Rosjanie w styczniu 1945 roku.
Wspomnienia Romana Gajczaka. Część I /fragment/.
Od Skawy całą szerokością ulicy szli żołnierze. To takie wojsko? Inaczej sobie
wyobrażałem wkroczenie sprzymierzonej armii, bardziej uroczyście, defiladowo. Tu
i ówdzie paliły się domy a z oddali dochodziły wciąż strzały armatnie. O kilometr stąd
jeszcze trwała wojna. Przesuwający się pochód wojska już po chwili przestał mnie
intrygować. Byli tacy sami i szli do przodu – to wszystko
Rozległ się grzmot jak podczas trzęsienia ziemi. Nadjeżdżały czołgi. Ława wojska
rozsunęła się, jeden z czołgów stanął przed naszym domem. Lufa działa /.../ze
zgrzytem przesunęła się w kierunku wadowickiego parku. Błysk ognia połączył się z
potwornym hukiem wystrzału. Resztki szyb wyleciały z okien, a mnie zdawało się że
wszystko wokół jeszcze drży. Po chwili padł drugi strzał i czołg odjechał w stronę
rynku../.../
Nagle rozległo się pukanie do drzwi, ktoś nacisnął klamkę i śpiewnie zapytał:
Maażna?? - i wszedł. Był to oficer, za nim z dziesięciu żołnierzy. Przywitanie wypadło
dość sympatycznie a przybysze poprosili o kwaterę. Byli niezwykle zmęczeni, czasu mieli
niewiele, najwyżej kilka godzin. Rozlokowali się tu i tam, w kuchennym piecu zapłonął
ogień, w kilku garnkach grzała się woda. Żołnierze sięgnęli po zapasy: chleb, konserwy,
wędzonkę, cebulę...Nam pociekła ślinka. Oficer (był to chyba kapitan) zaprosił nas do
stołu. Zrobił to z pewnego rodzaju wdziękiem, może udawał że nie widzi naszych
pożądliwych spojrzeń jakimi obrzucaliśmy frontowe wiktuały. Najedliśmy się do syta a
żołnierze po posiłku natychmiast usnęli. Dowódca podtrzymywał rozmowę z tatą.
Obserwowałem śpiących, którzy leżeli na podłodze jak w wygodnych łóżkach. Za kołdry i
pierzyny służyły im płaszcze. Żołnierska dola. Przebudzeni, gdy nadszedł czas, wstali bez
szemrania, powiedziałbym obojętnie. Pozbierali się szybko, pożegnali naprawdę
serdecznie i odeszli./.../Pod stołem zostawili spory pakunek. Cóż to takiego? W
brezentowe płótno zawinięte było pół barana. Prezent czy ?...Upłynęło pół godziny
nerwowego oczekiwania. Znów ktoś zastukał do drzwi, jeden z żołnierzy powrócił. Awięc nie prezent, po prostu zapomnieli… Żołnierz od progu oświadczył, że coś zostawił.
„O, jest ! - i wyjął z zza szafy butelkę, uśmiechnął się i odszedł. Baraninę jedliśmy przez
kilka dni. /.../
28 stycznia w pierwszą niedzielę po wyzwoleniu, udałem się wraz z rodzicami na mszę
świętą do kaplicy Sióstr Nazaretanek, bo kościół parafialny został poważnie uszkodzony
przez bomby.
Bezpośrednio po zakończeniu działań wojennych nasz dom przedstawiał obraz nędzy i
rozpaczy./.../ W dwóch pokojach od ulicy hulał wiatr bo okna zabezpieczyliśmy
prowizorycznie. Te właśnie pokoje zajęło radzieckie NKWD i wtedy szyby wprawiono
natychmiast. Koczowaliśmy praktycznie w jednym pokoju i kuchni gdzie całymi
godzinami siedzieli podejrzani osobnicy, których żołnierze przyprowadzali na
przesłuchanie. Wśród ponurych typów rej wodził żołnierzyk niskiego wzrostu, którego
nazwaliśmy Borutą, bowiem przypominał diablika. Był ordynansem u jednego z oficerów,
który mieszkał po drugiej stronie sieni w pokoju lokatorskim./.../ W drugim pokoju mój
starszy brat Henryk urządził zakład fotograficzny. Oficerowie i żołnierze nader chętnie go
odwiedzali, zdjęcia wysyłali do swych matek, żon, narzeczonych. Za fotografie płacili
prowiantem, potem gotówką. I tak przez pierwsze tygodnie po wyzwoleniu, Henryk nas
wszystkich utrzymywał./.../Dopływ prądu załatwili mu Rosjanie z samochodów
wojskowych. Żołnierze najczęściej pozowali z rewolwerem w dłoni. Jeden pożyczył mi
tetetkę i baranicę i jako quasi dziecko pułku zostałem uwieczniony!/.../Byli przezabawni,
a przynosili pszenny chleb (przysmak), mięsne konserwy, cukier i powidła. Rozwijał się
też handel wymienny/.../. Za wódkę, bimber czy wino dawali praktycznie wszystko./.../
U państwa Karmańskich stacjonowała radziecka lekarka, urocza blondynka w
stopniu kapitana. Była żoną generała. Brat ją fotografował - posłała nam kruche
ciasteczka. Wielu przewinęło się przez nasze domostwo oficerów i żołnierzy. Żaden nie
wyrządził nam najmniejszej krzywdy. Żywnością z reguły dzielili się, cechowała ich
gościnność. Oprócz zegarków i sprężynowych wkładów z foteli, nic nam nie zabrali.
Niezmiernie bali się NKWD, a przy tym szanowali fotografa i jego rodzinę. Mnie nazywali
malczyk a sióstr nigdy nie zaczepiali./.../
Mieszkało potem u nas dwóch wyższych oficerów – lekarzy; podpułkownik i major.Mieli tresowanego wilczura a maniery dżentelmenów; pełni rezerwy trzymali się na uboczu, używali dobrej wody kolońskiej. Jeden pięknie recytował Puszkina, drugi odegrał na gitarze brata Pieśń Granadosa. Prosili, aby Henryk im zaśpiewał O sole mio… Pewnego dnia jakaś zabawka wypadła mi za kredens. Gdy zajrzałem przez szparę, zobaczyłem między ścianą a meblem jajowaty przedmiot./.../ Przerażeni zawiadomiliśmy pierwszego, napotkanego żołnierza. Przyszedł, uspokoił nas, granat wydobył po czym udał się za ogród pani Fijałkowej i odbezpieczywszy śmiercionośny ładunek, rzucił go na puste pola orne. Ależ rąbnęło! A żołnierz śmiał się wesoło i głaskał mnie po głowie. Broń, amunicja, niewypały – oto co chłopców i młodzieńców interesowało bez reszty. Niemcy pozostawili całe stosy amunicji, która nie pasowała do karabinów radzieckich. Karabinów, rewolwerów, peemów nie było tak wiele, bo starsi, bardziej przedsiębiorczy, zaopatrzyli się w broń natychmiast po wkroczeniu Rosjan. Każdy wyrostek za punkt honoru sobie stawiał, aby mieć coś do strzelania! I wszyscy kropili w powietrze, do drzew, do tarcz. Czasem źle się to kończyło.
Kliknij stronę, aby powiększyć. Pełna jakość w pliku PDF.


