszcza, gdy byli to ludzie prości,
z podgórskich wsi, ludzie ciężkiego trudu, niewykształceni. Ich pobyt w Kalwarii dostarczał
im niezwykłych wrażeń duchowych, co wiązało się ze swoistym oszołomieniem, wskutek
czego nie byli w stanie doświadczać piękna zabytków czy ogarniać historycznych odnie-
sień. Głębsza percepcja była możliwa, gdy pojawiali się w tym miejscu kolejny raz.
        By choć po części wczuć się w atmosferę pielgrzymek w czasach poprzedzających do-
kumentację fotograficzną, warto przyjrzeć się z uwagą obrazom Rudolfa Alta, który uwiecz-
nił wzgórze klasztorne, jak i ówczesny widok ruin lanckorońskiego zamku. Takie widoki mo-
gli obserwować z dróżek pątnicy. (Rudolf von Alt, ur. 1812, specjalizował się w malarstwie
krajobrazowym i architektury, głównie akwarelą. Dużo prac dotyczy ojczystego Wiednia
i Austrii). Reprodukcje obrazów związanych z ziemią wadowicką publikuje w swojej mono-
grafii Aleksy Siemionow.




          W połowie XIX wieku pielgrzymi spod klasztoru obserwowali ruiny zamku lanckorońskiego - fragment obrazu R. Alta.

Strona 466

464            Rozdział VII - W stronę sztuki




      Szczytowa polana barwałdzkiego Żaru, na której stał zamek Skrzyńskich, zburzony w połowie XV w.
              Karol Wojtyła interesował się historią. Jako gimnazjalista był aktywnym członkiem
      kółka historycznego, pisał i wygłaszał referaty o tej tematyce, podczas wycieczek wsłuchiwał
      się w dzieje zamków, kościołów, dworów i innych zabytków. Będąc w pobliżu szczytu Żar
      zapragnął zobaczyć ruiny zamku barwałdzkiego. Tym bardziej, że szlak do nich prowa-
      dził przez pustelnię Pięciu Braci Polaków z kaplicą Świętej Marii Magdaleny (pustelnia
      została zbudowana z kamieni pochodzących z ruin zamku barwałdzkiego przez Mikołaja
      Zebrzydowskiego w latach 1616-1617). Zamek barwałdzki był siedliskiem rozbójników, na
      czele których stać miała niejaka Włodkowa. Krążyły o niej legendy w całym księstwie oświę-
      cimskim. Rzekomo została stracona, a warownia zburzona w 1477 roku. Karol Wojtyła z sa-
      tysfakcją odkrywał resztki murów owianych ponurą legendą. Więcej na ten temat we wspa-
      niałej książce choczeńskiego działacza, prawnika i posła.34
              By uniknąć powrotu tą samą drogą do Lanckorony, młody Wojtyła zszedł z klasz-
      tornego wzgórza do Kalwarii, drogą wzdłuż której spotykał sprzedawców dewocjonaliów,
      odpustowych wytworów, zabawek, świecidełek, obrazków i kiszonych ogórków. Kupił kilka
      widokówek z dróżkowymi kaplicami, kieszonkowy kalwaryjski informator, zjadł ze smakiem
      swojskiego, kiszonego ogórka - specjalność kalwaryjskich odpustów. Wstąpił do kościoła
      w rynku, jak zwykle zatopił się w modlitwie, zapominając o bożym świecie, po czym rozejrzał
      się po świątyni by podziwiać drewniane elementy bocznych ołtarzy, o których wyczytał, że
      zostały wykonane w miejscowej pracowni stolarskiej Szczepana Łojka. Opuścił kościół św Jó-
      zefa, który stanął tu z początkiem XX wieku, w miejscu XVII wiecznego, drewnianego,
      który spłonął.
              W okolicy rynku kalwaryjskiego i w przylegających doń ulicach ulokowały się liczne
      warsztaty stolarskie i meblarskie. Kalwaria Zebrzydowska stała rzemiosłem - obok stolarzy,
      wielu tu było szewców i cholewkarzy.

       34 - Józef Putek: O zbójnickich zamkach, heretyckich zborach i oświęcimskiej Jerozolimie. Kraków 1938, s. 89-102

Strona 467

Rozdział VII - W stronę sztuki                  465




                                                                 Rynek kalwaryjski w okresie międzywojennym.
         Karol ukierunkowany przez wadowickich artystów plastyków pragnął zoba-
czyć dom Wojciecha Weissa. Ten wybitny malarz, związany przez pewien czas z „czar-
takowcami”, mieszkał w Kalwarii, tworzył urzeczony pejzażami górskimi, architekturą sa-
kralną, pobożnym ludem wędrującym zboczami Żaru i Lanckorony, jak i przydomowym
otoczeniem: sadem, kwiatami, grządkami i kręcącymi się wśród nich najbliższymi.
         Wojciech Weiss (1875-1950) był uczniem, profesorem i rektorem Akademii Sztuk Pięk-
nych w Krakowie, z miastem tym związał swoje życie. W Kalwarii Zebrzydowskiej nabył dom
dla swoich rodziców w 1904 roku. Od tej pory swoje pobyty w Krakowie przeplatał z wyjazda-
mi do starego domu. Zbudowanego z kamienia i cegły,
a w partii dachowej z drzewa. Na poddaszu znajdowa-
ła się pracownia artysty, na parterze salon i jadalnia.
Wojciech Weiss był jednym z największych twórców
okresu Młodej Polski, ściśle związanym z europejskim
symbolizmem i ekspresjonizmem. Później współtwo-
rzył Polski koloryzm. Przez krytyków był zestawiany
z takimi artystami swojej epoki jak Paul Cèzanne, Au-
gust Renoir, Edgar Degas czy Henry Toulouse-Lautrec.
Dzieła Weissa znajdują się w zbiorach muzeów pol-
skich i zagranicznych.
         Młody Wojtyła przespacerował obok „Weissów-
ki” i skonstatował, że położenie domku jest malow-
nicze, a równocześnie dające mieszkańcom zacisze,                     Wojciech Weiss, malarz związany
w ogrodowym otoczeniu, wśród drzew, krzewów,                                 z Kalwarią Zebrzydowską
kwiatów i trawy.
         Karol wiedział, że Wojciech Weiss jest rozkochany w tych stronach, że oprócz awan-
gardowych dokonań, chętnie maluje kalwaryjskie pejzaże, z wtopionymi między wzniesie-
niami kaplicami, a nawet uwiecznia pątników rozmodlonych podczas widowiskowych mi-
steriów.35

 35 - Zofia Weiss-Nowina Konopka: Kalwaryjski szlak Wojciecha Weissa, Centrum Kultury, Sportu i Turystyki
      w Kalwarii Zebrzydowskiej.

Strona 468

466            Rozdział VII - W stronę sztuki




      „Weissówka” utrwalona pędzlem mistrza Wojciecha Weissa.




      Pejzaż z klasztorem - obraz Wojciecha Weissa.

Strona 469

Rozdział VII - W stronę sztuki                467
        Teoretycznie możliwe było spotkanie mistrza na dróżkach, gdyż wychodził
w plenery, na pola i wzniesienia, by znaleźć właściwe ujęcie, a oprócz tego fotografował piel-
grzymów i odpustowe scenki. Gdyby doszło do takiego spotkania Karol byłby niewątpliwie
zainteresowany tak techniką malarską jak i tematem obrazu, a był na tyle obyty ze sztuką,
że mógł nawet podjąć rzeczową rozmowę z twórcą. Nigdy nie brakowało mu ciekawości
i dociekliwości, mimo delikatności i empatii.
        W drodze powrotnej wędrowiec idąc do rynku, skręcił po chwili w ulicę Kolejową
kierując się w stronę stacji Kalwaria Zebrzydowska. Tu dojeżdżali z Wadowic z ojcem, gdy
nawiedzali klasztor i dróżki. Mijał podróżnych – miejscowych z koszami i workami i przy-
jezdnych, miastowych z torbami i walizkami, w wyszukanych ubiorach, stylowych kapelu-
szach. Z rzadka błotnistą drogą przejeżdżała furmanka, ruch samochodowy jeszcze wtedy
nie istniał.
        Dalej szedł wzdłuż torów, aż do drogi prowadzącej w stronę Krakowa. Skręcił w lewo
do wylotu Skawinki, a dalej wzdłuż jej doliny, do Brodów, aż do Grobu Matki Boskiej. Stąd
w górę, polną drogą, dochodziło się do pensjonatu Lorenzów. Przeczytał w informatorze, że
do Lanckorony, można też dostać się furką ze stacji kolejowej.
      Trzeci dzień pobytu w Lanckoronie późniejszy papież postanowił wykorzystać
na zwiedzanie miasteczka. Leśną ścieżką biegnącą tuż za willą Lorenzów można było po 10
minutach wyjść na szczyt Lanckorońskiej Góry. Znajdowały się tu ruiny średniowiecznego
zamku zbudowanego za czasów Kazimierza Wielkiego.
        W okresie konfederacji barskiej
twierdza lanckorońska stanowiła ważny
punkt oporu. Nie została zdobyta nawet
przez rosyjskie wojska pod dowództwem
Suworowa. Naczelnym dowódcą konfedera-
tów został mianowany, w połowie 1770 roku
francuski emisariusz wojskowy pułkownik
Charles Francois Dumouriez. On to przygo-
towywał zamek w Lanckoronie do obrony.
Zmodernizowano umocnienia, sprowadzo-
no armaty. Tymczasem Aleksander Suwo-
row posuwał się spod Krakowa z zamiarem
rozbicia polowej armii konfederatów. Prze-
widując zbliżającą się bitwę Dumouriez ze-
brał około 1300 żołnierzy i kilka armat na
jednym z pagórków położonych na połu-
dnie od miasta. Naprzeciw dobrze uzbrojo-
nych i karnych oddziałów rosyjskich stanęła
niezdyscyplinowana masa zbrojna, pod wo-
dzą rywalizujących między sobą oficerów.
Atak wojsk carskich wyszedł od południa,
z rejonu wsi Palcza. Polskie formacje widząc
                                                                 Zamek lanckoroński na rycinie z XVII wieku.
przeważające siły nacierające z impetem,
rzuciły się do bezładnej ucieczki. Ścigający ich Rosjanie zabili około 300 konfederackich bo-
jowników, głównie w okolicznym zagajniku, który później nazwano na pamiątkę „Groby”.
Pochowano ich we wspólnej mogile znajdującej się w lesie Groby (na granicy wsi Palcza
i Harbutowice). Data bitwy 23 maja 1771. Obecnie szlak upamiętniający miejsce bitwy
i groby poległych za Ojczyznę pod Lanckoroną oznakowany jest kolorem niebieskim
(Lanckorona - Przełęcz Sanguszki).

Strona 470

SZLAKAMI
                    Jana Pawła II
                Sanktuaria natury.
                 Beskid Wyspowy.



          Kalendarium wycieczek Karola Wojtyły.
 - 21-27 VI 1953 r. - Rabka, Luboń Wielki, Przełęcz Glisne, Szczebel,
   Kasinka, Lubogoszcz, Kasina Wielka, Śnieżnica, Ćwilin, Kasina
   Wielka (...)
 - maj 1955 r. - Lubień, Szczebel.
 - 19 II 1956 r. - wycieczka narciarska: Kasinka, Lubogoszcz, Mszana.




                                                                                        Ćwilin z Chyszówek.




                                                                        Na polanie Ćwilina,
                                                                        pomnik ku czci Jana Pawła II.




  Widok ze szczytu Ćwilina
   na Mogielicę (najwyższy
szczyt Beskidu Wyspowego
            1170 m n.p.m.)

Strona 471

Szczytowa polana Ćwilina.
 W głębi Babia Góra i pasmo Polic,
a na bliższym planie Luboń Wielki.




                                      Ośrodek rekolekcyjny na Śnieżnicy.
                                      (ok. 840 m n.p.m.)




 Kaplica przy ośrodku na Śnieżnicy.

Strona 472

470            Rozdział VII - W stronę sztuki




      Artur Grottger „Modlitwa konfederatów barskich przed bitwą pod Lanckoroną”.
              Mimo druzgocącej klęski pod Lanckoroną, ofiary złożone przez konfederatów
      w obronie wolności, wiary i Ojczyzny, przetrwały w świadomości narodowej, jako opór
      godny upamiętnienia. Następne pokolenia kultywowały pamięć o poległych, poprzez
      stawiane pomniki, krzyże, kapliczki, poprzez nazewnictwo ulic, placów, poprzez literaturę
      i sztukę. Sztandarowym przykładem patriotycznego uniesienia były obrazy Artura
      Grottgera, w tym utrwalona na płótnie scena „modlitwy konfederatów przed bitwą pod
      Lanckoroną”. Dzieło to przemawiało do uczuć Polaków wierzących, że kiedyś nadejdzie
      niepodległość, że czyn zbrojny jest możliwy i potrzebny. Tym bardziej, że czuwa nad nami
      Stwórca który jednoczy cały naród w imię krzyża, którego bronimy. To przesłanie wymow-
      ne było dla dorastającego Karola, który jadąc do Lanckorony dobrze przygotował się na
      spotkanie z historią. Korzystał z opracowań profesora wadowickiego gimnazjum, wyda-
      nych przez drukarnię Foltina.36
              „W zacisznej pracowni Artur realizował pomysł który pochłaniał go od kilku miesięcy:
      modlitwa konfederatów barskich przed bitwą pod Lanckoroną. Zdarzenie z ostatnich zma-
      gań niepodległej Polski. Las, w oddali lanckoroński zamek, obok podkrakowskich wzgórz.
      Chorąży ze wzniesionym sztandarem. Ksiądz w modlitewnym skupieniu, sędziwy ministrant,
      trzymający otwartą Ewangelię. Ranny wojak, podtrzymywany przez towarzysza, konfederaci
      w kontuszach, dworscy panowie i czeladź, rzesze zbrojne z proporcami, wszyscy złączeni
      braterstwem broni. A za modlącym się rycerstwem sosny i brzozy rozjaśnione świtem....(...)
              Przeprowadzając tak wiele studiów do obrazu, zamierzał współzawodniczyć z Ma-
      tejką. Ale czuł zarazem, że jego droga jest inna. Nie pociągała go epickość Matejki. Fizycz-
      ne właściwości postaci ustępowały psychicznym. (...) W najbliższym czasie na wystawie
      w Wiedniu ukazała się „Modlitwa konfederatów”. Było to wydarzenie w życiu Grottgera -
      obraz całkowicie się różnił od jego dotychczasowych prac. Rozpoczynała się nowa faza
      jego twórczości.”37
            Lanckoroński szlak konfederatów wiódł na południe, polną drogą, niewielkimi
      wzniesieniami, w stronę Przełęczy Sanguszki. W tej okolicy rozegrała się tragedia polskich


       36 - Teofil Klima: Akta do konfederacji r. 1768 województwa krakowskiego, a zwłaszcza księstw oświęcim-
            skiego i zatorskiego. Wadowice, 1903
       37 - Ludwik Świeżawski: Muza łaskawa. Wydawnictwo Łódzkie, 1972, s. 302-304

Strona 473

Rozdział VII - W stronę sztuki                         471




                                                      Kapliczka w lesie Groby, ku czci poległych konfederatów barskich.
oddziałów, rozproszonych i wyciętych przez Moskali. Poległych pochowano na miejscu, któ-
re odtąd nosiło nazwę Groby.38 Młody Wojtyła wędrował wypytując miejscowych o drogę,
o krzyż upamiętniający ofiarę konfederatów, pod którym żarliwie się modlił. W słoneczny,
letni dzień, o dobrej widoczności upajał się górskimi panoramami. Dominującym szczytem
na południu była Babia Góra. Nieco bliżej zwracała uwagę kopa Koskowej Góry, zaliczana
do Beskidu Makowskiego, niespełna dziewięćsetmetrowa ale za to o dookolnym widoku.
W kierunku zachodnim, na pierwszym planie rysowały się łagodne szczyty Beskidu Małe-
go z Leskowcem. W drodze powrotnej ciekawie prezentowała się Góra Lanckorońska,
z domostwami na południowym stoku i położonym nieco wyżej kościołem, który wyróżniał
się ostrą wieżą. Droga wiła się między polami i łąkami, z rozsianymi tu i ówdzie wiejskimi
chałupami. Po lewej, za doliną Skawinki (zwanej tu Cedronem) zalesiony Żar, z polanami
i rozrzuconymi na nim kaplicami, i malowniczą bazyliką.
        Przed zabytkowym rynkiem lanckorońskim droga wznosi się nieco w górę. Dziś wiej-
ski, a kiedyś miejski placyk, otoczony starymi, stylowymi, parterowymi domkami - wy-
gląda tak, jakby czas zatrzymał się tu sto lat temu. Chaty z XIX wieku z sieniami na prze-
strzał, by można było wjechać furmanką. Czas płynie tu wolno, nie następują gwałtowne
zmiany, bo to właśnie przyciąga letników – cisza, odosobnienie, piękne pejzaże, niskie ceny
noclegów i wiejskiego wyżywienia.
       Karol, pełen wrażeń - postanowił zakończyć wycieczkę w zabytkowym, założo-
nym w XIV w wieku kościele. Nawykły do wizyt w świątyniach, odróżniał niechybnie ory-
ginalne figury i malowidła sprzed wieków od współczesnego, standardowego wyposażenia.
Po rozejrzeniu się wybrał jeden z bocznych ołtarzy i zatopił się w modlitwie.

 38 - Aleksy Siemionow: Ziemia Wadowicka. Monografia turystyczno – krajoznawcza. Komisja Turystyki Gór-
      skiej. Wydawnictwo Oddziału PTTK – Wadowice 1984. (autor profesor gimnazjalny z Kalwarii, krajo-
      znawca i działacz turystyczny, publicysta, historyk – obszernie pisze o Lanckoronie i Kalwarii Zebrzy-
      dowskiej, m.in. o walkach konfederatów barskich - cytując wiele źródeł).

Strona 474

472            Rozdział VII - W stronę sztuki




      Zabytkowe domki na lanckorońskim rynku (lata dziewiędziesiąte XX wieku).




      Widokówka z okolic Myślenic.
              Wolne popołudnia i wieczory urozmaicała nauka tańca. Trzeba dodać, że siedemna-
      stoletni Karol, wyżywający się jako aktor, chciał poznawać wszystkie formy ekspresji scenicz-
      nej, w tym i taniec. Artystka teatralna, a może lepiej powiedzieć artystka baletu, to był ktoś
      kto mógł wiele nauczyć.
              Wspomina Alicja Lorenz – Łomnicka.39
              „Nikt jednak nie spodziewał się, że w tym spokojnym, zamyślonym chłopaku drzemie
      wielki taneczny talent. Przekonała się o tym babcia pani Alicji, tancerka z krakowskiego teatru
      na Rajskiej, która postanowiła nauczyć Lolka tańczyć. - Tutaj odbywały się lekcje - uśmiecha

       39 - Tygodnik „Rewia”: Jak Lolek uczył się tańczyć, 2011. Nr 14 z dnia 6 IV, s. 14-15

Strona 475

Rozdział VII - W stronę sztuki                        473




                                                   Targ na myślenickim rynku w latach trydziestych XX wieku.
się pani Alicja, pokazując kąt przy fortepianie. Babcia Jadwiga była pełna zachwytu. Lolkowi
szło świetnie. Bardzo lubił życie towarzyskie, z czego potem też był znany. Pani Alicja pamię-
ta jak Lolek, już jako biskup przyjechał na bierzmowanie do Lanckorony i dał się namówić
na obiad. Wtedy jeszcze mógł sobie pozwolić na spontaniczne wizyty u starych znajomych.
Kilkanaście lat później ojciec pani Alicji wyruszył powitać Jana Pawła II, przejeżdżającego
trasą z Kalwarii Zebrzydowskiej do Krakowa. Pan Tadeusz machał do Lolka z dachu małego
fiata. – Widziałem, że mnie poznał.”
        Nie dziwota, że Karol, miłośnik wszelkich sztuk, miał też pociąg do tańca,
zwłaszcza gdy lekcji udzielała artystka, takiej okazji nie mógł przegapić. Wspominający
wzmiankowali, że brał też udział w szkolnym kursie tańca, zaglądał na wieczorki taneczne,
ale w tańcu towarzyskim nie wyżywał się. Popatrzył, trochę się pokręcił i wracał do ważniej-
szych zajęć.
        Pobyt Lolka w Lanckoronie trwał 4-5 dni. Jednego razu letnicy przyjechali do willi
automobilem. Sytuacja była niezwykła, gdyż auta należały wtedy do rzadkości. Załatwiając
swoje sprawy, podczas wypoczynku u Lorenzów, wybierali się do Myślenic na targ. Za-
proponowali wycieczkę Lolkowi, który urzekał otoczenie delikatnością, wiedzą, ciekawością
świata, umiejętnością słuchania innych. Dysponując wolnym czasem skorzystał z możliwo-
ści i pojechał z nimi do siedziby sąsiedniego powiatu. Zainteresowany zabytkami, udał się
do kościoła parafialnego podziwiając szesnastowieczny obraz szkoły rzymskiej, a potem do
kościółka na cmentarzu z XV wieku. Zwiedzanie łączył z chwilami skupienia i modlitwy. Ob-
szedł dookoła rynek zatrzymując się przed stylowymi kamieniczkami i nielicznymi drewnia-
nymi domami, na bocznych uliczkach. Gwar targowy niczym nie różnił się od wadowickich
czwartków. Wstąpił do sklepiku i kupił kilka widokówek by przesłać je z pozdrowieniami do
ojca i znajomych. W drodze powrotnej wysiadł wcześniej, gdy zbliżali się do Lanckorony, by
podejść do kapliczki opisywanej w informatorach turystycznych. Przy drodze z Lancko-
rony do miejscowości Jastrzębia wzniesiono w 1910 roku kaplicę upamiętniającą po-
ległych konfederatów barskich. Uduchowiony amator historii, zwłaszcza w jej wymiarze
sakralnym, nie omieszkał pomodlić się za patriotów, po czym pomaszerował w górę do willi
Tadeusz, rozpamiętując o wydarzeniach, jakie rozegrały się w tych okolicach, przed z górą
stu pięćdziesięciu laty.

Strona 476

474            Rozdział VII - W stronę sztuki




      Kapliczka konfederatów przy drodze Lanckorona - Jastrzębia.
               W kaplicy, w jej framudze, figura Chrystusa Frasobliwego (prawdopodobnie au-
      torstwa Jędrzeja Wowry; tak pisze Aleksy Siemionow w podpisie fotografii nr 38, w mono-
      grafii „Ziemia Wadowicka”).40
               W nawiązaniu do tematu jedna z opowieści świątkarza.
               Wowro o gipsowych figurkach.41
               Downi brali dzisia nie biorom. Inso moda. Jak im kramorze nawiezom, to dobre,
      a moje drzewiane, to juz złe. Ino panowie co się obrócili na starom mode (...) Bo to jest ałsius
      (partactwo), bioło glinka, gips. A głupcy majom to za cejco (coś dobrego). Na dyscu sie ozyj-
      dzie, a jak się dziecko rąckom chyci, ozbije sie zaroz. Do kaplicy przy dródze postawi takom
      gipsianom robote! He-he-he, co ón to ni mo? Cejco! Mnie to bardzo dziwno, że takich Cyga-
      nów nie zahareśtujom. (...)
               Jak był odpust (...) to wsyjścy księzo godali z kozalnice, że takiego świętego jak świę-
      ty Francisek to ni ma. Okropnie sie to narodowi podobało, były takie baby, co płakały. A tu
      jedyn ksiondz zapowiedzioł, ze kto mo serce do świętego Franciska, niek sie zapise w zokry-
      styi. Jo sie zapisołek i moja też. Wsyjścy sie zapisowali. Cały naród sie zapisoł. Jo sie raduje, że
      nie tylko jo bede zył jak święty Francisek, a jo był głupi osioł, bo to były grzyśniki. Cygany nie
      franciszkanie. (...) bo ledwo my wyśli z zakrystyje, a tam ludzi, a ludzi! Huśtajom sie chłopoki
      z dziywkami, obyrtajom sie na karuzelak, a śmiychy, a obraza Bosko, niech Bóg zachowo.

       40 - Aleksy Siemionow: Ziemia Wadowicka. PTTK Wadowice, 1984 (fotografia nr 38)
       41 - Tadeusz Seweryn: Świątkarz powsinoga. Wydawnictwo PAX, Warszawa 1963, s. 204-205

Strona 477

Rozdział VII - W stronę sztuki           475
Jo sie patrze, a tu moik franciskanów ni ma.
Wsyjścy wio! polecieli w dyrdy do tej huśtac-
ki. Psiokręć, myśle se, choroby jedne, dopiy-
ro my sie zapisowali w zokrystyi, dopiyro my
mieli zyć jak święty Francisek, a teraz tak? (...)
No i tagek ostoł som na drodze. Ale od tych
cos na modlitwy moik franciskanów nie cho-
dze, jata z nimi ni mom nic, jo ta wole som.”
          Świątkarz Jędrzej Wowro, pociągany
za język opowiadał Tadeuszowi Seweryno-
wi następne historie. Często osadzone one
były w beskidzkich realiach chłopskiego
życia, a nawet zlokalizowane w najbliższej
okolicy, w pobliżu Gorzenia i Wadowic. Jed-
na gawęda traktująca o niejakim Jończyku
umiejscowiona była w Lanckoronie.
          „Kupił w Lanckoronie buty na jarmar-
ku, nowe fajne buty z cholewami, jesce takik
ni mioł. Skoda mu je było obuwać, nadzioł
usy na losecke i idzie. No dobre. Zećmiło sie,
jak sed kole zomku lanckorońskiego, co je
zaklęty od ćwierci lot. Misiącek świycił jak
lampa, wsyćko było widno jak we dnie. Joń-
cyk stanoł za smreckiem i oględowoł tyn zo-
                                                             Święty Franciszek autorstwa Jędrzeja Wowry.
mek, a tu wysła ze stary bramy ładno dama,
wielgo pani i sła drózkom prościutko na niego. Jońcyk ściągnął buty z patyku i obuł ajcwaj.
(...) A za tą damom wymasierowała muzyka i gro, a gro, ze same nogi brały sie do tańca. (...)
          I puścił sie śniom do hulanio. A ta dama to był djoboł, ale on o tym nie wiedzioł.
Muzyka grała fest, a Franuś huloł i huloł bez ustanku, aze całe buty zdar. O piyrsy godzinie
urwało sie wsyćko. Muzyka uciychła, ta dama znikła, pouciykały diabły z lanckorońskiego
zomku, wsyćko, się oskurzyło, a Jońcyk ostoł som – przez butów. Cholewy mioł, ale spodki
mioł zdarte do imentu, po kostki – zole, kiedry, branzole – wsyćko.”42
        Karol, po kilku dniach pobytu w Lanckoronie wracał do Wadowic. Pieszo z ple-
cakiem zszedł obok „Modrzewiówki”, a potem, koło kaplicy Wniebowstąpienia i Grobu Matki
Boskiej, po czym skręcił w prawo i drogą wiodącą doliną Skawinki (Cedronu) doszedł aż do
skrzyżowania z głównym gościńcem krakowskim. Skierował się w lewo, w górę, a kawałek
dalej skręcił w prawo, wzdłuż murowanego parkanu odgradzającego majątek ziemski. Sta-
cja Kalwaria Lanckorona, ukazała się niebawem po lewej. Kupił bilet do Wadowic i po kilku-
nastu minutach wsiadł do pociągu, do wagonu z przedziałami. Gdy skład ruszył, poszperał
w plecaku by znaleźć coś do czytania. Uznał, że półgodzinną podróż wykorzysta na lekturę
informatora dla turystów i letników, który kupił na targowym straganie, opisującego powiat
wadowicki.43
        Czytał o Kalwarii Zebrzydowskiej: „Polska Jerozolima...
        Zabytki budownictwa i sztuki kościelnej z XVII wieku. Posiada 7 kościołów i 42 kapli-
ce zbudowane według planu sytuacyjnego i rzutów Jerozolimy. Klasztor OO. Bernardynów.
Przepięknie wyposażona okolica. Domy przeznaczone na większe zjazdy. Stacje kolejowe:
od Bielska - Kalwaria Zebrzydowska od Krakowa - Kalwaria Lanckorona.


 42 - Tadeusz Seweryn: Świątkarz powsinoga. Wydawnictwo PAX, Warszawa 1963, s. 44
 43 - Powiat Wadowice, letnisko, turystyka. Wydawca: Wydział Powiat. Wadowice. Komisja Letnisk.-Turyst.

Strona 478

476         Rozdział VII - W stronę sztuki

              Lanckorona: 550m ponad poziomem morza, na 1000 morgach lasu szpilkowego.
      Stacja kolejowa Kalwaria Lanckorona, dojazd do letniska furkami za cenę 1zł. Widoki na Ta-
      try, Kraków, Kalwarię, pobojowisko konfederatów barskich. Ruiny zamku Kazimierza Wielkie-
      go.
              Ceny niskie, źródła produktów bezpośrednie, jarzyny, owoce, jagody, grzyby codzien-
      nie w wielkiej ilości na rynku.
              Pociąg jechał powoli przez Barwałd, Kleczę, a Karol czytał o Makowie, Zawoji, Babiej
      Górze, które wówczas leżały na obszarze powiatu wadowickiego. Wreszcie koła zadudniły na
      moście kolejowym, na Skawie, a po chwili pociąg hamował w Wadowicach.

                                     5. Czas poszukiwań i decyzji
              Nadchodzi ostatni rok nauki w wadowickim gimnazjum, którego ukoronowa-
      niem miała być matura. Karol, nieodmiennie, mimo zbliżającej się dojrzałości, nazywany był
      przez kolegów i znajomych Lolkiem. Jako systematyczny, pilny i wybitny uczeń nie musiał
      się specjalnie przygotowywać, mógłby podchodzić z marszu do matury. Dlatego nie zwalnia
      tempa swej pozalekcyjnej aktywności. Nadal pochłaniała go scena, muzyka, żywe zainte-
      resowanie plastyką, literaturą i teatrem. Podobnie jak w klasie szóstej i siódmej brał udział
      w sporcie i turystyce, W szkolnych wycieczkach i wszelkiego typu imprezach. Jednym sło-
      wem próbował wszystkiego, ale najbardziej pociągała go sztuka we wszystkich for-
      mach wyrazu. W ostatnim okresie przed maturą, gdy czekała go decyzja o wyborze kie-
      runku studiów - wzmogło się jeszcze zainteresowanie poezją, dramatem, słowem pisanym
      i żywym słowem.
              Gdy patrzy się na biografię późniejszego papieża z perspektywy lat widać wyraź-
      nie, że już od roku 1935, gdy rozpoczynał klasę szóstą, zainteresowania wszelką twórczo-
      ścią wzmagają się. Jakby dorastający humanista, poszukujący intelektualista, chciał znaleźć
      punkty odniesienia, do oczekującej go niebawem własnej, drogi życiowej.
              Zasłużony malarz i rzeźbiarz Fran-
      ciszek Suknarowski, wspomniał, gdy
      zapytałem go o Wojtyłę, że odwiedzał ich
      pracownię plastyczną przy ul. Zatorskiej.
      W drugiej połowie lat trzydziestych, młodzi
      wadowiccy artyści: Wincenty Bałys i Fran-
      ciszek Suknarowski, mieli w pobliżu rynku
      siedzibę. Każdy mógł przyjść, pooglądać
      dzieła, pogadać, a w najlepszym przypadku
      coś kupić lub zamówić. Wojtyła zajrzał, przy-
      glądał się, zamienił kilka słów, jakby czegoś
      poszukiwał, nie tyle dzieła, co raczej aury
      procesu twórczego, albo natchnienia do
      własnych przemyśleń, by mieć własną opi-
      nię, by zrozumieć. Z takich odniesień, do-
      ciekań, wątków, zrodził się później pomysł
      napisania dramatu: „Brat naszego Boga”
      o Adamie Chmielowskim.
              Bywając w pracowni u wadowickich
      malarzy Karol Wojtyła z żarliwością słuchał
      wywodów na temat procesu tworzenia,
      uwarunkowań zewnętrznych kierujących
      wyborem tematu dzieła, formy rzeźby lub
      płótna, związków artysty z kulturą material-                Wadowiccy młodzi plastycy: Wincenty Bałys (stoi)
      ną regionu itp. Czupurny, wygadany i żywy,            i Franciszek Suknarowski (w połowie lat 30-tych XX w.)

Strona 479

Rozdział VII - W stronę sztuki                477




                                                                                   Wystawa w „Sokole”.
chociaż niewielkiego wzrostu, Wicek był wymarzonym rozmówcą dla poszukującego Karola.
Znali się stąd, że Bałys przygotowywał scenografię do różnych amatorskich przedstawień,
a Wojtyła był albo aktorem albo widzem. Poza tym Bałys i Suknarowski wiedli prym wśród
młodych „czartakowców”, aktywnie uczestnicząc w wystawach, prelekcjach i wieczorach
artystycznych, a Karol Wojtyła gorliwie brał w nich udział.44
         (...) W latach 20 w gimnazjum wadowickim wychodziło pisemko pod nazwą „Lutnia
szkolna” redagowane i ilustrowane przez uczniów szkoły. Opiekował się nim profesor Jach
i Józef Jura. Działalność literacka Emila Zegadłowicza pobudzała również środowisko pla-
styczne. Literaci i malarze spotykali się w gorzeńskim dworku. Byli wśród nich koledzy szkol-
ni poety Jan Mroziński i Ludwik Misky. Zaglądał Zbigniew Pronaszko związany z Wadowica-
mi poprzez małżeństwo z córką miejscowego lekarza Jakuba Tauba. Przyjeżdżali: Edward
Porządkowski, Wacław Wąsowicz, Jerzy Karniewicz, Konrad Bogaczyk, Vlastimil Hoffman, Jan
Hryńkowski. Młodzi wadowiccy artyści czując wspaniały twórczy klimat lgnęli do Gorzenia.
         „Jako młodzi adepci sztuki postanowiliśmy wzbogacić jubileusz 25-lecia pracy lite-
rackiej Emila Zegadłowicza urządzając wystawę naszych prac i zaproszonych gości. Kilka
wystaw, a zwłaszcza ta na jubileusz, życzliwie przyjęta przez społeczeństwo, podsunęła nam
myśl o trwałym zrzeszeniu się i kontynuowaniu działalności artystycznej w Wadowicach.
Przyjęliśmy nazwę „Grupa Plastyków Czartak”. Programu formalnego nie potrzebowaliśmy,
łączyło nas wspólne umiłowanie piękna, w szczególności zakątka naszej ziemi – Beskidów.
         Od tego czasu wystawy organizowane były co najmniej dwa razy w roku w górnej
sali budynku Sokoła, przystosowanej przez nas do ekspozycji. Tę wystawienniczą działal-
ność poszerzyliśmy odczytami o sztuce i wieczorami artystycznymi. Był to już okres Czarta-
ka II, w skład którego z plastyków wchodzili wadowiczanie: Wincenty Bałys, Roman Brańka,


 44 - Franciszek Suknarowski: Wadowickie środowisko plastyczne. Nadskawie zeszyt 3-4, TMZW Wadowice
      1984, s. 51-53

Strona 480

Trzy Korony widziane ze Sromowców Niżnych.
                                                                                                                 (fot. Czesław Szindler)


             SZLAKAMI
          Jana Pawła II
      Sanktuaria natury.
          Pieniny.




Widok ze szczytu Trzech Koron (982 m n.p.m.) w stronę Sokolej Perci (białe skały). W głębi Gorce.




Spojrzenie z Sokolicy na Tatry. Po prawej Tatry Bielskie, po lewej Tatry Wysokie z Łomnicą i Lodowym.

Strona 481

Z Wysokiej (1049 m n.p.m.) w kierunku Pienin Właściwych z Trzema Koronami.




      Kalendarium wycieczek Karola Wojtyły.
- 15-25 IX 1953 r. - Sucha - Pieniny przez Babią Górę, Gorce.
- 4-15 VIII 1954 r. - Wisła (...) Beskid Śląski, Beskid Żywiecki,
  Gorce, (...) Czorsztyn, Pieniny, Szczawnica, schronisko Orlica
  (...) Krynica.




                                                                                                          W drodze z Wysokiej do wąwozu Homole.
                                                                                                          Przed nami Beskid Sądecki: z lewej Prehyba,
                                                                                                          z prawej Radziejowa.




                                                                    W wąwozie Homole.

Strona 482

480          Rozdział VII - W stronę sztuki

      Ludwik Jach, Józef Jura, Michał Kręcioch, Karol Malczyk i Franciszek Suknarowski. A z litera-
      tów Emil Zegadłowicz, Mieczysław Kotlarczyk, Jakub Sawczak i Józef Stożek.
              Nasze sporadyczne odczyty o sztuce przerodziły się po czasie w systematyczne wie-
      czory autorskie dla szerokiej publiczności. Prezentowaliśmy poezję, literaturę, teatr, malar-
      stwo, rzeźbę. Marzyły nam się wydawnictwa poświęcone wadowickiej plastyce. Zaczęliśmy
      opracowywać album prac Jędrzeja Wowry, gdy wybuchła II wojna światowa.
              Jak wyżej powiedziano, liderem wadowickiego środowiska plastycznego lat trzy-
      dziestych międzywojnia był Wincenty Bałys. Najlepiej chyba opisany z grupy lokalnych
      twórców posługujących się dłutem i pędzlem.
              Moje dociekania ogniskujące się na kształtowaniu osobowości Karola Wojtyły
      prędzej czy później musiały natrafić na postać uzdolnionego artysty, który w tym proce-
      sie zajmował szczególne miejsce. Był bowiem trzecim członkiem duchowego bractwa
      w składzie: Wincenty Bałys, Mieczysław Kotlarczyk, Karol Wojtyła, wymienionych we-
      dług wieku.
              Swoją drogą znamienne jest, że zmierzający ku dojrzałości Lolek znalazł sobie pokre-
      wieńców intelektualnych wśród idoli starszych od siebie (Kotlarczyk o 12 lat, i Wicek o 14).
      Chciał mieć w nich partnerów do rozważań artystycznych i filozoficznych, a był nad wyraz
      rozwinięty umysłowo, tak, że rówieśnicy nie byli w stanie mu sprostać.
              Zbliżył się z artystami, tworzącymi, a to materię sceniczną i słowną (Kotlarczyk),
      a to struktury malarskie i rzeźbiarskie. Ten ostatni nurt zahaczał o scenografię bliską Karolowi
      jako aktorowi i początkującemu reżyserowi. Może ten aspekt ich właśnie połączył, by potem
      zaowocować współpracą i przyjaźnią. Przyszły papież zawsze posiadał wyczucie naturalne-
      go piękna, we wszystkich formach ekspresji artystycznej dlatego mógł kontemplować dzieła
      plastyczne mimo, że sam nie tworzył rzeźb ani obrazów. Dzięki stałemu obyciu wystawowe-
      mu mógł je nawet indywidualnie oceniać.
              Sądzę, że tych trzech przyjaciół łączyła wspólnota światopoglądowa, o podsta-
      wach katolickich, upatrywanie najwyższej emanacji sztuki w dziele bożym. Chrześcijańskie
      rozumienie procesów twórczych ustawiało ich na wyższym poziomie wobec doczesności.
      Odwoływali się do Stwórcy jako praprzyczyny, która inicjuje i prowadzi dzieło poprzez po-
      wołanego do tego człowieka. Zgodność zasadniczych filozoficznych poglądów łączyła ich.
              Interesującą częścią tworzenia był sam akt twórczy, jego motywy, uwarunkowania,
      przebieg i koniec, który wieńczy dzieło. Sam Karol Wojtyła oddawał się głównie twórczości
      literackiej i artystycznej obróbce żywego słowa. Najbliżej mu było stąd do Mieczysława Ko-
      tlarczyka. Zaś Wicek zajmował się twórczością bardziej materialną. Mógł wiele odkryć
      przed Lolkiem i Mietkiem, mógł ich wtajemniczać, a potrafili zrozumieć i słuchać.
              Wzajemnie potrafili się doceniać, ale i różnić w niektórych sprawach. Potrafili
      dyskutować, spierać się, a nawet przekomarzać. Każdy z nich szedł trochę inną ścieżką do
      obranego celu. Bałys chętnie widział Lolka w pracowni na Zatorskiej, gdzie przyszły drama-
      turg chłonął atmosferę, w której potem umieścił akcję jednej ze swych sztuk. (Brat Naszego
      Boga)
              Przemyślenia Wicka i Mietka otwierały Lolkowi nowe przestrzenie, które po swo-
      jemu zagospodarowywał. Jeden z wątków dostrzegalnych w twórczości trzech przyjaciół
      to inspiracje patriotyczne, a inny to pokłon ludowości, ukochanie przyrody i narodowego
      dorobku kulturalnego.
              Karol był wspaniałym materiałem na przyjaciela. Ufny, oddany, wierny, bardzo ułożo-
      ny z poczuciem humoru, bez tendencji oceniających. Wicek był otwarty, prostolinijny, żywy
      i czupurny, szybko się zapalał, a przy tym był skromny i utalentowany.
              Wicek był łatwo dostępny dla Lolka, bo miał pracownię blisko rynku, w połowie
      ulicy Zatorskiej. Zapewne tam nocował, a wskutek tego był często w pracowni. Mieszkający
      niedaleko Lolek mógł prawie zawsze go odwiedzić i pogadać. Bałys lubił młodzież, wokół
      niego gromadzili się też inni gimnazjaliści (np. Józef Wąsik z klasy papieskiej). Pociągał ich

Strona 483

Rozdział VII - W stronę sztuki          481
swoją ideowością, kompetencyjnością w rzeźbieniu i malowaniu, użytecznością w podejmo-
waniu prac społecznych, przychylnym traktowaniem osób poszukujących swojego miejsca
i początkujących w sztuce.
        Wicek ujmował Lolka swoją postawą jako twórca i jako myśliciel. W postawie ży-
ciowej Lolka w okresie dorastania i później dało się dostrzec nieuświadomione dążenie by
skompensować brak matki i pełnej rodziny, w tym m.in. również starszego brata. Karol za-
wierał przyjaźnie, które wypełniały rodzinne niedobory, chętnie zastępował wolne miejsce
troskliwymi „mamusiami” kolegów, a starsi przyjaciele zajmowali pozycję Mundka.
        Tymczasem kończący się 1937 rok, przyniósł znaczącą stratę w szeregach twór-
ców, późną jesienią zmarł świątkarz Wowro.
        Jędrzej Wowro prosty beskidziak,
analfabeta, urodzony i zamieszkały w Gorzeniu
Dolnym, zyskał rozgłos w połowie lat 20, dzięki
Emilowi Zegadłowiczowi, który go odkrył, lan-
sował jego świątki pisząc o samorodnym twór-
cy. Dzięki temu odwiedzano Wowrę, kupowano
jego figurki, słuchano gawęd, wspierając przez
to beskidzką kulturę ludową. Wypromowano
jego postać głównie wśród inteligencji, która
dawała się przekonać o niepowtarzalności zja-
wiska, jakim był Jędrzej Wowro ze swoim orygi-
nalnym talentem. Postać zabiedzonego, pry-
mitywnego wieśniaka, mówiącego beskidzką
gwarą z naleciałościami języka niemieckiego,
czeskiego, wyrażeń śląskich i zasłyszanych mo-
dlitw i pieśni, zwrotów używanych przez kazno-
dziejów i powsinogów – nie pociągała wszyst-
kich. Z rezerwą odnosiła się np. do świątkarza
ciotka Zegadłowicza Wanda. Podobnie odno-
siło się do niego wiejskie środowisko, sąsiedzi,           Grób Jędrzeja Wowry na wadowickim cmentarzu
a nawet rodzina. Zarobkowanie przez rzeźbie-
nie przynosiło praktyczne korzyści, ale żeby przydawać temu znamiona artyzmu, wielkości,
czegoś wyjątkowego to już nie mieściło się w umysłowości chłopskiej, a nawet w mieszczań-
skiej przeciętności mieszkańców przedmieść Wadowic.
        Na szczęście świątkarz budził zainteresowanie elity miejskiej, ludzi wrażliwych
na piękno, odbiorców kultury, zainteresowanych regionalizmem, miejscowych twór-
ców, rozmiłowanych w małej ojczyźnie. W tej grupie byli nauczyciele i profesorowie gim-
nazjalni, którzy rozbudzali zainteresowania młodzieży, organizowali wycieczki do Gorzenia,
spotkania z rzeźbiarzem, uczyli przykładem kupując świątki i słuchając jego opowieści. Stąd
wniosek, że związany ze środowiskiem kulturalnym Karol Wojtyła już w wieku kilkuna-
stu lat zetknął się z twórczością Wowry. Kult świętych, którym przesiąknięty był beskidzki
snycerz, potęgował jeszcze zaciekawienie Lolka, czułego na piękno kapliczek, figur kościel-
nych, zainteresowanego żywotami świętych, wierzeniami i obrzędowością religijną ludu.
Karol mógł być u Wowry z ojcem, z klasą, z kolegami, a nawet tylko osobiście. Utrzymywał
żywe kontakty z młodymi, wadowickimi artystami i plastykami, a ci gloryfikowali samorod-
ną sztukę niepiśmiennego Wowry, jego oryginalne gawędy, bujną wyobraźnię i potoczystą
beskidzką mowę.
        Sądzę, że Karola Wojtyłę motywowała do działania jego dociekliwość. Wspominający
podkreślają, że lubił temat przemyśleć i zbadać, a po kilku dniach wracał do niego. Wnosił
dużo ożywienia w dyskusję poprzez swoją aktywność, znajomość zagadnienia, poszukiwa-
nie sedna i prawdy. Gdyby to określenie odnieść do poznania Wowry i jego twórczości, to

Strona 484

482           Rozdział VII - W stronę sztuki

      trzeba założyć, że Karol przy nadarzających
      się okazjach odwiedzał Wowrę co najmniej
      kilka razy. Próbował go zrozumieć jako
      świątkarza, bajarza i chłopka roztropka.
              Najpełniejszą analizę źródeł twór-
      czości Jędrzeja Wowry zostawił nam
      Tadeusz Seweryn, który w latach trzy-
      dziestych spisał jego opowieści, opubli-
      kowane dopiero po wojnie. Jak współcze-
      śni, w tym młodzież odbierali beskidzkiego
      świątkarza? Z zaciekawieniem, jako osobli-
      wość w wyglądzie i mowie. Licho odziany,
      z zarostem, zwykle w kapeluszu, z długimi
      wąsami. Mowa jak woda w Skawie płynę-
      ła wartko. Rzeźbił świątki sprawnie, zwykle
      przy użyciu gnypa. Lubił mówić, gdy czuł się
      słuchany, starał się zaszokować nieco słu-
      chaczy, stąd skłonność do koloryzowania.
      Jak sam mówił lubił „naprzyczyniać”. Histo-
      rie osadzone były często w bliskich świąt-
      karzowi realiach, w doświadczanych przez
      niego samego zdarzeniach i sytuacjach. Miał
      dużą wyobraźnię twórczą zarówno w „figur-
      kach” jak i w gawędach. Dla każdego świę-
      tego miał jego atrybut i „praktykę”, których
      źródło pochodziło z żywotów opisanych
                                                                     Świątek beskidzkiego snycerza - św. Florian.
      w książkach, przetworzonych przez Wowrę
      po swojemu. Potrafił uzasadnić swoje rzeźbiarskie motywy, by przekonać odbiorcę o swoich
      racjach. Unikał zleceń, które nie dały się pogodzić z jego wyobraźnią. Odznaczał się życiową
      naiwnością co skutkowało tarapatami, okradaniem go, oszukiwaniem. Jak mówił o swoim
      życiorysie wyczuwało się bezradność, która często kończyła się płaczem i załamaniem. Jego
      świątki ozdobione są drzewkami (tompolkami), kwiatkami i kolorowymi ptaszkami. Jest ory-
      ginalnym twórcą szopek – stajenek, świeczników z aniołkami tworzącymi kapelę z różnorod-
      nymi instrumentami. Dla syna Jaśka rzeźbił zabawki albo figurki przedstawiające np. mamę
      karmiącą kury. Zdarzało mu się rzeźbić postacie świeckie np. gen. Hallera, czy króla Sobie-
      skiego, co świadczy o jego dużej wyobraźni.
              W zakończeniu swojej książki o Wowrze Tadeusz Seweryn pisze:
              „Stary Jędrzej złożony 6 tygodniową chorobą, powoli wykreślał się z otaczające-
      go go świata (...) Zmarł w niedzielę, 21 listopada 1937 roku o wpół do siódmej wieczorem
      w siedemdziesiątym czwartym roku życia.
              Wowrowa lamentowała, że straciła żywiciela, a syn ją pocieszał:
              - Nie płaczcie, mamo, przecie przy mnie nie zginiecie.
              Przychodzili sąsiedzi, odmawiali pacierze zakończone trzema „wiecznymi odpoczy-
      waniami” i odchodzili do swoich zajęć. Janowa (synowa) wybłagała darmowe miejsce na
      grób. Ktoś z Wadowic przysłał pieniądze na trumnę. Pochmurny był dzień, kiedy w niskich
      otwartych drzwiach chatki świątkarza ukazała się czarna trumna, zbita z desek smrekowych
      i kołysząc się na barkach ludzi, spłynęła w dół ścieżką wśród drzew nagich, bezlistnych. Za
      trumną postępował orszak uczennic Gimnazjum Żeńskiego w Wadowicach. Niesiono wie-
      niec od dyrektorki gimnazjum doktor Zofii Szybalskiej. Gdy orszak pogrzebowy zbliżał się do
      miasta, wychodzili ludzie z domów i pytali, kogo to chowają z taką paradą, a dowiedziawszy
      się, że to ostatnia posługa staremu Wowrze składana, wzruszali ramionami, powracali do
      domów, ani krzty nie rozumiejąc. (...)

Strona 485

Rozdział VII - W stronę sztuki   483
        Odszedł Wowro – biedaczyna, świątkarz beskidzki. Jako kamieniotłuk naprawia dzi-
siaj niebieskie gościńce. Obstąpiły go duszyczki i dziękują mu za to, że im groby darniami
obkładał i kwiatami stroił. Przyszedł święty Izydor, który nieraz wołami orał i wypytuje go, co
tam słychać na ziemi. I zeszli się różni święci: święty Andrzej, co bydełko pasał, święty Antoni,
co po prośbie chodził, święty powsinoga, święty Kuśmirek, święty Wicy i inni.
        A Wowro, przymrużywszy jedno oko, uśmiecha się i mówi fąfrato, okrągło i płynnie -
a słowa płyną mu jak woda w Skawie.”45
        Uznanym tuzem malarstwa, bywającym w Wadowicach u rodziny żony, był Zbi-
gniew Pronaszko. Uważany przez współczesnych, w tym przez Witkacego, za największe-
go polskiego rzeźbiarza, chociaż porzucił tę technikę na rzecz malarstwa. Zaprzyjaźniony
z Zegadłowiczem, ilustrator jego kultowych „Powsinogów beskidzkich”, malujący wadowic-
kie zaułki ale i samego mistrza pióra, kręcił się tu i ówdzie, zwracając uwagę oryginalnym
ubiorem. Kto pragnął się czegoś więcej o nim dowiedzieć (np. czytelnik gazetowych dzia-
łów kulturalnych czy teatralnych nowości, a do nich należał Karol Wojtyła) mógł wyczytać,
że urodzony w 1885 roku w Żychlinie koło Debreczyna, studiował w Krakowskiej ASP pod
kierunkiem Axentowicza i Malczewskiego. Potem podróżował po Europie by pogłębić wie-
dzę o sztuce. Był przedstawicielem i teoretykiem formizmu jako rzeźbiarz, by już jako doj-
rzały twórca stać się kolorystą. Stworzył kilka epokowych rzeźb (m.in. pomnik Mickiewicza
dla Wilna), z których niewiele przetrwało, nie zyskały też uznania projekty fresków i witraże
dla kościoła Misjonarzy w Krakowie. Uprawiał rzeźbę, malarstwo i grafikę. Był też autorem
teatralnych scenografii.
      W poszukiwaniu wpływów na kształtowanie osobowości Karola Wojtyły, sku-
piam się na dokonaniach artystów w okresie międzywojennym. Pronaszko tworzył też
po wojnie, aż do śmierci w Krakowie w 1958 roku.
        Ostatnia jesień w Wadowicach. Schyłek roku przynosił zawsze te same, rodzinne,
kultywowane, zakorzenione na prowincji i nie tylko zwyczaje: święto zmarłych, odpust pa-
rafialny, przeżywanie grudniowych świąt. Wojtyłowie jeździli na groby do Krakowa, by
wspomnieć Emilię i Edmunda. Grobowiec, w którym pochowani są najbliżsi, znajdował się
w części Cmentarza Rakowickiego, przedzielonego ulicą, uważanej za nekropolię wojskową.
Blisko wejścia, przy szerokiej alei. Zdarzało się, że przy okazji pobytu w Krakowie spotykali
się z krewnymi ze strony matki. Tym razem musieli już myśleć o możliwości przeprowadzki
i znalezieniu skromnego mieszkania w Krakowie. W grę wchodziła ulica Tyniecka 10, gdzie
Robert, jedyny brat matki, żyjący i prowadzący rodzinny warsztat tapicerski, wybudował
dom w którym zamieszkiwał ze swoją siostrą Rudolfiną. Poczyniono niezbędne uzgodnienia
i obejrzano lokum.
       Ojciec z synem wybrali się jeszcze na cmentarz w Białej by pomodlić się za Macieja
Wojtyłę (dziadek Karola). Ze stacji kolejowej w Białej trzeba było jeszcze przejść spory ka-
wałek pieszo, a potem powrót. Gdy tak szli, ojciec opowiadał Lolkowi o swoim dzieciństwie
w tym mieście, o szkole, o nauce krawiectwa, a nawet o trudnych chwilach, gdy w czas I woj-
ny światowej rodziła się i tu umarła córeczka.
        Być może, że ostatnie wadowickie święta spędzili z ciotką Stefanią, może spotkali się
przy tej okazji z matką chrzestną papieża, bo o wizytach tych dwóch ciotek mówią znajomi
z Kościelnej.
        Czas świąt, nastrajał do wspomnień, a zbliżający się nowy rok, do snucia planów.
W ferie było więcej czasu by spotykać się, rozmawiać, był czas na refleksję i przemyślenia.
Gdy go pytano czy zostanie księdzem odpowiadał „non sum dignus” (z relacji kolegi Jana
Kusia). Czas decyzji zbliżał się jednak szybkimi krokami. Nie myśleliśmy o aktorstwie - pisze

 45 - Tadeusz Seweryn: Świątkarz powsinoga. Instytut Wydawniczy, PAX, 1963, s. 222-225

Strona 486

Schronisko na Prehybie, gościło studentów z Wujkiem.



    SZLAKAMI
  Jana Pawła II
Wujek ze studentami
  w sanktuariach
      natury.
  Beskid Sądecki.




     Hala Łabowska (1061 m n.p.m.) (fot. współczesna)




                          Wędrując z Hali Łabowskiej na Jaworzynę Krynicką, pokonujemy Runek (1082 m n.p.m.)

Strona 487

Polana podszczytowa Jaworzyny Krynickiej.
                                  (1114 m n.p.m.)




      Kalendarium wycieczek Karola Wojtyły.
- 4-15 VIII 1954 r. - Wisła (Beskid Śląski), Beskid Żywiecki,
  Krynica: w tym m.in. Szczawnica, Prehyba, Radziejowa,
  Piwniczna, Hala Łabowska, Runek, Jaworzyna Krynicka.
- 5-6 III 1955 r. - Krościenko, Dzwonkówka, Prehyba, Rytro.
- 1-12 IX 1958 r. - na zakończenie długiego rajdu: Krościenko,
  Obidza, Piwniczna.




                                                                 Krynica widziana ze
                                                                 szczytu Góry Krzyżowej
                                                                 (819 m n.p.m.)




                      W oddali Lackowa (997 m n.p.m.)
                                   w Beskidzie Niskim.

Strona 488

486          Rozdział VII - W stronę sztuki

      Halina Kwiatkowska - w grę wchodził raczej jakiś „poważny” zawód, co w małomiasteczko-
      wym pojęciu oznaczało: prawnik, lekarz, inżynier, wojskowy, ewentualnie historyk, poloni-
      sta itp. Myśląc polonista wyobrażaliśmy sobie bycie dziennikarzem, krytykiem, a mniej by-
      cie nauczycielem czy naukowcem. U podstaw leżało jednak słowo pisane. U Karola Wojtyły
      w starszych klasach gimnazjalnych zaznaczyło się wyraźne zainteresowanie literaturą, po-
      ezją i utworami dramatycznymi.
               Sumując rozważania o sztuce, o jej rozlicznych formach ekspresji, o rozmiłowaniu
      Karola Wojtyły we wszelkiej twórczości, trzeba stwierdzić, że górę nad wszystkim brała
      scena, żywe słowo, recytacja. Tej dziedzinie poświęcał wówczas najwięcej uwagi, czasu
      i aktywności. Miał w tym niebagatelny udział dr Mieczysław Kotlarczyk, nauczyciel gimna-
      zjalny, teoretyk i praktyk, amatorskiej, wadowickiej sceny, z którym Karol zaprzyjaźnił się,
      który był jego przewodnikiem duchowym w zgłębianiu tradycyjnych i nowatorskich idei te-
      atralnych.
               Karol przychodził niemal codziennie do domku Kotlarczyków, przy ulicy Mickiewicza,
      pomiędzy gimnazjum, a bursą szkolną. Do Marii Kotlarczykowej zwracał się per „mamusiu”,
      a do niego domownicy mówili Loluś. Stale uśmiechnięty, mądry, bardzo zdolny, dobry, wra-
      stał w naszą rodzinę, stał się jej cząstką. Mama nasza bardzo lubiła Lolusia. Mówiła: „mam
      jeszcze jednego syna więcej”.
               Siostra Mieczysława, Janina Mrozowa wspomina: „Mieczysław uczył Lolusia wymo-
      wy, ćwicząc na tekstach utworów polskiej literatury pięknej. (...) Brat prowadził w naszym
      domu z Karolem Wojtyłą wielogodzinne rozmowy na tematy: kultura, poezja, teatr. Strofy
      naszych wieszczów brzmieć musiały czysto, bezbłędnie - bo tak musiało być… Wypowia-
      dane przez Mieczysława, a powtarzane za nim przez Karola. Całymi godzinami, prawie co-
      dziennie pracowali nad sobą, nad tą piękną ojczystą mową, choć to było bardzo męczące
      dla obu. Powtarzano kilka razy dany fragment (...) Loluś często za głowę się chwytał.”46
               Po latach papież powie o Mieczysławie Kotlarczyku: „szczególnie wiele przekazał mi
      z bogactw swej duszy, rozmiłowanej w całym wielkim dziedzictwie kultury literackiej i arty-
      stycznej, nade wszystko rodzimej, polskiej, jak też europejskiej i światowej.”47
              By zrozumieć relacje Karola Wojtyły z Mieczysławem Kotlarczykiem trzeba uzmy-
      słowić sobie kilka faktów. Z jednej strony dojrzały mężczyzna, z tytułem doktora, urodzony
      w 1908 roku, około trzydziestki. Z drugiej gimnazjalista przed maturą. Łatwo zauważyć, że
      musiał dorastać intelektualnie i mentalnie do starszego o 12 lat mentora. Nadzwyczaj oczy-
      tany, stawiający pytania i szukający rozwiązań, nawet w literaturze filozoficznej. Potrafił być
      partnerem w rozmowie, w dyskusji, w twórczym rozwiązywaniu zagadnień, w znajdowaniu
      dróg i rozwiązań - dla myśliciela i teoretyka sztuki. Przy tym umiejący słuchać, tolerancyjny
      ale gorący ideowo, o jasnych podstawach światopoglądowych.
               Możemy wnioskować, że próby reżyserskie Karola Wojtyły, były inspirowane przez
      Kotlarczyka. Młody adept sztuki teatralnej mógł wszystkie swoje pomysły inscenizacyjne
      i obsadowe omówić z mistrzem. Mógł je szlifować i doskonalić, mógł je modyfikować korzy-
      stając z doświadczenia starszego kolegi.
               Innym aspektem korzystnym dla współpracy obu zapaleńców była atmosfera
      domu Kotlarczyków. Bezpieczna, rodzinna, pod egidą pani domu lubiącej pogodnego Lo-
      lusia. Tego zawsze brakowało w dorastaniu Lolka, rodzeństwa, matczynej ręki, ciepłego do-
      mowego ogniska, gdzie kapłanką jest kobieta. Ojciec był jego przyjacielem i opiekunem, nie
      mógł jednak zastąpić matki, z kobiecymi uczuciami, z inną wrażliwością, ze sposobem my-
      ślenia i bezgranicznego oddania rodzicielki. W tym domu, z racji rodzinnych tradycji ceniono
      teatr, tu było zrozumienie dla poszukiwań i nowatorstwa, dla talentu i żmudnej pracy.


       46 - Marta Burghardt: Wadowickie korzenie Karola Wojtyły. Wadowickie Centrum Kultury, 2013, s. 171
       47 - Andre Frossard: Nie lękajcie się. Libreria Editrice Vaticana, s. 20

Strona 489

Rozdział VII - W stronę sztuki                    487




                                                                                 Afisz sztuki „Zygmunt August”.
        Rok 1938 przynosi kolejne premiery w szkolnym teatrze. Najpierw „Nowy Don
Kichot” Fredry, a następnie dramat Wyspiańskiego „Zygmunt August”. Pisze o tym Danuta
Gruszczyńska: „w sztuce „Nowy Don Kichot” (...) główną rolę grał Karol i ja, na jego propo-
zycję. Dziś wstydzę się swojego zachowania wobec Lolka, kiedy przyszedł z propozycją
przydzielenia mi roli w swojej sztuce. Powitałam go stwierdzeniem: -nie ma braci w domu!
On odpowiedział: - ja do ciebie przyszedłem. – A czego chciałeś? Rozmowa odbyła się
w przedpokoju i była rezultatem wychowawczych zasad mojego ojca, który mówił: nie
wolno nikogo przyjmować, gdy jesteś sama, zwłaszcza chłopców.”48
        Epizod ten dowodzi, że Wojtyła uczestniczył w kompletowaniu obsady aktorskiej.
Drugie przedstawienie, „Zygmunt August” odbyło się 1 lutego 1938 roku, również z ak-
tywnym udziałem Karola Wojtyły, jako odtwórcy głównej roli i współreżysera, obok poloni-
sty Kazimierza Forysia, opiekuna kółka dramatycznego. Zachował się afisz z tej sztuki i kilka
wspomnień. Mówi odtwórczyni roli Barbary Kazimiera Żakówna:
        „Gdy zaproponowano mi udział w sztuce Zygmunt August, byłam bardzo podenerwo-
wana, a tym bardziej, gdy dowiedziałam się, że tytułową postać będzie odtwarzał Karol Woj-
tyła. Wydawało mi się, że absolutnie nie podołam temu zadaniu, i że ja, przy takim aktorze
jak Karol to nie mam szans i mogę się nawet skompromitować. To był człowiek, który miał
pewność siebie na scenie, swobodę poruszania się i talent aktorski, a ja nie miałam tego talen-
tu, może miałam trochę urody i z tego powodu chcieli mnie obsadzić w głównej roli kobiecej.
Pamiętam jak ciężko przychodziły mi niektóre sceny, kiedy trzeba było okazać miłość do męża,
oddanie, jednym słowem zagrać rolę żony i kochanki i to uczucie okazać. To było dla mnie - nie
do zagrania. Reżyser, którym był M. Kotlarczyk powtarzał mi dobitnie, musi się pani wczuć,
że pani jest żoną, że pani jest kochanką, nie tak sztywno. Dla mnie te momenty były trudne,
krępowałam się przed kolegami. No ale w końcu jakoś to poszło. Przedstawienie odniosło wiel-
ki sukces, jak na taką mieścinę Wadowice. Przychodzili po przedstawieniu do garderoby, moi
znajomi, krewni, koleżanki. Rozentuzjazmowani, cudownie ci to poszło, świetnie zagraliście,
byliście wspaniali oboje. Dawało mi to wiele satysfakcji i zadowolenia, że jednak wykrzesali
ze mnie trochę talentu. Najbardziej utkwiła mi scena, gdy umierałam na łożu i prosiłam tymi
słowami: módlcie się królu Auguście, a później wspaniale odegrana rozpacz Zygmunta Augu-

 48 - Danuta Gruszczyńska: W Wadowicach wszystko się zaczęło... Apostolicum, Ząbki 2001, s.19

Strona 490

488          Rozdział VII - W stronę sztuki

      sta po utracie żony, przepiękny monolog – modlitwa: syna Bożego mękę, w ręce ten żal skargi
      do Boga... To przedstawienie ze wszystkich przeżyłam najmocniej. Z teatru z Krakowa miałam
      wypożyczoną piękną szatę królewską, a na głowie upięty diadem.”
               Z powyższej wypowiedzi wynika, że w przygotowaniu dramatu brał udział jako reży-
      ser M. Kotlarczyk. Dekoracje przygotowała Alina Forysiowa, która po latach opowiada:
               „Sztuki były grane w „Sokole”; rano dla młodzieży, wieczorem dla publiczności. Witra-
      że, które były dekoracją do sztuki, były wykonane z czarnego, cienkiego papieru i z koloro-
      wych bibułek, na stelażu, szerokie 1,20, wysokie 5m. Od tyłu były podświetlane. Muzykę do
      tego przedstawienia wykonała moja siostra Janina Gaertnerówna, a skomponował mój brat
      Kazimierz Gaertner, który był kolegą mojego męża. Witraże były do sceny II, III, IV, były to świę-
      ta Barbara, święta Jadwiga i król Zygmunt I.
               Król Zygmunt I dlatego, że w roku 1513 przejął Księstwo Zatorskie, wcielił do obszaru
      krakowskiego województwa i otoczył swoje miasto opieką nadając liczne przywileje.
               Karol Wojtyła był doskonały jako aktor, a także jako reżyser sztuk w teatrze szkol-
      nym. Zawsze uśmiechnięty, wesoły, dowcipny, starał się być niewidoczny, nie chciał się
      wyróżniać. Ale zapytany zawsze służył radą i pomocą. Pamiętał nie tylko swoje role ale całe
      sztuki, zastępował i podpowiadał kolegom. Był przystojny, oczytany, posiadał wiedzę w każdej
      dziedzinie. Był taktowny i ułożony, z szacunkiem odnosił się do mojego męża, który ma-
      wiał, żel Lolek jest wielką indywidualnością.”
               Sprawozdanie za rok szkolny 1937/38 informuje, że członkowie kółka dramatycz-
      nego zorganizowali, wespół z uczennicami gimnazjum żeńskiego konkurs recytatorski. Jego
      przebieg opisuje Halina Kwiatkowska:
               „Dość dobrze pamiętam to nasze kółko recytatorskie. Na któryś z tych naszych
      szkolnych spektakli przyjechała Kazimiera Rychterówna. Była to sława wtedy w Polsce. Aktor-
      ka teatru jednego aktora. Ona recytowała wielką poezję i robiła to w sposób mistrzowski, jak
      na owe czasy. Występowała w „Sokole”, gdzie miała swój recital poetycki. Po tym występie ja
      (może jeszcze z kimś) poszłam do niej za kulisy i spytałam czy zainteresowana jest konkursem
      recytatorskim, międzygimnazjalnym, który chcemy zorganizować. Ona odpowiedziała, że
      bardzo chętnie. Ona już nas troszeczkę znała, tych wykonawców teatru szkolnego. Umówili-
      śmy się z nią, że przyjedzie. Ja byłam z nią w korespondencji i rzeczywiście odbył się ten konkurs
      w auli gimnazjum żeńskiego. Główną jurorką była Kazimiera Rychterówna, a obok niej jeszcze
      kilku profesorów. Ja miałam jakiś zły dzień, płakałam, nie chciałam iść. Ale moja matka mnie
      wygnała, bo ja byłam przygotowana ale jakoś nie miałam ochoty. W ostatniej chwili moja
      mamusia wypchnęła mnie na ten konkurs, który już się zaczynał, gdy przyszłam. Nazwisk
      uczestników nie pamiętam, było paru recytatorów. Pamiętam tylko Karola, który recytował
      „Promethidiona” Norwida. Norwid jest trudnym poetą dla dojrzałego człowieka, a cóż dopiero
      dla 17-letniego chłopca i co dopiero taki poemat jakim jest „Promethidion”. To był fragment
      ale mimo to on bardzo długo recytował tak, że niektórzy tam z tyłu się kręcili, bo to jest poezja
      ciężka dla słuchacza młodego. Ja byłam zupełnie olśniona. Tu mogę powiedzieć o sylwetce
      wewnętrznej Karola. Wszystko co robił w teatrze szkolnym i później w „Rapsodycznym” to było
      przez niego głęboko przemyślane. Bardzo jego własne, zdawało się toporne, bo on nie ulegał
      modzie, której głównym atrybutem była egzaltacja. On mówił, mogę zaryzykować intelektu-
      alnie. Już wtedy miał zadatki na wielkiego intelektualistę. W tym tekście Norwida może się to
      okazało najpełniej. Tu jeszcze taka zabawna rzecz, że ja wystąpiłam wtedy na tym konkursie
      z „Deszczem jesiennym” Leopolda Staffa i z jakąś bajeczką Zarembiny o zajączku. Takie lekkie
      wiersze, ale bardzo efektowne. Mnie przyznano pierwszą nagrodę, a Karolowi drugą. Tak
      niesprawiedliwie się stało. Dostałam w nagrodę jakąś książkę z autografem Rychterównej.”
             Kazimiera Rychterówna (1895-1963), aktorka i recytatorka. W 1912 roku debiu-
      towała w Teatrze Miejskim im. J. Słowackiego w Krakowie. W 1915 wystąpiła pierwszy raz
      jako recytatorka w Berlinie na koncercie zorganizowanym przez Bratnią Pomoc, a w 1916
      w Poznaniu dała pierwszy recital. Od 1923 zerwała całkowicie z teatrem dramatycznym

Strona 491

Rozdział VII - W stronę sztuki            489
i poświęciła się występom estradowym, zdobywa-
jąc ogromny rozgłos i popularność jako znakomita
recytatorka, która na tysiącach recitali na estradach
i w szkołach upowszechniała wspaniałą kulturę sło-
wa.49
        W innym miejscu czytamy: „(...) Prowadzi-
ła lektorat wymowy na Uniwersytecie Warszawskim
i udzielała lekcji recytacji. W swym dorobku artystycz-
nym miała ponad 8000 recitali; była aktywna do ostat-
niej chwili. Jedna z najbardziej charakterystycznych
postaci przedwojennej Polski kulturalnej, była nieza-
stąpioną propagatorką krzewienia żywego słowa.”50
        Sprawozdanie gimnazjalne podaje, że orga-
nizowano wyjazdy do teatru w Krakowie na przedsta-
wienia szkolne. Przedstawień było 6, przeciętnie wy-
jeżdżało 40 uczniów.
        „Często jeździliśmy do Krakowa na przedsta-
wienia teatru im. Słowackiego, gdzie Osterwa pro-
wadził niezwykle starannie i mądrze szkolny teatr dla
młodzieży. (...) Pamiętam wyjazdy do krakowskich wy-                            Kazimiera Rychterówna
pożyczalni kostiumów.” (Halina Kwiatkowska)51
        Z tą wypowiedzią koresponduje relacja Zbigniewa Siłkowskiego: „Ja w tym teatrze
aktorem byłem marnym, a mimo to niezastąpionym. Byłem niezastąpionym intendentem.
Wiedziałem, gdzie, u którego krawca lub w którym teatrze można wypożyczyć kostiumy. By-
łem „Krakus”, a do pomocy miałem całą rodzinę ojca i matki. Nadto dysponowałem takimi
atutami, jak zniżkowy przejazd koleją i bezpłatny przewóz 50 kg bagażu. A to się liczyło, bo
zawsze chodziło o dochód na dobre cele: stypendia, dożywianie, akcja obozowa (...) itp.”52
        Zbigniew Siłkowski podsumowuje pozytywy płynące z przynależności do szkolne-
go kółka dramatycznego:
        „Udział w życiu teatralnym, obojętnie czy to w charakterze aktora czy widza miał
duże znaczenie dla przyszłego inteligenta. Korzyści dla rozwoju własnej osobowości były
wielkie: opanowanie tremy, kontakt z reakcją publiczności. Karol nauczył się tego właśnie
w szkolnym teatrze. Naturalnie potem to w sobie kształcił, ale zaszczepił tutaj”.
         Powyższy tekst pochodzi ze zbioru wspomnień „Kochana, stara, buda ...”, podobnie
jak wypowiedzi poniższe, syntetyczne uwagi kolegów, po latach.
        „W wyższych klasach gimnazjalnych Karola pochłonęła scena. Dorósł partner do dys-
kusji z Mieczysławem Kotlarczykiem. Wtedy grało się poważne sztuki, ambicje były ogrom-
ne. Karol również niektóre sztuki reżyserował, dużo dawał z siebie, ale nauka na tym nie
cierpiała. Zawsze był celujący”. (Szczepan Mogielnicki)
        „Zainteresowania Karola w końcowych latach gimnazjalnych mogły nas skłaniać do
przypuszczeń, że obierze on raczej polonistykę. Tak się też stało. Z tym, że najbardziej intere-
sował go teatr. Wydaje mi się, że nie chodziło tu o karierę aktorską, a raczej o zajmowanie się
w przyszłości teatrologią”. (Karol Poliwka)
        „Z okresu późniejszych lat w gimnazjum, przypominam sobie Karola Wojtyłę, jako
ucznia, który siedział przeważnie gdzieś w środku, nigdy w pierwszej ani ostatniej ławce.
Wydaje mi się, że przez pewien czas siedział z nim kolega Karol Poliwka. W momentach pod-

 49 - Słownik Biograficzny Teatru Polskiego 1765-1965. Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1973,
      s. 615-616
 50 - Teatr, Rok XVIII, nr 10 - (16-31 maja 1963), s. 18
 51 - Juliusz Kydryński: Młodzieńcze lata Karola Wojtyły. Oficyna Cracovia 1990, s. 36-38
 52 - Tamże, s. 141

Strona 492

490             Rozdział VII - W stronę sztuki




      Karol Wojtyła (drugi z lewej) z kolegami i z prof. Forysiem (ok. 1937 r.).
      niosłych, gdy trzeba było przemówić lub wręczyć kwiaty gościom, na przedstawiciela klasy
      wybierany był Karol. Z jednej strony jako prymus, a z drugiej z racji prezencji, opanowania
      i swady z jaką mówił. Posiadał specjalne zdolności językowe. Natomiast przedmioty ścisłe
      były raczej jego słabszą stroną”. (Marian Bieniasz)
              Typowo teatralną aktywność zakończył Karol Wojtyła w szkolnym kółku w lu-
      tym 1938 roku, w sztuce „Zygmunt August”. Z dokumentacji szkolnej, popartej wspo-
      mnieniami, wynika, że od 1935 roku brał udział w siedmiu przedstawieniach. Do tego docho-
      dzi widowisko „Sobótka” i występy o charakterze religijnym w domu katolickim. Od roku 1936
      kreował wyłącznie główne role, a ostatnie sztuki współreżyserował. Sądzę, że podejmował
      się takich zadań, gdyż czuł się pewnie u boku Mieczysława Kotlarczyka, z którym mógł omó-
      wić pomysły, skonsultować obsadę, dobór tekstów, rozwiązania inscenizacyjne itp.
              Najtrudniejszego dzieła podjął się w klasie siódmej reżyserując „Kordiana”,
      w obsadzie, którego zaangażowane były m.in. osoby dorosłe, spoza szkoły. Udźwignął ten
      ciężar i przygotował ciekawe opracowanie sceniczne, radząc sobie ze starszymi od siebie
      aktorami takimi jak np. Józef Kaczor, czy Franciszek Zadora. Realizując trudne sztuki, grając
      w nich główne role, współpracował także z autorami scenografii, opracowań muzycznych,
      z charakteryzatorem i ekipą techniczną. Niektórzy byli artystami zawodowymi, a niektórzy
      amatorami, jak wynika z programów, z których nieliczne zachowały się do dziś. Tak np. było
      z przedstawieniem „Zygmunt August”, gdy autorką oprawy muzycznej była Janina Gaertne-
      równa, orkiestrą dyrygował prof. Jan Czubaty, dekoracje wykonała Alina Forysiowa, a charak-
      teryzatorem był cukiernik Karol Hagenhuber. Karol Wojtyła sprawdził się jako aktor, reżyser
      i organizator zespołu. Widzowie aplauzem potwierdzili trafność wyborów. Odtwórca głów-
      nej roli wczuł się w postać głęboko przeżywając końcową scenę, o czym dowiadujemy
      się czytając wspomnienia. Koleżance, która mu partnerowała napisał wiersz, opatru-
      jąc go podpisem Augustus.
             Gdy nadeszła wiosna, tuż przed maturą, w roku 1938, mógł oprócz nauki oddać
      się młodzieńczym, męskim zamiłowaniom. O tym mówi jeden z wadowickich, szkolnych ko-
      legów, opisując możliwości spędzania czasu wolnego.

Strona 493

Rozdział VII - W stronę sztuki                   491
        „Nasz wolny czas rozpoczynał się po obiedzie. Można było iść do świetlicy szkolnej po-
grać w szachy lub tenis stołowy, na spacer, bądź też szukać rozrywki sportowej. Szczególnie
w lecie, gdy dni były długie. Grało się nie tylko na szkolnym dziedzińcu, ale też aż na Księżym
Polu, kilka kilometrów za klasztorem OO. Karmelitów. W zimie przede wszystkim narty. Zbudo-
waliśmy skocznię, na której osiągaliśmy odległość aż ... sześciu metrów. Jako chłopcy - wszyscy
aktywnie uprawialiśmy sport. Karol nie utkwił mi we wspomnieniach jako gwiazda sportowa.
Wydaje mi się, że skłaniał się raczej ku bardziej intelektualnym dyscyplinom, takim jak turysty-
ka letnia bądź zimowa”. (Karol Poliwka)
         Karol Wojtyła jak zawsze aktywnie
udzielał się w organizacjach szkolnych.
Świadczy m.in. o tym zapis ze sprawozda-
nia gimnazjalnego (1937/38 s.52): „w dniu
17.II.1938 r. Liga Morska i Kolonialna urzą-
dziła poranek w „Sokole” z okazji zaślubin
Polski z morzem. Na program złożyło się
przemówienie Wojtyły z kl. VIII, deklama-
cja chóralna uczniów oraz orkiestra gimna-
zjalna”.
        Przez dwie kadencje pełnił funkcję
prezesa Sodalicji Mariańskiej: 26.IV.1936 –
18.IV.1937 i 18.IV.1937 – 20.III.1938. Przyjęty
na sodalisa 14. XII. 1935.53
        „Razem z Karolem miałem zaszczyt
reprezentować tą organizację na posie-
dzeniach samorządu uczniowskiego” (Zbi-
gniew Siłkowski). Zaraz po przyjęciu do
Sodalicji został sekretarzem podpisując dy-
plomy przyjęcia, z których kilka zachowa-
ło się do dnia dzisiejszego. Karol wypełniał
wszelkie zalecenia, jakie były obowiązkiem
sodalistów, traktował swoją przynależność            Podczas wycieczki w grupie kolegów z klasy. Karol Wojtyła na
niezwykłe poważnie.    54                       pierwszym  planie, drugi od lewej, z ręką pod bokiem (ok. 1937 r.).
        Karol Wojtyła był gorliwym katolikiem. Brał udział w szeregu przedsięwzięć, które
miały prowadzić do doskonalenia życia duchowego. Odwiedzając jako biskup Karmelitów
wadowickich powiedział: „(...) Szkaplerz, który przyjąłem z rąk ojca Sylwestra w dniu mojej
pierwszej komunii świętej, noszę zawsze, a chociaż mieszkałem w cieniu kościoła parafial-
nego, wasz kościół na Górce jest mi zawsze bardzo drogi. Wśród wielu nabożeństw, które
urzekały mą dziecięcą duszę, najgorliwiej korzystałem z nowenny przed uroczystością Matki
Bożej z Góry Karmel”.55
        Takie były początki, a potem ministrantura, sodalicja, Kalwaria, a zaraz po maturze
rekolekcje zamknięte.
       Sądzić należy, że systematyczny, zdolny i pracowity uczeń jakim był Karol Wojtyła nie
potrzebował specjalnych przygotowań do egzaminu dojrzałości. Znając jednak jego obo-
wiązkowość i upodobanie jakie miał w uczeniu się trzeba zweryfikować ten pogląd. Jedno


 53 - Adam Boniecki: Kalendarium życia Karola Wojtyły. Wydawnictwo Znak, Kraków 1983, s. 35-36
 54 - Roman Antoni Gajczak: Sercu najbliższe. Wydawnictwo OO. Karmelitów Bosych, Kraków 1987; - autor
      szerzej opisuje zadania, organizację, materiały pomocnicze, którymi kierowano się w okresie między-
      wojennym w działalności sodalicji.
 55 - Cytuję za: Roman Antoni Gajczak: Sercu najbliższe. Wyd. OO. Karmelitów Bosych, Kraków 1987, s. 65-66

Strona 494

492          Rozdział VII - W stronę sztuki

      ze wspomnień przywołuje ten maturalny czas. „Egzaminy maturalne tuż, a mnie parali-
      żuje lęk. Przeraża egzamin z języka polskiego. Mimo, że pracę pisemną z tego przedmiotu
      profesor ocenił pozytywnie, komisja nie zwolniła mnie z egzaminu ustnego. Luki z tego
      przedmiotu miałam duże. Dlatego wpadłam w panikę. Koledzy, którzy byli już po matu-
      rze, oczekiwali przed szkołą na wyniki naszego egzaminu pisemnego. Wśród nich był Karol.
      Zwróciłam się do niego: - Lolku ja nic nie umiem! Mógłbyś choć w skrócie omówić ze mną
      podane przez polonistów tematy powtórzeniowe?
              - Oczywiście, chętnie ci pomogę.
              Wieczorem uczył mnie, omawiał tematy, chodząc po pokoju z założonymi do tyłu
      rękami. Wstyd mi było, że tak niewiele umiem, ale dzięki jego pomocy zdałam”.56
               W dniach pomiędzy maturą pisem-
      ną i ustną (6 V 1938) odbyła się wizytacja
      biskupia w parafii wadowickiej. Wizyto-
      wał J. Eksc. Arcybiskup Krakowski Adam
      Stefan Książę Sapieha, który witany był
      w gimnazjum przez profesora Szeliskie-
      go i ucznia Wojtyłę. Mowa gimnazjalisty
      zwróciła uwagę arcybiskupa więc zaintere-
      sował się jakie ma plany, po maturze. Karol
      Wojtyła odpowiedział, że zamierza studio-
      wać polonistykę na Uniwersytecie Jagiel-
      lońskim. Szkoda, żachnął się arcypasterz,
      a po kolacji wypytywał na plebanii ks. Za-
      chera jeszcze raz o Wojtyłę. Wtedy usłyszał,
      że zdolnemu młodzieńcowi głowę zaprząta
      teatr, a nie kapłaństwo.
               Nadszedł dla maturzystów egza-
      min ustny. Celer Wojtyła po części pisem-
      nej zwolniony był z obowiązku zdawania
      kilku przedmiotów. Jak odpowiadał na
      maturze z języka niemieckiego relacjo-
      nuje Marian Bieniasz: „matura była dla
      nas wszystkich wielkim przeżyciem. Skoń-
      czyliśmy ośmioletnią naukę, rozpoczynali-               Arcybiskup krakowski Adam Stefan Sapiecha z wizytą
      śmy nowy etap w życiu, kształcenie wyższe,                              w wadowickim gimnazjum. (1938 r.)
      równoznaczne z wyborem drogi życiowej. Nic dziwnego, że towarzyszyły nam silne emocje,
      zapewne tak było i z Karolem. Miałem to szczęście, że egzamin dojrzałości zdawałem jedno-
      cześnie z Lolkiem, w jednej klasie i w jednym czasie. Wyglądało to tak, że przechodziło się od
      jednego profesora do drugiego i zdawało się poszczególne przedmioty. Te chwile utkwiły mi
      w pamięci, bo akurat przyjechał na naszą zdawkę wizytator z Krakowa i był bardzo zdziwiony,
      że Wojtyła potrafił operować, dość swobodnie językiem niemieckim. Trudność maturalnego
      egzaminu z języka polegała na tym, że po przeczytaniu tekstu, właśnie w tym języku, należało
      go opowiedzieć własnymi słowami. Dobrze opanowana umiejętność opowiadania w języku
      niemieckim, przeczytanego uprzednio tekstu, przychodziła Karolowi z dość dużą łatwością.
      Wojtyła zdawał egzamin ustny tylko z jednego przedmiotu, z niemieckiego, z innych był zwol-
      niony, jako bardzo dobry uczeń. Ponieważ ja w tym czasie zdawałem inne przedmioty, miałem
      w przerwach okazję przysłuchać się jego odpowiedzi, budzącej uznanie wizytatora i pytające-
      go germanisty profesora Titza”.


       56 - Danuta Gruszczyńska: W Wadowicach wszystko się zaczęło... Apostolicum, Ząbki 2001, s. 35

Strona 495

Rozdział VII - W stronę sztuki                         493




    Absolwenci z 1938 r. z gronem profesorskim. Karol Wojtyła pierwszy z lewej w drugim rzędzie. Siedzą profesorowie od lewej:
              Kucharski, Panczakiewicz, Gebhard, ks. Zacher, dyr. Królikiewicz, Moroz, Szeliski, Jach, Borowiec, sekretarz Fijałek.
        W pierwszej dekadzie maja 1938 roku, na zakończenie wizytacji biskupiej, od-
było się bierzmowanie - wspomina Zbigniew Siłkowski, najbliższy z wadowickich przy-
jaciół przyszłego papieża. Nasi ojcowie byli nam naprzemianlegle świadkami sakramentu
bierzmowania.
        W sprawozdaniu wychowawca klasy, profesor Moroz ocenił zespół uczniowski
następująco: „klasa jako całość przedstawia się dość dobrze, stosunek do wychowawców
życzliwy i bardzo poprawny, uspołecznienie duże, wpływ na młodszych kolegów wyraźny
w sensie dodatnim. Pracowitość duża, zainteresowanie nauką znaczne, zwłaszcza, że zna-
lazło się w klasie kilku uczniów wybitnie uzdolnionych. W wyborze przyszłego zawodu kie-
rowali się uczniowie również aktualnymi tendencjami skierowując swoje zainteresowania
w stronę medycyny, politechniki, akademii górniczej, wyższych szkół handlowych, zawodo-
wej pracy w wojsku i marynarce.”
        Z nowych twarzy należy odnotować odbywającego praktykę z historii - Juliana Ku-
charskiego, nowego lekarza szkolnego dra. Adama Petersa i osobę sekretarza szkolnego
mgra Józefa Fijałka.
        Zakończenie gimnazjalnej nauki wspomina Danuta Gruszczyńska:
        „(...) Rodzice - tak jak uprzednio moim starszym braciom - urządzili mi przyjęcie poma-
turalne. Zaprosiłam na nie wszystkie najbliższe osoby. Wśród nich oczywiście Karola. Bawili-
śmy się przy muzyce granej na fortepianie. Podczas przyjęcia poprosiłam Karola o wpis do
pamiętnika. Uczynił to chętnie. Napisał mi ułożony przez siebie wiersz:
   „Są takie święte jasne dni
   - dusza na gody idzie jasna
   w szczęścia oplotach śni
   i zdaję jej się, że po życia kres ostatni
   nie wyjdzie już ze szczęścia złotej matni
   - bo w szczęścia oplotach jasnych śni.
   A potem...
   przyjdą takie czarne chwile męki, trwogi
   przyjdą na życia rozstaje, rozłogi
   i staną słupem i szronią jesienią
   i dręczą duszę...
                                                         Karol Wojtyła - fotografia ze świadectwa dojrzałości.
   - lecz i te się zmienią...
                              K. W. 25 V 1938 r.

Strona 496

494          Rozdział VII - W stronę sztuki

              „Komitet Rodzicielski urządził komers dla absolwentów w salach „Wysogląda” przy
      ulicy 3 Maja. Przedstawiciel młodzieży dziękował gronu profesorskiemu za trud i poświęce-
      nie. Przemówienie napisał i wygłosił Karol. Brał udział tylko w części oficjalnej tego spotka-
      nia.”57
              W uzupełnieniu cytat ze szkolnego sprawozdania:
               „W dniu 27. V żegnał zakład maturzystów. Przemówił do nich p. Dyrektor, dzięku-
      jąc im za przykładną i wzorową ośmioletnią pracę. Życzył im, by godnie zamknęli łańcuch
      przedstawicieli ośmioletniego gimnazjum. W imieniu maturzystów przemówił Wojtyła.
      W serdecznych słowach podziękował Gronu Profesorskiemu za pracę nad ich młodymi umy-
      słami i zapewnił, że udzielonymi im wskazówkami zawsze się będą kierować”. (Spr. 1937/38
      s. 54)
              „Po maturze pojechaliśmy z Lolkiem na rekolekcje zamknięte do Trzebini. Z naszego
      gimnazjum tylko nas dwóch. Rekolekcje prowadzili księża salwatorianie, wspaniale przygo-
      towując do generalnej spowiedzi. Oprócz uczestnictwa we mszy i w nabożeństwach popo-
      łudniowych, codziennie były dwie nauki. Poza tym czas należało przeznaczyć na skupienie,
      wgląd w swoje wnętrze, na refleksję nad dotychczasowym życiem. Wszędzie napisy: silentium,
      silentium. Milczeć kilkanaście godzin w tym wieku było niemożliwością. Spacerując po parku
      małymi grupkami rozmawialiśmy o przeżyciach maturalnych. Młodzież wywodziła się z róż-
      nych gimnazjów województwa krakowskiego, przeto byliśmy wzajemnie ciekawi jak przebie-
      gały egzaminy dojrzałości. Księża salwatorianie wiedzieli o naszych rozmowach, lecz nie re-
      agowali, zdając sobie sprawę, że w tym wieku nie da się przez cały dzień tylko modlić i milczeć”.
      (Tomasz Romański)
              Dzięki tej relacji przyszłego bohatera spod Monte Cassino, Tomasza Romańskie-
      go, opisanego przez Melchiora Wańkowicza, dowiadujemy się o nieznanym epizodzie
      w biografii Karola Wojtyły. Warto ten temat pogłębić.
              Sugestię by sodalisi maturzyści wzięli udział w rekolekcjach zamkniętych, zawierał
      kalendarzyk tego stowarzyszenia dla uczniów szkół średnich: „Sodalisi maturzyści po-
      winni w przełomowej chwili życia odprawić rekolekcje zamknięte i zastanowić się nad
      swoją przyszłością.”58
              Wybór padł na dom rekolekcyjny zakonu OO. Salwatorianów w Trzebini. Tu
      w roku 1927 przełożony zakonu Chryzostom Małysiak urządził dom rekolekcyjny pod we-
      zwaniem św. Józefa. W rok później działający w skromnych warunkach zdobył uznanie
      i to na całą Polskę. Nauki głoszone były w malutkiej kapliczce albo w sali domu rekolekcyj-
      nego, w kościele w kaplicy Matki Bożej, albo wreszcie w oratorium nad zakrystią kościoła.
      Ojciec Małysiak zapoczątkował wydawanie „Dzwonka Rekolekcyjnego”, który docierał
      do każdej diecezji w Polsce. Sprowadził dwie pierwsze siostry salwatorianki, których dzia-
      łalność była zaczątkiem tego zgromadzenia w naszym kraju. W Trzebini miały się one zająć
      praktyczną stroną rekolekcji zamkniętych, a więc przygotowaniem posiłków dla rekolektan-
      tów, utrzymaniem czystości w pokojach, a nawet prowadzeniem niektórych ćwiczeń du-
      chowych, zwłaszcza przeznaczonych dla niewiast. Ojciec Małysiak opracował i opublikował
      założenia jakie powinny spełniać rekolekcje zamknięte. Domy powinny być w miejscach do-
      brze skomunikowanych i jednocześnie zacisznych, z dala od hałasu i zgiełku. Wskazane by
      obok domu był ogród lub park, dla wytchnienia i skupienia. Dom rekolekcyjny w Trzebini
      miał te zalety, chociaż wewnątrz był skromny i mały. O. Małysiak porównywał domy reko-
      lekcyjne do „przybytków nauki duchowej”, w których odbywa się szkolenie katolickich
      charakterów, gdzie każdy - zastanawiając się nad sobą - zmienia swój stosunek do Boga,
      naprawia zaniedbania rodzinne, a przez dawanie dobrego przykładu wpływa ożywiająco


       57 - Danuta Gruszczyńska: W Wadowicach wszystko się zaczęło... Apostolicum, Ząbki 2001, s. 34-35
       58 - Roman Antoni Gajczak: Sercu najbliższe. Wydawnictwo OO. Karmelitów Bosych, Kraków 1987, s. 54

Strona 497

Rozdział VII - W stronę sztuki                          495




             Fotografia z rekolekcji w Trzebini. Pierwszy z prawej stoi Karol Wojtyła, a pierwszy z lewej siedzi Tomasz Romański.
na całe społeczeństwo. O. Małysiak wiele pisał, wygłaszał kazania radiowe, propagował
ideę rekolekcji zamkniętych wśród kapłanów. Dzięki jego inicjatywom ruch rekolekcyjny
zataczał coraz szersze kręgi, zaczął żyć swoim życiem, mimo, że jego twórca, zajął się organi-
zowaniem zgromadzenia betanek i odszedł z Trzebini w 1934 roku.
        Karol Wojtyła z pewnością znał dokonania ojca Małysiaka jako rekolekcjonisty,
misjonarza duchowego i kaznodziei. Czytał publikacje księdza, z których można się było
dowiedzieć m.in., że pochodził z Żywca i uczył się w wadowickim gimnazjum, w którym
zdał maturę w 1903 roku. Józef Małysiak mieszkał w bursie szkolnej, ciepło wspominał kate-
chetę, który opiekował się jej wychowankami. Młody Małysiak zetknął się też w Wadowicach
z Rafałem Kalinowskim.
        „W tych czasach bardzo miły był kontakt z OO. Karmelitami bosymi, którzy mają
w Wadowicach duży klasztor na wzgórzu. Żył wówczas jeszcze świętej pamięci o. Rafał Kali-
nowski, powstaniec. Gdy jeszcze ojcowie karmelici mieli tylko mały domek za miastem, tam
chodziliśmy do spowiedzi i komunii świętej. Pamiętam jak spowiadałem się u o. Rafała
w jego celi, a on po spowiedzi powiedział do mnie: „widzisz chłopcze, jak to dobrze, że
przyszedłeś tu do spowiedzi; inni chłopcy biegają nad rzeką i bawią się.” W innym miejscu
swojej autobiografii Józef Małysiak pisze: „(...) Gdyśmy znowu mieli majówkę i poje-
chali z Wadowic do Mucharza, ślicznej okolicy nad Skawą, jakaś dziwna siła prowa-
dziła mnie w ustronie między krzewy, bym się modlił.”59
        Te i inne świadectwa, napotkane w autobiografii ojca Małysiaka, musiały pociągać
wrażliwego i uduchowionego Karola do pogłębiania własnej religijności, co znalazło wyraz
w uczestnictwie w rekolekcjach zamkniętych w Trzebini. Dzięki koledze Romańskiemu, mo-
żemy wczuć się w atmosferę młodzieńczych poszukiwań wewnętrznych, a nawet obejrzeć
pamiątkową fotografię, gdzie Tomek siedzi, jako pierwszy z lewej, a Wojtyła stoi, jak zwykle
z boku, jako pierwszy z prawej. Młodzi, ufni, uśmiechnięci, szczęśliwi, po maturze, odświęt-
nie w garniturach i krawatach, za wyjątkiem Karola, który jako jedyny wyłamał się i nie ma
„śledzia”.

 59 - Amanda Różanka SRB: Aby odnowić oblicze ziemi. Zgromadzenie Sióstr Rodziny Betańskiej, Lublin 1992,
      s. 11-12

Strona 498

496            Rozdział VII - W stronę sztuki




      Cukiernia Hagenhubera, gdzie chodziło się na kremówki...
               Podczas ostatniej wizyty papieża w Wadowicach, padło słynne zdanie: „po ma-
      turze chodziliśmy na kremówki” - Ojciec Święty śmiał się siedząc dokładnie naprzeciwko
      cukierni Hagenhubera. (1999 r.) Przed wojną na rynku pod numerem 15 był lokal, gdzie ser-
      wowano słodkości wyrabiane według wiedeńskich receptur. Karol Hagenhuber, senior był
      miłośnikiem szkolnego teatru, w którym funkcjonował jako charakteryzator, dostarczając
      przy tym młodzieży niezbędnych szminek, wąsów i peruk. Na ciastka chodziło się do niego
      całymi rodzinami, uczniowie tylko w towarzystwie dorosłych opiekunów. Ale po maturze
      ten wymóg odpadł. Co tak rozbawiło papieża? Pisze o tym Halina Kwiatkowska: „kre-
      mówki Hagenhubera były przepyszne, z rozpływającymi się w ustach dwiema warstwami
      francuskiego ciasta, przełożonymi wspaniałą, żółtą kremową masą, lekką i puszystą, o deli-
      katnym, waniliowym smaku. Wbrew plotkom, nie zawierały ani kropelki alkoholu. Pamiętam,
      że jedna kosztowała piętnaście groszy.
               Zabawny incydent z kremówkami wydarzył się w klasie Karola Wojtyły tuż po matu-
      rze. Koledzy założyli się, kto zje więcej tych olbrzymich ciastek. Wygrał chłopak, który zjadł
      ich piętnaście. Właśnie to wspomnienie tak rozśmieszyło papieża podczas wadowickiej wi-
      zyty.”60 Nie podano ile kremówek zjadł Karol, a wiadomo, że był łasuchem, do tego wyjątko-
      wa okazja, jednorazowa uczta dla podniebienia, w gronie szczęśliwych kolegów.
               Cukiernię w tym miejscu założył Józef Lisko i jego nazwisko widnieje na balustra-
      dzie balkonu, nad dawnym szyldem. Później wydzierżawił ją swojemu kuzynowi Ludwikowi
      Mielnickiemu, a gdy ten przeszedł na emeryturę, wdowa Liskowa wydzierżawiła lokal, przy-
      byłemu z Brzeska, w 1936 roku wiedeńczykowi Karolowi Hagenhuberowi, który prowadził ją
      do 1945 roku. Lokal składał się z obszernego bufetu, z którego szerokim wejściem wchodziło

       60 - Halina Kwiatkowska: Wielki kolega. Oficyna Kwadrat, Kraków 2003, s. 30

Strona 499

Rozdział VII - W stronę sztuki                       497
się do tzw. wielkiej sali, w której grano w brydża i szachy, spędzano czas przy marmurowych
stolikach. Głębiej znajdowało się mniejsze pomieszczenie zwane nyżą, z kanapą, ławą i sto-
łem bilardowym. Kawę i herbatę podawano w grubej porcelanie ze srebrną zastawą. Nie
sprzedawano tam alkoholu.61
       Czas podsumować ośmioletnią naukę w wadowickim gimnazjum. „Karol Wojtyła
otrzymał następujące oceny ostateczne z przedmiotów egzaminacyjnych: z religii - bardzo
dobre, z języka polskiego - bardzo dobre, z języka łacińskiego - bardzo dobre, z języka grec-
kiego - bardzo dobre, z języka niemieckiego - bardzo dobre. Poza tym uzyskał ostateczne
oceny roczne w klasach VI–VII z przedmiotów następujących: z historii wraz z nauką o Polsce
współczesnej - bardzo dobre, z propedeutyki filozofii - bardzo dobre, z ćwiczeń cielesnych –
bardzo dobre, z higieny – bardzo dobre. Państwowa Komisja Egzaminacyjna uznała Woj-
tyłę Karola Józefa za dojrzałego do studiów wyższych i wydaje mu niniejsze świadectwo.
Wadowice 14 maja 1938.”
       Przewodniczący Komisji Egzaminacyjnej Jan Królikiewicz, członkowie: ks. dr Edward
Zacher, Tadeusz Prelicki, Józef Titz (z języka niemieckiego), mgr Kazimierz Foryś (z języka
polskiego), Zbigniew Czaderski (z języka łacińskiego). (Świadectwo dojrzałości - z pieczątką
„przedłożono przy wpisie na Wydział Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego dnia 22 VI 1938”.
Archiwum Kurii Metropolitalnej w Krakowie)62




                                                             Junak Karol Wojtyła z widocznym szkaplerzem (1938 r.)
       20 VI – 17 VIII 1938 – „poborowy z cenzusem Wojtyła Karol, Józef, Hubert (...)
odbył służbę pracy w 7 Batalionie 9 Kompanii Junackich Hufców Pracy w Zubrzycy
Górnej.”
       Wspomina Jerzy Bober (...) „absolwenci gimnazjum mieli obowiązek odbyć „staż ro-
boczy” w J. H. P. (...) Mój pobyt w szeregach J. H. P. przypadł na lipiec. (...) Na przylegającej do

 61 - Grzegorz Spisak: O wadowickich cukierniach. Wadoviana nr 3, 1999, s. 77-78
 62 - cytuję za: Adam Boniecki: Kalendarium życia Karola Wojtyły. Wydawnictwo Znak, Kraków 1983, s. 38

Strona 500

498            Rozdział VII - W stronę sztuki




      Przełęcz Krowiarki w deszczowej oprawie. Tędy wędrowali junacy do Wadowic i w drodze powrotnej do Zubrzycy.
      mojej pryczy zastałem wcale masywnie zbudowanego młodzieńca, (...) który wstał i zwrócił
      ku mnie szeroką, pogodną twarz: „nazywam się Karol Wojtyła” - rzekł mocno artykułując wy-
      razy, z dobrą dykcją, podając mi jednocześnie dłoń – „jestem z Wadowic. Mów mi Lolek”. (...)
      Kiedy obaj wyjawiliśmy swe zainteresowania poezją i w ogóle literaturą, a przedtem jeszcze
      stwierdziliśmy zgodnie, że wspólne studia polonistyczne przedłużą nasze przelotne spotka-
      nie pod Babią Górą o prawie 4 lata uniwersyteckie, coraz bardziej, w sposób spontaniczny
      zaczęła się pogłębiać kilkutygodniowa, wzajemna sympatia, potrzeba osobistych zwierzeń,
      a zatem i wymiany opinii o skromnym wprawdzie, lecz przecież jakimś tam dorobku po-
      etyckim. Jak się bowiem okazało, każdy z nas miał w zanadrzu trochę wierszy (...) Lolek
      przywiózł na Orawę niedokończony poemat w stylu romantycznym i właściwie od wrażeń
      po przeczytaniu tego poematu, powiedzmy nawiasem całkiem interesującej interpretacji
      deklamatorskiej autora, rozgorzały gorące dysputy o pisarstwie tradycyjnym i awangar-
      dowym, jego treściach oraz formie - przeciągające się w wypowiedziach dwóch niepo-
      wstrzymanych gaduł na krótkie (bo po męczącej pracy) wieczory, niemal do końca turnusu.
      (...) Określenie męcząca praca odnosiło się prawie wyłącznie do Karola (...) który wykazywał,
      ku mojemu zdumieniu, wręcz nieprawdopodobne, fanatyczne oddanie tej twórczości dro-
      gowej - zostało przez Los i komendę hufca JHP osądzone. Junak Wojtyła otrzymał na zakoń-
      czenie obozu odznakę i wyróżnienie (...) U schyłku turnusu czuliśmy się tak zaprzyjaźnieni, że
      (...) wymieniliśmy adresy i zaproszenia do odwiedzin. Karol proponował mi wizytę u siebie
      w Wadowicach obiecując dodatkowo wyprawę do pobliskiego Gorzenia Górnego, czyli
      do siedziby słynnego pisarza Emila Zegadłowicza. (...) Ja zaś zaprosiłem sympatycznego
      Wadowitę do Krakowa na spotkanie autorskie, jakie zobowiązałem się w imieniu przyjaciół
      poetów zorganizować jeszcze przed jesienią.”63
             Koledzy z klasy maturalnej przechowali w swojej pamięci wydarzenia związane
      z przepustką i wyprawą do Wadowic, z Zubrzycy przez Krowiarki.
             „Po maturze obowiązkowo musieliśmy przez miesiąc pracować w junackich hufcach
      pracy. Wymóg spełniało się przed podjęciem studiów wyższych. W gronie kilku kolegów pra-

       63 - Jerzy Bober: Prycza w pryczę; w: Juliusz Kydryński: Młodzieńcze lata Karola Wojtyły. Oficyna Cracovia,
            1990, s. 7-11

Strona 501

Rozdział VII - W stronę sztuki           499
cowaliśmy przy budowie szosy w Zubrzycy Górnej na Orawie. Między innymi: Lolek, Staszek
Żmuda, Wąsik i ja. Za dobre sprawowanie dostaliśmy przepustkę i wybraliśmy się pieszo do
Wadowic. Wracając dojechaliśmy pociągiem do Suchej, lecz nie mogliśmy iść krótszą trasą
przez Magurkę z powodu ciemności i deszczu. Zdecydowaliśmy jechać do Makowa, a stam-
tąd od godziny dziesiątej wieczorem do piątej rano szliśmy przez Zawoję do Zubrzycy Górnej”.
(Tomasz Romański)
         „Z Zubrzycy wyszliśmy w sobotę wieczór i idąc przez Babią Górę, nad ranem przyszli-
śmy do Wadowic. Wysłuchaliśmy mszy niedzielnej, a po południu wyruszyliśmy w drogę po-
wrotną. Wyczyn obfitował w różne przygody. Gdy przedzieraliśmy się przez góry, zobaczyliśmy
w pewnym momencie we mgle jakąś niecodzienną postać jakby tajemniczą zjawę. Zdawało
się, że jest to niedźwiedź lub olbrzym z zaświatów. W ciasnej grupce z niepokojem czekaliśmy
na rozwój wydarzeń. Stwór zbliżał się do nas. Okazał się nim leśniczy potężnej postury, który
wracał z codziennego obchodu”. (Stanisław Żmuda)
         Jak mogły wyglądać ostatnie dni w Wadowicach, przed przeprowadzką do Krakowa.
Pakowanie niewielkiego dobytku, rodzinnych pamiątek, rzeczy osobistych, książek, foto-
grafii, dokumentów, notatek. Przewieziono niezbędne sprzęty i meble by urządzić lokum
na Tynieckiej w Krakowie. Jeszcze tylko zwyczajowe pożegnanie ze znajomymi i sąsiadami
i z kolegami, z którymi drogi życiowe rozchodziły się.
      W tym czasie, gdy ojciec z synem przeprowadzali się do Krakowa Ilustrowany Kurier
Codzienny donosił:
      Ilustrowany Kurier Codzienny nr 234 z dnia 25 VIII. 1938 r.
      Str. 14
      „We wtorek rano nadeszły do Krakowa pierwsze raporty, które donosiły o wezbraniu
wody na rzekach: Skawie, Rabie, Dunajcu i Sole. (...) O godz. 11-tej przedpołudniem poziom
wody na Skawie pod Wadowicami podniósł się do 10 cm poniżej stanu alarmowego. (...)
        ZBLIŻAJĄCE SIĘ NIEBEZPIECZEŃSTWO.
        Wezbrane wody w miejscowości Skawce wylały, zatapiając kilka domów miesz-
kalnych wraz z zabudowaniami i przerwały komunikacją drogową między Wadowicami,
a Brzeźnicą, zalewając drogę pod wsią Witanowice.
        Szereg dalszych zabudowań zostało poważnie zagrożonych, że musiano zarządzić
delożowanie ludności.
        Podczas przejazdu przez wezbrany potok Cedron koło Kalwarii utonął w nocy z po-
niedziałku na wtorek gospodarz 60-letni Antoni Opyrchał z Brodów wraz z koniem i wozem.
Zwłok nie zdołano odnaleźć. (...)
        Nagły wylew Skawy i jej dopływów uszkodził wiele dróg powiatowych, m.in. na dro-
dze Zembrzyce – Biertowice w Budzowie (...) w Świnnej Porębie oraz na drodze Wadowice
- Zator w Rudkach, zagrażając silnie przyczółkom mostowym w Zembrzycach i Budzowie.
Władze zarządziły dyżury na zagrożonych mostach i zalanych drogach. Wylew wyrządził
duże szkody w ziemiopłodach. (...) Skawa koło Suchej doszła o godz. 18 do poziomu kulmi-
nacyjnego i woda opada. W Wadowicach woda na Skawie obniżyła się o 14 cm.”
        Z tego, schyłkowego dla Wojtyłów okresu pobytu w Wadowicach, pochodzi reportaż
Ksawerego Pruszyńskiego, który pisze pod rokiem 1938:
        „Za Krakowem szosa wyśmienita. Ten odcinek drogi do Zakopanego jest już gotów.
Mrok zapadał nim wyjechaliśmy z miasta, jest ciemno, gdy skręcamy na drogę do Wadowic,
grodu rodzinnego Emila Zegadłowicza. Właśnie jesteśmy na rynku tegoż grodu, gdy zaczyna
padać deszcz ulewny. Że godzina jest jedenasta, przeto zajeżdżamy do hotelu.
        Nazywa się oryginalnie, a prosto: Hotel Wysogląda. Była i restauracja ale się nie opła-
cała. Zastępca samego pana Wysogląda tłumaczy: - to nie był żaden interes. Interes restaura-
cyjny dzisiaj to tam, gdzie jest wojsko, koszary, korpus oficerski. Tacy to piją, a wódka trzyma
restaurację. Starostwo też pije ale to już nie to. Gdyby jeszcze była Izba Skarbowa...

Strona 502

500          Rozdział VII - W stronę sztuki

              Ale Izby Skarbowej nie ma. Za to właśnie teraz jest w Wadowicach trochę oficerów
      w związku z remontem końskim czy czymś podobnym. Siedzą w restauracji. Zastępca sa-
      mego pana Wysogląda patrzy i wzdycha: - żeby tu była jaka granica czy garnizon, czy pułk!
      Interes restauracyjny byłby murowany. Ale, że wojska nie ma, murowanym nie jest.
              Toteż pan Wysogląd musi ograniczyć swój koncern do hotelu i kina.
              Jest niedziela, toteż śpieszymy przykładnie do kościoła wadowickiego. Młody ksiądz
      wygłasza kazanie, którego słuchamy pilnie i nie bez ciekawości. Kazanie jest inne niż prze-
      ciętne staromodne, niedzielne odrabianie z jakiejś książki, wydanej pół wieku temu. Ksiądz
      porusza zagadnienia ekonomiczne i omawia przyczyny polskiej nędzy. Wygląda to tak: jedni
      pracują cały dzień za minimalną, nieodpowiednią zapłatę. Inni członkowie rad nadzorczych,
      dyrektorzy ciężkiego przemysłu - za kilka godzin posiedzeń rocznie biorą olbrzymie sumy.
      Oto przyczyna naszej nędzy”64
              Popełnił Pruszyński błąd użalając się nad restauratorem, który musi zwijać interes
      bo nie ma tu garnizonu, ani nawet pułku. Było akurat odwrotnie. Autor przyjął swoje przy-
      puszczenia za stan faktyczny, nie sprawdzając jak jest naprawdę. Tak mu pasowało bo obraz
      upadku i zniechęcenia uznał za bardziej medialny.
              Słowa o granicy, która napędza koniunkturę, wypowiedziane zostały w złą godzinę.
      Już w następnym roku właśnie w Wadowicach, na Skawie ustalona została granica pomiędzy
      Rzeszą, a Generalną Gubernią. Chyba jednak nawet Wysogląd się z tego nie cieszył...

       64 - Ksawery Pruszyński: Podróże po Polsce. Podróże po Europie. Wyd. Literackie, Kraków 1969, s. 304-305




                                           „Po maturze chodziliśmy na kremówki”

Strona 503

Rozdział VIII


                                           Powołanie


        Pod koniec lata 1938 roku, ojciec z synem przeprowadzili się do Krakowa. Zamiesz-
kali w dzielnicy Dębniki, przy ulicy Tynieckiej 10, tuż obok brzegu Wisły. Dom należał do
wuja ze strony matki Roberta Kaczorowskiego, który mieszkał tam ze swoimi, niezamężny-
mi siostrami: Anną i Rudolfiną, były to dla Karola ciocie. Emerytowany porucznik Wojtyła, ze
świeżo upieczonym studentem U. J. zajmowali dwa skromne pokoje z kuchnią, w suterenie.
Ojciec zajął się gospodarstwem domowym, a syn głównie nauką. Nie porzucił jednak swo-
ich zamiłowań literackich, pisał wiersze, brał udział w wieczorach poetyckich. Wspominają-
cy nawiązują do imprezy pod tytułem „Drogą topolowy most”, podczas której recytowano
utwory grupki zaprzyjaźnionych, młodych wierszokletów, z udziałem Karola Wojtyły, który
osobiście prezentował swoje wiersze.
        „Zapisaliśmy się oboje na tzw. „Studium słowa” prowadzone przez profesora Dobro-
wolskiego na „ujocie”. Bardzo żywo uczestniczyliśmy w takich wieczorach poetyckich, na któ-
rych właśnie Karol Wojtyła występował w podwójnej roli raz jako poeta i wykonawca swoich
wierszy, jak również jako wykonawca wierszy kolegów. To były wieczorki poetyckie naszego
I roku polonistyki, który był niezwykle udany. Naszymi kolegami byli: Tadeusz Hołuj, Jerzy Bo-
ber, dziennikarz, Krystyna Zbijewska, znawczyni teatru, Jerzy Lau, poeta, Janina Zarzycka,
(późniejsza) znana w świecie malarka miniatur, literat Wojciech Żukrowski, literat Tadeusz
Kwiatkowski, profesor polonistyki - córka Klemensiewicza, Nardelli, późniejszy dyrektor roz-
głośni krakowskiej. To tak spod wielkiego palca wymieniłam. Myśmy bardzo blisko ze sobą
żyli. Bardzo organizacyjnie udzielał się mój późniejszy mąż Tadeusz Kwiatkowski. Wieczorki
poetyckie odbywały się nieraz dla publiczności i nawet przynosiły nam pewien dochód. Chłop-
cy za zarobione pieniądze poszli do miodosytni i wszystko przepili. Wyjątkiem był Karol, który
nie chciał iść więc jemu dali 2zł i oddalił się.” (Halina Kwiatkowska)




Dom przy ulicy Tynieckiej 10 w Krakowie.                             Karol Wojtyła student (foto Bielec)

Strona 504

502          Rozdział VIII - Powołanie

              Przed wakacjami, w ramach Dni Krakowa, teatr studencki wystawił widowisko pt.
      „Kawaler Księżycowy” Mariana Niżyńskiego. Karol Wojtyła wcielił się w rolę Byka, jako
      jeden ze znaków Zodiaku, występując w stroju pięściarza, z bokserskimi rękawica-
      mi. Dokumentuje to fotografia, a nadto tableau studia dramatycznego „39”, wykonane
      przez krakowskiego fotografa Bielca. Wśród aktorów profil młodzieńca, Karola Wojtyły,
      z zaczesanymi do tyłu długimi włosami, sięgającymi karku, lat 19. Tego okresu dotyczą
      liczne wspomnienia koleżeńskie, opublikowane w wielu książkach. Skupię się jedynie na
      kilku opiniach. Inny od nas, skromnie ubrany, towarzysko niewyrobiony, sprawiał wrażenie
      wiejskiego chłopaka. Aktywny jako student, autor referatów, wierszy, a nawet poematów,
      aktywny uczestnik Koła Polonistów. W lecie 1939 roku bierze udział w Społecznym Obozie
      Legii Akademickiej w Ożomli koło Przemyśla. Daje się tam poznać jako dobry sportowiec,
      grający w piłkę i pływający w stawie. Na fotografii z tego obozu widać charakterystyczną
      postać, krótko ostrzyżonego, umundurowanego młodzieńca, który nadzwyczaj skromnie
      usadowił się podczas posiłku, jako jedyny za całą grupą, skulony, z menażką na kolanach,
      bo brakło miejsca przy polowym stole. Ciśnie się na usta powiedzenie: „ostatni będą pierw-
      szymi”. Student Wojtyła znalazł grono podobnych do niego zapaleńców, wśród nich było
      kilku, z którymi trzymał się bliżej: np. z Juliuszem Kydryńskim, Tadeuszem Kwiatkowskim,
      Jerzym Boberem. Zaprzyjaźnił się z rodzinami Kydryńskich i Szkockich. Tam znajdował zro-
      zumienie i ciepło rodzinne, którego brakowało mu po śmierci matki. Jak wspominają ów-
      cześni znajomi, mimo, że był lubiany, trzymał się nieco z boku, stronił od kawiarnianego
      towarzystwa i zakrapianych wieczorów młodych entuzjastów poezji.
            Okres wadowicki, a potem krakowski, studencki, kończy się wyraźną cezurą, wybu-
      chem wojny. Dlatego warto go zamknąć podsumowaniem bliskiej koleżanki.
              Halina Kwiatkowska, krakowska aktorka i pedagog szkoły teatralnej, była córką
      dyrektora gimnazjum wadowickiego Jana Królikiewicza. Od 1934 roku, gdy wraz z rodziną
      zamieszkała w Wadowicach towarzyszyła Karolowi Wojtyle w różnych przedsięwzięciach te-
      atralnych i recytatorskich. Tak się złożyło, że również po maturze razem znaleźli się na polo-
      nistyce w Krakowie. Można więc powiedzieć, że pani Halina blisko 10 lat przebywała w oto-
      czeniu Karola Wojtyły. Była koleżanką szkolną, która najpełniej poznała przyszłego papieża,
      a zwłaszcza jego teatralne i literackie dokonania. Szczególnie te z czasów krakowskich, gdy
      jako studenci, amatorzy - aktorzy i znajomi z towarzystwa, wielokrotnie uczestniczyli w pró-
      bach i występach, a także w autorskich wieczorach poetyckich.
               Halina Królikiewicz, jako jedyna z grupy studentów polonistyki, która nadal in-
      teresowała się sceną, znała Karola jeszcze z czasów wadowickich. Mogła go rekomen-
      dować, bo znała jego wartość sceniczną ale i jego sylwetkę psychologiczną i walory
      moralne.
               Dlatego ważne jest jak scharakteryzowała Karola Wojtyłę w publikacjach
      i wspomnieniach po wielu latach, z perspektywy.
               „Był dobrze zbudowany, przystojny, obdarzony pięknym głosem, znakomitą pamięcią,
      bardzo dobrą dykcją, głęboko myślący i wrażliwy. Jakim był? Na pewno inny od swoich kole-
      gów, odrębny. Wesoły, bardzo koleżeński, pierwszy niosący pociechę w nieszczęściu, w cho-
      robie, uprawiający sporty, zasadniczość była mu zupełnie obca. A przecież czuło się zawsze,
      że ma w jakiś sposób niedostępny swój świat myśli, że jest głęboko religijny, że umie więcej
      z nas wszystkich, że czyta trudne filozoficzne książki, które znudziłyby nas już po kilku stronach,
      że uczy się i nie traci na próżno ani momentu. I pisze poematy, wiersze, dramaty filozoficzne
      dla nas zawiłe, A kiedy rozmawia, to uważnie słucha swego interlokutora, ale zawsze, nawet
      i dziś w Jego oczach błyskają iskierki ni to humoru, ni jakiejś ironijki, czy też wyrozumiałości dla
      każdego, bo nigdy nie potępiał, nie pouczał, ale rozumiał. Do gimnazjum biegł za trzy minuty
      ósma rano z pobliskiego rynku, obok którego mieszkał i wpadał w ostatniej chwili do klasy
      z wielką, rozwichrzoną gęstwą włosów, które nigdy nie chciały go słuchać.”

Strona 505

Rozdział VIII - Powołanie                          503




                                                                             Gmach Uniwersytetu Jagiellońskiego przed wojną.




Marian Bieniasz (po prawej) jako student pedagogiki w Krakowie   Karol Wojtyła z ciotką Stefanią na spacerze w Krakowie. (1939 r.)
(1939 r.).

Strona 506

504           Rozdział VIII - Powołanie




         Na obozie Legii Akademickiej w Ożomli koło Przemyśla. Karol siedzi, po prawej, z menażką w ręku.(1939 r.)
              Nadszedł wrzesień 1939 roku, który przekreślił wszystkie plany edukacyjne
      i teatralne. Najpierw jak wielu innych Karol Wojtyła z ojcem podjęli trudy ucieczki na wschód
      przed zbliżającymi się do Krakowa Niemcami. W liście do Mieczysława Kotlarczyka pisał: „wy-
      prawa moja sięgnęła aż po San niemal.” Osłabiony ojciec ledwo zniósł trudy ucieczki i powro-
      tu na Tyniecką. Uciążliwości życia pod okupacją dawały im się we znaki, a to braki żywno-
      ściowe, opałowe, odzieżowe, a przede wszystkim brak wolności i bezpieczeństwa. Taki obraz
      maluje młody Wojtyła w listach przesyłanych do Wadowic, do swego starszego przyjaciela
      Mieczysława. Pod koniec roku 1939 pisze o swoich zajęciach i nastroju przedsylwestrowym:
      „czytam, piszę, uczę się, myślę, modlę się i walczę o siebie.” Powstają wtedy utwory sceniczne
      Hiob i Jeremiasz. Tak upływa rok 1940, na pisaniu, na spotkaniach z aktorem Juliuszem Oster-
      wą, na czytaniu tekstów i przygotowywaniu pokazów teatralnych dla grupy znajomych.
              W pierwszych latach okupacji Karol Wojtyła prowadził żywą korespondencję
      z Mieczysławem Kotlarczykiem. Listy z Wadowic do Krakowa i na odwrót przewożone były
      przez zaprzyjaźnione osoby. Najczęściej przez Halinę Królikiewicz, która przekraczała grani-
      cę na Skawie bądź korzystając z nieuwagi starszych strażników, bądź też przez tzw. „zieloną
      granicę”. Potem już tylko należało wsiąść do pociągu w kierunku Krakowa, zwykle w Kle-
      czy. W jednym z listów z dnia 7 X 1940 Karol Wojtyła pisze: „Kochani, przywiozła mi Halinka
      Wasz list, tym droższy, że tak dawno już oczekiwany. Jestem nim wzruszony, jak w ogóle
      samym faktem ujrzenia jednej bliskiej, wadowickiej twarzy. Głęboko wzruszony. Zawsze
      mocno związany z miastem mojego dzieciństwa i wczesnej młodości, z miastem, które
      mi dużo, bardzo dużo dało. Mam wrażenie, że więcej niżby dać mógł Kraków. Oddech
      miasta i oddech ziemi, pewną prostolinijność w sposobie myślenia i niewątpliwy fun-
      dament kultury.”1

       1 - Adam Boniecki: Kalendarium życia Karola Wojtyły. Wydawnictwo „Znak”, Kraków 1983, s. 62

Strona 507

Rozdział VIII - Powołanie                        505




                                                     Zakłady „Solvay” w Borku Fałęckim, gdzie pracował przyszły papież.
        By uchronić się przed wyjazdem na przymusowe roboty rejestruje się Karol jako pra-
cownik Kuczmierczyka, który prowadził restaurację (prawdopodobnie chodzi o ojca chrzest-
nego Karola Wojtyły), a we wrześniu 1940 roku rozpoczyna pracę w kamieniołomach na Za-
krzówku, na peryferiach Krakowa.
        W wielu publikacjach opisano ten trudny, a zarazem owocny okres i sylwetkę Karola
Wojtyły doświadczającego pracy fizycznej, znoszącego bez sprzeciwu mozolne prace, niedo-
statek, chłód i głód, by tylko przetrwać wraz z ojcem. Ze wszystkich przyjaciół z polonistyki,
najbliżej związał się z Juliuszem Kydryńskim. Razem pracowali w kamieniołomie, spotykali
się codziennie, a nawet spędzali ze sobą wiele wolnego czasu. Pani Kydryńska, wdowa, miała
jeszcze jednego syna Lucjana (późniejszego radiowca i prezentera telewizyjnego) oraz cór-
kę. Karola traktowała jak syna, a on mówił do niej mamo. Zażyłość była taka, że wigilię 1940
roku obie rodziny spędziły razem. Gdy niebawem ojciec Karola zaniemógł, pani Kydryńska,
gotowała obiady dla porucznika, które odbierał w menażkach Lolek. Niestety choroba za-
kończyła się śmiercią ojca 18 lutego 1941 roku. Wtedy przyszły papież przeprowadził się
do Kydryńskich na ulicę Felicjanek. W tym czasie uczył się zapamiętale języka francuskie-
go, w czym pomagała mu panna Lewaj, sędziwa rezydentka w domu pp. Szkockich (pani
Szkocka, była nauczycielką na Zwierzyńcu i koleżanką pani Kydryńskiej), w którym „byliśmy”
częstymi gośćmi, a córka pani Szkockiej, p. Zofia Poźniakowa dbała „o nasze dokształcanie
się” muzyczne, urządzając nam od czasu do czasu pamiętne koncerty fortepianowe - pisze
Juliusz Kydryński2.
        Gdy jesienią 1941 roku przybył z Wadowic do Krakowa Mieczysław Kotlarczyk,
Karol umieścił go w swoim pustym mieszkaniu na Tynieckiej i wkrótce sam do niego
wrócił. Od tego momentu rozpoczął się kolejny etap w konspiracyjnym teatrze. Nasuwa się
kilka pytań i spostrzeżeń. Niewiele dowiadujemy się ze wspomnień o życiu rodzinnym na
Tynieckiej. Mówi się o osamotnieniu ojca z synem. A przecież krewni ze strony matki, dwie
siostry i brat, czyli ciocie i wuj - mieszkali nad nimi. Gdy Karol został sam, przyjął pomoc ko-
legi i wyprowadził się. Ograniczone kontakty utrzymywali obaj Wojtyłowie z ciotką Stefanią,
przyrodnią siostrą ojca. Pamiątką po takich spotkaniach jest fotografia z 1939 roku, spaceru-
jących plantami - Lolka z ciotką Stefanią.

 2 - Juliusz Kydryński: Pomazaniec z Krakowa, w: Młodzieńcze lata Karola Wojtyły. Oficyna Cracovia 1990, s. 95

Strona 508

506            Rozdział VIII - Powołanie




      Fragment listu do Mieczysława Kotlarczyka.
               Można umownie przyjąć, że w ten sposób nastał trzeci etap pobytu przyszłego
      papieża w Krakowie. Niemal natychmiast rozpoczęli pod kierunkiem Kotlarczyka pró-
      by. Wybór padł na Słowackiego i jego „Króla – Ducha”. „Taki właśnie najbardziej sugestywny
      teatr uniosłem z sobą w czerwcu roku 1941 przez zieloną granicę z „Reichu” do „Guberni”
      czyli z Wadowic przez Skawę do Krakowa, jako jedyne uratowane swoje mienie; i taki teatr,
      teatr w całym tego słowa znaczeniu imaginacyjny, dziejący się i rozgrywający w nieograni-
      czonych płaszczyznach i wymiarach wyobraźni poetyckiej, miałem już wkrótce zacząć reali-
      zować z grupą młodych entuzjastek i entuzjastów z niezapomnianym Karolem Wojtyłą na
      czele”.3 Oprócz niego trzon zespołu stanowili: Krystyna Dębowska (studentka WSH), Halina
      Królikiewicz (polonistka), Danuta Michałowska (polonistka) i Tadeusz Ostaszewski (plastyk).
      Konduktor tramwajowy (Mietek) prowadził próby w środy i w soboty. Od rapsodów „Kró-
      la – Ducha” powstała nazwa teatru. Kilka rekwizytów, nastrojowa muzyka Chopina,
      świece i recytacja, bez charakteryzacji i typowej sceny. Warunki konspiracyjne sprzyja-
      ły ascetycznej formie tła. Premiery w zwykłych mieszkaniach, z udziałem zaprzyjaźnionej,
      zaproszonej widowni, która po przedstawieniu brała udział w dyskusji. Dalsze premiery to:

       3 - XXV lat Teatru Rapsodycznego w Krakowie, 1941 – 1966, redakcja: Mieczysław Kotlarczyk. Kraków 1966,
           s. 17

Strona 509

Rozdział VIII - Powołanie                       507




                                                         Codzienna trasa studenta Wojtyły obok zakola Wisły i Wawelu.
Beniowski – Słowackiego, Hymny – Kasprowicza, a następnie wieczór ze spektaklem po-
święconym Wyspiańskiemu. Drugi sezon zapoczątkowała premiera poświęcona Norwidowi,
a już w listopadzie 1943 roku przyszedł Mickiewicz z Panem Tadeuszem. Wybór fragmentów
z poematu miał wymowę patriotyczną i trwał około godziny. Recytację Karola Wojtyły, za-
kłócił głośnik niemieckiej szczekaczki, ale aktor nie przerwał lecz spokojnie i dobitnie kon-
tynuował. Wymowa tej chwili była czytelna, a oczy słuchaczy zajaśniały blaskiem uniesienia
i zbratania. W marcu 1943 roku wystawiono spektakl Słowackiego - Samuel Zborowski.
Dramat ten był siódmą z rzędu, a zarazem ostatnią okupacyjną premierą Teatru Rap-
sodycznego.
        Późniejszy mąż Haliny Królikiewicz, krakowskiej aktorki, Tadeusz Kwiatkowski,
literat, a od 1938 roku student polonistyki i aktor amator, kreśli obraz młodego Wojty-
ły. Pierwsze wrażenia zawierały wiele słów krytycznych i podkreślały odrębność.
        „Trochę niedźwiedziowaty i nie wygląda mi na subtelnego poetę. Wojtyła rzeczywi-
ście nie wyglądał na poetę. Był dość toporny, z pochyloną nieco do przodu głową, patrzący
trochę, jak się to mówi, spode łba, schludnie lecz skromnie ubrany (...) Mówił prosto i nie silił
się na ukazanie indywidualności w sformułowaniach na tematy literackie, jakie nas wówczas
fascynowały. Nosił długie włosy, spadające na kark. Widać, że nie dbał o wygląd i tym się nie
przejmował.”4
        „Wiersze Wojtyły różniły się od naszych. My byliśmy przejęci awangardą, treściami
polityczno-społecznymi. Jego poezja była dla nas staroświecka, filozofująca, poświęcona
duchowym rozważaniom, nieco rozwlekła i bez werwy (...). Aż dziw brał, że ten borsukowaty
chłopak snuł w swych wierszach tak poważne myśli, będące raczej małymi traktatami moral-
nymi aniżeli czystą poezją czy też pasjonującą poetycką reakcją na rzeczywistość polityczną.
Potrafił jednak narzucić audytorium skupienie i ciszę, A wiadomo jak to jest z młodymi słu-
chaczami, reagują żywiołowo, przerywają recytatorowi głośnymi uwagami.”5
        Po bliższym poznaniu i lepszym zrozumieniu postawy Karola, motywów jego
twórczości, specyficznej recytacji i gry aktorskiej, opinie zmieniają się na pochlebne,
a nawet przebija z nich podziw dla zdolności kolegi.

 4 - Tadeusz Kwiatkowski: Płaci się każdego dnia. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1986, s. 54
 5 - Tamże, s. 55

Strona 510

SZLAKAMI                                                                    Widok na Grzesia z Polany Chochołowskiej.
       Jana Pawła II
 Biskup, metropolita,
       kardynał
w Tatrach Zachodnich.
   Kalendarium wycieczek Karola
             Wojtyły.
- 1953 r. - wycieczka narciarska: Gubałówka,
  Kościelisko, do Hali Pisanej (Kiry).
- 2-3 IV 1956 r. - Polana Chochołowska.
  Wycieczka na Grzesia i Rakoń. Zakopane,
  Polana Chochołowska, Kalatówki.
- początek stycznia 1968 r. - zjeżdżając na
  nartach z Kasprowego Wierchu kardynał
  zgubił brewiarz.




                                                                                                            Kapliczka na
                                                                                                            Polanie Chochołowskiej.




                                         Najwyższe partie Tatr Zachodnich, widziane ze szlaku na Grzesia. Po prawej Jarząbczy
                                         Wierch, w środku Starorobociański Wierch, tuż za nim po lewej Bystra.

Strona 511

Majestatyczny Wołowiec, a w prawo
         od niego Rohacz Płaczliwy.
  Na pierwszym planie Długi Upłaz
                 i Rakoń po prawej.




                     Rakoń po prawej, ze ścieżką do Wyżniej Polany Chochołowskiej. Ujęcie ze zboczy Wołowca.




              Szlak grzbietowy z Wołowca
                     na Jarząbczy Wierch.

Strona 512

510            Rozdział VIII - Powołanie




      Rynek z samochodami widziany od ulicy Sławkowskiej (II poł. lat 30)
              „Wiedziałem, że pisze wiersze i moralitety poetyckie, nie spodziewałem się jednak,
      że ma również ambicje aktorskie. Muszę przyznać, że recytował zawsze z wielkim przeję-
      ciem, zupełnie inaczej aniżeli pozostali, którzy nauczywszy się na pamięć tekstu wypowiada-
      li go powierzchownie, nieraz z nadmiernym patosem i bez wewnętrznego przeżycia. Wiersz
      w ustach Karola brzmiał przekonująco i wydobywał treści, o których nam się nie śniło, że są
      ukryte w tych utworach. Odkrywał przed nami nieznaną nam dotąd prawdę poezji.”6
              „Karol był poważny, przyjmował naukę serio, przykładał się do kolokwiów i egzami-
      nów, które zdawał zawsze z najlepszą notą.”7
              „Fragmenty, które recytował Karol dźwięczały zupełnie innymi tonami, aniżeli wy-
      obrażałem je sobie w samotnej lekturze. Wtedy zrozumiałem wiersze Karola, wywodzące się
      z podłoża tradycji mistyczno – eschatologicznej.”8
              „Karol zawsze pierwszy umiał tekst na pamięć, ba, potrafił w każdej chwili zastąpić
      każdego z zespołu (... ). Podziwialiśmy tą jego zdolność szybkiego przyswajania sobie trud-
      nych przecież utworów. A było co do wkuwania, bo przedstawienia trwały nieraz ponad go-
      dzinę. Nie wiem, jak to robił. To było dla mnie nie do pojęcia.”9
              „Różniliśmy się od niego wszyscy. Tą różnicę odczuwaliśmy przede wszystkim my,
      gdyż może dla obserwatora z zewnątrz była niezauważalna. Był jak my młody, jak my zapa-
      lony do teatru i pracy konspiracyjnej, oddany sprawom kultury. Przy bliższym jednak pozna-
      niu łatwo było odnaleźć dysproporcje pomiędzy nim, a nami. Nas rozpierała radość życia,
      ryzyko, dziewczęta, on bardziej żył do wnętrza, inaczej odbierał sens bytu, miał inne ideały.
      Ktoś by pomyślał, że stanowił okaz ponuraka, zagłębionego jedynie w rozważaniach escha-
      tologicznych. Nic bardziej mylnego. Karol miał poczucie humoru i choć sam nie opowiadał
      dowcipów, słuchał ich z przyjemnością. Interesował się jak my wiadomościami politycznymi,
      które znosiliśmy z miasta (...). Reagowaliśmy na wydarzenia wojenne jednakowo. Może Karol
      był nieco bardziej nastawiony optymistycznie, wierząc w sprawiedliwość Boską.”10

        6 - Młodzieńcze lata Karola Wojtyły pod red. Juliusza Kydryńskiego. Tadeusz Kwiatkowski: Karol, s. 75. Oficyna
            Cracovia, 1990
        7 - Tamże, s. 76
        8 - Tamże, s. 78
        9 - Tamże, s. 79
       10 - Tamże, s. 80-81

Strona 513

Rozdział VIII - Powołanie                  511
         „Karol był młodym postawnym mężczyzną. Podjął się ciężkiej pracy fizycznej w ka-
mieniołomach, aby mieć zapewnioną dobrą Arbeitskarte, która chroniła przed łapankami
na ulicach i wywózką do Niemiec na roboty. Nigdy nie słyszałem aby Karol (...) skarżył się na
swą pracę, narzekał na zmęczenie i wzdychał za jakimś innym zajęciem. Wrósł w środowisko
robotników, cieszył się ich sympatią i wzrastającym coraz bardziej poważaniem. Był człowie-
kiem szybko zjednującym sobie zaufanie u ludzi, bezkonfliktowym, aż zanadto wyrozumia-
łym, co nas denerwowało.”11
         „Był (...) dobrym kolegą i łączyły nas serdeczne więzy (...) Żyliśmy w małym świat-
ku młodych ludzi dobranych nieprzypadkowo, lecz dzięki przyjaźni wyniesionej ze studiów
i uwiarygodnionej przez liczne sprawdzalne okazje. Łączyły nas umiłowanie poezji, chęć
przetrwania w kondycji intelektualnej i głęboki patriotyzm bez patetycznych deklaracji pu-
stosłowia.”12
         „(...) Dopiero przy bliższym poznaniu wychodziło na jaw, że jest od nas o wiele bar-
dziej poważny, bardziej skupiony i bez jakichkolwiek uprzedzeń do bliższych czy dalszych
znajomych. My często kierowaliśmy się zewnętrznymi cechami ludzi, nie zastanawiając się,
czy kogoś nie krzywdzimy wyśmiewając się z jego ułomności. Karol nigdy się do nas nie
przyłączył (...)”13
         Najbliższy przyjaciel z drugiego okresu pobytu w Krakowie (chodzi o lata oku-
pacji 1939 – 1941 - do przyjazdu Kotlarczyka do Krakowa) Juliusz Kydryński - pisze
o Karolu z tamtych lat:
         „Był rosłym, silnie zbudowanym, choć niezbyt wysokim chłopcem o serdecznym,
rozbrajającym uśmiechu. Miał szeroką, raczej okrągłą niż owalną twarz, gęste ciemnoblond
włosy, prosto przycięte na karku (jakby domowym, nie fryzjerskim sposobem) i szaronie-
bieskie oczy, które - choć często zamyślone i poważne - odzwierciedlały jednak szeroką
radość życia. Lubił mówić o Wadowicach i o gimnazjum, które tam ukończył (...) Karol
przy całym swoim wielkim poczuciu humoru, przy niewątpliwym uroku towarzyskim, który
sprawiał, że wszyscy, z którymi się zetknął musieli go polubić, a po bliższym poznaniu także
cenić, przy swojej ogromnej koleżeńskości i chętnym włączaniu się w nasze życie studenc-
kie, był przecież - to się wyczuwało - o wiele od nas poważniejszy, jednak trochę zamknięty
w sobie, jakby stale rozważający problemy, które nas przerastały (...). Nieodmiennie w czarnej
marynarce i w jakichś szarych spodniach, dość sfatygowanych, lecz zawsze czystych butach
i w koszuli z odpiętym kołnierzykiem (...) Nie zdarzyło mi się usłyszeć, że Karol o kimkolwiek,
nawet o kimś, kto na to jak najbardziej zasługiwał, powiedział coś złego. Tą wspaniałą ce-
chę charakteru miał od zawsze; wolał doszukiwać się w człowieku, w bliźnim, zawsze jakichś
stron dodatnich, nigdy ujemnych. Cecha piękna u dojrzałego, doświadczonego człowieka.
Niezwykła i zdumiewająca u kilkunastoletniego chłopca (...) Wyróżniał się zdolnościami, ta-
lentem, kulturą życia osobistego. I jeszcze: wielką delikatnością i tolerancją. (...) Wokół tego
chłopca istniała jakaś aura, która narzucała jego otoczeniu pewien sposób postępowania (...)
Czując się w jego obecności najzupełniej swobodnie, powstrzymywaliśmy się równocześnie
(...) od pewnych zachowań czy dowcipów. (...) Czuliśmy po prostu, że przy Karolu nie wypa-
da zachowywać się lub mówić brutalnie czy nieprzyzwoicie. Nie brał udziału w dyskusjach
politycznych, a we wszystkich innych był dyskutantem wyrozumiałym, nigdy nie usiłującym
narzucić swego zdania. Wiedzieliśmy oczywiście, że jest głęboko wierzącym i praktykują-
cym katolikiem (...) Nie manifestował niczego, ale też żył w swojej dyscyplinie wewnętrznej,
bardzo surowej, lecz dyskretnej, nie obnoszonej na zewnątrz. Wydaje się, że Karola trudno
było w sposób złośliwy zgorszyć, sprowokować, oburzyć. Zdawał się - już wtedy - rozumieć
i wybaczać wszystko (...) I wreszcie Karol zachowywał się tak samo wobec wszystkich: nie

 11 - Młodzieńcze lata Karola Wojtyły pod red. Juliusza Kydryńskiego. Tadeusz Kwiatkowski: Karol, s. 82. Oficyna
      Cracovia, 1990
 12 - Tamże, s. 84
 13 - Tamże, s. 85

Strona 514

SZLAKAMI
    Jana Pawła II
    Tatry Zachodnie.
    Ulubiony spacer
z Polany Chochołowskiej
  do Doliny Jarząbczej.




                          Wiosna na Polanie Chochołowskiej. W tle Kaminiarski Wierch.
                          (fot. Czesław Szindler)




                          Bacówka na Polanie Chochołowskiej
                          naznaczona pobytem Jana Pawła II.




                                                Kierujemy się w stronę Doliny Jarząbczej.
                                                       Po prawej Mnichy Chochołowskie.

Strona 515

Wędrujemy Doliną Jarząbczą.
        Kalendarium wycieczek Karola Wojtyły.
- wrzesień 1954 r. - Tatry Wysokie i Zachodnie; Dolina Jarząbcza,
  Polana Chochołowska.
- 1955 r. - Jarząbczy Wierch z Doliny Chochołowskiej.




                        Miejsce upamiętnione pobytami Jana Pawła II
                                   - kamień i okolicznościowa tablica.




                        Ulubiony zakątek tatrzański Jana Pawła II.
             Dolina Jarząbcza, Jarząbczy Potok i Jarząbczy Wierch.

Strona 516

514            Rozdział VIII - Powołanie




      Karol Wojtyła z czasów, gdy pracował jako robotnik (foto. T. Kwiatkowski)

Strona 517

Rozdział VIII - Powołanie                 515
czynił nigdy między kolegami różnic z powodu ich takich czy innych przekonań i poglądów.
Karol bynajmniej nie unikał kobiecego towarzystwa: z wieloma koleżankami przyjaźnił się
tak samo, jak z kolegami, nie miał wśród nich jednak żadnej sympatii, z żadną z nich nie „cho-
dził”, jak to się wówczas mówiło.”14
         Danuta Michałowska - aktorka konspiracyjnego Teatru Rapsodycznego, tak
wspomina kolegę:
         „Właściwie wszystko było w nim inne: wysoki - w stosunku do kolegów – wzrost,
lekko przygarbiona postawa, dość długie, równo przycięte nad karkiem i założone na uszy
włosy (...) Z rozpiętym kołnierzykiem koszuli, wyłożonym na kołnierzu marynarki; w ogóle
w jego postaci było coś jakby ludowego (...) To wszystko jednak, co napisałam o pewnej
inności jego ówczesnego konterfektu jest niczym w porównaniu z tym, jak czytał. Była to re-
cytacja wyrazista i prosta zarazem, nacechowana nieskazitelnie precyzyjną dykcją i zupełnie
swoistą melodią frazy wiersza. Wreszcie głos: o szczególnie pięknej barwie, ciepły, miękki,
niezbyt niski, wyrażający jakąś niepowtarzalną, jego własną, jemu tylko właściwą intymność,
zarazem nośny i dźwięczny, doskonale słyszalny, już wtedy przeznaczony do rozbrzmiewa-
nia na wielkich placach, gigantycznych stadionach, na płytach lotnisk i pod kopułami naj-
wspanialszych bazylik wszystkich kontynentów (...) Uczestnictwo Karola we wszystkich (...)
artystycznych naszych działaniach było bardzo ważne. Nie tylko dlatego, że był utalentowa-
ny, że traktował - podobnie jak ja - bardzo serio naszą pracę, że wszystko co mówił, było inte-
resujące; liczyła się tu przede wszystkim jego nadzwyczaj sympatyczna osobowość; wydaje
mi się, że każdy musiał czuć się jakoś dobrze w jego obecności. Już wtedy umiał uważnie
słuchać i choć w zasadzie był pogodny, dowcipny i chętny do żartów, a radość z jakiegoś
dobrego pomysłu skłaniała go niekiedy do manifestowania jej w sposób raczej nietypowy
(stawał na rękach i obchodził pokój dookoła...),to jednak w obcowaniu z nim wyczuwało się
jakąś powagę wewnętrzną, powodującą, że człowiek wydawał się sobie jakby lepszy. Karol
zawsze dostrzega w partnerze to co bardziej wartościowe, pozytywne, mądrzejsze (...) Już
wtedy chyba dla każdego z nas wyczuwalne było jego powołanie do kapłaństwa pokryte
barwną warstwą wielorakich uzdolnień artystycznych.”15
         Halina Kwiatkowska, aktorka, krótko ocenia jego aktorstwo:
         „Karol Wojtyła był utalentowanym aktorem o wspaniałej pamięci, pięknym głosie
i nienagannej dykcji. Cechowała go też, jak i w życiu, pewna odrębność, którą trudno okre-
ślić. W miarę prób i granych spektakli nie rozbudowywał swej roli aktorskimi szczegółami,
wręcz przeciwnie budował postać w coraz bardziej ascetyczny sposób, dążąc do przekaza-
nia jej głębi.”16
         Wspominający czasy krakowskie, zwłaszcza okres drugi, gdy trwała noc okupacji,
a młody Wojtyła mieszkał z ojcem na Tynieckiej, w ciepłych słowach piszą o poruczniku
Wojtyle. Juliusz Kydryński pisze, że bliskie kontakty Karola z jego rodziną sprawiły, że w ich
domu zaczął też bywać senior Wojtyła.
         „Był to także człowiek niezwykły. Zawsze uśmiechnięty, drobny i zupełnie siwy, lekko
przygarbiony, sprawiał wrażenie starszego, niż był w istocie. Był człowiekiem o wielkiej kultu-
rze i anielskiej dobroci i łagodności (...) Gdy wyobrażałem sobie czasem człowieka świętego,
lecz równocześnie głęboko i mądrze związanego z życiem, to ojciec Karola mógłby być jego
wzorem. Wzruszająca była miłość i pełna wzajemnego zrozumienia przyjaźń tych dwóch lu-
dzi: ojca i syna. Wojtyła senior (...) zajmował się gospodarstwem domowym i rozmaitymi
pracami. Niedostatek u nich panował tak wielki, że zdarzało się, że ojciec - w braku pieniędzy
na szewca - sam naprawiał buty synowi. Drugą wojenną wigilię Bożego Narodzenia - w grud-

 14 - Młodzieńcze lata Karola Wojtyły pod red. Juliusza Kydryńskiego. Tadeusz Kwiatkowski: Karol. Oficyna Cra-
      covia, 1990, s. 95-100
 15 - Młodzieńcze lata Karola Wojtyły, s. 113-117
 16 - Halina Kwiatkowska: Wielki kolega. Oficyna Wydawnicza „Kwadrat”, Kraków 2003, s. 74

Strona 518

SZLAKAMI                                               Schronisko „Murowaniec” na Hali Gąsienicowej.
                                                                                                 Po lewej Kościelec, po prawej Świnica.
                             Jana Pawła II
             Biskup, metropolita, kardynał
                  w Tatrach Wysokich.
             Turnie, przełęcze, hale i stawy.

                   Kalendarium wycieczek Karola Wojtyły.
   - wrzesień 1954 r. - Tatry Wysokie i Zachodnie: Kuźnice, Hala Gąsienicowa,
     Kościelec, Hala Gąsienicowa, Kozia Przełęcz, Zawrat, Kuźnice, Dolina
     Kondratowa.
   - 7 I 1956 r. - Zakopane, Bukowina, Roztoka, Zakopane przez Gęsią Szyję -
     wycieczka narciarska.
   - 5-6 IV 1959 r. - Wycieczka narciarska z Hali Gąsienicowej przez Zawrat do Doliny
     Pięciu Stawów.




                                                                                                             Przełęcz Zawrat
                                                                                                             - we mgle początek
                                                                                                             Orlej Perci
                                                                                                             - Mały Kozi Wierch.




        Widok spod Koziego
   Wierchu: ścieżki w Koziej
Dolince, Zmarzły Stawek po
 lewej, a na wprost Czarny
         Staw Gąsienicowy.

Strona 519

Spojrzenie z Doliny Pięciu
Stawów: z lewej Świnica, wcięcie
   pod Kołową Turnią to Zawrat,
    w prawo od niego Mały Kozi
     Wierch, a za nim po prawej
                Zamarła Turnia.




                                    Dolina Pięciu Stawów,
                                    ze schroniskiem nad
                                    Przednim Stawem.
                                    Na pierwszym planie
                                    Wielki Staw.




          Widok ze Szpiglasowej
       Przełęczy w stronę Rysów
      (pod chmurką), po prawej
        Wysoka, po lewej Niżnie
      Rysy, w dole Czarny Staw.

Strona 520

518          Rozdział VIII - Powołanie

      niu 1940 roku - spędziliśmy wspólnie: na zaproszenie mojej matki Karol przyszedł z ojcem.
      Razem z siostrą i bratem nie czuliśmy wtedy, że „mamy gości”, czuliśmy się „w rodzinie”. Pa-
      miętam doskonale ten wieczór - w miarę radosny, pomimo okupacyjnej rzeczywistości.”17
              Siostra Juliusza, Maria (Kydryńska – Michałowska) też z pełnym uznaniem pisze
      o ojcu przyszłego papieża.
              „Karol wraz z ojcem mieszkali niedaleko nas (...) Wystarczyło tylko przejść przez most
      Dębnicki i nieco wzdłuż wiślanego wału w kierunku Tyńca (...) Gospodarowali sami, osieroce-
      ni przez resztę rodziny. Mieszkanko było niewielkie, pozbawione specjalnego komfortu. Było
      jednak czyściutkie, zadbane i wyposażone we wszystko, co potrzebne do prowadzenia nor-
      malnego domowego gospodarstwa. Podkreślam to szczególnie dlatego, że dziwić to mogło
      w gospodarstwie prowadzonym przez mężczyznę.
              Ojciec Karola był człowiekiem skromnym i jakby pokornym, ale już wtedy w moich
      oczach 17-letniej dziewczyny jawił się jako człowiek niezwykły. Chyba dlatego, że tak natu-
      ralnie wykonywał te wszystkie domowe, prozaiczne zajęcia, do których zmusiły go warunki
      życia, a które przecież tak dalekie były od jego właściwego zawodu i jego zainteresowań.
      Promieniował przy tym wielkim wewnętrznym spokojem i pogodą ducha. To wszystko po-
      ciągało mnie ku niemu. A na płaszczyźnie prozaiczno - gospodarczej mieliśmy także wspólny
      język. Myślę, że i on lubił mnie trochę.”18
              W lecie 1941 roku Karol Wojtyła przechodzi z kamieniołomu do fabryki na tzw. oczysz-
      czalnię wody przy kotłowni. Próby zakonspirowanego teatru odbywają się przeważnie przy
      ulicy Tynieckiej 10, w mieszkaniu Wojtyły i Kotlarczyków, które nazywano „katakumbami”.
              Jesienią 1942 roku Wojtyła podejmuje decyzję o wstąpieniu do Seminarium,
      które działało konspiracyjnie w ramach Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Ja-
      giellońskiego. Tą nowiną podzielił się z zespołem, a jeszcze wcześniej nosił się z zamiarem
      wstąpienia do klasztoru karmelitów, co jednak było utrudnione, gdyż nowicjat w Czernej
      nie działał, a arcybiskup zdecydowanie odmówił mu zgody. Ostatecznie wybrał kapłaństwo,
      co jednak nie zmieniło jego trybu życia, nadal pracował w fabryce Solvay w Borku Fałęckim,
      nadal udzielał się jako aktor w podziemnym teatrze. Tak było do połowy 1943 roku. Źródła
      decyzji to oczywiście powołanie, a jego tajemnica znana jest tylko Karolowi Wojtyle. Można
      jednak określić niektóre komponenty przyczyn, które rysują się wyraźnie, a nawet zostały
      potwierdzone przez samego papieża. To czas osamotnienia po śmierci ojca, najbliższego
      towarzysza życia. To mrok i beznadzieja panoszącej się coraz bardziej okupacji (1941 – 1942).
      To rozwój duchowy Karola Wojtyły poprzez rozczytywanie się w piśmie świętym, a także
      w publikacjach katolickich i filozoficznych, co zaowocowało twórczością dramatyczną moc-
      no osadzoną na gruncie chrześcijańskim. To wpływ środowiska katolickiego, aktywnego
      w pracy z młodzieżą na Dębnikach. To wreszcie postać Jana Tyranowskiego, krawca, myśli-
      ciela, który przykładem i dojrzałymi przemyśleniami pociągnął Karola Wojtyłę w rejony dla
      niego odkrywcze. Prowadził on spotkania z młodzieżą w parafii księży salezjanów. Karol
      Wojtyła pisał o tej charyzmatycznej postaci w Tygodniku Powszechnym, wspominał
      w liście do profesora Jelonka:
              „A teraz w kilku słowach o mnie. Wiadomo Panu Profesorowi, że w 1938 roku spro-
      wadziliśmy się z (...) Ojcem do Krakowa i zacząłem studiować na Uniwersytecie Jagielloń-
      skim polonistykę. Wojna przerwała studia, wobec czego od września 1940 jąłem się pracy
      jako prosty robotnik w Borku Fałęckim („Solvay”). Trwało to do sierpnia 1944, dało mi zaś
      niezmiernie wiele, dosłownie kopalnia wewnętrznych zdobyczy. Tam też dojrzało powoła-
      nie kapłańskie pod wpływem owego „Jana”, o którym w ostatnim numerze „Tygodnika Po-

       17 - Młodzieńcze lata Karola Wojtyły pod red. Juliusza Kydryńskiego. Tadeusz Kwiatkowski: Karol. Oficyna
            Cracovia, 1990, s. 103
       18 - Młodzieńcze lata Karola Wojtyły pod red. Juliusza Kydryńskiego. Tadeusz Kwiatkowski: Karol. Oficyna Cra-
            covia, 1990, s. 90-91

Strona 521

Rozdział VIII - Powołanie                       519




                                        Fragment listu do prof. Jelonka, w którym młody ksiądz pisze o powołaniu.
wszechnego”. Pierwsze 2 lata teologii zrobiłem w skrytości jako robotnik ze „Solvayu”. Potem
byłem 2 lata w Seminarium Krakowskim, a w 1946 – 1 XI J. E. Książę Kardynał krakowski wy-
święcił mnie na kapłana, wysyłając bezzwłocznie na studia zagraniczne do Rzymu. Miałem
przy tym sposobność zapoznać się z katolicyzmem zachodnioeuropejskim we Francji, Belgii
i Holandii. W lecie zeszłego roku powróciłem i przez rok byłem wikarym w Niegowici koło
Bochni, a obecnie u św. Floriana w Krakowie.
               Kończę, pozdrawiam, Panu Bogu polecam i oczekuję znów jakiejś wiadomości.
                                                                              Ks. Karol Wojtyła
         Jan otworzył przed przyszłym papieżem nowe kierunki kontemplacji, nieznane
mu do tej pory oryginalne podejście do życia wewnętrznego człowieka. W tych prze-
myśleniach znaczącą drogą rozwojową były pisma św. Jana od Krzyża. Tyranowski mało
wymowny na spotkaniach grupowych, potrafił pociągnąć poszukujące jednostki poprzez
osobisty przykład i indywidualne rozmowy z zainteresowanymi. Jeśli trafił na podatny grunt
to rozjaśniał uduchowionym młodzieńcom jak należy poszukiwać w sobie Stwórcy i jego
darów, które trzeba odkryć w swej duszy. Dzięki rozmowom z Janem, dzięki jego przeka-
zom Karol Wojtyła nad wyraz rozmodlony, odkrył nowe prawdy, nowe ścieżki, wielkie
pokłady swojego, przez wiele lat rozbudowywanego wnętrza. Zatopiony od lat w kato-
lickiej lekturze, od lat przeżywający tajemnice chrześcijaństwa, na różne sposoby, aktywnie
uczestniczący w nabożeństwach, pochłonięty rozmyślaniami i modlitwami, odnalazł dodat-
kowy impuls. W naszym Rodaku, czego dowodzą liczne wspomnienia, już od lat chłopię-
cych następowały procesy rozwojowe sprzyjające głębokiej wierze i całkowitemu oddaniu
się Opatrzności. Bliskość kościoła, ministrantura, pielgrzymki, sodalicja mariańska, szkaplerz,
przekonujący przykład pobożnego ojca, obcowanie ze śmiercią najbliższych, jego osobisty
pęd do zgłębiania prawdy, wyjątkowo wrażliwa natura, poszanowanie każdego przejawu
życia, podziw nad pięknem przyrody i krajobrazu – to sprzyjało odkryciu powołania.
         Studiując konspiracyjnie, pracował nadal w fabryce. Tak było w roku 1943 i do
sierpnia 1944 roku, gdy przestał pracować, co wiązało się z zagrożeniem.
         Jeszcze w lutym 1944 roku miało miejsce tragiczne zdarzenie. Karol wracając
z pracy, po podwójnej zmianie dziennej i nocnej, został potrącony przez niemiecki sa-
mochód ciężarowy. Było to pomiędzy Borkiem Fałęckim, a Matecznym (dzielnica Krakowa).
         Opatrzność czuwała nad nim bo zdarzenie zauważyła kobieta jadąca tramwajem.
Wysiadła i zobaczyła leżącego, nieprzytomnego mężczyznę, w roboczym ubraniu. Stała bez-

Strona 522

520          Rozdział VIII - Powołanie

      radna, osłaniając ofiarę przed nadjeżdżającymi autami. Po jakimś czasie zatrzymał się oso-
      bowy samochód i niemiecki oficer wysiadł z niego, a gdy stwierdził, że poszkodowany żyje,
      zatrzymał auto ciężarowe wiozące drągi i kazał zawieść Wojtyłę do szpitala na ul. Kopernika.
      Przebywał tam do 12 III 1944 roku, po czym wrócił do pracy. Józefa Florek otrzymała później
      podziękowania w listach, za to, że uratowała życie leżącemu na ulicy.19
              Opatrzność dała o sobie znać jeszcze raz w roku 1944.
              „Tuż po wybuchu powstania warszawskiego, w pierwszą niedzielę sierpnia (6 VIII)
      Niemcy urządzili pacyfikację na wielką skalę. Wywożono wszystkich złapanych na ulicy.
      Z domów przy ulicy Tynieckiej wygarnięto mieszkańców. Do Karola nie weszli. Czyżby palec
      boży? Minęła czarna niedziela. W poniedziałek arcybiskup Sapieha wezwał wszystkich klery-
      ków do pałacu biskupiego i tam ich do końca wojny ukrywał. Kazał im przywdziać sutanny.
      Ponoć Karol zjawił się na Franciszkańskiej jako ostatni. Niemcy go poszukiwali ale dzięki za-
      biegom ofiarnych ludzi skreślono Wojtyłę z listy Arbeitsamtu. Od sierpnia do stycznia 1945
      roku uczył się już w rezydencji arcybiskupiej. Tu sypiał i modlił się. Obozowali klerycy w po-
      kojach biskupich, śpiąc na ustawionych tam żelaznych łóżkach.”20
              Po wkroczeniu Rosjan, wznowiona zostaje działalność uniwersytetów, więc klerycy
      stają się studentami Wydziału Teologicznego. Z dokumentacji uczelnianej i ze wspomnień
      wyłania się sylwetka celującego alumna, wrażliwego na ludzką biedę, wspomagającego
      potrzebujących. Był w stanie oddać wszystko co miał (np. nowy sweter, buty) bo nie dbał
      o ubiór, ani o kieszeń. Uczył się więcej niż przewidywał program, modlił się na klęczkach,
      zatopiony w medytacji i odcięty od świata zewnętrznego. Szybko zdobył uznanie przełożo-
      nych i kolegów. Powierzono mu funkcję młodszego asystenta przy Seminarium Wydziału
      Teologicznego, a społecznie działał jako wiceprezes Bratniej Pomocy Uniwersytetu Jagiel-
      lońskiego.
              Wiele przytaczanych faktów potwierdza fenomen Karola Wojtyły. Był inny, lepszy,
      zdolniejszy, wrażliwy, poszukujący, rozmodlony i uduchowiony. By móc w oryginale czytać
      pisma św. Jana od Krzyża postanowił nauczyć się języka hiszpańskiego. 1 XI 1946 roku otrzy-
      muje święcenia kapłańskie. Pierwsze msze odprawiał na Wawelu, w romańskiej krypcie św.
      Leonarda, pod okiem księdza „manuduktora” Kazimierza Figlewicza, katechety z czasów wa-
      dowickich, który zatrudniony był przy krakowskiej katedrze i był jego spowiednikiem. Po od-
      prawionej mszy świętej prymicyjnej na Wawelu odbyło się u zaprzyjaźnionej rodziny małe
      przyjęcie (próbował je zorganizować u swojej matki chrzestnej Wiadrowskiej, na Floriań-
      skiej lecz odmówiła z powodu ciasnoty). Podobnie ks. Wojtyła odprawiał swoje prymicje
      w wadowickim kościele, po czym spotkał się z przyjaciółmi u niezawodnego kolegi
      Zbigniewa Siłkowskiego.
              15 XI 1946 roku wyjechał na studia do Rzymu, wysłany tam przez ks. Metropo-
      litę Sapiehę. Prócz nauki uwieńczonej doktoratem, miał możliwość zwiedzić Francję, Belgię
      i Holandię. Oczywiście fragmentarycznie, niemniej zapoznaje się z historią, zabytkami, z pra-
      cą duszpasterską na zachodzie Europy. Podczas pobytu w Rzymie, oprócz Wiecznego Mia-
      sta, zwiedza najpiękniejsze włoskie miasta i słynne sanktuaria. Możemy tylko wyobrazić so-
      bie jak wiele korzyści przyniósł pobyt w rzymskim Angelicum. To czego doświadczał młody
      ksiądz Wojtyła, do tej pory znane mu było tylko z książek. Z Wadowic prawie nie wyjeżdżał,
      bo żyli z ojcem bardzo skromnie. Kraków mógł poznać dogłębnie bo spędził tam 8 lat. Tym
      bardziej, że zachęcał go ojciec, porucznik Wojtyła, obeznany z prastarą stolicą, mieszkający
      tu przed I wojną światową. Ojciec był oczytany, otwarty na sztukę, wrażliwy na piękno przy-
      rody i zabytków. To wszystko przybliżał swojemu jedynakowi, a ten chłonął każdy szczegół
      intelektualnie i emocjonalnie. Rzym po Krakowie to był strzał w dziesiątkę, zwłaszcza dla
      człowieka rozmiłowanego w kulturze antycznej i chrześcijańskiej.

       19 - Adam Boniecki: Kalendarium życia Karola Wojtyły. Wydawnictwo „Znak”, Kraków 1983, s. 78-79
       20 - Adam Bujak, Michał Rożek: Wojtyła. Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1999, s. 52-53

Strona 523

Rozdział VIII - Powołanie                       521
        Po powrocie z rzymskich studiów nastąpiło ze-
tknięcie z twardą rzeczywistością. Skierowanie na po-
sadę wikarego do Niegowici koło Bochni. Był aktywny
jako wikary, dlatego zapisał się dobrze w pamięci para-
fian, mimo krótkiego tam pobytu, bo 17 III 1949, zostaje
stamtąd odwołany i przeniesiony do parafii św. Floriana
w Krakowie. W ten sposób symbolicznie znowu łączy
się z Wadowicami, bo w tym właśnie kościele był przed
wiekami proboszczem Marcin Wadowita. Przed Karo-
lem Wojtyłą pierwszy obywatel naszego miasta, który
w średniowieczu sięgnął po tytuł rektora Wszechnicy
Krakowskiej. Który rozsławił, jako pierwszy rodzinne
Wadowice. Ze świniopasa stał się uczonym, którego po-
wiedzonka cytowano jako trafne i śmieszne. Uposażył
miasto Wadowice, a po śmierci tu w kościele św. Floria-
na w Krakowie został pochowany. Teraz swoją historię
zaczął pisać w tym samym miejscu inny wadowiczanin,
który rozsławił naszą ziemię na cały świat. Nie tylko przy-                            Młody ksiądz Karol Wojtyła.
da jej blasku, ale jeszcze istotnie ją odmieni, by wreszcie
zostać świętym.




                                         Zabytkowy kościółek w Niegowici, pierwsza parafia księdza Karola Wojtyły.
       Od 17 III 1949 roku do 11 X 1951 roku pracuje w parafii św. Floriana w Krako-
wie. Zajmuje się młodzieżą akademicką i pracuje naukowo. Wcześniej 16 XII 1948 roku
otrzymuje tytuł doktora. Teraz arcybiskup Baziak udziela mu urlopu naukowego na przygo-
towanie pracy habilitacyjnej. Mieszka wówczas na ulicy Kanoniczej, a msze święte odprawia
w kościele Mariackim. Opiekuje się młodzieżą akademicką z którą często wyjeżdża na
wycieczki górskie, zimą na narty, a w lecie na kajaki. Jako turysta zdobył brązową odzna-
kę Turystyki Pieszej (OTP).

Strona 524

522            Rozdział VIII - Powołanie




      Ksiądz Karol Wojtyła w połowie lat piędziesiątych.   Wikarówka przy kościele św. Floriana, gdzie mieszkał Karol Wojtyła.
         Po uzyskaniu habilitacji podejmuje współpracę z Katolickim Uniwersytetem Lubel-
  skim na zajęciach zleconych w zakresie etyki filozoficznej (koniec roku 1954). W późniejszym
  okresie został etatowym pracownikiem naukowym na KUL z tytułem zastępcy profesora
  (grudzień 1956 roku). W rok później otrzymuje oficjalnie tytuł docenta, by odtąd być kierow-
  nikiem Katedry etyki KUL, aż do wyboru na papieża, z tym, że po otrzymaniu sakry biskupiej
  będzie pracował na pół etatu.
         W sierpniu 1958 roku podczas spływu kajakowego dowiaduje się o nominacji na bi-
  skupa pomocniczego w Krakowie. Ilość obowiązków wzrasta, co prześledzić można poprzez
  przywoływane już wcześniej „Kalendarium” – A. Bonieckiego. Tu ciekawe wspomnienie zwią-
  zane z Wadowicami:21
         „Po konsekracji ks. biskup Karol Wojtyła przyjechał z prywatną wizytą do ówczesnego
  proboszcza prałata Leonarda Prochownika. Przy okazji odwiedził swój ukochany klasztor Na
  Górce. (wg relacji o. Bogusława Woźnickiego karmelity)”.
         „Cieszę się, że mogę podzielić się z wami moim nabożeństwem do Najświętszej Ma-
  ryi Panny, Matki Boskiej Szkaplerznej. Szkaplerz, który przyjąłem z rąk ojca Sylwestra w dniu
  mojej pierwszej komunii świętej noszę zawsze, a chociaż mieszkałem w cieniu kościoła para-
  fialnego, wasz kościół na Górce jest mi zawsze bardzo drogi. Wśród wielu nabożeństw, któ-
  re urzekały moją dziecięcą duszę, najgorliwiej korzystałem z nowenny przed uroczystością
  Matki Boskiej z Góry Karmel. (Ten fragment wspomnień przytaczałem także w rozdziale VII) Był
  to czas wakacji, miesiąc lipiec. Dawniej nie wyjeżdżało się na wczasy jak obecnie. Wakacje
  spędzałem w Wadowicach, więc nigdy do czasu mojego wyjazdu z Wadowic nie opuszcza-
  łem popołudniowych nabożeństw w czasie nowenny. Czasem trudno było oderwać się od
  kolegów, wyjść z orzeźwiających fal kochanej Skawy, ale melodyjny głos karmelitańskich
  dzwonów był taki mocny, taki przenikający do głębi duszy, więc szedłem. Tak, tak, mieszka-
  łem obok kościoła parafialnego, ale wzrastałem w kościele św. Józefa.”22

       21 - Adam Boniecki: Kalendarium życia Karola Wojtyły. Wydawnictwo „Znak”, Kraków 1983, s. 164
       22 - Adam Boniecki: Kalendarium życia Karola Wojtyły. Wydawnictwo „Znak”, Kraków 1983, s. 163-164

Strona 525

Rozdział VIII - Powołanie           523
       Jako biskup mniej chodził po górach,
głównie z braku czasu, za to częściej wyjeż-
dżał na spływy kajakowe w okresie letnim.
         30 XII 1963 roku zostaje mianowa-
ny arcybiskupem metropolitą krakow-
skim. Przypominam sobie ten moment, bo
nasz katecheta ksiądz Zacher, mówił nam
o tym na religii, w domu katolickim: „docze-
kałem tej chwili, to nasz dawny wychowa-
nek, jak wy chodził do gimnazjum wado-
wickiego, powinniście być z tego dumni, jak
ja. Gdy obecny metropolita był księdzem,
zastanawiałem się czy będzie biskupem.
Gdy nim już został, oczekiwałem, że może
dożyję, gdy stanie na czele archidiecezji.
Teraz mogę się tylko spodziewać godności
kardynalskiej.” Słuchaliśmy, nie zdając sobie
sprawy z wagi wypowiadanej nowiny. Mimo
to fakt i wypowiedź księdza Zachera utkwiły
mi w pamięci. Może dlatego, że to szkolny
kolega mojego ojca, więc w domu też ko-
mentowano ten awans. Niecałe 4 lata póź-
niej 26 VI 1967 roku otrzymuje nominację
kardynalską. Gdy przegląda się kolejne lata
w „Kalendarium” dochodzi się do wniosku,                         Młody biskup Wojtyła, 20 lat po maturze.
że intensywność posługi biskupiej stale
wzrasta. Zarówno w sensie ilościowym, jak i jakościowym. Rzadziej zdarzają się dni, a nawet
godziny, które można zdecydowanie zakwalifikować jako wypoczynek czy relaks. Arcybi-
skup pracuje intensywnie, jeździ na wizytacje, spotkania, wygłasza kazania, poświęca kamie-
nie węgielne przyszłych kościołów, odprawia liczne msze, prowadzi pogrzeby. Nie sposób
wyliczyć formy jego aktywności duszpasterskiej, zliczyć przemierzonych samochodem kilo-
metrów, wymienić grupy i osoby z którymi rozmawiał, podać tematy wystąpień wobec du-
chowieństwa i osób świeckich. Zdarzały się też wyjazdy zagraniczne z bogatym programem.
Pośród licznych wizytacji kanonicznych, służbowych wyjazdów do Rzymu, pośród biskupich
konferencji, pobytów na Jasnej Górze w Częstochowie, zdarzają się od czasu do czasu,
kilkudniowe wypady na narty. W latach siedemdziesiątych jest to przeważnie Zakopane,
gdzie chętnie kardynał przyjeżdża przy różnych okazjach. Częste są też przyjazdy do Kal-
warii Zebrzydowskiej. Można odnieść wrażenie, że kardynał nie przepuści żadnej okazji
by się tu znaleźć. Aktywnie uczestniczy w życiu kościoła krakowskiego. Ulubione świątynie
to kolegiaty św. Floriana i św. Anny, kościoły przy zgromadzeniach Norbertanek, Felicjanek,
Albertynek. Warto zauważyć, że kardynał Wojtyła w roku 1970 miał dopiero 50 lat, tryskał
energią i zdrowiem, lgnął do ludzi, a w poczuciu obowiązkowości i pracowitości, chciał wiele
spraw załatwić osobiście. Jeździł po archidiecezji, uświetniał swoją obecnością rozmaite uro-
czystości. Mało wymagający w kwestiach noclegu i wyżywienia mógł się właściwie wszędzie
zatrzymać. By nie tracić czasu podczas podróży autem, kazał zainstalować lampkę i przy niej
czytał połykając kilometry. Gdy śledzi się jego zajęcia dzień po dniu, zdumiewa ruchliwość
z jaką przenosił się z miejsca na miejsce, by być wśród tych, którzy go zapraszali, by zabrać
głos, by ich pokrzepić, by modlić się we wspólnocie, czy to wieś, czy miasto, czy w świą-
tyni, czy w plenerze. Publikuje, wykłada, wyjeżdża za granicę, najczęściej do Rzymu. Umie
pogodzić obowiązki, z krótkim wypoczynkiem, a gdy trzeba jedzie na prowincję, by
dowartościować znanych i oddanych księży, znajomych, kolegów i wychowawców. Tak

Strona 526

SZLAKAMI
             Jana Pawła II
   Wędrówki narciarskie
        po górach.
  Zakopane. Jaszczurówka.
     Wyjazdy na narty.




                                                 Klasztor urszulanek na Jaszczurówce, w
                                                 którym zatrzymywał się biskup i kardy-
                                                   nał, podczas pobytów w Zakopanem.




  Karol Wojtyła z przyjaciółmi w drodze
  na narty.



  Kalendarium wycieczek Karola Woj-
               tyły.
     Zakopane, Jaszczurówka, Urszulanki.
  Wyjazdy na narty. Od roku 1970 do 1978
- rokroczne wyjazdy w początkach stycznia na
   narty. Bywało i tak, że w niektórych latach
   kardynał wyjeżdżał na narty do Zakopanego
   także w lutym, a nawet w kwietniu. Pobyty
   przeważnie kilkudniowe, podczas których
   często podejmował samotne wycieczki
   narciarskie.




             W drodze na trasę, gdzie będzie
                     można przypiąć narty.

Strona 527

Wędrówka narciarska u podnóży Tatr Wysokich.
                 Biskup Wojtyła na tle Koziego Wierchu.


W Beskidach zimą.




                                                          Podczas wycieczki narciarskiej na szczycie
                                                                           góry z grupą przyjaciół.

Strona 528

526         Rozdział VIII - Powołanie

  jest np. 26 VI 1977 roku, gdy wadowicki prałat, kiedyś gimnazjalny katecheta, ks. Dr
  Edward Zacher obchodzi jubileusz 50-lecia kapłaństwa.
           Jubileusz ks. Zachera w wadowickim kościele parafialnym. Kardynał mówi m.in.:
           „Muszę się przyznać, że kiedy przybywam do tego kościoła, to w nim każdy kąt, każ-
  de miejsce w jakiś szczególny sposób do mnie przemawia. (...) Kiedy dzisiaj wszedłem do
  kościoła, musiałem spojrzeć na jedno miejsce, które zawsze pozostanie w mojej pamięci. To
  jest miejsce pomiędzy ławką a pierwszym ołtarzem (...) na tamtym miejscu stałem kiedyś w
  dniu, w którym sam otrzymywałem sakrament bierzmowania z rąk wielkiego metropolity
  krakowskiego, księcia kardynała Adama Stefana Sapiehy. Pamiętam to miejsce, nie zapomnę
  go do końca życia. Było to już w wyższym gimnazjum, chyba nawet niedługo przed maturą.
  (...) A ksiądz prałat był naszym katechetą gimnazjalnym: uczył nas religii w Gimnazjum im
  Marcina Wadowity, począwszy od klasy III gimnazjalnej - pamiętam w przełomie 1932/33
  roku aż do matury (...) Ile razy byliśmy razem na Leskowcu? (...) Muszę powiedzieć, że trud-
  no mi wyważyć, ile nauczyłem się tego prawdziwego i głębokiego nabożeństwa do Matki
  Bożej właśnie w tej Sodalicji (...) Pragnę z kolei podziękować (...) że tyle razy tutaj w tym
  wadowickim kościele urządzałeś mi Drogi Księże Prałacie, prymicje: naprzód kapłańskie, po-
  tem biskupie, potem arcybiskupie, potem kardynalskie. Żadna z tych prymicji nie minęła bez
  tego, ażebym nie mógł spotkać się z parafią, której zawdzięczam swoje duchowe narodziny
  i rozwój.”23
           Tak jest aż do dnia 3 X 1978, gdy odlatuje do Rzymu na pogrzeb Jana Pawła I, a potem
  już tylko oczekiwanie na konklawe, poprzedzone spotkaniami, rozmowami, mszami i mo-
  dlitwami. Ostatnia notatka w Księdze Czynności Biskupich: „Około godziny 17:15 - Jan
  Paweł II.”
           Celem tej książki jest pokazanie Czytelnikowi lat wadowickich, późniejszego papie-
  ża. Fakty świętego żywota, towarzyszące im przeżycia, doświadczanie różnych sfer w latach
  wzrastania, wpływów otoczenia i osób na kształtowanie osobowości. By obraz był pełny trze-
  ba uwzględnić wyjątkowość miejsca, w którym te procesy następowały, działanie „genius
  loci”, tej jedynej w swoim rodzaju „dziury”, miasta Wadowice. Niepowtarzalność ma zapewne
  każda mała mieścina, musi się tylko wydarzyć w niej coś niezwykłego byśmy ją odkryli. Ta-
  kiego szczęścia zaznały rodzinne dla papieża i dla nas Wadowice.
           Świat, Polska, Podbeskidzie - dowiedziały się, gdzie leżą i jakie są Wadowice.
  Zjeżdżali się dziennikarze i korespondenci, by przybliżyć je swoim odbiorcom. Opisywano
  ich obraz dzisiejszy i ówczesny, gdy dorastał przyszły papież. Wielu ludzi zapragnęło tu przy-
  być, by posmakować „wybranej krainy”. Wycieczki, pielgrzymki, poszukiwanie miejsc szcze-
  gólnych, których dotknął, gdzie mieszkał, uczył się i modlił. Wydano dziesiątki albumów,
  książek, ilustrowanych setkami, tysiącami fotografii - współczesnych i archiwalnych. Miejsco-
  wi twórcy zaktywizowali się, ze zdwojoną energią przeglądali zasoby prywatne i publiczne,
  by odnaleźć coś oryginalnego – zdjęcia, zapiski, wspomnienia. Wielu amatorów historyków
  i biografów sięgnęło po pióro, a malarze po pędzle, bo niepomiernie wzrosło zainteresowanie
  wszystkim co wadowickie. Miasto odnowiło się, przybyło lokali i sklepów, powstały muzea
  i zbiory regionalne. Nabrały wartości stare dokumenty, publikacje, widokówki i przedmioty
  z międzywojnia. Powstały nowe pomniki i pamiątkowe tablice. Cukiernicy przypomnieli so-
  bie recepturę kremówek. Przy tej okazji odkurzono wiele miejsc i postaci, odświeżono pamięć
  o przedwojennych wydarzeniach. Niektóre pisma zaczęły ukazywać się cyklicznie: „Nadska-
  wie”, „Nad Skawą”, „Wadoviana”. Ukazało się multum opracowań naukowych i popularnonau-
  kowych, bo takie było zapotrzebowanie społeczne. Niemal wszystkie okresy istnienia miasta
  doczekały się monograficznych opracowań. Nie koniec na tym; odbyło się sporo koncertów
  na rynku z udziałem gwiazd estrady, a także miejscowych muzyków. Powstały piosenki opie-
  wające „Małą Ojczyznę”, odbyły się plenery malarskie i fotograficzne, niezliczone prelekcje,

      23 - Adam Boniecki: Kalendarium życia Karola Wojtyły. Wydawnictwo „Znak”, Kraków 1983, s. 755-756

Strona 529

Rozdział VIII - Powołanie                     527




                                                                 „Papież z dalekiego kraju” (Rzym, 1978)
spotkania, sympozja. Powstały wiersze, nowe szlaki, a nawet „ławeczka” i kościół - wszystko
za sprawą Jana Pawła II. Odżyły postacie przedwojennych działaczy, profesorów, twórców,
ludzi powszechnie kiedyś znanych, a nawet zwykłych, a barwnych zjadaczy chleba. Dzięki
zebranym i opublikowanym wspomnieniom z „tamtych lat” udało się ocalić od zapomnienia
pamięć o ludziach skromnych, którzy otarli się o historię i odcisnęli swój ślad na biografii
papieża. Oprócz ojca Karola, to sąsiedzi, znajomi, nauczyciele, księża, profesorowie i koledzy
Karola Wojtyły. Do tej grupy należał też mój ojciec, który wzrastał obok Wybitnej Jednostki,
a sam od siebie nigdy o tym nie mówił. Dopiero naciskany przeze mnie, w sytuacjach towa-
rzyskich, otwierał się - wtedy wyciągało się z niego detale tkwiące w pamięci.
        Skoro podjęliśmy próbę podsumowania korzyści jakie wypływają z ogromnego za-
interesowania naszym miastem, warto zastanowić się czy turyści i pielgrzymi dostają to po
co tu przyjechali. Muzeum, Dom Rodzinny Jana Pawła II, wygląda dzisiaj inaczej niż było tu
kiedyś. Odwrotny jest kierunek ruchu, a całość bardziej okazała. Moim zdaniem należało
utrzymać układ wejścia, schodów, balkonu, a poszerzenie ekspozycji o wystawy i ekspona-
ty, poprowadzić po wyjściu z mieszkania w stronę rynku, gdzie byłoby wyjście z muzeum.
Wtedy wrażenie zwiedzających byłoby przybliżone do międzywojennych realiów, a to jest
najważniejsze dla istoty poznania prawdy. Zapewne można to kiedyś zmienić. Celem udo-
stępniania jest świadomość - jestem tu gdzie kiedyś żył Nasz Rodak, w skromnych warun-
kach, z ciemnym podwórkiem, z takim właśnie układem wejść, schodów, drzwi i okien.
        Już przed laty postulowałem aby w miarę możliwości zachować miasto takim, ja-
kie było przed laty. Chodzi o układ ulic, zabudowę rynkową, usytuowanie sklepów i lokali
w tych samych miejscach. To wszystko dla turystów, by móc powiedzieć, że miasto jest
takie jak w czasach młodości Karola Wojtyły. To najlepszy magnes - przyjeżdżajcie do pa-
pieskich Wadowic. A nawet, gdy to niemożliwe, po latach, to można umieścić fotografie,
tak jak zrobiono przy cukierni „Hagenhubera”. Ten pomysł można wykorzystać i w innych
miejscach. Np. Foltin, Bałamuth, Homme. Wystarczy na wystawie lub obok wejścia zawie-
sić archiwalny fotogram z podpisem, by przyjezdni zobaczyli jak tu było kiedyś.

Strona 530

528           Rozdział VIII - Powołanie




      Pierwsza wizyta papieża w Wadowicach. Przed rodzinnym domem.   Ławeczka przed liceum, a na niej Wielki Karol jako uczeń.
              Ławeczka z postacią gimnazjalisty Karola przed szkołą, to jeden z trafionych
      pomysłów, a zamiast monumentalnego pomnika papieża, których to pomników nie
      zawsze udanych jest mnóstwo, na wadowickim rynku winien znaleźć się Lolek idący
      z ojcem, trzymany za rękę. Taki obraz najczęściej wspominali znajomi, sąsiedzi i koledzy.
      10-letni chłopiec idący na spacer albo do kościoła, w krótkich spodenkach, w towarzystwie
      taty. Tego oczekują i potrzebują zwiedzający Wadowice. Chcą zobaczyć Tego, który tu dora-
      stał, chociażby w takim wcieleniu, wraz z charyzmatycznym ojcem, najbliższą mu osobą.
              Przed kościołem „Na skarpie”, poświęconym cudownemu ocaleniu papieża po za-
      machu winien być pomnik związany z tym wydarzeniem. Żeby przypominał przyszłym po-
      koleniom jak to było. Istnieje wspaniała fotografia osuwającego się Jana Pawła II na ręce
      swojego sekretarza księdza Dziwisza. Ten moment i ta scena najlepiej oddają okoliczności
      zamachu, niepokój o życie papieża, naszą trwogę i żarliwość modlitwy Polaków o ocalenie
      Jana Pawła II. Warto o tym wspominać, bo ci, którzy pamiętają i byli świadkami odcho-
      dzą. Trzeba pozostawić po sobie jasny przekaz o osobie dla nas wszystkich drogiej, przekaz
      prawdziwy. Wszyscy i mieszkańcy miasta i przyjezdni poszukujemy w Wadowicach tchnie-
      nia przeszłości. Współczesne szyldy, reklamy, gadżety nie są nam tu potrzebne, bo w tym
      miejscu rażą brzydotą. Gdybym był na miejscu właścicieli budynków, sklepów i lokali, za-
      dbałbym by moja własność przypominała stan przedwojenny. Nikt nie chodzi po tym rynku
      by podziwiać nowoczesność, to jej unikajmy, a zadbajmy o estetyczne elewacje, o zieleń,
      ławeczki i klimat tamtych lat. Nawet jeśli trzeba się cofnąć i coś poprawić, zmienić, coś co
      się wcześniej popsuło, kierując się trendem współczesnym. Gdyby ten nasz kochany Lolek
      wrócił i chciał zajrzeć do swego mieszkania, to by się w nim zgubił, z tym że najpierw mu-
      siałby wejść do domu, ale nie przez sklep Bałamutha, jak to robi się obecnie. Ludzie po to
      przyjeżdżają do Wadowic ze świata by zobaczyć mieścinę, prowincjonalną i zaściankową,
      bo to ona zrodziła Fenomen. Nie psujmy tego obrazu kiczowatą nowoczesnością.

Strona 531

Posłowie                 529




                                                                       Klasa papieska na spotkaniu w Watykanie. (1979 r.)
                                                 POSŁOWIE
       We wszystkich okresach swojego życia i pełnienia kolejnych stanowisk w hierarchii kościel-
nej, późniejszy papież pamiętał o Wadowicach i Wadowiczanach. Wyrażało się to odwiedzinami
nadskawskiego grodu, spotkaniami z przyjaciółmi, udziałem w zjazdach koleżeńskich, przesyła-
niem listów i życzeń, zapraszaniem do kurii, udzielaniem sakramentów świętych członkom za-
przyjaźnionych rodzin itd. Systematycznie zapraszał kolegów, maturzystów z 1938 roku, na spo-
tkania przy Franciszkańskiej. A po wyborze na papieża zaprosił ich do Rzymu.
        Podczas swych pielgrzymek do Ojczyzny trzy razy przyjechał też do Wadowic. Spoty-
kając tłumy na trasie, na rynku, czy w świątyniach serdecznie nas pozdrawiał, a w swoich wy-
stąpieniach zawsze powiedział coś ciepłego swoim ziomalom. Najbliższy kontakt nawiązał
podczas ostatniego pobytu, tocząc ze zgromadzonymi swoisty dialog. Wspominał bliskich
sobie ludzi i miejsca zapamiętane z młodości. Sam bawił się mówiąc o szkolnym teatrze
i pałaszowanych w cukierni kremówkach.
        W uniesieniu, po tych pamiętnych wydarzeniach, napisałem kilka piosenek, by
w zwięzłej formie utrwalić niepowtarzalne momenty. Po śmierci Jana Pawła II skreśliłem refleksje
w lokalnym wydawnictwie.
        „Ojciec Święty Jan Paweł II jest już po tamtej stronie. Z pewnością z góry będzie nas wspie-
rał w doczesnej wędrówce. Duchem będzie z Polską i z rodakami. To jedna ze wspaniałych cech
jego natury - umiłowanie Ojczyzny, wielkiej i małej, którą dla niego była Ziemia Wadowicka. Ostat-
nie słowa jakie wypowiedział publicznie brzmiały: „Witam Wadowice.”24
        Ze wspomnień wyłania się postać niezwykła, człowiek wszechstronnie uzdolniony
i pracowity, który skupiał w sobie wiele talentów i zalet. Nieraz komuś zdarza się mieć jedną, może
dwie wybitne cechy, wtedy wyrasta nieprzeciętny sportowiec, artysta, uczony, mąż stanu. Tym-
czasem w Wojtyle współistniały ogromne walory umysłowe, połączone z wyjątkową postawą mo-
ralną; dobroć, wrażliwość, chęć pomagania słabszym i niepojęta dla nas dojrzałość od lat chło-

 24 - Zbigniew Bieniasz: Ziarno padło na ziemię. Kalejdoskop Powiatowy, miesięcznik, nr 6 – czerwiec 2005, s. 27-
      29, Wadowice, Andrychów, Kalwaria.

Strona 532

530            Posłowie




      Jan Paweł II wyjeżdża z Wadowic po wizycie w 1979 r.
      pięcych. Ten potencjał rozwinął i dzięki temu wpływał na dzieje państw i narodów, na każdego z
      nas. Oto kilka dowodów na to, że otarliśmy się o kogoś niezwykłego. Koncentracją i uduchowie-
      niem zadziwiał, gdy w tłumie i zgiełku potrafił wyłączyć się i oddać modlitwie. Już w wadowickim
      kościele, jako dziecko jeszcze, modlił się w ten właśnie sposób, czym zwracał uwagę dorosłych.
      Podczas wycieczki szkolnej do Katowic, gdy dzwony biły na Anioł Pański, Karol, jakby nigdy nic,
      ukląkł na ulicy i zatopił się w modlitwie; nic sobie nie robił z konwenansów. Nad wiek dojrzały du-
      chowo, nie znajdował zrozumienia w środowisku sąsiedzkim ani wśród rówieśników. Gdy kolega
      pochodzenia żydowskiego, znalazł się wraz z Lolkiem w kościele, jakaś kobieta zganiła go: „Co
      ty tu robisz, tobie nie wolno tutaj przebywać!”, wtedy przyszły papież odpowiedział: „on, tak jak
      pani i ja, pochodzi od tego samego Boga”. Karol zresztą też w młodości znalazł się w synagodze,
      zaproszony na koncert właśnie przez Jurka Klugera. Występem był oczarowany, a przeżycie to po-
      zwoliło mu zbliżyć się do braci starszych w wierze. Innym razem, gdy nauczycielka i sąsiadka, pani
      Szczepańska, użalała się nad jego losem po śmierci brata, chłodno odpowiedział: „taka była wola
      Boża”. Zdumiała się i zawstydziła jego słowami widząc, że ten chłopiec ma głębszą wiarę niż ona.
              Karol Wojtyła już jako chłopiec dokonywał dojrzałych wyborów. Pochłonięty zabawą czy
      grą w piłkę, umiał powiedzieć sobie – dość; żegnał się z kolegami i odchodził, podczas gdy oni grali
      aż do zmroku. Na szkolną zabawę, owszem, zajrzał; trochę się pokręcił i znikał, bo szkoda mu było
      czasu. Wolał się uczyć. Dzięki temu osiągnął sukcesy szkolne i wnosił dużo ożywienia na lekcje. Jak
      wspominał profesor Kazimierz Foryś, miał własną metodę rozwiązywania problemów - rozważał je
      i dopiero po kilku dniach wracał do zagadnień; widząc je z dystansu, potrafił zawsze coś twórczego
      wymyślić. Jako biskup postępował podobnie, gdy trudne sprawy rozwiązywał wędrując po kal-
      waryjskich „dróżkach”, a nawet jako papież poszukiwał natchnienia na łonie przyrody – w górach,
      w odosobnieniu. Posiadał ważną umiejętność, która tak przyciągała ludzi do Niego - umiał słu-
      chać. Bacznie obserwował rozmówcę, nieraz rzucił krótką uwagę, zapisywał człowieka w pamięci
      i szedł dalej. Szanował czas, bezbłędnie odróżniał rzeczy ważne od nieistotnych. Kochał sztukę
      we wszystkich formach – literaturę, muzykę, malarstwo, rzeźbę. Starał się wszystkiego dotknąć i
      sprawdzał, co go pociągnie. Ostatecznie wybrał poezję i teatr, ale już na pierwszym roku studiów
      polonistycznych przestało mu to wystarczać. Do koleżanki z Wadowic, również studentki, powie-

Strona 533

Posłowie                 531




                                                       Marian Bieniasz wita się z Wielkim Kolegą. (1979 r. Watykan)
dział: „wiesz, to chyba jeszcze nie to”. Niedługo potem wybrał seminarium.
         Środowisko wadowickie sprzyjało rozwojowi wielkiej osobowości. Było tu sporo inteligen-
cji, która starała się zaspokoić swoje potrzeby kulturalne. Kwitło życie literackie, którego duszą
był Emil Zegadłowicz. Wokół niego skupili się poeci, pisarze, plastycy. Nośne idee regionalizmu w
sztuce urzeczywistniali twórcy grupy „Czartak”. Kult beskidzkiej przyrody, życie ludu i jego praca
- owiane baśniową metaforą, a zwłaszcza zrządzeniem Bożym, pochwała prostoty i wiejskiej oby-
czajowości - wszystko to osadzone w lokalnych realiach, zbliżało dzieła do odbiorców. W między-
wojennych Wadowicach żywe były tradycje amatorskiego ruchu teatralnego. Mieszanka społecz-
na Polaków, Żydów, inteligencji, rzemieślników, kupców - generowała potrzebę organizowania
się, rywalizacji; stymulowała rozwój różnorodnych form życia społecznego. Współzawodniczono
w sporcie i w kulturze. W piłce nożnej, w gimnastyce; w tym, kto lepiej wystawi ciekawą sztukę.
Działały czytelnie, kluby sportowe, istniały sale widowiskowe w „Sokole” i w Domu Katolickim. Mu-
zykowano w chórach i orkiestrach, prześcigano się w organizowaniu imprez patriotycznych, które
zazwyczaj poprzedzała msza święta. W międzywojniu rozwijał się na terenie ziemi wadowickiej
ruch turystyczny, narciarstwo i kwalifikowana turystyka górska, której bazą było schronisko pod
Leskowcem. Tak wyglądała w zarysie tkanka kulturotwórcza Wadowic, w której młody Karol mógł
szukać swojego miejsca, a poszukiwania te z pewnością przebiegały obok głównego nurtu, któ-
rym była wiara, modlitwa, posługa ministrancka. Do wiedzy, rozwoju i doskonałości pchała go
wyjątkowa ambicja, wytrwałość, a nawet upór w dążeniu do celu. Te cechy dobitnie przewijały się
przez wszystkie dokonania życiowe Karola Wojtyły.
         Ojciec opiekował się synem troskliwie. Gotował, prał, cerował, stwarzał Lolkowi wszel-
kie warunki, by ten mógł się rozwijać. Ich życie rodzinne po śmierci matki i Edmunda, ogra-
niczone było do relacji ojca z synem. Z rzadka kontaktowali się z dalszą rodziną. We wcze-
snym dzieciństwie miłość i opiekę dawała Karolowi matka, która przeczuwała, że jej synek
będzie wielkim człowiekiem (córka zmarła wcześnie i to pewnie wzmogło w matce czułość
i opiekuńczość). Potem po śmierci matki, wychowanie syna przejął ojciec. Był już na woj-
skowej emeryturze, mógł czas poświęcić wyłączcie synom i domowi. Psychologowie pod-

Strona 534

532           Posłowie
      kreślają, że w wieku 8-9 lat dziecko zwraca się w stronę ojca, który staje się wówczas drogo-
      wskazem, stawiającym też wymagania - kocha dziecko warunkowo; za to, że spełnia jego
      oczekiwania. Sądzę, że Karol Wojtyła senior postawił sobie jeden cel: zrobić wszystko, by ostatni
      potomek miał najlepsze z możliwych warunki rozwoju fizycznego, umysłowego i duchowego. Gdy
      w 1932 roku zmarł starszy syn, wysiłki te jeszcze się wzmogły. Ojciec jawi się nam jako człowiek
      całkowicie oddany młodszemu dziecku. Po śmierci żony wybrał samotność, codzienny trud w pro-
      wadzeniu domu, towarzyszenie jedynakowi w poznawaniu bliższego i dalszego otoczenia. Swym
      postępowaniem dawał przykład jak należy żyć, cierpieć, modlić się i cieszyć tym, co się ma. W mło-
      dości otrzymał wykształcenie rzemieślnicze - tak jak ojciec, czyli dziadek papieża, był krawcem.
      Później po obowiązkowej służbie wojskowej został zawodowym podoficerem armii austriackiej.
      Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, pracował jako naczelnik kancelarii w Powiatowej Ko-
      mendzie Uzupełnień w Wadowicach. Kolegom szkolnym syna dał się poznać jako człowiek po-
      bożny, łagodny, prowadzący prosty, wręcz surowy tryb życia. Zachował wojskowe nawyki - wraz
      z synem wcześnie wstawali, myli się w zimnej wodzie, gimnastykowali, odmawiali pacierz, uczest-
      niczyli w porannej mszy świętej, chodzili w ubraniach przypominających mundury, krótko ostrzy-
      żeni. Ten styl Lolek zmienia dopiero w okresie dorastania; pojawiają się pumpki, fryzury, stroje
      o kroju cywilnym. Kilkunastoletni Karol zaczyna samodzielnie poszukiwać swojej drogi życiowej.
      Zagląda do malarzy, rzeźbiarzy, interesuję się literaturą. Odwiedza Emila Zegadłowicza i Jędrzeja
      Wowrę, który swoimi figurkami ozdabia przydrożne kapliczki. Zaprzyjaźnia się z Mieczysławem
      Kotlarczykiem, teoretykiem i twórcą teatru żywego słowa - Karol udziela się w szkolnym teatrze;
      gra, reżyseruje, organizuje występy. Zaczyna pisać i dokonuje ważnego wyboru życiowego, jakim
      są studia polonistyczne w Krakowie.
              Stwórca jako reżyser i scenarzysta wybiera czas i miejsce akcji: międzywojen-
      ne Wadowice, w których żyje rodzina o szczególnym klimacie emocjonalnym; w pobliżu
      rynku, przy kościele, w takim a nie innym otoczeniu. W sąsiedztwie są góry, lasy, stawy, pola i
      rzeka Skawa. Wszystkiego po trochu. W mieście, niewielkim ale samorządnym, w Królew-
      skim Wolnym Mieście Wadowice, jest wiele znaczących postaci: księża, profesorowie, twórcy
      i myśliciele. Wszyscy się znają, a rytm życia wyznacza zegar kościelny odmierzający czas pracy
      i nauki, codziennych obowiązków i niedzielnego świętowania. Bliskie kontakty z krewnymi i zna-
      jomymi rodzą czytelne wzory i przykłady. Oczekiwania społeczne wobec młodych są wyraziste,
      więc i dążenia jasno określone. Małomiasteczkowa rzeczywistość jest bezpieczną, swojską, znaną,
      działa przez ograniczoną liczbę bodźców. Z drugiej strony cechuje się mnogością kontaktów spo-
      łecznych, które są bliskie i przyjazne. Kolorytem powiatowej społeczności jest też prowincjonalna
      obyczajowość – ciepła, przewidywalna, czarno-biała. Takie miejsce było sednem i tłem, a ziarno
      padło na żyzną glebę.
              Na koniec jedna osobista refleksja. Karol Wojtyła, późniejszy papież był zawsze rozkochany
      w turystyce, w poznawaniu przyrody i w obcowaniu z nią. Pociągał młodych za sobą, by wędrowa-
      li, by medytowali, by poszukiwali Stwórcy w pięknym otoczeniu. Jan Paweł II przez cały swój ży-
      wot mógł być żywą reklamą aktywnej, a nawet kwalifikowanej turystyki. Wystarczy popatrzeć na
      fotografie, które dobitnie odzwierciedlają jego zamiłowania. To wędrówki po tatrzańskich i
      bieszczadzkich trasach z plecakiem, w pełnym turystycznym oprzyrządowaniu.
              Zjazd na nartach, możliwe, że z Kasprowego, z archaicznym jak na dzisiejsze czasy wy-
      posażeniem. Nie zapominajmy, że przed wojną popularne były wędrówki narciarskie, od schroni-
      ska do schroniska, a nie tylko zjazdy i wyciągi w górę.
             Następna forma aktywności turystycznej – wycieczki rowerowe. Karol Wojtyła, ksiądz lub
      biskup, na rowerze w krakowskich dolinkach, w skalnym rezerwacie. Zostały jeszcze biwaki
      i namioty, na kolejnych etapach kajakowego spływu. Co udokumentował zdobyciem brązowej
      odznaki kajakowej.
            Cztery najpiękniejsze formy turystyki, wielokrotnie powtarzane, w różnej scenerii ale
      zawsze w towarzystwie podobnych do niego zapaleńców, przeważnie młodszych. Prawie każdy

Strona 535

Posłowie       533
Wadowiczanin kocha góry, wędrówki, narty i wodę - bo to mamy w zasięgu ręki. Ja też za przy-
kładem własnego ojca złapałem tego bakcyla, by po latach uzyskać uprawnienia przewodnika
beskidzkiego, przodownika Górskiej Odznaki Turystycznej, a u schyłku aktywności zostać uhono-
rowanym odznaką „Zasłużonego Przewodnika Turystycznego” za pracę z młodzieżą. W dowód czci
dla Naszego Papieża tworzę wystawę biograficzną: „Droga do świętości”, przy parafii pod wezwa-
niem św. Jana Pawła II w Pszczynie, by przybliżyć młodym pokoleniom fenomen Wielkiego Roda-
ka, poprzez wadowickie korzenie, dorastanie i młodość.

Strona 536

534                Bibliografia

                                                                           BIBLIOGRAFIA

      Atlas historyczny Polski. Red. Czapliński W. i Ładogórski T., wyd. 1, Warszawa 1967.
      Bieniasz Zbigniew, Jurczak Zbigniew: Wadowice Karola Wojtyły. Towarzystwo Miłośników Ziemi Wadowickiej, Wadowice 1983.
      Bieniasz Zbigniew: Edward Kozikowski – współzałożyciel Czartaka. „Nadskawie” zeszyt 5-6, TMZW Wadowice 1986.
      Bieniasz Zbigniew: Maestra z Wadowic.W: „Nad Skawą” nr 30-35 (czerwiec-sierpień) 1997.
      Bieniasz Zbigniew: Najstarsza szkoła w Wadowicach; „Nad Skawą” nr 4 (7/27) wrzesień 1995.
      Bieniasz Zbigniew: Ziarno padło na ziemię. „Kalejdoskop Powiatowy” nr 6 – czerwiec 2005, Wadowice, Andrychów, Kalwaria.
      Biesik Tomasz: Schroniska górskie na starej pocztówce i fotografii. Beskid Mały, Śląski i Żywiecki. Bielsko-Biała 2004.
      Błachut Władysław: Awans literacki wiejskiego muzyka (…) „Nadskawie”, TMZW Wadowice, 1984.
      Bober Jerzy: Prycza w pryczę; w: Juliusz Kydryński: Młodzieńcze lata Karola Wojtyły. Kraków 1990.
      Bojeś Teofil: Ostatni Mohikanie, Wydawnictwo Św. Stanisława BM Archidiecezji Krakowskiej, Kraków 2000.
      Boniecki Adam: Kalendarium życia Karola Wojtyły. Wydawnictwo „Znak”, Kraków 1983.
      Boras Zygmunt: Książęta piastowscy Śląska, Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1974.
      Borodziej Włodzimierz, Górny Maciej – Nasza wojna, tom I, Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa 2014.
      Broda Józef: Gospodarka leśna w dobrach żywieckich do końca XVIII wieku. PWN Warszawa, 1956.
      Brückner Aleksander: Dzieje kultury polskiej. Wydawnictwo W.L. Anczyc i Spółka. Kraków 1931.
      Brückner Aleksander: Słownik etymologiczny języka polskiego. Wiedza Powszechna. Warszawa 1974.
      Bujak Adam, Rożek Michał: Wojtyła. Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1999.
      Bujak Adam: Mała Ojczyzna Jana Pawła II. Biały Kruk, Kraków 2003.
      Burghardt Marta: Wadowickie korzenie Karola Wojtyły, Wadowice, 2013.
      Był wśród nas Karol Wojtyła - Jan Paweł II. Oprac. A. Mrowiec. Bielsko-Biała 2015.
      ks. Cegiełka Franciszek P.S.M.: Pallotyni w Polsce, Warszawa 1935.
      Cisek Marek: W kącie czy na froncie?: Kęty wokół legendy legionowej. Kęty 2013.
      Delavaux L.: Górale beskidowi zachodniego pasma Karpat. Kraków 1851.
      Długosz Jan: Liber beneficiorum dioecesis Cracoviensis T. II. Ecclesiae parochiales, Kraków 1864.
      Długosz Jan: Roczniki czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego, księga 12 (1462-1480), Warszawa 2009.
      Drost Jacek: Olga, siostra Jana Pawła II, urodziła się i zmarła w Białej. „Polska Dziennik Zachodni” 7 grudnia 2012.
      Drozd Marek: Organizacja i działalność gminy miejskiej w Wadowicach w latach 1866–1914. W: Królewskie wolne miasto Wadowice, pod red. A. Nowakowskiego, Warszawa 1994.
      Dziedzic Stanisław: O młodzieńczych peregrynacjach w juweniliach poetyckich Karola Wojtyły. „Wadoviana”, nr 3, Wadowice 1999.
      Dziwisz Stanisław: Świadectwo. Warszawa 2007.
      Frossard André: Nie lękajcie się. Rozmowy z Janem Pawłem II. Libreria Editrice Vaticana, 1982.
      Frost Ernst: Der Papst aus einen fernen Land. Verlag Fritz Molden. Wiedeń 1980.
      Gadłowski Kazimierz, Juliusz K. Kozłowski: Historia starożytna ziem polskich. PWN Warszawa, 1979.
      Gajczak Roman Antoni: Kultura i Sztuka. „Nadskawie”. TMZW Wadowice 1985/6.
      Gajczak Roman Antoni: Sercu najbliższe. Wydawnictwo OO Karmelitów Bosych, Kraków 1987.
      Gajczak Roman Antoni: Wadowice miasto rodzinne Jana Pawła II. Warszawa 1986.
      Galicja na józefińskiej mapie topograficznej. 1779-1783. Tom I, część A, sekcje 1-30, s. 76-77. Kraków 2012.
      Gierowski Józef Andrzej: Historia Polski 1764-1861. PWN Warszawa, 1980.
      Gil Czesław OCD: Wadowice w zapiskach klasztornych kronikarzy. 1892–1945, Wadowickie Centrum Kultury, Wadowice 2002.
      Grabowski Zbigniew: Poetowe gody w Gorzeniu Górnym. „Ilustrowany Kurier Codzienny” nr. 157 z dnia 8 VI 1933.
      Grodecki Roman: Polska Piastowska, Warszawa 1969.
      Grodnicki Adam, Jaglarz Jerzy Roman, Fidziński Jan: Opowieść o Wadowicach. BTSK, Bielsko-Biała 1983.
      Grodziski Stanisław: Franciszek Józef I. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1983.
      Gruszczyńska Danuta: W Wadowicach wszystko się zaczęło. Apostolicum, Ząbki 2001.
      Hajewski Władysław: Zarys historii pracy niepodległościowej powiatu wadowickiego. Nakładem Zw. Legionistów Polskich, Wadowice 1937.
      Heck Walerian: Archiwum miejskie w Wadowicach. W: Sprawozdanie Dyrekcyi Gimnazjum w Wadowicach za rok szkolny 1889.
      Heck Waleryan: Archiwa miejskie księstw Oświęcimskiego i Zatorskiego. Kraków 1891.
      Herzog Józef: Krzyż Niepodległości. Wspomnienia ze służby w Legionach. Nowy Jork 1994.
      Historia powszechna, tom III. Książka i Wiedza. Warszawa 1966.
      Historia Śląska od najdawniejszych czasów do roku 1400, t. I. Polska Akademia Umiejętności, Kraków 1933.
      Anonim tzw. Gall – Kronika Polska, przełożył Roman Grodecki. Kraków 1982.
      Jakubowski Krzysztof: Ulica Rajska: Przedmiejska zabudowa. „Gazeta Wyborcza” z dnia 18 czerwca 2010 r.

Strona 537

Bibliografia                                             535
Jasienica Paweł: Polska Piastów. Warszawa 1966.
Jednodniówka Ziemia Wadowicka: Kółko Krajoznawcze im. Emila Zegadłowicza przy Gimnazjum Żeńskiem w Wadowicach. Roku wydania nie oznaczono (ok. 1935 – dop.
autora ZB), Biblioteka Jagiellońska, nr. sygnatury 126633444.
Jeleński Andrzej: Osada z epoki kamienia. Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1984.
Jurczak Zbigniew: Początki osady Wadowice. „Nadskawie”, zeszyt 7-8, TMZW Wadowice 1989.
Jurczak Zbigniew: Wadowiczanie. TMZW, Wadowice 2012.
Kaczyński Bogusław: Dzikie orchidee. Wydawnictwo Radia i Telewizji, Warszawa 1983.
Ketterl Eugen: Wspomnienia kamerdynera cesarza Franciszka Józefa I. Wydawnictwo Miniatura, Kraków 1990.
Kindziuk Milena: Matka papieża. Wydawnictwo „Znak”, Kraków 2013.
Klima Teofil: Akta do konfederacji r. 1768 województwa krakowskiego, a zwłaszcza księstw oświęcimskiego i zatorskiego. Wadowice, 1903.
Klima Teofil: Wadowice. I. Z Przeszłości miasta. II. Organizacja miejska i sądownictwo od 1550-1784 r. Sprawozdanie Dyrekcyi Gimnazjum w Wadowicach za rok 1905–1907.
Komoniecki Andrzej: Chronografia albo dziejopis żywiecki. Towarzystwo Miłośników Ziemi Żywieckiej, Żywiec 1987.
Kopaliński Władysław: Słownik wyrazów obcych. Warszawa 1971.
Kossak Zofia: Błogosławiona wina. Warszawa 1972.
Kotlarczyk-Mrozowa Janina: Przeżyjmy to jeszcze raz…, „Nadskawie”. TMZW Wadowice 1985/86.
Kotlarczyk Mieczysław: XXV lat Teatru Rapsodycznego w Krakowie, 1941–1966, Kraków 1966.
Kozikowski Edward: Portret Zegadłowicza bez ramy. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1966.
Koźbiał Krzysztof: Powiat wadowicki w świetle badań archeologicznych. „Wadoviana” nr 8 2004.
Kowalska-Lewicka Anna: Jędrzej Wowro: świątkarz beskidzki = Beskidian holy sculpture maker. Wadowice 2006.
Kronika Polski. Warszawa 2007.
Królewskie wolne miasto Wadowice. Studia z dziejów i ustroju miasta. Red. A. Nowakowski, Warszawa 1994.
Mokrzycki Mieczysław, Grysiak Brygida: Najbardziej lubił wtorki. Wydawnictwo M, Kraków 2008.
Królikiewicz-Kwiatkowska Halina: Wzrastanie. W: Młodzieńcze lata Karola Wojtyły. Red. J. Kydryński, Kraków 1990.
Kuś Jan: Jak go zapamiętałem. W: Młodzieńcze lata Karola Wojtyły. Red. J. Kydryński, Kraków 1990.
Kwiatkowska Halina: Wielki kolega. Oficyna wydawnicza Kwadrat s.c., Kraków, 2003.
Kwiatkowski Tadeusz: Karol. W: Młodzieńcze lata Karola Wojtyły. Red. J. Kydryński. Kraków 1990.
Kwiatkowski Tadeusz: Płaci się każdego dnia. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1986.
Kydryński Juliusz: Pomazaniec z Krakowa. W: Młodzieńcze lata Karola Wojtyły. Red. J. Kydryński, Kraków 1990.
Lenczowski Franciszek: Inwentarze dóbr żywieckich z XVIII wieku (…) Żywiec 1980
Lustracja województwa krakowskiego, rok 1564. cz. I. Wydał Jan Małecki, PWN Warszawa, 1962.
Łepkowski Józef: Kalwaria Zebrzydowska i jej okolice pod względem dziejowym i archeologicznym. Kraków 1897.
Mała Encyklopedia Sztuki Polskiej. Red. A. Górska, Kraków 2006.
Marczewski Bolesław: Powiat wadowicki pod względem geograficznym, statystycznym i historycznym. Kraków 1897.
Małysa Andrzej: I Brygada Legionów Polskich w Wadowicach (styczeń 1915 r.). W: Idziemy w bój. Red. K. Meus. Stowarzyszenie Absolwentów Liceum Ogólnokształcącego
im. Marcina Wadowity w Wadowicach, Wadowice 2018.
Marczyk Mariusz: Poetów „Czartaka” portret w ramie. „Nadskawie” zeszyt 3-4, TMZW Wadowice, 1983.
Meus Konrad: Wadowice 1772-1914. Studium przypadku miasta galicyjskiego. Kraków 2013.
„Miałem tam dom”. Jan Paweł II w domu na Jaszczurówce. Zakopane 2017.
Miodek Jan: Przez lata ze słowem polskim. Kraków, 1991.
Mistrz Wincenty tzw. Kadłubek – Kronika Polska, Kraków 1991
Musioł Ludwik: Pszczyna – monografja historyczna. Katowice 1936.
Nazwy miast Pomorza Gdańskiego. Red. H. Górnowicz i Z. Brocki. Wrocław 1978.
Nowakowski Andrzej: Oświęcim i Zator lennem czeskim (1327-1462). „Przegląd historyczny” zeszyt 3, Warszawa 1985.
Nowakowski Andrzej: Z dziejów miasta i parafii Wadowice. Polskie Towarzystwo Teologiczne. Kraków 1985.
O’Brien Darcy: Papież nieznany. Wydawnictwo: Jacek Santorski end CO, Warszawa 1998.
Orłowicz Mieczysław: Ilustrowany przewodnik po Galicji. Lwów 1919.
Osiecki Jerzy: Kielecki epizod podoficera rachunkowo-kontrolnego Karola Wojtyły. „Świętokrzyskie” 2012 nr 7 (11).
Otrzymaliście ducha przybrania za synów. S. Dziwisz, H. Nowacki W. Rakoczy. Watykan 1992.
Pham John Peter: Następcy Świętego Piotra. Poznań 2005.
Pietrusiński Ludwik: Podróże, przejażdżki i przechadzki po Europie. Warszawa, G. Sennewald, 1843, tom I-III.
Popiołek Kazimierz: Śląskie dzieje. PWN Warszawa-Kraków 1976.
Powiat Wadowice. Letniska. Turystyka. Wyd.: Zarząd Powiatowy Wadowice. Komisja Letniskowo-Turystyczna. Wadowice (brw).
Pronaszko Zbigniew: Kompromitacja Wadowic. „Wiadomości Literackie”, nr 8 z dnia 23 lutego 1936 r.

Strona 538

536               Bibliografia
      Pruszyński Ksawery: Podróże po Polsce. Podróże po Europie. Wyd. Literackie, Kraków 1969.
      Pulcyn Władysław: Wojtyłowie Papieski Ród. Wydawnictwo Edipresse SA, Warszawa 2005.
      Putek Józef: Miłościwi panowie i krnąbrni poddani. Wydawnictwo Literackie. Kraków 1959.
      Putek Józef: O zbójnickich zamkach, heretyckich zborach i oświęcimskiej Jerozolimie. Kraków 1938.
      Rado Monika: Szczęście w cudzym mieście. „Nadskawie” TMZW Wadowice 1986, zeszyt 5-6
      Rajman Jerzy: Mieszko Plątonogi, pierwszy książę raciborsko-opolski (1173-1211), Kwartalnik Historyczny PAN, 1996, nr 1.
      Rospond Stanisław: Mówią nazwy. Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne. Warszawa 1976.
      Rospond Stanisław: Słownik etymologiczny miast i gmin PRL. Zakład Narodowy im. Ossolińskich. Wrocław 1984.
      Różanka Amanda SRB: Aby odnowić oblicze ziemi. Zgromadzenie Sióstr Rodziny Betańskiej, Lublin 1992.
      Sprawozdanie Dyrekcyi Gimnazjum Wadowickiego za r. szk. 1915/16. Wadowice 1916.
      Seweryn Tadeusz: Świątkarz powsinoga. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1963.
      Siemionow Aleksy: Ziemia Wadowicka, PTTK Wadowice, 1984.
      Siłkowski Zbigniew: Wspominać lata. W: Młodzieńcze lata Karola Wojtyły. Red. J. Kydryński, Kraków 1990.
      Słownik Biograficzny Teatru Polskiego 1765-1965. Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1973.
      Słownik imion: Zakład Narodowy im. Ossolińskich. Wrocław 1991.
      Słownik Starożytności Słowiańskich, t. 4 P - R. Red.: Labuda G. i Stieber Z. Wrocław 1970.
      Sosnowski Kazimierz: Jubileusz Emila Zegadłowicza. „Wierchy”, 1933.
      Sosnowski Kazimierz: Poświęcenie schroniska na Leskowcu, „Wierchy”, 1933
      Sosnowski Kazimierz: Przewodnik po Beskidach Zachodnich i Pieninach z terenami narciarskimi. T. II, Kraków 1930
      Sowińska Teresa: Zbigniew Pronaszko. Warszawa 1984.
      Spisak Grzegorz: O wadowickich cukierniach. „Wadoviana” nr 3, 1999.
      Stein Edyta: Światłość w ciemności. Wydawnictwo OO. Karmelitów Bosych, Kraków 1977.
      Strojny Aleksander, Płaszczyca Marcin: Wadowita Marcin. In uniwersitate Collegia majoris proffessor. Muzeum Miejskie. Wadowice 2000.
      Studnicki Gustaw: Pierwsza wśród równych. TMZW, Wadowice 1991.
      Studnicki Gustaw: Wadowice, karty z przeszłości. TMZW, Wadowice 1992.
      Studnicki Gustaw: Zarys dziejów oświaty i szkolnictwa w Wadowicach. Wadowice 1996
      Suknarowski Franciszek: Wadowickie środowisko plastyczne. „Nadskawie” zeszyt 3-4, TMZW Wadowice 1984.
      Szczypka Józef: Droga do Rzymu. Instytut Wydawniczy PAX, 1980.
      Szematyzm Królestwa Galicji i Lodomeryi z Wielkim Księstwem Krakowskim na rok 1914. Lwów1914.
      Szlezynger Piotr: Początek drogi. Pierwsza parafia księdza Karola Wojtyły pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Niegowici. Niegowić 2016.
      Szołtysek Marek: Papież na Górnym Śląsku. Rybnik 1998.
      Świeżawski Ludwik: Muza łaskawa. Łódź 1972.
      Świżek Klemens: Wspomnienia z Wadowic. „Nadskawie”. TMZW Wadowice 1986.
      Taszycki Witold: Najdawniejsze zabytki języka polskiego. Zakład Narodowy im. Ossolińskich. Wrocław 1975.
      Taszycki Witold: Słowiańskie nazwy miejscowe. Ustalenie podziału. Kraków 1946.
      Tatka Rafał: Informator Turystyczno-Krajoznawczy PTTK Wadowice 1980.
      „Teatr” Rok XVIII, nr 10 – (16-31 maja 1963).
      Tygodnik „Rewia”: Jak Lolek uczył się tańczyć, 2011. Nr 14 z dnia 6 IV
      Wadowice w zapiskach klasztornych kronikarzy 1892–1945. Oprac. C. Gil. OCD. Wadowickie Centrum Kultury, 2002 r.
      Wasiak Andrzej: Konfederacja barska w Wadowicach. „Wadoviana”, nr 3, 1999.
      Weiss - Nowina Konopka Zofia: Kalwaryjski szlak Wojciecha Weissa. Kalwaria Zebrzydowska 2010.
      Wójcik Mirosław: Pan na Gorzeniu. Wydawnictwo Akademii Świętokrzyskiej, Kielce 2005.
      W pielgrzymce do ojczystej ziemi : Jan Paweł II w Polsce 2 czerwca-10 czerwca 1979. Paryż 1980.
      Wyrozumski Jerzy: Historia Polski do roku 1505, PWN Warszawa, 1980.
      Zapart Andrzej: Szkolnictwo parafialne w archidiakonacie krakowskim od XVI do XVIII wieku. RW KUL, Lublin 1983.
      Zegadłowicz Emil: Martwe morze. Wydawnictwo Literackie Kraków 1954.
      Zegadłowicz Emil i Kozikowski Edward: O Jędrzeju Wowrze snycerzu beskidzkim. Warszawa 1957.
      Zejszner Ludwik: Podróże po Beskidach, Biblioteka Warszawska 1848.
      Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prace językoznawcze, zeszyt 57. Oprac.: M. Karaś i L. Łysiak. Warszawa 1978.
      Ziemia Wadowicka. Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne, Kraków 1968.
      Złoty Andrzej: Powiat pszczyński w dawnej kartografii. Pszczyna 2006.
      Zuchniewicz Paweł: Młode lata Papieża. Lolek. Warszawa 2005.

Strona 539

Wykaz źródeł pozyskania ilustracji                                                537
                                    WYKAZ ŹRÓDEŁ POZYSKANIA ILUSTRACJI
7     Herb Wadowic. Zbiory Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej (TMZW).          73      Walas żywiecki z Żabnicy (…). „Wierchy” 1934.
8     Grodzisko (…). Fot. Zbigniew Bieniasz (Fot. Z.B.).                             74      Drzewo genealogiczne rodu Wojtyłów (…). Przygotowane na podstawie:
9     Plemiona Słowiańskie w XIw. Złoty Andrzej: Powiat pszczyński w dawnej karto-           Szczypka Józef: Droga do Rzymu. Warszawa 1980 oraz innych źródeł.
      grafii. Pszczyna 2006.                                                       75        Mapa Podbeskidzia. Zb. Aut.
10    Państwo Polskie (…). Kronika Polski. Warszawa 2007.                            76      Kęty. Kaplica św. Jana Kantego. Zb. Aut.
13    Kronika Galla Anonima (…). Kronika Polski, tamże.                              77      Czaniec (od zachodu). Fot. Z.B.
14    Kazimierz II Sprawiedliwy. Kronika Polski, tamże.                              77      Czaniec na tle pasemka Hrobaczej Łąki (…). Foto Z.B.
15    Kronika Wincentego Kadłubka. Kronika Polski, tamże.                            78      Kalwaria na rycinie XVII w. Siemionow Aleksy: Ziemia Wadowicka. Wadowice
16    Władztwo Mieszka Plątonogiego. Złoty Andrzej, tamże.                                   1984.
17    Racibórz. Plan sytuacyjny osadnictwa (X-XII w.). Słownik Starożytności Słowiań- 80     Pomnik na cmentarzu w Czańcu (…). Fot. Z.B.
      skich, t. 4 P - R. Red.: Labuda G. i Zdzisław Stieber Z. Wrocław 1970, s. 439.  80     Kościół w Czańcu. Fot. Z.B.
18    Bolesław V Wstydliwy. Kronika Polski, tamże.                                   81      Dom w Lipniku, w którym urodził się Karol Wojtyła senior. Muzeum Historyczne
18    Dokument wydany przez Mieszka I cieszyńskiego w 1287 r. „Dziennik Zachodni”            w Bielsku-Białej.
      nr 10, 2001.                                                                81         Biała z początku XX w. Muzeum Hist., tamże.
19    Zamek w Oświęcimiu. Zbiory Autora.                                             83      Rodzina Macieja Wojtyły (…) Muzeum Dom Rodzinny Jana Pawła II w Wa-
21    Dokument lenny z 1327 r.(…). Wojewódzkie Archiwum Państwowe w Pradze                   dowicach.
      (Státní oblastní archiv v Praze).                                    84                Grób Macieja i Marii Wojtyłów. Fot. Z.B.
22    Powiększona nazwa (…). Wojewódzkie, tamże.                                     86      Mapa z oznaczonymi miejscowościami, z których wywodzą się przodkowie Emilii
25    Dokument z roku 1400 (…). Pozyskane z Archiwum Państwowego Oddział w                   Wojtyłowej z.d. Kaczorowskiej. Opracowana w oparciu o: Atlas historyczny Pol-
      Oświęcimiu, dziś Archiwum Państwowe w Katowicach.                                      ski. Red. Czapliński W. i Ładogórski T., Warszawa 1967.
26    Ruiny zamku Włodkowej (…). Fot. Z.B.                                           87      Kraków, ul. Smoleńsk. Narodowe Archiwum Cyfrowe (NAC).
27.   Zamek lanckoroński (…) z 1618r. Putek Józef: O zbójnickich zamkach, heretyc- 88        Drzewo Geneaologiczne rodu Kaczorowskich. Przygotowane na podstawie: Kin-
      kich zborach i oświęcimskiej Jerozolimie. Kraków 1938.                                 dziuk Milena: Matka papieża. Kraków 2013.
28    Ruiny zamku Wołek nad Kobiernicami. Fot. Z.B.                                88        Grobowiec (…) na Cmentarzu Rakowickim (…). Fot. Z.B.
29    Wzniesienie Wołek (…). Fot. Z.B.                                               89      Koszary im. Franciszka Józefa (…). Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Krako-
                                                                                             wie.
31    Wieża zamku w Zatorze (…). TMZW.
                                                                                     90      Karol Wojtyła senior w grupie żołnierzy (…). Muzeum Dom, tamże.
32    Dokument z 1445 r. (…). Pozyskane, tamże.
                                                                                     91      Fotografia ślubna (…) Wojtyłów 1906 r. Muzeum Dom, tamże.
33    Dokument potwierdzający inkorporację (…) Archiwum Główne Akt Dawnych w
      Warszawie.                                                                     92      Rodzeństwo Kaczorowskich (…). Muzeum Dom, tamże.
34    Fragment Dzieła: Komoniecki Andrzej: Chronografia albo dziejopis żywiecki. To- 94      Emilia Kaczorowska (…). Muzeum Dom, tamże.
      warzystwo Miłośników Ziemi Żywieckiej, Żywiec 1987.                            94      Kościół św. Apostołów Piotra i Pawła w Krakowie (…). Zb. Aut.
35    Przywilej króla Augusta III dla Wadowic z 1754 r. Pozyskane, tamże..           96      Metryka ślubu Wojtyłów. Archiwum Kurii Metropolitarnej w Krakowie.
36    Fragment mapy (…) z okolicą Wadowic. Biblioteka Jagiellońska Kraków.           96      Wojtyłowie z synem Edmundem (…). Muzeum Dom, tamże.
37    Strona tytułowa Księgi Miejskiej z 1777 r. Pozyskane, tamże.                   97      Kraków w pierwszej dekadzie XX w. Zb. Aut.
41    Mapa Stanisława Porębskiego (…). Biblioteka J., tamże.                         99      Kraków ul. Kościuszki (…). NAC.
43    Portret Marcina Wadowity. TMZW.                                                100     Koszary 56 p.p. przed I wojną światową. Muzeum Miejskie w Wadowicach.
44.   Kościół św. Floriana w Krakowie (…). Fot. Z.B.                                 101     Ulica Lwowska w galicyjskich Wadowicach. Zbiory Mariusza Jasińskiego.
49.   Mapa Galicji. TMZW.                                                            103     Wadowicki Rynek w dzień targowy (…). TMZW.
52    Fragment mapy Miega, Wadowice. TMZW.                                           109     Kościół księży Pallotynów na Kopcu (…). Muzeum miejskie, tamże.
55    Mapa Obwodu Wadowickiego (…). TMZW.                                            111     Rodzina Pukłów. Zbiory Danuty Gruszczyńskiej.
55    Wadowice w latach 30-tych XIX w., mal. Rudolf Alt. TMZW                        119     Walki z wojskami rosyjskimi na ziemiach polskich. Zb. Aut.
57    Dokument z okresu Wiosny Ludów 1848r. Pozyskane, tamże.                        120     Wadowice ul. Długa (…). TMZW.
59    Młody Franciszek Józef. Miejski Ośrodek Kultury w Hranicach.                   121     Szkoła wydziałowa żeńska (…). TMZW.
62    Abiturienci (…) z roku 1894. Fot. udostępniona przez Janinę Pindelską.         124     Baraki szpitalne w Hranicach (…). Miejski Ośrodek, tamże.
63    Cmentarz żydowski w Wadowicach. TMZW.                                          124     Hranice (…) widok ogólny. Miejski Ośrodek, tamże.
64    Dworzec kolejowy w Wadowicach (…). TMZW.                                       126     Karol Wojtyła (senior) nad Skawą. Muzeum Dom, tamże.
66    Oryginalny gmach wadowickiego Sokoła. TMZW.                                    126     Katalog klasowy (…) r. szk. 1913/14. Zespół Szkół Publicznych nr 3 w Wadowi-
67    Abiturienci gimnazjalni (…) z roku 1896. Zb. Aut.                                      cach.
68    Sypanie kopca w wadowickim parku. Zbiory Stanisława Kuliga.                    127     Strona katalogu (…). Zespół Szkół, tamże.
69    Abiturienci gimnazjalni (…) z początku XX w. Zb. Aut.                          128     Katalog klasowy (…) r. szk. 1914/15. Zespół Szkół, tamże.
70    Staroście Karolowi Franzowi (…) (malował ok. 1907 r. Stanisław Tondos). 129            Adnotacja o ewakuacji rodziny Wojtyłów do Hranic (…). Zespół Szkół, tamże.
      TMZW.                                                                   130            Widokówka z Hranic (…). Miejski Ośrodek, tamże.
72    Wołoskie pochodzenie nazwiska Wojtyła. Putek Józef, tamże.                     132     Zburzony fort w Przemyślu. Zb. Aut.

Strona 540

538         Wykaz źródeł pozyskania ilustracji
      134   Przełamanie frontu pod Gorlicami. Zb. Aut..                                    221    Fotografia z kursu w Grudziądzu. Muzeum Dom, tamże.
      136   Karol Wojtyła urzędnik wojskowy przy PKW w Wadowicach. Muzeum Dom, tam- 222           Józef Putek (…) Muzeum Miejskie w Wadowicach.
            że.                                                                     223           Strona tytułowa „Chłopskiego Sztandaru”. TMZW.
      139   Karta Identyfikacyjna Emilii Wojtyłowej. Muzeum Dom, tamże.             226           Ulica Lwowska (3 maja) (…) od koszar w stronę Skawy (…). Zb. Aut.
      139   Fotografia do karty identyfikacyjnej (1915). Muzeum Dom, tamże.                226    Dom Pukłów na ulicy Mickiewicza. Fot. Z.B.
      139   Edmund Wojtyła, pamiątka I Komunii Świętej (…). Muzeum Dom, tamże.             226    Planty (…). Fot. Z.B.
      147   Edmund Wojtyła w mundurze szkoły wojskowej (1916). Muzeum Dom, tamże.          227    Aleja kolejowa (…). Fot. Z.B.
      148   Zapis w parafialnej księdze zmarłych o siostrze Oldze. Parafia p.w. Opatrzności 227   Przy ulicy Zatorskiej (…). Fot. Z.B.
            Bożej w Bielsku-Białej.
                                                                                            227   Ulica Tatrzańska (…) Zbiory Z. Kłobuch.
      149   Kamienica w Białej (…), w której urodziła się Olga. Fot. Z.B.
                                                                                            228   Wujostwo Wiadrowscy, Maria i Leon. Fot. Janusz Sobala. Muzeum Dom, tamże.
      150   Emilia Wojtyłowa z synem Edmundem (1917). Archiwum Kurii, tamże.
                                                                                            230   Klasztor sióstr Nazaretanek. Foto A. Szydłowski. Zb. Aut.
      152   Cesarz Franciszek Józef I. Miejski Ośrodek, tamże.
                                                                                            231   Ochronka sióstr Nazaretanek. Fot. Z.B.
      154   Zapis o przebiegu służby Karola Wojtyły seniora. Zb. Aut.
                                                                                            232   Ojciec z przedszkolakiem Lolkiem, ok. 1924. Archiwum Kurii, tamże.
      155   Zapis o przebiegu służby, pisany własnoręcznie przez K. Wojtyłę. Zb. Aut.
                                                                                            233   Poświęcenie sztandaru pułkowego 12 p.p.(…). Muzeum Miej. tamże.
      157   Budynek, w którym podczas I wojny światowej odbywały się pobory (…). Fot.
                                                                                            234   Absolwenci z profesorami po maturze 1924r. Edmund Wojtyła (…) Zbiory Wła-
            Z.B.
                                                                                                  dysława Pollnera.
      159   Wojtyła w gronie współpracowników (…). Muzeum Dom, tamże.
                                                                                           236    Powódź w Wadowicach (ul. Legionów). Muzeum Miej. tamże.
      163   Ćwiczenia drużyn sokolich (1913). Zb. Aut.
                                                                                           239    Pieczątki używane w kancelarii PKU. Zb. Aut.
      164   Ćwiczenia drużyn sokolich (1913). Zb. Aut.
                                                                                           242    Wylot ul. Kościelnej w stronę Lwowskiej. Muzeum Miej., tamże.
      165   Leon Wiadrowski w stroju sokolim. Zbiory Danuty Gruszczyńskiej.
                                                                                           245    (…) major Ludwik Trznadel (…) z żoną i córką. Zb. Aut.
      166   Tarcza legionów (1916). Pozyskane, tamże.
                                                                                           246    Skawa w pobliżu mostów (…). TMZW.
      171   Wadowicki rynek u schyłku monarchii. TMZW.
                                                                                           246    Rzeka w pobliżu Wadowic. Foto Kazimierz Gromada.
      174   Dom, w którym zamieszkali Wojtyłowie w 1918 r. (…). Fot. Z.B.
                                                                                           246    Kładka przez Skawę (…). Fot Z.B.
      175   Rynek w dzień targowy. TMZW
                                                                                           247    Droga w stronę dworku „Mikołaj” (…). Zbiory Janusza Sobali.
      176   Fragment spisu oficerów zatrudnionych w PKU w 1919 r. Zb. Aut.
                                                                                           247    Plac ćwiczeń wojskowych – błonia wadowickie. Zbiory Stanisława Kuliga.
      178   Podporucznik Karol Wojtyła w polskim mundurze. Muzeum Dom, tamże.
                                                                                           247    Obok błoni (…) biegły tory w stronę Suchej. Muzeum Miej., tamże.
      179   Kuchnia w mieszkaniu Wojtyłów. Zb. Aut.
                                                                                           248    Szkoła powszechna (…). Zb. Aut.
      191   Banknoty (…). Zb. Aut.
                                                                                           250    Ołtarz główny w Wadowickiej świątyni. Fot. Z.B.
      192   Pismo z podpisem naczelnika kancelarii Karola Wojtyły. Zb. Aut.
                                                                                           253    Podwórko za oknem doktora Moskały (…). TMZW.
      198   Klasztor O.O. Karmelitów Bosych w Wadowicach (…). Zbiory Mariusza Jasińskie-
                                                                                         254      Kościół parafialny widziany od wschodu (…). TMZW
            go.
                                                                                         255      Orkiestra 12 p.p. na dziedzińcu koszar. Muzeum Miej., tamże.
      199   Obozy jeńców bolszewickich w Polsce. https://www.newsweek.pl/wiedza/hi-
            storia/jency-sowieccy-w-1920-roku-co-ich-spotkalo/9702n70.                   256      Pagórki (…). Zbiory Janusza Sobali.
      200   Szpital wojskowy przy ulicy Zatorskiej. TMZW.                                  256    Widok na miasto z drogi do parku (…). Fot. Z.B.
      200   Przed szpitalem (lata I wojny światowej). TMZW.                                256    Kapliczka (…) przy drodze na Niwy (…). TMZW.
      202   Tadeusz Pawłęga, syn akuszerki. TMZW.                                          257    Altana w parku (…). TMZW.
      203   Helena Szczepańska z papieżem (Wadowice 1979). Zb. Aut.                        257    Klasztor karmelitów „Na Górce” (…). Fot. Z.B.
      204   Wpis w parafialnej księdze urodzeń. Archiwum Parafii Rzymsko-Katolickiej pw. 257      Przed przyklasztornym kościołem p.w. św. Józefa (…). Zbiory Stanisława Kuli-
            Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny w Wadowicach, fot. Janusz Sobala.                ga.
      204   Józef Kuczmierczyk, ojciec chrzestny Karola Wojtyły. Muzeum Dom, tamże.      258      Jan Zięba (…). Fot. Z.B.
      204   Maria Anna Wiadrowska, matka chrzestna papieża. Muzeum Dom, tamże.             263    Maria Janina Kaczorowa. Zbiory państwa Gajczaków.
      205   Podwórko, na które przychodziła z wózkiem Emila Wojtyłowa. Fot. Z.B.           264    Odsłonięcie pomnika (…) przed koszarami. Muzeum Miej., tamże.
      206   Widok na Wadowice od strony kleczańskiego Kopca (…). Zbiory Mariusza Jasiń- 265       Defilada na ulicy Lwowskiej (…). TMZW.
            skiego.                                                                     266       Profesor Józef Gondek. Fot. Z.B.
      206   Pozdrowienia z Wadowic (…). Zb. M. Jasińskiego, tamże.                      268       Marian Bieniasz (…). Zb. Aut.
      207   Spojrzenie na miasto od strony północnej. Zb. M. Jasińskiego, tamże.           268    Rodzina Mariana Bieniasza (…). Fot. Z.B.
      207   Powódź często nawiedzała Wadowice. Zbiory Janusza Sobali.                      270    Widok na Księzy Las i Bliźniaki. Fot. A Szydłowski. TMZW.
      208   Ołtarz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy (…) Fot. Z.B.                         270    Droga do Księżego Lasu (…). TMZW.
      211   Emilia Wojtyłowa z Lolusiem. Archiwum Kurii, tamże.                            270    Skrzyżowanie szlaków pod Łysą Górą. Fot. Z.B.
      213   Edmund Wojtyła gimnazjalista. Archiwum Kurii, tamże.                           271    Widok spod Iłowca w stronę Leskowca. Fot. Z.B.
      215   Banknoty markowe (…). Zb. Aut.                                                 271    Kaplica na Dzwonku. Muzeum Miej., tamże.
      216   Zbożny rynek (…). TMZW.                                                        271 Spojrzenie spod Dzwonka na Wadowice (…). TMZW.
      217   Jedna z kilku aptek na rynku. TMZW.                                            274    Klepsydra Emilii Wojtyłowej (1929). Archiwum Kurii, tamże.
      219   Roczny Loluś. Muzeum Dom, tamże.                                               275    Pamiątkowa fotografia z pierwszej komunii świętej (…). Muzeum Dom, tamże.

Strona 541

Wykaz źródeł pozyskania ilustracji                                                         539
276   Wizyta prezydenta Mościckiego (…). TMZW.                                                   tografie udostępnione przez panią Janinę Krupską i Jadwigę Urban.
277   Oceny końcowe Karola Wojtyły w II klasie szk. powsz. Archiwum Zespołu Szkół 320            Przełęcz Przegibek (…). Fot Z.B.
      Publicznych nr 3 w Wadowicach.                                              320            „U Panienki” przełęcz z kapliczką (…). Fot. Z.B.
280   Dom doktora Moskały, w którym (…) znajdowała się jadłodajnia Banasiów. Fot. 320            Punkt widokowy na Hrobaczej Łące. Fot. Z.B.
      Z.B.
                                                                                  321            Spojrzenie z polany na Hrobaczej Łące w stronę Międzybrodzia. Fot. Z.B.
282   Rynek wadowicki z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych. Zb. Aut.
                                                                                  321            Schronisko na Hrobaczej Łące w okresie Międzywojennym. Biesik Tomasz, tamże.
283   Przed uroczystością (…). Sklep Bałamutha. Zbiory Mariusza Jasińskiego.
                                                                                  321            Żar (po prawej) i Kiczera (po lewej)(…). Fot. Z.B.
285    Sklep E. Goldmanna (…) orkiestra 12 p.p. Muzeum Miej., tamże.
                                                                                  322            Tablica pamiątkowa na ścianie bielskiego szpitala (…). Fot. Z.B.
285   Boże Ciało (1937)(…). Zbiory Stanisława Kuliga.
                                                                                  322            Edmund Wojtyła(…) wśród kolegów lekarzy (…). Arch. Kurii, tamże.
287   Tadeusz Braś. Fot. Z.B.
                                                                                  322            Życiorys Edmunda Wojtyły. Arch. Kurii, tamże.
288   Kozia Górka (...). Fot. Czesław Szindler.
                                                                                  324            Nekrolog z Ilustrowanego Kuriera Codziennego (…). Małopolska Biblioteka Cy-
288   Szyndzielnia (...). Fot. Czesław Szindler.                                                 frowa
288   Klimczok (1119m) (…) ze schroniskiem (…) (lata 70-te). Fot. Z.B.                    324    Portret Edmunda Wojtyły. Fot. Janusz Sobala. Muzeum Dom, tamże.
289   (…) polany na Błatniej (917m). Fot. Z.B.                                            327    Wpis profesora Babińskiego (…), „ze szczególnym zamiłowaniem”. Fot. Janusz
289   Schronisko pod szczytem Błatniej. Fot. Z.B.                                                Sobala. Archiwum gimnazjalne.
289   W drodze z Brennej na Błatnią (…). Fot. Z.B.                                        330    Zgrupowanie kaplic w pobliżu Ratusza Piłata (…). Fot. Z.B.
292   Wycieczka szkolna do Wieliczki i Krakowa. Zb. Aut.                                  330    Kalwaryjska Bazylika(…). Fot. Z.B.
292   Zakończenie klasy IV, 1930 r. Zb. Aut.                                              330    Most Pielgrzymów (…). Fot. Z.B.
293   Włodzimierz Piotrowski. Zb. Aut.                                                    331    Kaplica : Jerozolima, Brama Wschodnia. Fot. Z.B.
293   Jan Kuś. Zb. Aut.                                                                   331    Pałac Heroda (…). Fot. Z.B.
294   Jerzy Kluger. Zb. Aut.                                                              331    Kościół Ukrzyżowania na Żarku. Fot. Z.B.
295   Podejście pod Groń Jana Pawła II (…). Fot. Z.B.                                     332    Legitymacja szkolna A. Bohdanowicza (kopia). Zb. Aut.
296   Widokowy szczyt Leskowca. Fot. Z.B.                                                 332    Szyld nad jadłodajnią Państwa Banasiów. Muzeum Miej., tamże.
297   Karol Wojtyła (…) (około 1931 r.). Arch. Kurii, tamże.                              332    Reklama jadłodajni Państwa Banasiów. TMZW.
298   Ulica Mickiewicza z gmachem gimnazjalnym (…). Zb. Aut.                              334    Wycieczka do Kalwarii (…). Arch. Kurii, tamże.
299   Profesor Józef Titz (…). Zb. Aut.                                                   334    Wycieczka do Krakowa (…). Zb. Aut.
300   (…) wiadukty kolejowe w Wiśle Łabajowie (…). Fot. Z.B.                              337    Pożegnanie (…) Kazimierza Figlewicza. Muzeum Dom, tamże.
300   W dolinie Białej Wisełki (…). Fot. Z.B.                                             337    Parafialna pielgrzymka do Częstochowy. Muzeum Dom, tamże.
300   Kaskady Rodła (…). Fot. Z.B.                                                        338    Figura św. Jana Kantego (…). Zb. Aut.
301   Na szczycie Baraniej Góry (…). Fot. Z.B.                                            338    Alwernia – wzgórze klasztorne. Fot. Z. B.
301   Przysłop pod Barania Górą. Fot. Z.B.                                                339    Wizerunek alwernijskiego Chrystusa „ Ecce Homo ”. Klasztor O.O. Bernardynów w
301   Biała i Czarna Wisełka (…) dają początek (…) Wiśle. Fot. Z.B.                              Alwernii.
302   Ksiądz Kazimierz Figlewicz. Zb. Aut.                                                339    Czarny Krucyfiks (…). Zb. Aut.
305   Grupa ministrantów (…). Arch. Kurii, tamże.                                         340    Klasztor Karmelitów w Czernej k/ Krzeszowic. Klasztor Karmelitów Bosych w
                                                                                                 Czernej.
307   Wnętrze wadowickiego kościoła. TMZW.
                                                                                          341    Lolek ok.1934 roku. Zb. Antoniego Bohdanowicza.
307   Ksiądz dr Edward Zacher (…). Fot. Z.B.
                                                                                          342    Emil Zegadłowicz z rodziną i z przyjaciółmi (ok.1935 r. ). Fot. Alina Żyłowska. Zb.
307   Karol Poliwka. Zb. Aut.
                                                                                                 Zofii Kozikowskiej.
310   Pamiątka przyrzeczenia abstynenckiego. Fot. Janusz Sobala. Muzeum Dom, tam-
                                                                                  343            Wystawa malarstwa i rzeźby w gmachu „Sokoła” (1935 r.). Muzeum Miejskie w
      że.
                                                                                                 Wadowicach.
312   Z przystanku w Mikuszowicach obok zabytkowego (…). Fot. Z.B.
                                                                                          344    Zjazd furmankami uczestników Jubileuszu Emila Zegadłowicza, do Gorzenia.
312   Schronisko na Magurce (…). Fot. Z.B.                                                       Zbiory Kamila Suknarowskiego.
312   W latach trzydziestych na polanie Czupla (…). Biesik Tomasz: Schroniska gór- 344           Kapele grające przed dworem Poety. Zbiory Kamila Suknarowskiego.
      skie na starej pocztówce i fotografii. Beskid Mały, Śląski i Żywiecki. Bielsko-Biała
                                                                                           346   Przyjmowanie życzeń przez Jubilata, w otoczeniu rodziny i oficjeli. Zbiory Kamila
      2004.
                                                                                                 Suknarowskiego.
313   Przy wyjątkowej widoczności (…) można dojrzeć zarysy Tatr. Fot. Z.B.
                                                                                          348    Jaworzyna ( Groń Jana Pawła II ) i szczyt Leskowca (…). Fot. Z. B.
313   Dwuszczytowy Czupel (…). Fot. Z.B.
                                                                                          348    Szczyt Leskowca. Fot. Alojzy Stuglik. Zbiory Towarzystwa Miłośników Andrycho-
313   (…) Czupel (933m). Fot. Z.B.                                                               wa.
314   Pagórki (…). Zbiory Janusza Sobali.                                                 348    Na szlaku z Leskowca, w kierunku Łamanej Skały i Potrójnej. Fot. Z. B.
314   Schronisko na Klimczoku (…). Zb. Aut.                                               349    Widok z Potrójnej (…). Fot. Z. B.
316   Zabudowania szpitalne przy ulicy Wyspiańskiego w Bielsku-Białej. Fot. Z.B.          349    Okno skalne w Zakocierzy. Fot. Z. B.
316   Lolek z pielęgniarkami bielskiego szpitala (1932). Muzeum Dom, tamże.               349    Stacja turystyczna na Przełęczy Kocierskiej. Zbiory Towarzystwa Miłośników An-
317   Edmund Wojtyła podczas wycieczki na Babią Górę. Arch. Kurii, tamże.                        drychowa.
317   Schronisko na markowych Szczawinach. Zb. Aut.                                       350    Jędrzej Wowro (…) w towarzystwie poety Edwarda Kozikowskiego i jego córki,
319   Edmund Wojtyła z Jadwigą Urban podczas wycieczek w Pieniny i Tatry (…). Fo-                Atessy (1935 r. ). Fot. Alina Żyłowska. Zb. Zofii Kozikowskiej.

Strona 542

540         Wykaz źródeł pozyskania ilustracji
      351    Jędrzej Wowro: kapliczka. Kowalska-Lewicka Anna: Jędrzej Wowro: świątkarz 388          W drodze na Halę Gąsienicową (…). Fot. Czesław Szindler.
             beskidzki = Beskidian holy sculpture maker. Wadowice 2006.                 389         Widok z Beskidu na Kasprowy Wierch, Giewont i Czerwone Wierchy (…). Fot.
      351    Schronisko na Leskowcu. Powiat Wadowice. Letniska. Turystyka. Wyd.: Zarząd             Z.B.
             Powiatowy Wadowice. Komisja Letniskowo-Turystyczna. Wadowice (brw).        389         Modlitwa pod krzyżem na Giewoncie. Fot. Z.B.
      352    Przełomowa dolina Skawy (…). Fot. Z.B.                                           389   Najwyższy z Czerwonych Wierchów – Krzesanica (…). Fot. Z.B.
      352    Przełomowa dolina Skawy (…). Fot. Z.B.                                           390   Pogrzeb Marszałka Józefa Piłsudskiego. Zb. Aut.
      353    Przełomowa dolina Skawy (…). Fot. Z.B.                                           392   Wyjazd na Jasną Górę. Rok 1936. Zbiory Danuty Gruszczyńskiej.
      353    Przełomowa dolina Skawy (…). Fot. Z.B.                                           393   Wyjazd na Jasną Górę. Rok 1936. Zbiory Danuty Gruszczyńskiej.
      355    Schronisko na Leskowcu w II połowie lat 70-tych. Fot. Z. B.                      394   Świadectwo dojrzałości Karola Wojtyły. Muzeum Dom, tamże.
      356    Na szczycie Bukowskiego Gronia. Fot. Z.B.                                        396   Scena w wadowickim „Sokole” (1932). Zb. Aut.
      356 Czaniec i Kęty widziane ze zboczy Bukowskiego Gronia. Fot. Z.B.                     397   Stefan Kotlarczyk, prezes (…) stowarzyszenia „Jagiellonia”. TMZW.
      356    (…) z Trzonki w stronę Babiej Góry i Wielkiego Cisownika. Fot. Z. B.             398   Zespół aktorów występujących w widowisku „Królowa Przedmieścia” (1928).
      357    Kultowa kapliczka na Trzonce (…). Fot. Z. B.                                           Zb. Aut.
      357    Widok z Brzezinki Górnej na wschód (…). Fot. Z. B.                               398   Rozalia Szklarz (po mężu Woźniakowa). Fot. Z.B.
      357 Przełęcz Beskid Targanicki (…). Fot. Z. B.                                          399   Leopold Pacelt. Fot. Z.B.
      358    Stacja turystyczna PTT, pod szczytem Żaru,nad Porąbką. Biesik T., tamże.         400   Zespół biorący udział w przedstawieniu „Błażek opętany” (…). Zb. Aut.
      358    Ruiny „Czartaka” (…). Powiat, tamże.                                             401   Mieczysław Kotlarczyk (…). TMZW.
      361    Pokazy sprzętu (…) na wadowickim rynku. Muzeum Miej., tamże.                     402   Na żółtym szlaku z Czartaka ma Leskowiec. Fot. Z. B.
      361    Dopisek przy ocenie z religii (…). Fot. Janusz Sobala, Archiwum gimn.            402   Rzyki Jagódki (…). Fot. Z. B.
      363    Gazeta donosi o zniszczeniach powodziowych (…). IKC w MBC.                       402   Schronisko na Leskowcu (obecnie Groń Jana Pawła II) (lata siedemdziesiąte XX
      364    Widok (…) na wzniesienie rynkowe i górkę klasztorną. Fot. Kazimierz Gromada.           w.). Fot. Czesław Szindler.
      364    Domek przy torach (…). TMZW.                                                     403   Szczyt Leskowca (…). Fot. Z. B.
      364    Stacja kolejowa w Wadowicach (…). TMZW.                                          403   W drodze na Łamaną Skałę. Fot. Z. B.
      365    (…) Ścieżka przez tzw. „Lasek”. TMZW.                                            403   Na dzikim szczycie Łamanej Skały. Fot. Z. B.
      365    W stronę Skawy prowadziła droga obok „Papierni” (…). Fot. Z.B.                   404   Mecz piłkarski (…) w 1937 r. Zb. Aut.
      365    Za torami w dolince usytuowane było boisko (…). Fot. Z.B.                        406   Aktorzy występujący w „Ślubach panieńskich” (1936). Kwiatkowska Halina:
                                                                                                    Wielki Kolega. Kraków 2003.
      366    Przełom Skawy w okolicach Zagórza (…). Fot. Z.B.
                                                                                              407   „Głos Młodych”. Pisemko młodzieży gimnazjalnej z Podbeskidzia. Biblioteka Ślą-
      367    Rysunek prof. Sarnickiego. Zb. Aut.
                                                                                                    ska w Katowicach.
      368    Mieszkanie Wojtyłów (…). Zb. Aut.
                                                                                              407   Wiadomości z Wadowic. „Głos Młodych”, tamże.
      370    Wejście do mieszkania Wojtyłów znajdowało się przy ul. Kościelnej. Fot. Z.B.
                                                                                              408   Ujsoły, punkt wypadowy w rejon Hali Boraczej, Lipowskiej (…). Fot. Z. B.
      372    Grono profesorskie w wadowickim gimnazjum (…). Zbiory Aliny Foryś.
                                                                                              408   Ujsoły, kamienne szałasy wtopione w zbocze (…). Fot. Z. B.
      373    Notes profesora Klimczyka (…). Muzeum Dom, tamże.
                                                                                              408   Widok spod schroniska na Hali Boraczej (…). Fot. Z. B.
      374    Spod (…) Kiczery (…) w stronę Trzonki i Złotej Górki. Fot. Z.B.
                                                                                              409   Hala Miziowa pod Pilskiem (…). Fot. Z. B.
      374    Dawne szybowisko na Żarze (…). Fot. Z.B.
                                                                                              409   Na szczycie Pilska (1557 m) (…). Fot. Z.B.
      374    Tak wyglądał Żar w II połowie lat trzydziestych. Górska Szkoła Szybowcowa Żar.
                                                                                              410   Kazimiera Uchyło (nazwisko panieńskie Żakówna) (…). Fot. Z. B.
      375    Szybowce przyciągały turystów na Żar (…). Górska, tamże.
                                                                                              411   Jędrzej Wowro, kapliczka w plenerze (…). Kowalska-Lewicka A., tamże.
      375    Widok z Żaru w stronę Groniczek (…). Fot. Z.B.
                                                                                              412   Gmach teatru J. Słowackiego w Krakowie. Wojewódzka Biblioteka Publiczna
      375    Zapora w Porąbce była ciekawostką II połowy lat trzydziestych. Zb. Aut.                w Krakowie (NAC).
      378    Babia Góra – widok z Małej Babiej (z Cylu). Fot. Z.B.                            413   Przedwojenna widokówka. Widok z Kalatówek (…). Zb. Aut.
      380    Wycinki z IKC informujące o tragedii na Babiej Górze. MBC.                       414   Masyw Babiej Góry widziany z Zawoi. Fot. Z. B.
      381    Wycinki z IKC informujące o tragedii na Babiej Górze. MBC.                       414   Babia Góra z polanki przed Markowymi Szczawinami. Fot. Z. B.
      381    Schronisko Beskidenverein pod szczytem Babiej Góry z krzyżem upamiętniają- 415         Schronisko PTTK na Markowych Szczawinach (…). Fot. Z. B.
             cym tragedię https://polska-org.pl/7621941,foto.html?idEntity=7620941
                                                                                             415    Z Suchej Beskidzkiej przez Jałowiec na Babią Górę.. Fot. Z. B.
      381    Schronisko Beskidenverein pod szczytem Babiej Góry. https://polska-org.
                                                                                             417    Strona tytułowa almanachu „Czartak”.
             pl/7621775,foto.html?idEntity=7620941
                                                                                             417    Edward Kozikowski. Zbiory Zofii Kozikowskiej.
      382    Ruiny schroniska Beskidenverein pod szczytem Babiej Góry. Fot. Z.B.
                                                                                             418    Janina Brzostowska (…). Zb. Aut.
      383    Matka Boska Kodeńska (…).Kossak Zofia. Błogosławiona wina. Warszawa 1972.
                                                                                             418    Skawa. Miesięcznik literacki. Zb. Aut.
      384    Dyplom przyjęcia do Sodalicji Mariańskiej (…). Muzeum Dom, tamże.
                                                                                             418    Erotyki z exiblirsem „Czartaka” (…). Zb. Aut.
      385    „Ułani Księcia Józefa”. Karol Wojtyła (…). Zb. Aut.
                                                                                             419    Diabeł autorstwa Jędrzeja Wowry. Seweryn Tadeusz: Świątkarz powsinoga. War-
      386    „Ułani Księcia Józefa”. Aktorzy i opiekunowie (…).Grodnicki Adam, Jaglarz Jerzy
                                                                                                    szawa 1963.
             Roman, Fidziński Jan: Opowieść o Wadowicach. Bielsko-Biała 1983
                                                                                             419    Tadeusz Szantroch ze szkicownika Zbigniewa Pronaszki. Kozikowski Edward: Por-
      387    Hotel Wysogląda. Żałoba po śmierci Marszałka. Zbiory Stanisława Kuliga.
                                                                                                    tret Zegadłowicza bez ramy. Warszawa 1966.
      388    Kuźnice dolna stacja kolejki linowej na Kasprowy Wierch (…). Zb. Aut.
                                                                                              420   Dolina Skawy w okolicy „Czartaka” (…). Fot. Z.B.
      388    Kasprowy Wierch (…). Fot. Z.B.

Strona 543

Wykaz źródeł pozyskania ilustracji                                                      541
421   Jantek z Bugaja, czyli Antoni Kucharczyk. TMZW.                                 458   Grób Chrystusa (…) na Żarku. Fot,. Z. B.
421   Stragany w dzień targowy. Zb. Aut.                                              458   Wieczernik i Dom Kajfasza (…). Fot. Z. B.
422   Smerek (1222m.) (…). Fot. Z.B.                                                  459   Bazylika Kalwaryjska. Fot. Z. B.
422   Przełęcz Orłowicza (1099 m.) między Smerekiem a Połoniną Wetlińską. Fot. Z.B.   460   Kalwaryjscy pielgrzymi. Fot. Wojciech Weiss. Zb. Fundacji Muzeum Wojciecha
422   Przy schronisku na Połoninie Wetlińskiej. Fot. Z.B.                                   Weissa
423   Widok w stronę Połoniny Caryńskiej (1297 m). Fot. Z.B.                          461   Widoczek Rudolfa Alta: Klasztor ze zboczy Góry Lanckorońskiej ( ok. 1830 ).
                                                                                            Zb. Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie.
423   Na jednym z kilku wierzchołków Połoniny Wetlińskiej (…). Fot. Z.B.
                                                                                      462   Pocztówka : „Pozdrowienia z (…)”. Zb. Aut.
423   Ujęcie ze szczytu Halicza (1333m)(…). Fot. Z.B.
                                                                                      462   Fundatorzy kalwaryjskiego sanktuarium. Zb. Aut.
425   Emil Zegadłowicz, znaczek pocztowy (…). Zb. Aut.
                                                                                      463   Ruiny zamku lanckorońskiego. Obraz Rudolfa Alta, fragment. WBP w Krakowie.
426   W nawiązaniu do powieści „Zmory” (…). Zbiory Kamila Suknarowskiego.
                                                                                      464   Szczytowa polana barwałdzkiego Żaru (…). Fot. Z. B.
427   Zbigniew Pronaszko: autoportret. Sowińska Teresa: Zbigniew Pronaszko. Warsza-
      wa 1984.                                                                      465     Rynek kalwaryjski w okresie międzywojennym. Zb. Aut.
427   Zbigniew Pronaszko: motyw z miasteczka Wadowice. Sowińska T., tamże.          465     Wojciech Weiss, artysta malarz związany z Kalwarią Zebrzydowską. Fundacja
                                                                                            Muzeum Wojciecha Weissa.
428   Zbigniew Pronaszko: Powsinoga druciarz. Zbiory Kamila Suknarowskiego.
                                                                                      466   „Weissówka” utrwalona pędzlem mistrza Wojciecha Weissa. FMWW.
429   Kapliczka na Gotowiźnie (…). Fot. Z.B.
                                                                                   466      Pejzaż z klasztorem – obraz Wojciecha Weissa, FMWW.
429   Jędrzej Wowro: pieczęć Archanioł i Antychryst. Zegadłowicz Emil i Kozikowski
      Edward: O Jędrzeju Wowrze snycerzu beskidzkim. Warszawa 1957.                467      Zamek Lanckoroński na rycinie z XVII wieku. Putek Józef, tamże.
430   Jędrzej Wowro: Matka Boża. Kowalska-Lewicka A., tamże.                       468      Ćwilin z Chyszówek. Fot. Z. B.
432   Synagoga w Wadowicach. TMZW.                                                    468   Na polanie Ćwilina (…). Fot. Z. B.
433   Ada Sari, początkująca śpiewaczka koloraturowa. Zb. Aut.                        468   Widok ze szczytu Ćwilina (…). Fot. Z. B.
435   Recenzje, ostatnie krytyki po występach Ady Sari. Zb. Aut.                      469   Szczytowa polana Ćwilina. Fot. Z. B.
435   Ostatnia strona broszury z recenzjami. Zb. Aut.                                 469   Ośrodek rekolekcyjny na Śnieżnicy (ok. 840 m). Fot. Z. B.
437   Dom katolicki, obok schodki na planty. Chór parafialny (…). TMZW.               469   Kaplica przy ośrodku na Śnieżnicy. Fot. Z. B.
438   Chór Związku Rezerwistów. Zb. Aut.                                              470   Artur Grottger „ Modlitwa konfederatów barskich przed bitwą pod Lanckoroną”.
                                                                                            https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/4/43/Artur_Grottger_Mo-
440   Sanktuarium w Wambierzycach. Fot. Z.B.
                                                                                            dlitwa_konfederat%C3%B3w_barskich.PNG
440   Góry Stołowe, widok ze Szczelińca na Karłów. Fot. Z.B.
                                                                                      471   Kapliczka w lesie, Groby (…). Fot. Z. B.
440   Góry Stołowe, skalny profil. Fot. Z.B.
                                                                                      472   Zabytkowe domki na lanckorońskim rynku (…). Fot. Z. B.
441   Międzygórze w Sudetach Wschodnich. Fot. Z.B.
                                                                                      472   Widokówka z okolic Myślenic. Zb. Aut.
441   Schronisko PTTK pod Śnieżnikiem. Fot. Z.B.
                                                                                      473   Targ na myślenickim rynku (…). Zb. Aut.
441   Na szczycie Śnieżnika (1425m). Fot. Z.B.
                                                                                      474   Kapliczka konfederatów przy drodze Lanckorona - Jastrzębia. Fot. Z. B.
442   Strona tytułowa kompozycji J.E. Titza. Zb. Aut.
                                                                                      475   Święty Franciszek autorstwa Jędrzeja Wowry. Kowalska - Lewicka A., tamże.
442   Sprzedawane u Foltina nuty z muzyką rozrywkową. Zb. Aut.
                                                                                      476   Wadowiccy młodzi plastycy : Wincenty Bałys (stoi) i Franciszek Suknarowski
445   Klasa VII gimnazjalna na wycieczce do Krakowa i Wieliczki. Zb. Aut.                   (…). Zb. Aut. Fot. Alina Żyłowska.
446   Schronisko na Turbaczu. Fot. Z.B.                                               477   Wystawa w „Sokole”. TMZW.
446 „Szałasowy ołtarz” (…) w Gorcach. Fot. Z.B.                                       478   Widok ze szczytu Trzech Koron (…). Fot. Z. B.
446   Podszczytowe hale na Turbaczu. Fot. Z.B.                                        478   Spojrzenie z Sokolicy na Tatry. Fot. Z. B.
447   Jaworzyna Kamienicka. Bulandowa kapliczka. Fot. Z. B.                           478   W drodze z Wysokiej do wąwozu Homole. Fot. Z. B.
448   Koncentracja w Targanicach ( 1937). Zb. Aut.                                    479   Z Wysokiej (1049 m ) w kierunku Pienin Właściwych (…). Fot. Z. B.
448   Podpisy (…) na odwrotnej stronie fotografii z Targanic. Zb. Aut.                479   W wąwozie Homole. Fot. Z. B.
450   Program przedstawienia „Balladyna”. Zb. Zofii Siłkowskiej                       481   Grób Jędrzeja Wowry (…). Fot. Z. B.
451   Prof. Halina Ryntfleisz. Zb. Aut.                                               482   Świątek beskidzkiego snycerza – św. Florian. Kowalska – Lewicka A., tamże.
451   Zbiorowa fotografia uczestników obozu wojskowego w Hermanicach. Zb. Aut.        484   Schronisko na Prehybie (…). Fot. Z. B.
452   Na stacji PKP Wadowice ( 1937). Bojeś Teofil: Ostatni Mohikanie. Kraków 2000.   484   Hala Łabowska (1061 m). Fot. Z. B.
452   W gronie kolegów na obozie w Hermanicach. Zb. Aut.                              484   Wędrując z Hali Łabowsiej na Jaworzynę Krynicką pokonujemy Runek (…).
453   Obóz wojskowy w Hermanicach (1937). Zb. Aut.                                          Fot. Z. B.
454   Jędrzej Wowro: Anioły z instrumentami. Kowalska-Lewicka A., tamże.              485   Polana podszczytowa Jaworzyny Krynickiej (1114 m ). Fot. Z. B.
454   Lanckorona. Pensjonat „Tadeusz” (…). Zb. Aut.                                   485   Krynica widziana ze szczytu Góry Krzyżowej ( 819 m ). Fot. Z. B.
456   Kaplica Wniebowstąpienia na zboczach Góry Lanckorońskiej. Fot. Z.B.             485   W oddali Lackowa ( 997 m ) w Beskidzie Niskim. Fot. Z. B.
456   Kościół Grób Matki Bożej (…). Fot. Z. B.                                        487   Afisz sztuki „ Zygmunt August”. Zb. Aut.
456   Kaplica Ogrojec (…). Fot. Z. B.                                                 489   Kazimiera Rychterówna. Zbiory NAC.
456   „Ecce Homo” (…). Zb. Klasztorne w Kalwarii                                      490   Karol Wojtyła (…) z kolegami i z prof. Forysiem ( ok.1937 r. ). Zbiory Eugeniusza
457   Most Anielski na Cedronie. Fot. Z. B.                                                 Mroza
458   Most Anielski na Cedronie. Fot. Z. B.                                           491   Podczas wycieczki w grupie kolegów z klasy. Zb. E. Mroza

Strona 544

542         Wykaz źródeł pozyskania ilustracji
      492   Arcybiskup (…) Sapieha (…) w wadowickim gimnazjum (1938 r. ). Arch. Kurii, 525             W Beskidach zimą. Muzeum Dom, tamże.
            tamże.                                                                     525             Podczas wycieczki narciarskiej. Muzeum Dom, tamże.
      493   Absolwenci z 1938 roku, z gronem profesorskim. Zb. Aut.                    527             „Papież z dalekiego kraju”. Rzym (1978 r). FIORI FRANCO /EAST NEWS
      493   Karol Wojtyła – fotografia ze świadectwa dojrzałości. Zb. Aut.                       528   Pierwsza wizyta papieża w Wadowicach. W pielgrzymce do ojczystej ziemi:
      495   Fotografia z rekolekcji w Trzebinii. Ze zbiorów Tomasza Romańskiego.                       Jan Paweł II w Polsce 2 czerwca-10 czerwca 1979. Paryż 1980.
      497   Junak Karol Wojtyła z widocznym szkaplerzem (1938 r.) Bujak Adam, Rożek Mi- 528            Ławeczka przed Liceum (…). Fot. Z. B.
            chał: Wojtyła. Wrocław 1999.                                                529            Klasa papieska w Watykanie (1979 r.). Zb. Aut.
      498   Przełęcz Krowiarki w deszczowej oprawie. Fot. Z. B.                         530            Jan Paweł II Wyjeżdża z Wadowic, po wizycie w 1979 roku. Fot. Z. B.
      500   „Po maturze chodziliśmy na kremówki”. Kwiatkowska H., tamże.                         531    Marian Bieniasz, Ojciec Autora, Zbigniewa Bieniasza, wita się z Wielkim Kolegą
      501   Dom przy ulicy Tynieckiej 10 w Krakowie. Fot. Z. B.                                        (1979 rok, Watykan ). Zb. Aut.
      501   Karol Wojtyła, student. Fot. Paweł Bielec. Kwiatkowska H., tamże.                    533   Karol Wojtyła na nartach. Bujak A., Rożek M., tamże.
      503   Gmach Uniwersytetu Jagiellońskiego przed wojną. Wojewódzka Biblioteka Pu- 533              Karol Wojtyła z plecakiem. Bujak A., Rożek M., tamże.
            bliczna w Krakowie NAC.                                                   533              Karol Wojtyła z rowerem. Bujak A., Rożek M., tamże.
      503   Marian Bieniasz (po prawej) jako student pedagogiki w Krakowie (1939 r.) 533               Karol Wojtyła z kajakiem. Bujak A., Rożek M., tamże.
            Zb. Aut.
      503   Karol Wojtyła z ciotką Stefanią na spacerze w Krakowie (1939 r.) Arch. Kurii, tam-
            że.
      504   Na obozie Legii Akademickiej w Ożomli k/ Przemyśla. Bujak A., Rożek M., tamże.
      505   Zakłady ”Solvay” w Borku Fałęckim (…). WBP w Krakowie
      506   Fragment listu do Mieczysława Kotlarczyka (…) Kwiatkowaska H., tamże.
      507   Codzienna trasa studenta Wojtyły (…). Zb. Aut.
      508   Widok na Grzesia z Polany Chochołowskiej. Fot. Z.B.
      508   Kapliczka na Polanie Chochołowskiej. Fot. Z.B.
      508   Najwyższe partie Tatr Zachodnich (…). Fot. Z.B.
      509   Majestatyczny Wołowiec, a w prawo od niego Rohacz Płaczliwy. Fot. Z.B.
      509   Rakoń po prawej ze ścieżką do Wyżniej Polany Chochołowskiej. Fot. Z.B.
      509   Szlak grzbietowy z Wołowca na Jarząbczy Wierch. Fot. Z.B.
      510   Rynek z samochodami widziany od ul. Sławkowskiej (…). Zb. Aut.
      512   Bacówka na Polanie Chochołowskiej (…). Fot. Z. B.
      512   Kierujemy się w stronę Doliny Jarząbczej. Fot. Z. B.
      513   Wędrujemy Doliną Jarząbczą. Fot. Z. B.
      513   Miejsce upamiętnione pobytami Jana Pawła II (…). Fot. Z. B.
      513   Ulubiony zakątek tatrzański Jana Pawła II. Fot. Z.B.
      514    Karol Wojtyła z czasów, gdy pracował jako robotnik. Fot. Tadeusz Kwiatkowski.
            Kwiatkowska H., tamże.
      516   Schronisko „ Murowaniec ” na Hali Gąsienicowej. Fot. Z. B.
      516   Przełęcz Zawrat (…) początek Orlej Perci (…). Fot. Z. B.
      516   Widok spod Koziego Wierchu (…). Fot. Z. B.
      517   Spojrzenie z Doliny Pięciu Stawów (…). Fot. Z. B.
      517   Dolina Pięciu Stawów (…). Fot. Z. B.
      517   Widok ze Szpiglasowej Przełęczy w stronę Rysów (…). Fot. Z. B.
      519   Fragment listu do profesora Jelonka (…). Zb. Aut.
      521   Młody ksiądz Karol Wojtyła. Arch. Kurii, tamże.
      521   Zabytkowy kościółek w Niegowici (…) Szlezynger Piotr: Początek drogi. Pierw-
            sza parafia księdza Karola Wojtyły pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny
            w Niegowici. Niegowić 2016.
      522   Ksiądz Karol Wojtyła w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych. Arch. Kurii, tamże.
      522   Wikarówka przy kościele św. Floriana (…). Fot. Z. B.
      523   Młody biskup Wojtyła (…). Bujak A., Rożek M., tamże.
      524   Klasztor urszulanek na Jaszczurówce (…).„Miałem tam dom”. Jan Paweł II w
            domu na Jaszczurówce. Zakopane 2017.
      524   Karol Wojtyła z przyjaciółmi w drodze na narty. „Miałem tam dom”, tamże.             Zdjęcia zamieszczone w książce, a nie ujęte w powyższym
      524 W drodze na trasę (…). „Miałem tam dom”, tamże.                                        wykazie, znajdują się w prywatnym zbiorze autora. Zbiór
      525   Wędrówka narciarska u podnóży Tatr Wysokich. Bujak A., Rożek M., tamże.              ten w większości zostanie przekazany po wydaniu książki
                                                                                                 Muzeum Dom Rodzinny Jana Pawała II w Wadowicach.

Strona 545

Spis treści   543
                                     Spis treści
5     Od autora
7     Rozdział I Miejsce akcji
7     1.     Śladami pierwszych Słowian.
9     2.     Początki polskiej państwowości
13    3.     Pogranicze polsko-śląskie w okresie rozbicia dzielnicowego
19    4.     Osada Wadowice
23    5.     Księstwo oświęcimskie i zatorskie
33    6.     Królewskie Wolne Miasto Wadowice
42    7.     Żywot Marcina Wadowity
46    8.     Przełom w historii miasta
48    9.     W czasach galicyjskich
71    Rozdział II Rodowody
71    1.     Wojtyłowie
85    2.     Kaczorowscy
89    Rozdział III Rodzina
89    1.     Z Krakowa do Wadowic
118   2.     Zawirowania wojenne
163   Rozdział IV Przedwiośnie
163   1.     Zanim wybuchła niepodległość
171   2.     Nowe rozdanie
201   Rozdział V Dzieciństwo
201   1.     Matka i jej synowie
245   2.     Dom, szkoła, podwórko
281   Rozdział VI U boku ojca
281   1.     Dojrzewanie duchowe
341   2.     Indywidualność
395   Rozdział VII W stronę sztuki
395   1.     Scena
413   2.     Poezja
431   3.     Ukochanie muzyki
454   4.     Kalwaryjskie pejzaże
478   5.     Czas poszukiwania i decyzji
501   Rozdział VIII Powołanie
529   Posłowie
534   Bibliografia
537   Wykaz źródeł pozyskania ilustracji

Strona 547

Choczenka




                                             ISPY




                                5


                                                           PKP


            4
                            2       PLANTY
                    RYNEK




                                                       3


                                                  1


CZUMA
                                             KOSZARY



        6

                PAGÓRKI

Skan dokumentu

Kliknij stronę, aby powiększyć. Pełna jakość w pliku PDF.

Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 1
strona 1 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 2
strona 2 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 3
strona 3 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 4
strona 4 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 5
strona 5 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 6
strona 6 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 7
strona 7 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 8
strona 8 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 9
strona 9 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 10
strona 10 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 11
strona 11 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 12
strona 12 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 13
strona 13 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 14
strona 14 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 15
strona 15 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 16
strona 16 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 17
strona 17 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 18
strona 18 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 19
strona 19 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 20
strona 20 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 21
strona 21 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 22
strona 22 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 23
strona 23 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 24
strona 24 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 25
strona 25 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 26
strona 26 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 27
strona 27 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 28
strona 28 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 29
strona 29 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 30
strona 30 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 31
strona 31 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 32
strona 32 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 33
strona 33 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 34
strona 34 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 35
strona 35 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 36
strona 36 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 37
strona 37 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 38
strona 38 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 39
strona 39 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 40
strona 40 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 41
strona 41 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 42
strona 42 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 43
strona 43 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 44
strona 44 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 45
strona 45 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 46
strona 46 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 47
strona 47 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 48
strona 48 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 49
strona 49 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 50
strona 50 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 51
strona 51 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 52
strona 52 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 53
strona 53 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 54
strona 54 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 55
strona 55 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 56
strona 56 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 57
strona 57 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 58
strona 58 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 59
strona 59 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 60
strona 60 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 61
strona 61 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 62
strona 62 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 63
strona 63 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 64
strona 64 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 65
strona 65 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 66
strona 66 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 67
strona 67 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 68
strona 68 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 69
strona 69 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 70
strona 70 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 71
strona 71 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 72
strona 72 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 73
strona 73 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 74
strona 74 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 75
strona 75 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 76
strona 76 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 77
strona 77 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 78
strona 78 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 79
strona 79 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 80
strona 80 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 81
strona 81 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 82
strona 82 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 83
strona 83 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 84
strona 84 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 85
strona 85 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 86
strona 86 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 87
strona 87 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 88
strona 88 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 89
strona 89 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 90
strona 90 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 91
strona 91 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 92
strona 92 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 93
strona 93 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 94
strona 94 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 95
strona 95 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 96
strona 96 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 97
strona 97 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 98
strona 98 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 99
strona 99 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 100
strona 100 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 101
strona 101 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 102
strona 102 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 103
strona 103 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 104
strona 104 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 105
strona 105 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 106
strona 106 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 107
strona 107 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 108
strona 108 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 109
strona 109 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 110
strona 110 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 111
strona 111 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 112
strona 112 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 113
strona 113 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 114
strona 114 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 115
strona 115 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 116
strona 116 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 117
strona 117 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 118
strona 118 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 119
strona 119 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 120
strona 120 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 121
strona 121 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 122
strona 122 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 123
strona 123 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 124
strona 124 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 125
strona 125 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 126
strona 126 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 127
strona 127 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 128
strona 128 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 129
strona 129 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 130
strona 130 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 131
strona 131 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 132
strona 132 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 133
strona 133 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 134
strona 134 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 135
strona 135 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 136
strona 136 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 137
strona 137 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 138
strona 138 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 139
strona 139 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 140
strona 140 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 141
strona 141 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 142
strona 142 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 143
strona 143 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 144
strona 144 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 145
strona 145 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 146
strona 146 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 147
strona 147 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 148
strona 148 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 149
strona 149 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 150
strona 150 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 151
strona 151 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 152
strona 152 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 153
strona 153 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 154
strona 154 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 155
strona 155 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 156
strona 156 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 157
strona 157 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 158
strona 158 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 159
strona 159 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 160
strona 160 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 161
strona 161 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 162
strona 162 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 163
strona 163 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 164
strona 164 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 165
strona 165 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 166
strona 166 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 167
strona 167 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 168
strona 168 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 169
strona 169 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 170
strona 170 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 171
strona 171 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 172
strona 172 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 173
strona 173 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 174
strona 174 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 175
strona 175 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 176
strona 176 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 177
strona 177 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 178
strona 178 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 179
strona 179 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 180
strona 180 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 181
strona 181 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 182
strona 182 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 183
strona 183 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 184
strona 184 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 185
strona 185 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 186
strona 186 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 187
strona 187 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 188
strona 188 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 189
strona 189 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 190
strona 190 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 191
strona 191 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 192
strona 192 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 193
strona 193 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 194
strona 194 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 195
strona 195 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 196
strona 196 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 197
strona 197 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 198
strona 198 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 199
strona 199 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 200
strona 200 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 201
strona 201 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 202
strona 202 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 203
strona 203 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 204
strona 204 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 205
strona 205 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 206
strona 206 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 207
strona 207 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 208
strona 208 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 209
strona 209 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 210
strona 210 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 211
strona 211 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 212
strona 212 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 213
strona 213 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 214
strona 214 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 215
strona 215 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 216
strona 216 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 217
strona 217 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 218
strona 218 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 219
strona 219 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 220
strona 220 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 221
strona 221 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 222
strona 222 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 223
strona 223 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 224
strona 224 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 225
strona 225 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 226
strona 226 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 227
strona 227 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 228
strona 228 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 229
strona 229 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 230
strona 230 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 231
strona 231 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 232
strona 232 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 233
strona 233 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 234
strona 234 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 235
strona 235 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 236
strona 236 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 237
strona 237 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 238
strona 238 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 239
strona 239 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 240
strona 240 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 241
strona 241 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 242
strona 242 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 243
strona 243 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 244
strona 244 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 245
strona 245 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 246
strona 246 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 247
strona 247 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 248
strona 248 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 249
strona 249 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 250
strona 250 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 251
strona 251 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 252
strona 252 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 253
strona 253 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 254
strona 254 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 255
strona 255 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 256
strona 256 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 257
strona 257 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 258
strona 258 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 259
strona 259 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 260
strona 260 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 261
strona 261 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 262
strona 262 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 263
strona 263 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 264
strona 264 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 265
strona 265 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 266
strona 266 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 267
strona 267 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 268
strona 268 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 269
strona 269 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 270
strona 270 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 271
strona 271 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 272
strona 272 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 273
strona 273 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 274
strona 274 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 275
strona 275 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 276
strona 276 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 277
strona 277 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 278
strona 278 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 279
strona 279 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 280
strona 280 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 281
strona 281 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 282
strona 282 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 283
strona 283 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 284
strona 284 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 285
strona 285 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 286
strona 286 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 287
strona 287 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 288
strona 288 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 289
strona 289 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 290
strona 290 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 291
strona 291 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 292
strona 292 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 293
strona 293 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 294
strona 294 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 295
strona 295 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 296
strona 296 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 297
strona 297 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 298
strona 298 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 299
strona 299 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 300
strona 300 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 301
strona 301 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 302
strona 302 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 303
strona 303 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 304
strona 304 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 305
strona 305 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 306
strona 306 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 307
strona 307 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 308
strona 308 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 309
strona 309 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 310
strona 310 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 311
strona 311 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 312
strona 312 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 313
strona 313 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 314
strona 314 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 315
strona 315 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 316
strona 316 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 317
strona 317 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 318
strona 318 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 319
strona 319 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 320
strona 320 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 321
strona 321 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 322
strona 322 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 323
strona 323 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 324
strona 324 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 325
strona 325 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 326
strona 326 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 327
strona 327 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 328
strona 328 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 329
strona 329 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 330
strona 330 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 331
strona 331 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 332
strona 332 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 333
strona 333 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 334
strona 334 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 335
strona 335 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 336
strona 336 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 337
strona 337 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 338
strona 338 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 339
strona 339 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 340
strona 340 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 341
strona 341 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 342
strona 342 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 343
strona 343 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 344
strona 344 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 345
strona 345 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 346
strona 346 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 347
strona 347 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 348
strona 348 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 349
strona 349 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 350
strona 350 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 351
strona 351 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 352
strona 352 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 353
strona 353 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 354
strona 354 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 355
strona 355 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 356
strona 356 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 357
strona 357 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 358
strona 358 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 359
strona 359 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 360
strona 360 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 361
strona 361 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 362
strona 362 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 363
strona 363 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 364
strona 364 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 365
strona 365 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 366
strona 366 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 367
strona 367 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 368
strona 368 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 369
strona 369 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 370
strona 370 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 371
strona 371 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 372
strona 372 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 373
strona 373 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 374
strona 374 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 375
strona 375 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 376
strona 376 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 377
strona 377 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 378
strona 378 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 379
strona 379 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 380
strona 380 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 381
strona 381 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 382
strona 382 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 383
strona 383 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 384
strona 384 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 385
strona 385 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 386
strona 386 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 387
strona 387 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 388
strona 388 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 389
strona 389 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 390
strona 390 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 391
strona 391 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 392
strona 392 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 393
strona 393 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 394
strona 394 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 395
strona 395 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 396
strona 396 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 397
strona 397 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 398
strona 398 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 399
strona 399 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 400
strona 400 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 401
strona 401 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 402
strona 402 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 403
strona 403 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 404
strona 404 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 405
strona 405 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 406
strona 406 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 407
strona 407 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 408
strona 408 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 409
strona 409 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 410
strona 410 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 411
strona 411 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 412
strona 412 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 413
strona 413 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 414
strona 414 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 415
strona 415 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 416
strona 416 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 417
strona 417 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 418
strona 418 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 419
strona 419 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 420
strona 420 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 421
strona 421 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 422
strona 422 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 423
strona 423 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 424
strona 424 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 425
strona 425 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 426
strona 426 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 427
strona 427 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 428
strona 428 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 429
strona 429 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 430
strona 430 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 431
strona 431 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 432
strona 432 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 433
strona 433 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 434
strona 434 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 435
strona 435 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 436
strona 436 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 437
strona 437 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 438
strona 438 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 439
strona 439 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 440
strona 440 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 441
strona 441 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 442
strona 442 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 443
strona 443 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 444
strona 444 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 445
strona 445 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 446
strona 446 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 447
strona 447 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 448
strona 448 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 449
strona 449 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 450
strona 450 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 451
strona 451 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 452
strona 452 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 453
strona 453 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 454
strona 454 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 455
strona 455 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 456
strona 456 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 457
strona 457 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 458
strona 458 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 459
strona 459 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 460
strona 460 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 461
strona 461 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 462
strona 462 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 463
strona 463 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 464
strona 464 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 465
strona 465 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 466
strona 466 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 467
strona 467 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 468
strona 468 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 469
strona 469 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 470
strona 470 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 471
strona 471 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 472
strona 472 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 473
strona 473 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 474
strona 474 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 475
strona 475 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 476
strona 476 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 477
strona 477 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 478
strona 478 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 479
strona 479 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 480
strona 480 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 481
strona 481 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 482
strona 482 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 483
strona 483 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 484
strona 484 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 485
strona 485 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 486
strona 486 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 487
strona 487 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 488
strona 488 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 489
strona 489 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 490
strona 490 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 491
strona 491 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 492
strona 492 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 493
strona 493 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 494
strona 494 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 495
strona 495 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 496
strona 496 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 497
strona 497 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 498
strona 498 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 499
strona 499 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 500
strona 500 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 501
strona 501 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 502
strona 502 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 503
strona 503 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 504
strona 504 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 505
strona 505 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 506
strona 506 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 507
strona 507 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 508
strona 508 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 509
strona 509 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 510
strona 510 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 511
strona 511 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 512
strona 512 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 513
strona 513 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 514
strona 514 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 515
strona 515 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 516
strona 516 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 517
strona 517 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 518
strona 518 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 519
strona 519 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 520
strona 520 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 521
strona 521 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 522
strona 522 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 523
strona 523 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 524
strona 524 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 525
strona 525 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 526
strona 526 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 527
strona 527 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 528
strona 528 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 529
strona 529 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 530
strona 530 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 531
strona 531 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 532
strona 532 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 533
strona 533 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 534
strona 534 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 535
strona 535 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 536
strona 536 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 537
strona 537 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 538
strona 538 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 539
strona 539 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 540
strona 540 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 541
strona 541 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 542
strona 542 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 543
strona 543 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 544
strona 544 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 545
strona 545 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 546
strona 546 z 547
Z.Bieniasz. Lolek Zlotempisany. — strona 547
strona 547 z 547

← Wróć do działu Publikacje

↗